Pseudonim: Dawied
O sobie: ...
Napisanych prac:
- wiersze: 154
- proza: 94
- publicystyka: 11

Średnia ocen: 5.2
Użytkownik uzyskał: 828 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Uwierzcie cz.1" 22.03.2009
"Uwierzcie cz.5" 25.04.2009
"Uwierzcie cz.6" 02.05.2009
"Uwierzcie cz.9" 18.05.2009
"Wieczne miasto odc.2" 20.07.2009

Inne prace tego autora:
"Ben musi umrzeć" 02.01.2010
"40 mln dobrych uczynków cz. 1" 27.02.2010
"Kłamca cz. 7" 08.01.2010
"Nudne opowiadanie o końcu..." 23.08.2009
"Gajewski cz. 2" 31.05.2013


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Gajewski cz.5

STRESZCZENIE: W poprzednich odcinkach... Nadkomisarz Andrzej Gajewski wraz ze swoim partnerem podkomisarzem Arturem Banasiem, prowadzą śledztwo w sprawie morderstwa byłego policjanta Waldemara Morawca. Do zbrodni dochodzi w galerii Złote Tarasy. W tym samym czasie pobity zostaje biznesmen Łukasz Wiśniowiak. Olga Seifert, patolog współpracujący z Gajewskim niosąc pomoc Wiśniowiakowi zostaje ciężko ranna. Gajewski to doświadczony glina, o twardych charakterze i wybuchowym temperamencie. Brzydzi się swoją pracą, ale nie potrafi robić nic innego. Do zespołu należy również Bonifacy Jóźwiak, który aktualnie przebywa na urlopie. Przełożonym zespołu jest Malicki, którego łączą specyficzne więzi z Gajewskim. Szanują się wzajemnie, ale różne metody pracy prowadzą do częstych spięć. Artur Banaś od trzech lat pracuje w wydziale zabójstw. Wszyscy przezywają go Młody. Obecnie w związku z Julią Gajewską. Wcześniej miał przelotny romans z dużo starszą psycholog policyjną Grażyną Jankowską. Kobieta nie radzi sobie ze swoim życiem i szczerze nienawidzi Banasia. Stopniowo popada w alkoholizm. Ojciec Banasia również był policjantem Banaś dociera do narzeczonej Morawca, gdy odwozi ją do mieszkania dochodzi do tragedii. Zostaje zabita matka podejrzanej. Podkomisarz rusza w pościg za przestępcą, ten ostatecznie ginie, spadając z dachu budynku. W tym samym czasie Gajewski prowadzi na własną rękę śledztwo w sprawie Wiśniowiaka. W szpitalu spotyka narzeczoną ofiary i odwozi ją do ich domu. Przeglądając dokumenty biznesmena znajduje zdjęcie młodej dziewczyny, z zapisanym na odwrocie numerem telefonu. Gajewski zamknął drzwi swojego mieszkania. Zdjął płaszcz i odpiął kaburę od spodni. Przeszedł do kuchni i wsypał do miski jedzenie dla łaszącego się kota, następnie podszedł do lodówki, wyjął wódkę i nalał sobie do kieliszka, który stał na kredensie. Wypił alkohol, po czym nalał sobie kolejną porcję. Usiadł na taborecie, wpatrywał się w szarą przestrzeń za oknem. Młodemu udało się spóźnić tylko dwadzieścia pięć minut. Julka przywitała go z uśmiechem, ale Banasiowi nie było wcale do śmiech. Przed oczyma widział trupy, właściwie ten obraz nigdy nie znikał, dziś po prostu było mu ciężej go znieść. W mieszkaniu Marzeny nie znaleźli żadnych śladów. Napastnik poderżnął matce Marzeny gardło i czekał prawdopodobnie kilka godzin. Popełnił błąd. Gdyby nie postanowił zaatakować, nim Marzena weszła do mieszkania, wszystko zakończyłoby się dużo gorzej. Kolejny trup. Wyobrażając sobie piękną narzeczoną Morawca w kałuży krwi, Banaś z trudem powstrzymywał łzy. Wieczór ostatecznie okazał się udany. Najpierw z komendy dali znać, że znaleziono dziewczynę (Banaś przez chwilę miał wielką ochotę rzucić wszystko i pędzić do niej), a później kochali się z Julką na podłodze w kuchni. Dziko, mocno, jakby chcieli się nawzajem pożreć. Długo leżeli przytuleni pijąc wino i opowiadając o swoich dniach. Banaś sporo zmyślał i ubarwiał. Bał się dzielić tym, co miał w sobie. Julka, mimo studiów dziennikarskich, podjęła pracę w jednej z redakcji jakiejś lokalnej gazety. O swoich zajęciach w gazecie mogła opowiadać bez końca. Czuła, że się spełnia, że ma jakiś cel. Banaś naprawdę starał się zapamiętać nazwę, ale w natłoku codziennych zajęć, wieczorem zawsze ją przekręcał. Córka Gajewskiego przyjmowała to z uśmiechem. Artur przypominał jej ojca, był twardy, a jednak pozwalał jej się zbliżać do siebie. Potrafił być czuły. Zasnęli przed północą. Stan Olgi Seifert nie uległ zmianie. Bartek spędził przy matce cały wieczór. Siedział na skraju metalowego łóżka, póki oddziałowa nie wygnała go ze szpitala. Wydawała mu się taka bezbronna, słaba, zupełnie niepodobna do siebie. Słyszał w słuchawce telefonu całe zajście. Najpierw cisza, później pisk opon, tłuczona szyba i w końcu huk wystrzału. Najpierw jeden, później kolejny. Krzyczał, stojąc na przystanku. Ludzie patrzyli na niego jak na szaleńca, a on walczył ze swoją bezsilnością w jedyny możliwy sposób. Monitory rytmicznie pikały, aparatura pompowała powietrze, a z kroplówki miarowo spływała ciecz. Jankowska upiła się w swoim mieszkaniu. Rzewnie płakała nad wspomnieniem Banasia. Czuła się zupełnie jak gówniara z ogólniaka, ale nie potrafiła zapanować nad swoim gniewem i smutkiem. Wiedziała, że skupia swoją frustracje na Młodym. Była samotna i ta samotność niszczyła ją od środka. Na pół przytomna wiła się na pościeli, gwałtownie pieszcząc, jakby jej dłonie należały do faceta - silnego, nieobliczalnego, gotowego zrobić z nią wszystko czego tylko oboje zapragną. Niewiele spała. O niczym właściwie nie myślała i nie marzyła. Gdy była młodsza, co wieczór, kilka minut przed snem było jej wyprawą w świat prawdziwego spełnienia. Wypaliła się i pożar objął jej duszę, coś co powinno zostać tylko jej świętością. Budzik zadzwonił o 5.30. Jankowska wzięła długi, zimny prysznic. Krople, muskające jej ciało były jak lodowate igły, sprawiały coś na pograniczu bólu, a jednocześnie rozkoszy. Rozpalały te same żądze, które wyniszczały ją od miesięcy. Gniotła swoje piersi, szarpała sutki, ale nie czuła tego, czego pragnęła. Była pusta. Ubrała szary żakiet i wyszła z mieszkania. Złapała taksówkę i kazała zawieźć się do komendy głównej policji. - Ostra impreza? – zapytał taksówkarz. - Czemu pan tak sądzi? - Ma pani to w oczach. – Kierowca uśmiechnął się zawadiacko. - Pff. – Jankowska prychnęła, ale słowa taksówkarza ją zabolały. Resztę drogi milczała, a i kierowca, widząc nastrój swojego pasażera, zrezygnował z konwersacji. - Młody, przesłuchaj ją. Może coś wie o zegarku. Kurwa jak jeździsz palancie! Dobrze, jak będzie coś wiadomo daj znać. Jóźwiak niech przejrzy papiery na naszego biznesmena. Kiedy wraca?! Dobrze, Młody. Cześć. – Gajewski rozłączył się z Banasiem. Do domu opieki „Zacisze” Gajewski dojechał przed ósmą. Ośrodek znajdował się kilka kilometrów pod Warszawą. Obite, szare tynki, drewniane okna, a na parterze kraty bardziej przypominały kamienice na Pradze niż ośrodek spokojnej starości. Przed wejściem krzątała się sprzątaczka, która, gdy zobaczyła komisarza, wyprostowała się i oparła o miotłę. - A ty czego tu o tej porze. Odwiedziny od dziesiątej – krzyknęła. - Komisarz Andrzej Gajewski, wydział zabójstw – Gajewski wyciągnął odznakę i dodał – proszę mnie zaprowadzić do dyrektora. - Już panie władzo, a co się stało? Zabili kogoś? Tu sami staruszkowie bez rodzin, połowa to już pozapominała swoje imiona. - Ilu macie pacjentów? - Pensjonariuszy. Dyrektor zakazał mówić, że to pacjenci. Twierdzi, że zachowujemy godność ludzką, ale jak dla mnie to tylko gadanie, żeby uniknąć jakichś skarg. Wie pan, jak to teraz jest, wszyscy gadają, jak to im źle. - Czemu pani tak sądzi? - Bo jak ktoś zaczyna robić pod siebie, to co to za godność. Czasami może lepiej byłoby im tak skrócić te męczarnie. Boziu kochana wybacz grzech, ale to aż żal ludzie serce ściska, jak widzi się, co to z człowiekiem na starość się dzieje. Tam prosto korytarzem i na końcu po prawej. Ma pan szczęście, bo dyrektor zwykle grubo po ósmej się zjawia, ale dziś zajechał wcześniej. - Dziękuję – mruknął Gajewski i ruszył długim, wąskim korytarzem. Gdy Gajewski nacisnął klamkę, obite materiałem drzwi skrzypnęły. Dyrektor siedział za swoim biurkiem, pogrążony w papierkowej robocie. Nie podnosząc wzroku, powiedział: - Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać. Co znowu? Ten spod piątki umiera? – Zakpił, po czym podniósł wzrok. Widząc Gajewskiego podskoczył z fotela i krzyknął: – A co pan tu robi. Nie wolno tu tak… ośrodek jest jeszcze zamknięty dla odwiedzających. - Komisarz Gajewski, komenda stołeczna. – Dyrektor, widząc legitymację, usiadł z powrotem w fotelu. - W czym „Zacisze” może pomóc warszawskiej policji? - Chciałbym porozmawiać z jednym z pacjentów. Witold Bień. - Proszę. – Młody podał Marzenie kubek z kawą. - Dziękuję – szepnęła i wyciągnęła spod koca rękę. - Lepiej się pani czuje? - Tak. – Podkrążone oczy Marzeny zdawały się przeczyć zapewnieniu. – Wasz psycholog próbował mi pomóc. - Jankowska zna się na swojej pracy. – Banaś zmieszał się na myśl o Jankowskiej. - Wydaje mi się, że sama ma problemy. - Każdy jakieś ma – szepnął, odczekał chwilę, po czym, zapytał – Mogę zadać ci kilka pytań na temat Morawca? W oczach Marzeny pojawiły się łzy, ale zacisnęła powieki i wydusiła z siebie odpowiedź: – Pytaj. - Czy Morawiec mówił, w jakiej korporacji pracuje? - Nie, nigdy nie chciał rozmawiać o pracy. Raz znalazłam jakąś wizytówkę, ale nie było żadnej nazwy. - Jak wyglądała? - Bardzo prosta. Numer telefonu, jakieś inicjały i czarny romb w narożniku. - Nic więcej? - Nic, tylko tyle. - W twoim mieszkaniu nie znaleźliśmy żadnych rzeczy, które mogłyby należeć do mężczyzny. - Spotykaliśmy się najczęściej na mieście. Dwa albo trzy razy u niego w mieszkaniu. - Czemu? - Moja mama – głos dziewczyny zadrżał, ale nie pozwoliła sobie się znów rozkleić – byłaby przeciwna, a Waldek wynajmował hotel i często się przeprowadzał. Powtarzał, że okropnie się czuje w tych mieszkaniach. - Możesz zapisać adres, pod którym się spotykaliście? – Młody podsunął kartkę papieru i ołówek. Gdy dziewczyna zapisała ulicę i numer mieszkania, podsunął w jej kierunku zdjęcie i zapytał: – Czy kojarzy pani ten zegarek? - Tak. – Kobieta rozpłakała się i nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa, łkała. Młody, skrępowany całą sytuacją, wyszedł na chwilę z pokoju przesłuchań. Przeszedł do sąsiednie sali i poprosił Jankowską: - Mogłabyś jej jakoś pomóc? - Żal i łzy to naturalna reakcja obronna. Gdybyś nie był takim fiutem, może mógłbyś poczekać. - Nie teraz… - A właśnie, że teraz skurwysynie… - Idź się leczyć. – Banaś odwrócił się na pięcie i gdy naciskał klamkę, powiedział: – Przepraszam cię po raz setny, za wszystko. Ktoś lata po Warszawie i morduje ludzi, nie dorwę tego bydlaka bez jej zeznań. - Artur! – Jankowska zawstydzona całą sytuacją chciała się pokajać, może nawet poprosić, ale Banaś zdążył trzasnąć drzwiami. - Bień, masz gościa. – Sanitariusz wpuścił do pokoju Gajewskiego. – Ciężko nawiązać z nim kontakt. Czasami wydaje się, że rozumie, ale jest strasznie upartym i wrednym staruchem. - Bień. – Gajewski stanął nad łóżkiem i czekał, póki łysy staruszek na niego nie spojrzy. Gdy wzrok mężczyzny wydał się skupiony, komisarz zapytał: – Pamiętasz mnie? - Gajewski – wydukał. - Pamięć ci nie szwankuje. - Czego chcesz, kundlu? - Twój bratanek… Waldek Morawiec? - Co z nim? - Znaleźliśmy jego ciało. - I chcesz wiedzieć, co wiem. Wystarczająco długo pracowałem w policji, znam procedury. A teraz z łaski swojej nie przeszkadzaj mi w mojej zacisznej starości. Sanitariusz, trzeba zmienić mi pampersa. - Mówiłem, że to wredny staruch – sanitariusz szepnął do ucha Gajewskiemu. - Bień. – Gajewski nachylił się na staruszkiem, złapał jego rękę w nadgarstku i mocno ściskając powiedział: – Zawsze byłeś kundlem podszyty. Mam w dupie twoją starość. Gadaj, bo połamię ci rękę. - Puszczaj, bandyto, to boli. - Co pan wyprawia! – krzyknął sanitariusz i ruszył by pomóc Bieniowi. - Nie mam na to czasu. – Gajewski drugą ręką wyciągnął pistolet i odbezpieczył. - Oszalałeś, człowieku. – Sanitariusz cofnął się niepewnie. - Czym się zajmował? Gdzie mieszkał?! - Nie wiem! - Gadaj. – Kość chrupnęła, a staruszek zawył z bólu. – Gadaj, łachudro! - Złamałeś mi kość! – Staruszek z trudem łapał oddech. – Kurwa, puść, wszystko powiem! – Gajewski poluzował uchwyt. – Morawiec był kupą gówna, przez niego mnie wywalili. - Co działo się po jego odejściu ze służby? - Nie rozmawiałem z nim, ale jego matka jeszcze jak żyła opowiadała, że sprzedaje jakąś elektronikę. - Pamiętasz nazwę firmy? - Nie, jestem stary. Mam prawo. Wtedy wydaje mi się, że nie chodziło o handel, tylko sprzedaż jakichś sekretów technologicznych. Próbowałem drążyć temat, ale… byłem wtedy wrakiem człowieka. - Gdzie mieszkał Morawiec? - Nie wiem, swój dom sprzedał jeszcze na służbie. Zachowywał się dziwnie, ale nie dałem rady tej sprawie. Wiesz, jak to jest z tą pracą, staje się całym życiem. - Nie nadawałeś się do tej roboty. - Do niej nikt się nie nadaje. Gajewski przemilczał odpowiedź staruszka i podszedł do drzwi. Spojrzał na wystraszonego sanitariusza i powiedział: - Zajmij się nim. Komisarz nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Nim przekroczył próg, Bień zapytał: - Jak zginął? - Paskudnie. - Andrzej, jadę sprawdzić mieszkanie Morawca. Tak, poznaje zegarek. Twierdzi, że widzieli go na wystawie u zegarmistrza na Powiślu. W drodze powrotnej zajrzę tam. Jak poszło z Bieniem? Elektronika i złoty zegarek – nie gramy w jakimś filmie szpiegowskim? Malicki robi jakieś zebranie koło południa. Podobno nowy przychodzi do wydziału. Aaa, narzeczona Morawca opisała logo jakieś firmy, sprawdzają ją w fabryce. Nie, nie ma jeszcze żadnym informacji o naszym zabójcy. Jedziesz do szpitala? Daj znać co z Seifert. Cześć. Morawiec wynajmował pokój w Novotelu na 15 piętrze. Nie można było tego nazwać apartamentem, ale standard był wysoki. Kierownik zmiany nie był zadowolony z prośby Banasia. - Nie mogę bez nakazu. - Nakaz i tak zdobędę, tylko wkurzysz prokuratora i mojego przełożonego, a to najbardziej upierdliwy glina w mieście. Przyjrzyj się uważnie. – Banaś wyciągnął z kieszeni kurtki kopertę i pokazała kierownikowi zdjęcie ofiary. – To wasz klient. – Banaś przybliżył zdjęcie do twarzy zbulwersowanego kierownika. – Nie żyje, a na tym pieprzonym piętnastym piętrze mogą znajdować się dowody. - Zostanie to tylko między nami. - Oczywiście. – Banaś skinął głową i pomaszerował za kierownikiem, który postanowił zaprowadzić podkomisarza osobiście. Winda wydawała się jechać wieczność, a na dodatek pracownik hotelu nie przestawał gadać. Byli już prawie na miejscu, gdy w końcu wydukał: - Pamiętam tego pana. Miły człowiek, ale straszny kobieciarz. - Znał go pan? – Młody zainteresował się. - Znać nie, ale tak z widzenia. Długo już tu pracuję, potrafię ocenić ludzi. - I jaki był? - Uprzejmy. Zawsze się skłonił, przywitał. Nigdy na dłużej słowa nie zamienił, ale też nie minął obojętnie. Lubił żartować. Strasznie wesoły był z niego człowiek. - Często tu bywał? – drzwi windy otwarły się i ruszyli długim korytarzem. - Praktycznie co weekend. - Mówił pan, że był kobieciarzem… - No tak. Zwykle sprowadzał dziewczynę dwa, czasem 3 razy, a potem zjawiał się z nową. Kasa robi swoje, a domyślam się, że nie miał rodziny. - Skąd taki wniosek? - A bo to mało tu takich co meldują się i zdradzają żony? Potrafię poznać. - Kiedy ostatni raz pojawił się hotelu? - W niedzielę go widziałem, ale nie pamiętam, o której wyszedł. - Był sam tego wieczoru? - Nie, w sobotę zjawił się z piękną blondynką. Cały personel tylko o tym mówił. Jesteśmy na miejscu. Pokój sprzątany był tylko na prośbę lokatora, więc jak zostawił bałagan… - zamek szczęknął – to proszę nie winić za to obsługi. Proszę. – Kierownik puścił Banasia przodem. – Mamy również apartamenty w dużo wyższym standardzie. - Mógłbym zostać sam i spokojnie się rozejrzeć? - Ale, nie powinienem… - Powinien pan. – Młody chwycił kierownika za ramię i sugestywnie wyprowadził go za drzwi. Banaś założył gumowe rękawiczki i zaczął rozglądać się po pokoju. Zajrzał do szafy z drzwiami przesuwnymi, ale prócz dwóch kompletów garniturów nic nie znalazł. Sprawdził szuflady w komodzie, ale były wypełnione jedynie bielizną. Usiadł na posłanym łóżku i ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. Dostrzegł pod komodą jakiś przedmiot, schylił się po niego i podniósł. Na odwrocie złotego łańcuszka wygrawerowany był napis: „mojej miłości – na zawsze A.CH.” Schował przedmiot do hermetycznie zamykanego woreczka i kontynuował przeszukiwanie pokoju. W łazience prócz szczoteczki, pasty oraz żelu do mycia było zupełnie pusto. Wszystko wydawało się zbyt czyste, sterylne, jakby nikogo tu od dawna nie było. Nie było tu sprzątnięte, bo Banaś znalazł przy łóżku kilka blond włosów, które zebrał do analizy DNA, ale jakby nikt tak naprawdę tu nie mieszkał. - Morawiec sprowadza dziewczynę na noc, a później sprząta, ale robi to w pośpiechu. – Młody głośno myślał. Tuż przed wyjściem Banaś zajrzał do małego kosza w łazience. Wysypał rzeczy na podłogę i dokładnie przejrzał każdy papierek. W końcu trafił na zmiętą kartkę z notatnika, na której było napisane – „Złote tarasy”. Morawiec, najwidoczniej zdenerwowany, wielokrotnie podkreślił napis. - I znalazł pan coś? – zapytał kierownik, gdy Młody zamknął za sobą drzwi. - Tak, więcej gówna – szepnął do siebie i dodał na głos – Potrzebny mi zapis z monitoringu z ostatniego miesiąca i proszę nic nie ruszać w pokoju. – Banaś mówił szybko, kierując się do windy. – Koło południa zjawi się nasza ekipa z nakazem. - Dobrze – szepnął kierownik, stojąc bezradnie przy drzwiach pokoju Waldemara Morawca. – Cholerny pech, żeby tylko prasa niczego nie zwąchała. Gajewski zaparkował na parkingu przed szpitalem. Nie zauważył nigdzie limuzyny Wiśniowiakowej. Gdy wchodził po schodach ból w żebrach znów dał o sobie znać. Przez chwilę stracił oddech, a na czoło wystąpił zimny pot, ale szybko zdusił w sobie słabość. Najpierw upewnił się, że przy sali Wiśniowaka wciąż siedzi policjant. Podszedł do funkcjonariusza, przywitał się i przyniósł mu kubek kawy z automatu. - Tylko nie śpij, młody. - Niech pan się komisarz nie martwi, bezpieczny jest ze mną. Później spróbował upewnić się, że stan Seifert nie pogarsza się. Lekarz, który miał obchód, raczył przyjąć go w swoim gabinecie po prawie piętnastu minutach wypisywania recept. - W czym mogę pomóc? - Chciałbym dowiedzieć się czegoś o stanie Olgi Seifert. - Jest pan z rodziny? - Nie, ale… - W takim razie nie mogę panu pomóc. Proszę nie trzaskać drzwiami, jak będzie pan wychodził. - Posłuchaj… - Do widzenia! Nie mam czasu na takie rozmówki. Gajewski zbliżył się do biurka ordynatora, nachylił i powiedział: - Gówno mnie obchodzi, na co masz czas. Jak Seifert coś się stanie, powieszę cię na tym krawacie. - Wezwę ochronę, proszę się odsunąć i przestać mi grozić. - Nie groziłem, ostrzegałem. Gajewski wychodząc trzasnął drzwiami. Banaś z Gajewskim spotkali się na parkingu. Młody podszedł do swojego partnera i poczęstował go papierosem. - Andrzej, co z Olgą? - Żyje. Coraz większy burdel się nam robi w sprawie Morawca. Jak kolacja z Julką? - Dobrze, mógłbyś kiedyś wpaść. - Co znalazłeś w hotelu? - Niewiele. Albo kierownik kłamie i posprzątano wszystko, albo Morawiec podejrzewał, że nie będzie mógł tam wrócić i wszystko zwinął. Znalazłem łańcuszek. – Młody wyciągnął z kieszeni woreczek ze złotym wisiorkiem. - Należał prawdopodobnie do jego ostatniej kochanki. Podobno dość często zmieniał partnerki. - Masz jej zdjęcie? - Dzwoniłem po nakaz, po południu wyślę chłopaków, żeby przejrzeli monitoring. Znalazłem jej włos, oddam do analizy, może mamy ją w swoich bazach. - Dobrze Młody, coś jeszcze? - Podjechałem pod tego zegarmistrza, ale niczego się nie dowiedziałem. Taki zegarek można właściwie kupić w całej Warszawie. Aaa, w pokoju Morawca znalazłem tę notatkę. - Robi się ciekawie. - Może on nie ukrywał się w galerii, a na kogoś tam czekał. - Spanikował i chciał dać się złapać? - Może. - Ale czemu akurat ta galeria? Coś nam umyka. A jeżeli coś było tam ukryte? – Gajewski zaciągnął się papierosem. - Często tam wpadał, mógł czuć się bezpiecznie w takim tłumie. - Pękł albo okazał się zbyt pewny siebie. Pomału dochodzimy do motywu Młody. Bień twierdzi, że mógł zaplątać się w szpiegostwo przemysłowe. To by tłumaczyło, skąd nagle hotele, kobiety i drogie garnitury. - Jeżeli uda się nam dopasować logo do firmy, będziemy mieli podejrzanego. Tylko jak połączyć wielką firmę z naszym anonimowym zabójcą? - Nic na niego nie mamy? - Dzwonili do mnie z fabryki parę minut temu. Nigdzie nienotowany, sprawdzają jeszcze w bazach Interpolu, ale małe szanse, żebyśmy go tam znaleźli. - W końcu ich dopadniemy, za sprawcą zawsze ciągnie smród trupa. Gajewski usiadł na biurku i wykręcił numer telefonu znaleziony u Wiśniowiaka, ale znów odezwała się automatyczna sekretarka. Ze zdjęcia uśmiechała się do niego śliczna młoda dziewczyna. Przypominała mu Julkę i to podobieństwo wbijało w jego samopoczucie szpilę niepokoju. Młody parzył w ekspresie kawę i rozmawiał z córką Gajewskiego, przyciskając komórkę do policzka ramieniem. Drzwi do pokoju się uchyliły i w wejściu stanął Malicki. - Panowie przedstawiam wam nowego członka zespołu. Pani oficer Joanna Kaleta zajmie miejsce po Jurku. – Obok Malickiego pojawiła się wysoka, młodziutka dziewczyna o długich kręconych włosach, których barwa przypominała kolor marchewki. - Cześć, Joasia. – Dziewczyna podeszła do Banasia i podała mu rękę. - Artur Banaś. - Cześć. – Wyciągnęła rękę w kierunku Gajewskiego. Ten, schował wolno zdjęcie do kieszeni. Przez chwilę mierzył ją od stóp do głów. Była ubrana w krótką spódnicę i mundur, a pod pachą trzymała czapkę. - Gajewski. – Komisarz podał jej rękę, mocno uścisnął i dodał: – Ubierz się w coś normalnego. - Wstał z biurka, podszedł do Malickiego i powiedział: – Chodź do kibla, musimy pogadać. -Wiem, co powiesz, ale taka teraz jest policja! – Malicki zaczął wymachiwać rękoma, co Gajewski skwitował milczeniem. Minął swojego przełożonego i ruszył korytarzem do WC. Stanął przed pisuarem i się odlał. Malicki wpadł do środka, trzaskając drzwiami. - Andrzej, nie będziemy dyskutować, tak góra chce. - Chuj mnie góra obchodzi. Całkiem cię pojebało! –Gajewski trząsł się ze złości. – Znasz tą robotę tak samo jak ja, to szambo. Myślisz, że ona to wytrzyma? Tego nikt normalny nie może wytrzymać. – Huknął pięścią w drzwi do kabiny - Ile ona ma lat? Kurwa ile? Chcesz całe jej życie przekreślić? - Nie pieprz, Andrzej. Jest duża, sama poprosiła o ten przydział. Nie podoba ci się, że będziesz z babą robił, może pora odejść? - Zawsze cię miałem za uczciwego psa, ale zaczynasz szczekać jak najgorszy kundel. - Andrzej, nie jesteś tu Bogiem! Gajewski wyszedł na zewnątrz i zapalił papierosa. Zaciągnął się dymem i pozwolił, by złość z niego opadła. Wypalił kolejnego, ale wcale nie czuł się spokojniej. Prawie trzydzieści lat w trupach nauczyło go, że nie można oddzielić pracy od życia osobistego. Gówno, którego człowiek się naogląda, zawsze zabiera się do domu. Zaczynasz gnić od środka i próbujesz to ukryć, zamykając się na wszystko i wszystkich. Dwadzieścia cztery godziny na dobę jesteś psem, który chce ujadać. - Młody daj jej jakąś robotę. Niech przegląda kasety z monitoringu. – Gajewski wrócił do środka po prawie godzinie. - Wysłać ją do Novotelu? - Nie, ma siedzieć w biurze. - Czemu? – W drzwiach pojawiła się Aśka ubrana w obcisłe jeansy, t-shirt i skórzaną kurtkę. – Chciałabym uczyć się pracy w terenie. -Gów… Na razie ucz się pracy w biurze. Przejrzyj materiały i bierz się do roboty. Artur, chodźmy zobaczyć naszego trupa. – Gajewski wyszedł z pomieszczenia. - On zawsze taki jest? - Taki miły? Prawie nigdy. – Młody uśmiechnął i założył kurtkę. – Ucz się, to dobry glina. - Mamy coś? – Gajewski zapytał patologa ściągniętego z Krakowa. - Nic szczególnego. Przyczyną śmierci był upadek z wysokości, który spowodował liczne obrażenia wewnętrzne. Na ciele brak znaków szczególnych, ale może panów zainteresować tatuaż na ramieniu. - Przypomina logo jakie Marzena widziała na wizytówce u Morowca. - Pomyślałem o czymś podobnym - kontynuował patolog – moja żona pracuje w branży reklamowej i rzeczywiście zarówno kształt, jaki i kolorystyka mogą wskazywać na popularne logotypy. To już wasza robota, aby to sprawdzić. - Sprawdzimy – powiedział beznamiętnie Gajewski. - Co z Morawcem? - Tutaj miałem więcej wyzwań. Przyczyną zgonu było uduszenie, na co wskazują liczne krwiaki na szyi oraz strzaskana krtań. Uchwyt był silny, a brak otarć wskazuje no solidny męski uścisk. Rzadko zdarzają się takie przypadki. Po śmierci dwa strzały w klatkę piersiową. Ofiara była już martwa, więc miało to jakiś wydźwięk osobisty dla mordercy. - Co to znaczy? - Może w przypływie adrenaliny stracił nad sobą panowanie? Na pewno zabijanie musiało sprawiać mu przyjemność, jednak jego opanowanie powoduje, że trudno uznać go za typowego socjopatę. Może były żołnierz? Wyszkolony, narzucający sobie rygory, a jednocześnie obyty z ludzką śmiercią. - Mówił pan, że rzadko się zdarza, by doszło do takiego uduszenia. – Młody nie skończył pytania, gdy patolog zaczął swój wywód. - Dokładnie. Ofiara się szamocze, walczy o życie. Przewaga fizyczna musi być miażdżąca, a Morawiec był postawnym mężczyzną. - Co sugerujesz? – zapytał Gajewski. - Że były jeszcze inne czynniki. Znalazłem w zgięciu łokcia ślad po igle. Początkowo myślałem, że to pozostałość po torturach, którym była poddawana ofiara, ale oddałem krew do analizy. Wstępne wyniki wskazują na silną substancję o działaniu narkotycznym. Waldemar Morawiec mógł nie być świadom, gdzie się znajduje i co wokół niego się dzieje. Na szczegóły będziemy musieli poczekać kilka dni. - Co z jego paznokciami? - Proszę spojrzeć. – Patolog podniósł rękę i wskazał na palce. – Drobne otarcia na poduszkach pod paznokciami wskazują na użycie ostrego i mało subtelnego narzędzia. Prawdopodobnie zrywano mu je obcęgami. Jeden z palców był wybity. Ból był na tyle duży, że ofiara walcząc z oprawcą, sama uszkodziła staw. Rany są już zabliźnione. Myślę, że stało się to około dwóch tygodni temu. Gajewski z Młodym szli korytarzem w kierunku schodów. Mimo zakazu oboje zapalili papierosy. - Chyba nie przywyknę do tego miejsca. – Młody splunął, śniadanie podnosiło mu się do gardła na myśl o trupach leżących za drzwiami. - Przywykniesz. Zadzwoń do Mashwitza, może już coś wie o zegarku. Kurwa! – Gajewski przystanął i uderzył pięścią w ścianę. Oparł się o nią z szeroką rozstawionymi ramionami i powiedział: – Mamy cztery trupy i co najmniej jednego podejrzanego, a i tak to się kupy nie trzyma. - Podejrzanego? - Blondynka z hotelu, kto inny mógł podać Morawcowi narkotyk? - Jego narzeczona uważała go za aniołka. - Musiała coś zauważyć. Jakiś gest, może coś mu się wymknęło, cokolwiek. Ludzie nie potrafią, aż tak dobrze udawać. - Niewiele można było z niej wyciągnąć. - Może próbuje jakoś chronić Morawca? - Ale po co? - Nie wiem, kobiety zachowują się czasami irracjonalnie. Kiedy wraca Jóźwiak? - Jutro, ale nie pogoni laborantów. Bez wyników właściwie nic nie wiemy. - Wiemy sporo. Poszperaj w Internecie za tym logotypem, może na coś się natkniesz. - Dobrze, ale… - Co jest? - Pomyślałem, że mógłbym przejść się po kilku hotelach ze zdjęciem Morawca. Marzena twierdziła, że zmieniał mieszkania. - Dobrze, wypytuj o jego dziewczyny, może ktoś jakąś zna. Musimy się dowiedzieć czegokolwiek o naszym byłym glinie. A, i Młody. Wrzuć na bęben to zdjęcie – Gajewski wyciągnął z kieszeni fotografię, którą znalazł u Wiśniowiaka. - Kto to? - Znalazłem u Wiśniowiaka, to na pewno nie jego żona. - Nie powinieneś się tym zajmować. - Wiem, Młody, ale też nie mogę tego zostawić. Śmierdzi gównem i trupem na kilometr. - Masz już jakiś trop? - Jeszcze nie, ale mam przeczucie. – Gajewski, wychodząc z klatki schodowej, zgasił papierosa i schował peta do kieszeni. - A, i zagoń Bartnickiego do bilingów. Niech sprawdzi z kim rozmawiał Morawiec. - Już nad tym siedzi. - Dobrze, Młody. Spotkamy się wieczorem w Fabryce. Gajewski podjechał pod dom Wiśniowiaka. Garaż był otwarty, a na podjeździe nie stał żaden samochód. Brama wjazdowa była zamknięta. Gajewski wyszedł z auta i zapalił. Obserwował wystawną willę, rozmyślając o zajściu z Seifert. Nie potrafił odpuścić, a czuł, że powinien, że jest za stary, by pakować się w kolejne syf. W kieszeni odezwał się telefon. - Gajewski. - Andrzej, rozmawiałem z Maschwitzem. Rozebrał zegarek na części pierwsze. Nic podejrzanego nie znalazł. - To jesteśmy w dupie. - Niekoniecznie, w bransoletce ukryty był mikrofilm, oddałem go do wywołania. Jutro będziemy wiedzieć, czego tak zawzięcie pilnował Morawiec. - Dobra robota. Sprawdziłeś zdjęcie? - Jest na bębnie, jak tylko coś będę wiedział, dam znać. - Młody, prześlij mi adres biura Wiśniowiaka. - Za chwilę podeślę, a później jadę porozpytywać o Morawca. Cześć. - Cześć. Gajewski siedział od dwóch godzin w aucie i obserwował biuro Wiśniowiaka. Na posesje wjeżdżały tiry wyładowane paletami kartonów, skrzyniami owoców. Ludzie krzątali się przy rozładunku i układali pakunki. Wszystko wyglądało normalnie, ale Gajewski nie miał zamiaru rezygnować. Czekał uparcie paląc papierosa za papierosem. W końcu, przed piątą pojawił się szofer Wiśniowiaka. Komisarz sięgnął na siedzenie pasażera po lornetkę. Osiłek, idąc do biura rozglądał się uważnie. Niósł niewielką walizkę i pokrzykiwał na pracowników. Po chwili wyszedł z biura i wyjechał z posesji. Gajewski zsunął się, żeby go nie dostrzegł. Gdy czarne audi się oddaliło, odpalił silnik i zachowując dystans, zaczął śledzić swojego jedynego podejrzanego. Młody jeździł od hotelu do hotelu, wypytując o Morawca. W trzech dowiedział się, że kilka miesięcy temu wynajmował pokoje, ale od dawna się nie pojawił. W kolejnych dwóch o nim nie słyszeli. W końcu jednak los się do niego uśmiechnął. Morawca widzieli zaledwie tydzień wcześniej. Wynajął pokój i przez dwa nie wychodził z niego. Prosił, by mu nie przeszkadzano, posiłki zamawiał do pokoju. Później został jeszcze jeden dzień, sporo przesiadując w barze. Mieszkanie opłacił na kolejny tydzień. Choć portier i kierownik tego nie przyznali, to Młodemu udało się wyciągnąć od boya ciekawy fakt. Morawiec poprosił go, by zamówił na ostatnią noc trzy prostytutki do jego pokoju. Przed świtem opuściły hotel. Banaś zapisał numer telefonu i adres lokalu. - Tylko niech pan syfu nie na robi z tym. To ładne miejsce, kulturka i panienki nasze, a nie żadne brudasy z południa. – Boy, zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo, próbował ułagodzić sprawę z podkomisarzem. - Mnie interesują tylko trupy – odpowiedział Banaś. Młody poprosił o klucz do pokoju i pomaszerował na górę. Czarne Audi zatrzymało się przed klubem nocnym MadeFish. Gajewski zaparkował po drugiej stronie ulicy i przyglądał się, jak kierowca Wiśniowiaka rozmawia z ochroniarzami. Odczekał kilka minut po jego wejściu i wyszedł z auta. - To ekskluzywny klub. – Jeden z bramkarzy zatrzymał komisarza. – Ma pan zaproszenie? - Mam. – Gajewski huknął jednego pięścią w brzuch, na tyle mocno, że ten stracił na chwilę oddech, a drugiego powalił solidnym uderzeniem w piszczel. Gdy ochroniarze klubu zwijali się z bólu, wyjął swoją legitymację i dodał:– Gajewski, wydział zabójstw. Za czarną kurtyną znajdował się krótki hol i szklane drzwi. Muzyka dudniła w odległym pomieszczeniu. Komisarz wszedł dalej i długim korytarzem dostał się obszernej sali, z okrągłym barem po środku. Jasne fotele i pufy kontrastowały z krwistoczerwonym oświetleniem. W środku siedziało kilku biznesmenów, a przy barze kręciły się skąpo ubrane dziewczyny, szukające tanich drinków lub będące dodatkową atrakcją lokalu. W narożniku znajdowały się trzy stopnie i wąskie wejście na salę z parkietem. Gajewski widząc, że przy barze nie ma podejrzanego, przeszedł dalej, ale w kolejnym pomieszczeniu również go nie znalazł. Skierował się w wąski korytarz oznaczony jako WC. Wszedł do męskiej ubikacji i sprawdził wszystkie kabiny. Po wyjściu poszedł dalej i w końcu trafił na napis „tylko dla personelu”. Słysząc kłótnię, nie nacisnął klamki, tylko nasłuchiwał. - Kurwa masz się dowiedzieć, kto chciał go zabić! Tylko ty wiedziałeś i mogłeś donieść. - Kafar, mówię, że na mieście nic nie wiedzą. To jakieś typy z zewnątrz. - Myślisz, że jestem głupi? Masz czas do jutra, a jak nie, następnym razem połamie nogi, a nie palce. Przemyśl to dupku. Gajewski szybko się cofnął i wszedł do kobiecej ubikacji. Akurat ktoś spuszczał wodę, ale doskonale było słychać jak kierowca Wiśniowiaka szybko przeszedł obok. - Kotku, nie pomyliły ci się pokoje? – Młodziutka blondynka ubrana w lateksową krótką sukienkę, zawinęła gumę do żucia na palcu. – W takim razie może postawisz mi drinka i zaprowadzę cię, gdzie trzeba? – puściła oko do Gajewskiego. - Ile masz lat? - 18 – zachichotała. - Wracaj do domu – Gajewski wyciągnął swoją legitymacje. - Spierdalaj, stary ciulu. – Mijając komisarza, szturchnęła go ramieniem Gajewski złapał ją za ramię i mocno ścisnął. Dziewczynie ugięły się kolana. Komisarz pociągnął ją za rękę i po chwili wsadził jej głowę do umywalki. Odkręcił zimną wodę, a dłonią starał się zetrzeć z jej twarzy intensywny makijaż. - Przestań, utopisz mnie – z trudem łapała oddech. - Jak wrócę za piętnaście minut i zobaczę cię w środku, wylądujesz na czterdzieści osiem za utrudnianie śledztwa i napaść na policjanta. Rozumiesz? - Tak. - Głośniej! - Tak! Gajewski puścił małolatę i wrócił do pokoju przeznaczonego dla personelu. Nacisnął klamkę, a gdy przekonał się, że drzwi są zamknięte na klucz, wyjął mały pokrowiec. Odsunął zamek błyskawiczny, a następnie wyciągnął dwa druciki, którymi zaczął majstrować w zamku. Po kilku sekundach dało się słyszeć szczęknięcie mechanizmu. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Minął winkiel, który dzielił pokój. Za stołem siedział facet, który próbował opatrzyć sobie palce prawej ręki. Na stole leżał bandaż i wąska kreska narkotyków. - Wypier… - Gdy mężczyzna o piegowatej karnacji i rudych włosach zobaczył, że Gajewski sięga po legitymacje, zerwał się z krzesła i pognał do drzwi po drugiej stronie pokoju. Komisarz rzucił się w pościg. Przeskoczył nad przewróconym krzesłem i dopadł do drzwi. Żebra bolały bardziej niż kiedykolwiek. Chwycił framugę drzwi i był tuż za uciekającym. Znaleźli się w niewielkim magazynie, wypełnionym skrzynkami z butelkami. Rudy odwrócił się i ściągnął z góry kilka tuż pod nogi Gajewskiego. Ten z trudem wyhamował, na chwilę stracił rytm, a podejrzany wydłużył dzielący ich dystans. Minęli kolejne drzwi i znaleźli się na ulicy. Podejrzany potrącił parę, a następnie przebiegł na czerwonym świetle tuż przed rozpędzonym samochodem. Gajewski wbiegł na jezdnię kilka chwil później. Z trudem łapał oddech, ale uparcie nie pozwalał stracić dystansu. Wyciągnął broń i krzyknął: - Stój, bo strzelam! – Po czym, oddał wystrzał w powietrze. Rudy na chwilę przystanął, mierząc swoje siły, po czym zerwał się na nowo i znikł za rogiem kolejnej ulicy. Gajewski, trzymając pistolet w dłoni, kontynuował pościg. Na skrzyżowaniu pobiegli w prawo, w wąską jednokierunkową przecznicę. Mężczyzna stracił kilka cennych sekund, próbując wywalić kontener, tym samym utrudniając pościg. Pojemnik wypełniony śmieciami ani drgnął. Glina miał już tylko kilka metrów do nadrobienia. Gajewski nie chciał zabijać podejrzanego. Był to jego najcenniejszy trop. Pot spływał po jego pooranym czole, a ból żeber odbierał dech, ale nie umiał odpuścić. To było jego życie. Tylko to potrafił robić. Nigdy nie zapomniał swojej przysięgi, że będzie stać na straży. Babrał się w gównie, dał się odedrzeć ze wszystkiego, co miało dla niego jakąś wartość i ostatecznie zostały tylko te słowa i odruchy, bardziej wyuczone niż przemyślane. Uliczka się skończyła i wypadli na dwupasmową trasę. Rudy, przepychał się zapchanym chodnikiem. W końcu, żeby przyśpieszyć, wypadł na jezdnię. Biegli tuż przy krawężniku. Rozpędzone samochody trąbiły, mijając ich o kilka centymetrów. Podejrzany obejrzał się za siebie i wykorzystując lukę, spróbował przebiec w poprzek drogi. Auta pędziły ponad osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Pierwszy zdążył zahamować tuż przed nogami mężczyzny, ale wybijając go z pędu i to właśnie te ułamki sekund zdecydowały, że kolejnego pasa nie zdążył pokonać. Pojazd wyrzucił jego ciało w powietrze. Poszybował kilka metrów do przodu i z impetem uderzył o asfalt. Gajewski zwolnił, patrząc jak wokół ciała powstaje kałuża krwi. Wszedł na chodnik i z trudem łapiąc oddech, wykręcił numer. - Gajewski. Przyślijcie karetkę i ekipę… Młody wyszedł z windy i wychylił się zza ściany. Widząc jak jakiś mężczyzna zamyka drzwi do pokoju Morawca, zatrzymał się i cofnął, chowając za winklem. Wyciągnął broń, odbezpieczył, po czym wycelował w plecy podejrzanego i krzyknął: - Proszę się zatrzymać. Podkomisarz Artur Banaś komenda stołe… Banaś zdążył tylko dostrzec ruch trzymanego na muszce mężczyzny. Zawahał się, na ułamek sekundy przed oczyma pojawiła się twarz jego pierwszej ofiary. Nie miał wtedy wyboru. Zamiast pociągnąć za spust odskoczył za narożnik korytarza. Kula przeleciała tuż obok jego ramienia, uderzając w stojący z tyłu wazon. Młody odzyskał zimną krew, nie wychylając głowy spróbował oddać dwa strzały w kierunku podejrzanego, po czym błyskawicznie wyjrzał, by ocenić sytuację. Mężczyzna przycupnął za narożnikiem wejścia do pokoju. Oddał kolejny strzał. Kawałek tynku uderzył Banasia w twarz. Wymiana ognia trwała kilka chwil. Podkomisarzowi skończyła się amunicja. Włożył nowy magazynek, przeżegnał się, po czym wychylił i oddał strzał. Mężczyzna również wypalił. Przez kilka sekund ważyły się losy Banasia, po czym pocisk musnął ramię Młodego i wbił w przeciwległą ścianę. Bandyta nie miał tyle szczęścia, kula utknęła w jego czaszce, zostawiając krwawy ślad na czole. Banaś cały drżał. Podniósł się z kolan i podszedł do swojej ofiary. Mieszanka adrenaliny i strachu buzowała w nim. Uderzył kilka razy pięścią w ścianę, po czym pozwolił, by łzy pociekły z jego oczu. Marzył tylko o tym, żeby przytulić Julkę. - Strach jest czymś, z czym musisz nauczyć się żyć - powtarzał słowa Gajewskiego, a w głowie dudniła naganą, którą otrzymał w dniu zabójstwa Jurka: „Dostałeś sraczki? To wytrzyj dupę i zmień gacie, ale nie biadol nad sobą, cioto.” W końcu emocje opadły, a drżenie w trzewiach ustało. Wyciągnął telefon, pociągnął kilka razy nosem, po czym wykręcił numer. - Andrzej, mam trupa. Co z tobą? Jak skończysz przyjedź do hotelu Chopina, właśnie odstrzeliłem gościa, który włamał się do pokoju Morawca. Tak, w obronie. Zaraz wezwę ekipę. Ze mną – Młody zrobił krótka pauzę – w porządku. Banaś usiadł na podłodze i zapalił papierosa. Drżenie rąk nie ustało. - Ekipa coś znalazła? – Gajewski wszedł do mieszkania Morawca. - Zero odcisków palców, jak zwykle. Przed moim przyjazdem, trup, czyli Antonii Zaręba, dokładnie przegrzebał rzeczy Morawca. - Mamy dane zabitego? - Tak, miał przy sobie portfel, a w nim dowód osobisty i prawo jazdy. - A komórkę? - Nie. - Załóżmy, że papiery są lewe. Pamiętał, żeby nie dać nam namierzyć rozmów, a zapomniał portfela? To nie amatorzy! - Chcą, żebyśmy grali w ich grę. - Morawiec zostawił coś ciekawego w pokoju? – Gajewski poczęstował Młodego papierosem. - Trochę papierów i laptopa, ale skurczybyk, który do mnie strzelał, zdążył go doszczętnie zniszczyć. Jutro przejrzę dokładnie znalezione rzeczy. - Pewnie uda nam się zdobyć adres mordercy – zakpił Gajewski. – Zgarniemy jakiegoś maluszka, który o niczym nie wiedział. Sprawa zamknięta, trup leży w ziemi. - A prawdziwy morderca się wywinie Gajewski podniósł wzrok i powiedział dobitnie: – Po moim trupie. Komisarz podszedł do czarnego worka na korytarzu i spojrzał na ofiarę. Zaciągnął się dymem i powiedział. - Dobrze strzelasz. Artur, jedź do domu. Jak chcesz dzień wolnego, to jutro nie przychodź. - Pojadę, padam z nóg. – Banaś stanął obok Gajewskiego i dodał: – Tym razem miałem szczęście. – Gajewski spojrzał na Młodego. – Jutro przyjdę. Kiedyś muszę do tego przywyknąć. - Młody, oby jak najpóźniej. Aśka spędziła pierwszy dzień swojej wymarzonej pracy oglądając nagrania z kamer technologicznych. Na dodatek po południu doniesiono kolejną stertę kaset. Liczyła na pościgi i strzelaniny, ale wychodziło na to, że z Gajewskim nie będzie tak łatwo. - Głupia, czeka cię sto lat pracy za biurkiem. Zrobiła sobie kawę, później kolejną. Było już grubo po dwudziestej, gdy zjawił się Gajewski. - Masz coś? - Najpierw zajęłam się Novotelem, zdjęcie dziewczyny jest średnio wyraźne. Wysłałam, żeby sprawdzili je w bazie. Wyszła tuż przed Morawcem. Dokładne informacje dam ci jutro w raporcie. Gorzej mi poszło z galerią. Na jednym z nagrań wydaje mi się, że jest nasz morderca, ale jest fatalna jakość. Morawiec przychodził po południu, zabierał dziewczynę z boutiqu i wychodził jak gdyby nigdy nic. Rano zbiorę notatki do kupy. - Starczy na dzisiaj. – Gajewski zawahał się i zapytał: – Pijesz piwo? – Odwrócił się i nie czekając na odpowiedź Aśki, wyszedł. Dziewczyna zawahała się tylko przez chwilę i po czym wybiegła za komisarzem. - Czemu wydział zabójstw? - Wie pan już na studiach lubiłam sporty ekstremalne. Skoki na spadochronie, szybka jazda na motorze. Pomyślałam, że tutaj też nie zabraknie adrenaliny. – Aśka pociągnęła łyk piwa. Stali oparci o balustradę barki i wpatrywali się w światła Pragi, które odbijały się w Wiśle. - Żadnego powołania? - A pan wybrał tą pracę z powołania? - Nie pamiętam. - W sumie sama nie wiem, może wizja bycia tym dobrym działała na wyobraźnię? - Za dużo filmów oglądasz. - Po dzisiejszym dniu też dochodzę do takiego wniosku. Zawsze tyle się siedzi przy biurku? - To zależy w czym się jest dobrym. – Gajewski dopił piwo i oparł się plecami o balustradę. - Młody długo z panem pracuje? - Trzy lata. – Gajewski zapalił papierosa i poczęstował Aśkę. - Z chęcią zapalę jednego. Od czasów studiów nie paliłam. Mój narzeczony strasznie się o to wścieka. - A o pracę? - Nie wiem, chyba ma to w dupie. Będzie miał więcej czasu dla siebie. Wiem, że uważa pan, że się nie nadaję – Aśka spojrzała w oczy Gajewskiego i dodała – ale nie zrezygnuję. - To gówniana praca. Nikt normalny nie powinien się w tym babrać - A zwłaszcza kobieta – dodała Aśka. – Lepiej niech mnie pan nauczy pływać w tym szambie, bo prędzej pójdę na dno niż odejdę. – Kobieta dopiła swoje piwo. - Andrzej. – Gajewski wyciągnął rękę. - Aśka. Jankowska spędzała wieczór w hotelu policyjnym z Marzeną, narzeczoną Morawca. Kobieta nie potrafiła się pozbierać po stracie matki, a ze względu na zagrożenie życia, Gajewski zrobił, co tylko mógł żeby zapewnić kobiecie ochronę. Pani psycholog zjawiła się po pracy, dręczona dziwną potrzebą pomocy drugiemu człowiekowi. W pierwszych latach służby było to dla niej zupełnie oczywiste zachowanie. Nieść ulgę ofiarom i świadkom. Pomagać. Rozmawiały prawie dwie godziny. Jankowska wykorzystała całą swoją psychoterapeutyczną wiedzę, aby uspokoić Marzenę, a jednocześnie pozwolić odnaleźć jej szczegóły, które mogły być przydatne dla śledztwa. Sama w jakiś sposób też doznawała chwilowego ukojenia. Jej myśli nie były skupione na niej i na żalu, który doprowadzał ją do upadku. Nagle padło pytanie, którego Jankowska w ogóle się nie spodziewała. - A co panią trapi? - Mnie? – Pytanie wzbudziło w niej zadumę. Zamyśliła się i milczała. - Jest pani piękną kobietą, a ma pani niesamowicie smutne oczy. - Nie powinnam… - Jankowska zmieszała się. - To pani nie dotyczy. - Siedzimy tu od dwóch godzin i rozmawiamy. Myślę, że po pani pytaniach mam prawo do rewanżu. - Ja… - Jankowska nie wiedziała, jak zacząć, co powiedzieć. - Ma pani męża? - Nie, jestem sama. - To panią tak dręczy? Samotność. - Przez lata nigdy nie przykładałam do tego wagi. Praca wypełniała mój czas, ale… Jestem coraz starsza, nie podobam się już mężczyznom tak jak kiedyś. - Skąd taki pomysł? Według mnie wygląda pani świetnie. – Marzena trzymała w rękach kubek z gorącą czekoladą i co rusz wpatrywała się w jego zawartość. - Wdałam się w romans z mężczyzną o kilka lat młodszym. Poszliśmy do łóżka, a gdy zakochałam się w nim, zostawił mnie. Już wcześniej czułam pustkę, która wdarła się w moją codzienność, ale ta historia dopełniła czarę goryczy. – Jankowska wyciągnęła z torebki małą buteleczkę wódki i pociągnęła kilka łyków. – Nie powinnam przy pani… Ale mam to w dupie. Najlepsze lata spędziłam wśród łez obcych ludzi i co mam w zamian? Puste mieszkania i przelotne romanse, które zawsze kończą się tym samym. - Niech mi pani mówi Marzena. – Narzeczona Morawca przytuliła Jankowską, która zupełnie się rozkleiła. - Grażyna. Jankowska wróciła do mieszkania i otworzyła nową butelkę wódki. Jej zachowanie było nieprofesjonalne i głupie. Nie miała zamiaru w żaden sposób zaprzyjaźniać się z swoją pacjentką. Najbardziej potrzebowała spokoju i odseparowania życia prywatnego od zawodowego. Pijana zasnęła po północy. Gajewski koło pierwszej podjechał pod magazyn Wiśniowiaka. Przez kilka minut obserwował teren posesji, po czym wysiadł z auta. Stanął przed bramą i nasłuchiwał. Przez kilkanaście minut czekał aż pojawi się światło latarki, ale na posesji było cicho i spokojnie. Komisarz przerzucił przez płot kawałek wieprzowej łopatki nafaszerowany środkami usypiającymi. Dwa owczarki zjawiły się przy mięsie poszczekując. Czas płynął pomału. Glina spacerował przed bramą w tą i z powrotem. Był zdziwiony, że nikt nie pilnuje hurtowni. Najprawdopodobniej stróż zapił i spał w dyżurce, ale nie zmieniało to faktu, że brak informacji zwiększał ryzyko. Koło drugiej Gajewski opróżnił paczkę papierosów. Przeklął na siebie. Nie kupił nowej, a roboty miał do świtu. Dopalił ostatnią fajkę. Wdrapał się na bramę i sprawnie znalazł się po drugiej stronie. Nikt go nie zaatakował, psy nie zaczęły szczekać. Wyjął z kurtki małą latarkę i skierował się do biura Łukasza Wiśniowiaka. Nagle usłyszał jakiś hałas. Przycupnął do ściany długiego magazynu i nasłuchiwał. Szmer zamienił się w odgłos rozmowy. Rozmówcy zbliżali się, a dźwięki zaczęły układać się w słowa. - Chodźmy z powrotem, jeszcze połówka została i idziemy spać… - Ale psy są jakieś spokojne. - Bo się nic nie dzieje. - A to światło? - Może auto jakieś przejeżdżało. - Nie słyszałeś, że szef się w szpitalu kończy! Nie możemy dać ciała. - Nie wiem jak ty, ale nie zamierzam nadstawiać karku. Głosy zaczęły się oddalać. Gajewski wykorzystał moment i błyskawicznie znalazł się przed wejściem do biura. Wyciągnął swój futerał, po czym dotknął zamka. Nie będąc pewnym, z jakim mechanizmem ma do czynienia, wyciągnął najbardziej uniwersalne narzędzia i zaczął majstrować w dziurce od klucza. Po kilku sekundach zamek był otwarty. Komisarz popchnął drzwi i wszedł do środka. Zapalił latarkę i zaczął szukać walizki, którą przywiózł szofer Wiśniowiaka. Gabinet był niewielki. Po prawej stronie stało biurko, a naprzeciwko rząd szafek. Gajewski usiadł na fotelu i zaczął przeglądać dokumenty leżące na blacie. Prócz faktur i zleceń niczego ciekawego nie znalazł. Szafka przy biurku była zamknięta. Komisarz był przygotowany na taką ewentualność i wyjął specjalnie przygotowany przez siebie łom. Krótki, zakrzywiony pręt doskonale mieścił się za podszewką kurtki nie utrudniając ruchu. Glina wyłamał zamek. W środku znajdowała się walizka. Wyjął ją i otworzył. W środku znalazł zdjęcia kilkunastu młodych dziewcząt oraz spis nazwisk wraz z kwotami. Gajewski schował do kieszeni listę. Przeglądał fotografie, z których uśmiechały się do niego nastolatki. Sprawdzał, czy na odwrotach również znajdują się numery telefonu, ale wszystkie były czyste. Nagle światło oświetliło jego plecy. Schylił się, ale było za późno. Z zewnątrz dochodził odgłos biegu, a po chwili krzyk: - Mamy pistolety paraliżujące. Wyjdź z dłońmi podniesionymi do góry, a nie stanie ci się krzywda. - Antek, czekaj przy drzwiach z pałą. – Gajewski dosłyszał słowa drugiego strażnika. Komisarz wyciągnął swój pistolet i wycelował w niewielkie okno tuż przy wejściu. Oddał jeden strzał, który roztrzaskał szybę. Ochrona zaczęła w panice uciekać, co Gajewski szybko wykorzystał. Trzymając się ścian magazynu doszedł do głównego placu, którym przybiegł do murku. Podciągnął się i znalazł po chwili na ulicy. Musiał tylko pamiętać, by w raporcie wspomnieć o dwóch wystrzałach ostrzegawczych w trakcie popołudniowego pościgu. Banaś wrócił do mieszkania, gdy Julia kończyła przygotowywać kolację. Podszedł do swojej dziewczyny i mocno się przytulił. - Artur, zostaw, za chwilę będzie kolacja. Banaś jednak nie miał ochoty na jedzenie. Nie mógł zapomnieć strzelaniny. Julka zaniepokojona zachowaniem Banasia zaprowadziła go do sypialni i ułożyła na łóżku. Wzięła jego głowę na kolana i gładząc włosy, zapytała: - Artur, co się stało? - Znów zabiłem człowieka – wyszeptał. - Musiałeś? – zapytała przejęta wyznaniem komisarza. - Inaczej on by mnie zabił. Kilka minut i nic by się nie wydarzyło. - Artur nie zadręczaj się tym. - Zabiłem złego człowieka, nie rusza to mojego sumienia, ale mogłem nie wyjść z tego cało. - Tego się boisz? - Tak… - wyszeptał i zmęczony zasnął na jej kolanach.



        Dedykacja: Justynce

Płeć: mężczyzna
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 09.02.2014r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 15 02 2014 (16:15:04)

Dzięki za komentarz. Pozdrawiam

paujina Użytkownik 15 02 2014 (15:42:56)

Użytkownik ocenił pracę na 4

przeczytałam streszczenie, zerknęłam na długość tekstu (11 stron…) i pomyślałam sobie kurde, bo myślę raczej zwięźle. ale potem zabrałam się za właściwą treść i nawet nie zorientowałam się, kiedy skończyłam. bardzo dobra historia. realistyczna, wciągająca, świetnie poprowadzona. doskonale zbudowałeś postacie Gajewskiego i Młodego, ich charaktery i przeszłość, która ciągle gdzieś się odzywa. pozostali bohaterowie też na plus, widać, że zostali wprowadzeni w konkretnym celu, a nie tylko jako dodatek czy zapychacz (vide Julka).
styl jest okej. męski, twardy, konkretny. żadnych niepotrzebnych ozdobników, suche fakty, dokładne opisy (może czasem zbędne jest dodawanie, że Gajewski zabrał lornetkę z fotela pasażera czy nacisnął klamkę, ale jest tego tak niewiele, że zupełnie nie przeszkadza w czytaniu). zwłaszcza brawa za opis pościgu – widać, że właśnie wartka akcja to Twój konik, doskonale poprowadzony fragment.
błędy… no są. zdarzają się powtórzenia, zawsze warto wszystkie wyeliminować, choćby po to, żeby taki upierdliwiec jak ja nie miał się czego czepić. brak przecinków w zdaniach złożonych – dosyć często, wypisałam kilka, poprawiłam (chyba) wszystkie, ale widać, że to raczej wynika z nieuwagi czy pospiechu. parę literówek, parę zgubionych ogonków.

Gdyby nie postanowił zaatakować nim Marzena weszła do mieszkania, wszystko zakończyłoby się dużo gorzej.

Gdyby nie postanowił zaatakować, zanim Marzena weszła do mieszkania, wszystko zakończyłoby się dużo gorzej.

Bał się dzielić tym co miał w sobie.

Bał się dzielić tym, co miał w sobie.

Julka, mimo studiów dziennikarskich, podjęła praca w jednej z redakcji jakiejś lokalnej gazety. O swoich zajęciach w gazecie mogła opowiadać bez końca.

trochę brzydko wypadło to powtórzenie. może: o swoich nowych zajęciach mogła opowiadać bez końca?

Wydawała mu się taka bezbronna, słaba, zupełnie nie podobna do siebie.

niepodobna.

Na pół przytomna wiła się na pościeli, gwałtownie pieszcząc, jakby jej dłonie należały do faceta - silnego, nieobliczalnego, gotowego zrobić z nią wszystko czego tylko oboje zapragną.

Na pół przytomna wiła się na pościeli, gwałtownie pieszcząc, jakby jej dłonie należały do faceta - silnego, nieobliczalnego, gotowego zrobić z nią wszystko, czego tylko oboje zapragną. (swoją drogą doskonałe zdanie!)

Krople, muskające jej ciało były jak lodowate igły, sprawiały coś na pograniczu bólu, a jednocześnie rozkoszy.

niepotrzebny przecinek po „krople”.

Gniotła swoje piersi, szarpała sutki, ale nie czuła tego czego pragnęła.

przecinek po „tego”

- Pff. – Jankowska prychnęła, ale słowa taksówkarza ją zabolały. Resztę drogi milczała, a i kierowca widząc nastrój swojego pasażera zrezygnował z konwersacji.

wydzieliłabym „widząc nastrój swojego pasażera” przecinkami. z imiesłowami niekiedy jest problem, czasem się je oddziela, czasem nie. tutaj akurat to wzmocnienie przecinkami byłoby uzasadnione, w końcu zrezygnował, dlatego że widział, jaki ma nastrój.

Kurwa jak jeździsz palancie! Dobrze, jak będzie coś wiadomo daj znać.

przecinek po „kurwa” i po „wiadomo”.

Wie pan jak to teraz jest, wszyscy gadają jak to im źle.

przecinki przed „jak” – zdania podrzędne.

- Dziękuję – Gajewski mruknął i ruszył długim, wąskim korytarzem.

mruknął Gajewski. najpierw orzeczenie, potem podmiot (zazwyczaj).

- Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać. Co znowu? Ten spod piątki umiera? – Zakpił, po czym podniósł wzrok.

zakpił małą literą.

i krzyknął: – A co pan tu robi.

może zamiast kropki pytajnik i wykrzyknik?

szepnęła i wyciągnęła z pod koca rękę.

spod!

- Tak. – Podkrążone oczy Marzeny zdawały się przeczyć zapewnieniu – Wasz psycholog próbował mi pomóc.

kropka po „zapewnieniu”

- … - W oczach Marzeny pojawiły się łzy, ale zacisnęła powieki i wydusiła z siebie odpowiedź: – Pytaj.

nieee, bez sensu ten wielokropek.

- Jak wyglądała.

dlaczego nie stawiasz pytajników?

Przepraszam cię po raz setny, za wszystko. Ktoś lata po Warszawie i morduje ludzi, nie dorwę tego bydlaka bez jej zeznań.

dodałabym „a ja [nie dorwę]”.

Jankowska zawstydzona całą sytuacją chciała się pokajać, może nawet poprosić, ale Banaś zdążył trzasnąć drzwiami.

a nie przeprosić?

- Czego chcesz kundlu?

przed wołaczami zawsze stawia się przecinki.

- Dobrze – szepnął kierownik, stojąc bezradnie przy drzwiach pokoju Waldemara Morawca – cholerny pech, żeby tylko prasa niczego nie zwąchała.

często stosujesz ten zabieg dzielenia wypowiedzi wtrąceniem „didaskaliów”. zazwyczaj jest okej, tutaj dałabym kropkę po „Morawca”.

Ze zdjęcia uśmiecha się do niego śliczna młoda dziewczyna.

uśmiechała się.

- Nie wiele można było z niej wyciągnąć.

niewiele.

Poszperaj w Internecie za tym logotypem, może na coś się natchniesz.

natkniesz.

Jasne fotele i pufy kontrastowały z krwisto czerwonym oświetleniem.

krwistoczerwonym.

Auta pędziły ponad 80 kilometrów na godzinę.
w prozie liczby zawsze słownie :)

Stali oparci o balustradę barki i wpatrywali się w światła Pragi, które odbijały się we Wiśle.

w Wiśle.

- A pan wybrał tą pracę z powołania?

tę pracę.

Najbardziej czego potrzebowała to spokoju i odseparowania życia prywatnego od zawodowego.

najbardziej potrzebowała spokoju.

wielbiciel kryminałów dałby pięć. pedant i przecinkowy terrorysta musi dać cztery.

pozdrawiam!



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(55): 55 gości i 0 zarejestrowanych: