Pseudonim: Terila
Imię: Patrycja
Skąd: Wrocław
O sobie: "Wyryj to sobie w pamięci, chłopcze: świat wspiera się na czterech filarach... - [...] - Na naukach mądrych, na sprawiedliwości wielkich, na modlitwach prawych i na waleczności dzielnych."
Napisanych prac:
- nowości: 2
- wiersze: 12
- proza: 41

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 235 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Rozdział XVII..." 29.08.2012
"Rozdział XXV..." 27.04.2013
"Głównie Deszcz cz.7" 26.06.2013
"Rozdział IX "Będę..." 18.05.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012

Inne prace tego autora:
"Co by było gdyby cz.2" 21.05.2013
"Głównie Deszcz cz.8" 04.07.2013
"Rozdział VI "Ojcowskie..." 29.03.2012
"Rozdział X..." 21.05.2012
"Głównie Deszcz cz.5" 03.06.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Głównie Deszcz cz.8

Gdy się obudziłem, myślałem, że nie żyję. Całe moje ciało stało się bólem, ciężkimi belami konstrukcji wpiętymi w umęczone kończyny. Okolice żeber kuły do tego stopnia, że byłem przekonany, iż leżałem na igłach. Słońce niezdarnie przedzierało się przez moje powieki. Ktoś mnie dotykał, ale na tamten moment nie chciałem o tym myśleć. Byłem zły i wykończony. Jakże naiwnie sądziłem, że nóż myśliwski, który ani razu nie ujrzał światła dziennego, zda się na cokolwiek. Nie użyłem go wcale, powalony na ziemię tym… właśnie. Lekkie zamroczenie. Rudy był niemożliwe silny, a jego towarzysz równie szybki. Przed oczami stanęła mi klatka jak z wyciętego filmu, w której Hindus przeskakiwał nad rozwalonymi skrzyniami, unosząc się w powietrzu. I te silne łapska rudego. Otworzyłem oczy, ponieważ ktoś chwycił mnie za lewą rękę, po czym zaczął nią szarpać, jakby próbował podnieść moje stratowane ciało. Równie dobrze mógł wyrywać drzewo z lasu. Poczułem na skórze nowe dłonie, a moim oczom ukazała się mała, chłopięca buzia. Rzucała mi ciekawskie spojrzenie i sympatyczny, szeroki uśmiech. Odpowiedziałbym tym samym, ale postanowiłem, że spróbuję się podnieść. Oparłem ręce na piasku, które histerycznie zaczęły się trząść. Dopadły mnie dłonie, jak już przewidywałem, innych dzieci pomagające dźwignąć się mi na nogi. Gdy popatrzyłem na nie z góry, okazało się, że otaczała mnie gromadka czystych, schludnie ubranych maluchów, czego nie mogłem powiedzieć o sobie. Wpatrywały się w moją postać z zainteresowaniem. Widocznie nie często spotykały na ulicy dotkliwe pobitych przez ludzi Anokha. Wtedy też pojąłem dlaczego nie przypominałem tutejszych. Nie chodziło o kolor skóry czy włosów, ubiór jaki miałem na sobie. Moje niestrudzone oblicze, swoboda wykonywanych ruchów i nieponiszczone ręce - tym się różniliśmy. Zobaczyłem, że trójka dzieci zaczęła dobierać się do mojego plecaka. Odruchowo postąpiłem w ich kierunku, rozbiegły się z radosnym piskiem na ustach. Chyba liczyły na pogoń. Uśmiechnąłem się do urwisów, chwytając za ramię swojego bagażu, ale wyśliznął mi się z rąk. Dłonie zatrzęsły się od bólu. Zerknąłem na nie. Krwawiły. Choć dookoła rany ciecz zdążyła już zakrzepnąć, widać było świeże plamy krwi między wbitymi w skórę drobnymi kamieniami. Moje źrenice rozszerzyły się w zdumieniu. Przez moment zakręciło się mi w głowie. Nie powinienem trzymać jej tak długo pochylonej. Czułem, że niewidzialna, toksyczna gula podchodziła do mojego gardła. Odszedłem na bok, z dala od dzieci. Ustawiłem się do nich tyłem, opierając o chłodny mur. Nie chciałem, by na to patrzyły. Chyba pomyślały to samo, ponieważ, jak na zawołanie, zajęły się sobą bądź moim plecakiem. Nie mogłem dłużej wytrzymać. Wyrzuciłem z siebie śniadanie. Stałem tak przez chwilę, cierpliwie łapiąc oddech, aż drobna postać nie podsunęła mi pod ramię glinianego dzbana z wodą. Następie wyciągnęła chustę. Podziękowałem dziewczynce. Uśmiechnęła się radośnie, jakby z dumy, że to ona jako pierwsza przybyła mi z pomocą. * * * Dzieci od paru minut próbowały mnie przekonać, bym poszedł z nimi do ich Papy. Nie byłem przychylny temu pomysłowi. Nie mogłem się ruszać, wciąż odczuwałem mdłości. Słodkie nakłanianie nie ustępowało, dając mi do zrozumienia, że albo wstanę, albo drobne, podniecone głosy nigdy nie ucichną. - Dajcie mi spokój – burknąłem, ale zgraja brzdąców zlekceważyła moje marudzenie, jak za każdym razem, gdy próbowałem użyć swoich strun głosowych. - No, chodź, Ajay! – wołały. – Ajay, prosimy! Pokręciłem głową, nie zgadzając się. Policzek oparłem na dłoni, zawieszając wzrok na ziemi przede mną. - Papa sam nie przyjdzie! – Słowa te dobiegły jakby z daleka. Nie zważałem na nie. Nie docierały do mnie. W końcu uległem. Ominęliśmy centralną wioskę, kierując się szeroką, ziemistą ścieżką na obrzeżach. Prawą stronę alei zajmowały połączone ze sobą rodzinne, białe domy. Wyglądały jak w trakcie wykańczania – gdzieniegdzie widniały niedomalowane ściany, kamienne płoty objęte zaprawą tylko do połowy, chude kije i drabiny opierały się o poszarpane czasem mury. Minęliśmy opustoszałe osiedle, po czym zawinęliśmy razem z szerokim łukiem skręcającym w lewo. Moim oczom ukazał się niewielki plac, szerokie pole piasku, zaledwie kilka drzew na krzyż i samotna studnia na środku. Czereda dzieciaków porwała do przodu. Ich twarze rozpogodziły się, jakby właśnie przekroczyły próg swojego mieszkania. Wbiegły między blado-niebieskie pale bursztynowej, niewielkiej willi. Na moment zniknęły w mroku ganku, a ja zatrzymałem się, nie będąc pewny czy byłem tu mile widziany. Chłopczyk, którego zobaczyłem jako pierwszego, wyszedł na słońce. Pomachał mi, nawołując przyjaźnie. Podążyłem za drobną sylwetką. Cień pod zadaszeniem werandy zaczął rzednąć w moich oczach. Stawiając pierwszy krok na skalistym stopniu, dostrzegłem, że wszystkie maluchy siedziały już po turecku, otaczając w bujanym fotelu szeroki, niewyraźny zarys. Natychmiast zrozumiałem, że siedział w nim człowiek. Dzieci zabrały gwałtownie głosy, przekrzykując się, jakby moje pojawienie się miało być dowodem na historie, które zdążyły o mnie opowiedzieć. Poczułem skrępowanie. - Witaj – odezwał się Papa swoim grubym, chrypiącym głosem. Ręka podniosła się, uciszając tym gestem rozgadane stadko. Skinąłem głową. - Musicie nas na chwilę opuścić. Chłopiec przyjdzie do was, jak tylko go wypuszczę – zwrócił się do pociech mężczyzna. Przeciągły jęk rozczarowania rozbrzmiał w suchym powietrzu. Maluchy rozeszły się leniwie, od niechcenia, mamrocząc pod noskami. Zostaliśmy sami. Ja i ten człowiek. Zdążyłem już przywyknąć do panującego na ganku mroku, dlatego nagły błysk szklistych, seledynowych oczu zaskoczył mnie. Starzec wertował moje gałki oczne, jak gdyby rozkładał je na części i kolejno przyglądał się każdej z nich. Poczułem gorąco podchodzące mi do twarzy. - Dziękuję – palnąłem sparaliżowany panującą między nami ciszą. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie. - Jeszcze nie masz za, co mi dziękować. Nic dla ciebie nie zrobiłem. Słusznie, miał rację. - Mogę opatrzyć twoje rany – wypowiedział te słowa bardzo powoli. – Dać ci jeść i gdzie spać. Przerwał na chwilę, a ja dopiero wtedy zauważyłem trzy czerwone kreski przecinające jego czoło. Nie były to blizny ani tatuaż. Na moje szczęście, zwykła farba. Chusta w tym samym kolorze opasała jego głowę. Siwa broda Papy sięgała mu do brzucha. – Muszę wracać do Kolkaty, jeszcze dziś wieczorem. Nie mogę tu zostać – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Nazywam się Banbihari. - Ajay. Wyciągnął dłoń. Chwyciłem ją bez zastanowienia, chcąc okazać swoją wdzięczność, ale mężczyzna mnie nie puścił. Zrozumiałem, że zaraz padnie pytanie z jego ust, na które zobowiązany byłem odpowiedzieć szczerze. - Kto cię pobił? Uświadomiłem sobie, że jeszcze z nikim nie dzieliłem swoich podejrzeń. Kryłem je w tajemnicy. Nie wypowiadałem nazwy ludzi dręczących mój umysł od dawna, jakby byli tylko i wyłącznie urojeniem. Starzec oczekiwał prostego, pospolitego wyjaśnienia. Ja bałem się jednak, że wypowiadając swoje lęki na głos, urzeczywistnię je, że staną się prawdą. - Dwóch tutejszych. Spuściłem wzrok, a moja twarz, gdyby była blada, oblałaby się intensywną purpurą. Poczułem napięcie, które zaczęło skakać po mojej skórze. Pozwoliłem, by ten rudy dał mi niezły łomot. Mężczyzna uwolnił nasze dłonie z uścisku. - Skąd wiesz, że są tutejsi? Zaskoczył mnie. - Nie wiem. - Chociaż tyle – sparował szybko. – Najlepiej by było, żebyś na wszystkie pytania dotyczące tej bandy odpowiadał w taki właśnie sposób. Zdumiałem się. Nie miałem zamiaru nie wiedzieć nic o Anokha. Poświęciłem im cały swój wyjazd do Indii. Papa podniósł się z fotela. Podszedł do jednego z pali, po czym oparł o niego rękę. Z uśmiechem rozglądał się po placu. Udawał, że przygląda się dzieciom. - Chłopcze, uwierz mi. Wcale nie chcesz się w to pakować. Niezgrabnie zbliżyłem się do starca, kulejąc na swój sposób. Wciąż okolice żeber pulsowały z bólu, parząc mi wnętrze. - Dlaczego? Jego długa, szara broda zaplątała się w pliki korali, które nosił na szyi. Nie odpowiedział. Bał się. Bojaźń ta sprawiła, że cała otaczająca Banbihariego aura wyższości nade mną - młodym, niedoświadczonym - prysła jak przebita palcem bańka. Czekałem, aż zacznie mówić o przesądach, legendach paraliżujących Vasa. W jednej chwili chciałem go wyśmiać, ale nie zrobiłem tego. Wziąłem głęboki wdech. Dzieci wciąż głośno grały na placu. Piach tańczył wokół nich, jakby i on brał udział w tej zabawie. Słońce padało na przykurzone schody. - To oni wybierają sobie członków, nie na odwrót – powiedział Papa. Jego nagłe opanowanie wydało mi się nie na miejscu. Postanowiłem uszanować huśtawkę nastroju staruszka, cokolwiek miało to oznaczać. - Są sektą? – zapytałem, a mój głos zabrzmiał głośno i niespokojnie jak w gorączce. Banbihari spojrzał w moje oczy z rozbawieniem. - Tak – odparł. Nie przesłyszałem się. Wzrokiem pobiegłem gdzieś daleko, patrząc na odległe, samotne osiedle i piaski, ale myślami sięgałem o wiele dalej. W mojej głowie zrodziła się plątanina tropów oraz myśli. - Ale lepiej o nich nie mówić – dodał. Przez chwilę zapomniałem, że stał obok mnie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że miałem przy sobie źródło wiedzy, której łaknąłem, jak zbłąkany wędrowiec na pustyni wody. Ten mężczyzna czy tego chciał, czy nie spadł mi z nieba, a ja już zdążyłem przypisać mu znaczącą, nietuzinkową rolę w tym szalonym śledztwie. Zerknąłem na Papę. Znieruchomiałem z zacięciem na twarzy. Banbihari nie miał zamiaru powiedzieć mi nic więcej. Widziałem to. - Czy grzywa lwa bez jego twarzy i ta ryba mają jakieś znaczenie? – zapytałem znienacka, nie dając za wygraną. Ukrył grymas, który bardzo chciał wyjść na jego wiekową twarz. - Nie. – Zaskoczyła mnie szczerość tej wypowiedzi. - To szwindel. Zapadła między nami cisza. Szarpałem się w niej niczym chory. Moja bezradność siedziała naprzeciw ganku i śmiała się ze mnie. - Najbliższy autobus do Kolkaty odjeżdża stąd za pięć dni, jeśli cię to interesuje – rzucił nagle Papa, jakby sobie o tym przypomniał. - Za pięć dni? ! – powtórzyłem po nim jak echo, tyle że donośniejsze. - Mam bardzo stary skuter w szopie. Wystarczy, że przeleję do niego paliwo z beczki. Jego wiekowe oblicze przyozdobił dziecięcy uśmiech. Zdało mi się, że to niemożliwe. Jakoś nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie, tak zmaltretowanego, jadącego maszyną nie odpalaną od kilku – zlustrowałem starca – kilkunastu lat. Banbihari żwawym krokiem skierował się w stronę wnętrza domu. Bardzo szybko sprowadził mnie na ziemię.



Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 04.07.2013r.

1     

Delien Użytkownik wpmt 05 07 2013 (18:23:30)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Moja droga. Miałam okazję czytać poprzednią część, więc widzę pewne różnice. Są one z pozytywnym akcentem i widzę, że idzie Tobie coraz lepiej. Praca bogata literacko. Bawisz się swoim dopracowanym stylem, imaginujesz świat jak tylko masz na to ochotę i kształtujesz ciekawą osobowość bohatera. No dobra, więc jako zalety widzę przede wszystkim język i brak kolokwializmów. Dynamicznie przechodzisz do opisów, z precyzją uwypuklasz to, co uważasz za ważniejsze.
Jednak nie podoba mi się interpunkcja, a raczej fakt, że są zasady pisania komputerowo, tj. dopiero po znaku robimy spację. U Ciebie jest zarówno przed jak i po- więc katastrofalny efekt.
- Tak – odparł.
przed i po myślniku jest spacja. Powinna być tylko po. No i tak jest w przeważającej części dialogów. Wiem, wygląda to estetyczniej, ale nie przekonało mnie.
Plusem też ciekawe imiona, nie biją przeciętnością, a to najważniejsze:
Banbihari


Całość prezentuje się zgrabnie. Ode mnie 5.

Terila Redaktor 06 07 2013 (18:54:54)
Czyli to powinno wyglądać tak :
- Tak- odparł.

Moim skromnym zdaniem to wygląda okropnie. :D We wszystkich książkach, jakie czytałam spacja jest przed jak i po, dlatego nauczyłam się tak pisać. Czemu to jest błąd?

Dziękuję za Twoje ciepłe słówka jak i za krytykę. :)



Delien Użytkownik wpmt 06 07 2013 (19:06:57)
Błąd, nie błąd. Nie wiem jak to klasyfikować. Wiem, że zawsze tak uczono- chociażby na informatyce ;p Takie "komputerowe zasady interpunkcji"

Dawied Użytkownik wpmt 04 07 2013 (22:14:31)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Trzymasz poziom, pomału odkrywasz nam intrygę, no i główny bohater jest mega autentyczny. Papa z tą swoją otwartością i wszechwiedzą troszkę mnie rozczarował. Może gdyby zdradził mu kto go pobił, a on się przeraził, stwierdził, że jego ojciec mu o tym mówił czy coś w ten deseń to może. Bo skoro to taka tajna sekta nie powinien od razu jej podejrzewać. Rozumiesz o co mi chodzi? Pozdrawiam

Terila Redaktor 06 07 2013 (18:40:35)
Rozumiem, nie pomyślałam o tym. ;) Papa tak naprawdę wiele nie wie. Postaram się to sprostować w kolejnych częściach, jak i również dlaczego mężczyzna od razu ich podejrzewa. Jak powiem teraz, to wszystko spapram. :D
Pozdrawiam i dziękuję za słowa pochwały, Twoje zadowolenie, rozczarowanie, komentarz i ocenę ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(49): 49 gości i 0 zarejestrowanych: