Fatum anioła

Prolog Słońce było w zenicie, rzucając ostre promienie na spopieloną wyjałowioną ziemię, lecz to nie ono doprowadziło świat do tego stanu. To człowiek. Ludzkość, kierowana przeróżnymi żądzami doprowadziła do kataklizmu. Życie już nigdy nie będzie takie samo. Ci co przetrwali wojnę, teraz wśród spalonej ziemi, popiołów, oraz licznych mutacji, będą musieli walczyć o życie. Przetrwać, kolejny dzień szukając sensu dalszej egzystencji. Europa Środkowa. Gdzieś, gdzie w dawnych czasach rozciągały się góry stanowiące granicę pomiędzy dwoma narodami, narodami które dzisiaj już nie istnieją, jak wszystkie twory dawnych cywilizacji, dało się słyszeć strzały. Przez niewielką prawie niezamieszkałą wioskę, pełną zrujnowanych bądź walących się pod swoim ciężarem zabudowań niosło się echo tych zdarzeń. Nieliczna ludność wioski wyszła ze swoich domostw spoglądając na północ, w kierunku w którym znajdowało się wciąż działające więzienie. Placówka utrzymywana przez organizację każącą tytułować się „ Żołnierze Nowego Ładu”. W wiosce natomiast panuje cisza. Ludzie zamożniejsi odziani w stare dziurawe waciaki i podarte spodnie, oraz ci biedni ubrani jedynie w przepaskę na biodrach i pokryci kurzem. Wszyscy wiedzą co się dzieję, jednak nikt nic nie mówi. Nagle wszystko cichnie tak gwałtownie jak się zaczęło, roznosi się jedynie echo. Jakaś mała dziewczynka uczepiona wyblakłej sukni swojej matki płacze. Napięcie wśród zebranych nie opada. Ktoś ucisza dziewczynkę. Z oddali słychać gwar, krzyki euforii, oraz pojedyncze wyraźne słowa. Mieszkańcy wioski wiedzą już co się wydarzyło, oraz co się wydarzy, jeżeli nie opuszczą swojego domu. Jedynego miejsca w którym czuli się bezpieczni. Wracają do swoich domów pakując swój niewielki dobytek. Ci co mają rodziny odchodzą szukając lepszego miejsca. Wielu jednak zostaje na miejscu, zatraciwszy nadzieję na lepsze życie. Wioska będzie zapewne pierwszym celem skazanych. Jednak brak wiary w to że może istnieć inny lepszy świat przesądził o tym, że zostają w swoich domach. Czy też śmierć jest drogą do lepszego świata? Rozdział I Niespełnione sny Lekki zachodni wietrzyk dmucha w moje włosy. Patrzę przed siebie widząc jedynie popękane kawałki tego co kiedyś było szosą. Podobno kiedyś jeździły po niej maszyny przewożące ludzi. Tak przynajmniej słyszałem od rodziców. Najukochańszych i najbliższych mi ludzi, których już ze mną nie ma. Zostałem sam. Idę. Tylko po co? Dokąd? Jednak idę. Podróżuję z karawaną handlarzy zmierzającą gdzieś na zachód, w poszukiwaniu rynku zbytu na przeróżne towary z minionej epoki. Nie ma już pieniędzy, teraz kupcy wymieniają się towarami. Na szczęście mnie nie wymienili. Może jednak jestem przydatny, w końcu niosę ciężki plecak z prowiantem dla karawany. Nie wiem na jak długo starczy mi jeszcze sił, ten bagaż waży chyba tyle co ja. Za trzy dni mijają moje dwunaste urodziny. Nikt o tym nie wie, ani czworo handlarzy, ani najemnik który ochrania karawanę. Najbardziej miły z nich wszystkich jest dla mnie chyba zwierzę przypominające osła. Dotknięte mutacją nie jest już takie jak widziałem na obrazkach w książeczce, którą miałem kiedyś. - Alrik ! - krzyknął do mnie najemnik – ruszaj się! Nie zostawaj w tyle, bo dopadną cię jakieś ścierwa, a jak nadal będziesz się ociągał to nakopie ci do tej twojej małej dupy! Mimo obolałych nóg, ciężaru na barkach i suchości odczuwanej w gardle przyspieszam kroku. Sam nie wiem czy bardziej boje się mutantów grasujących w okolicy, czy tego człowieka. Nie wiem nawet jak ma na imię. Słońce już zachodzi, niedługo się zatrzymają. Nikt się do mnie nie odzywa, ani ja nic nie mówię. Staram się tylko maszerować, myślenie o przeszłości i o tym co nadejdzie tylko spowalnia moje kroki. A przecież musi się coś zmienić. Świat nie może tak wyglądać wszędzie. W oddali przed nami widać jakiś budynek. Jedyne o czym teraz myślę to bezpieczne schronienie na noc i odpoczynek. Budynek okazuje się stacją benzynową . Tak wiem co to jest za budynek i do czego służył. To te maszyny przewożące ludzi korzystały z takich budynków, tylko nie wiem dokładnie po co. Stacja stoi pośrodku pustkowia. Pełno tu rdzy i odrapanego tynku, a dookoła nie ma nic, tak jak wszędzie, tylko jałowa ziemia. Zatrzymujemy się. Upadam na kolana, łapiąc oddech. Pociemniało mi przed oczami. Gdyby nie pusty żołądek pewnie zwymiotowałbym z wyczerpania. Najemnik ostrożnie wszedł do środka w jednej ręce trzymając pistolet, a w drugiej latarkę nakręcaną korbką. Wszyscy nerwowo rozglądają się dookoła, tylko ja wciąż leże na czworaka na kawałku pękniętej szosy próbując złapać oddech. Po chwili słychać trzy wystrzały, oraz siarczyste przekleństwa z ust najemnika. Podnoszę głowę na drzwi budynku i widzę jak wychodzi ciągnąc za sobą nabrzmiałe ciało jakiegoś mutanta. Jeden z handlarzy z entuzjazmem woła -No no załatwiłeś kretoszczura, mam nadzieję, że nie będziesz się tym szczycił przez resztę drogi? Najemnik wyraźnie spochmurniał, staram się nie uśmiechnąć, aby nie przynieść sobie kłopotów. Handlarze mogą sobie mówić co chcą, oni mu płacą, a ja, jestem warty pewnie mniej niż ten osiołek. -Czysto – odpowiedział najemnik – pakujcie swoje leniwe dupy do środka. Wchodzę do budynku jako ostatni, ostrożnie odkładam plecak. Siadam skulony pod ścianą. Handlarze szykują sobie prowizoryczne posłania. Z odłożonego przeze mnie plecaka jeden z karawaniarzy Michał wyjmuje prowiant . - Proszę mały zasłużyłeś – powiedział do mnie wręczając mi puszkę mielonki i mała butelkę wody. - Dziękuje panu. Zaczynam łapczywie pałaszować puszeczkę, reszta drużyny również się posila. Nie wiem o czym rozmawiają podczas posiłku, chyba o dawnych czasach, nie wszystko jeszcze rozumiem. Cieszę się jedynie, że nie zwracają na mnie większej uwagi. Zmęczenie dało mi się we znaki, kładę się opierając głowę na plecaku. Z kieszonki spodni wyjmuję scyzoryk. Przedmiot, który podarował mi kiedyś tata. Czuję ścisk w gardle. Staram się nie płakać. Przytulam scyzoryk do piersi, zamykam powieki. Jutro czeka mnie to samo, znowu droga, nie wiem jak daleko jeszcze. Zawsze gdy pytam wyzywają mnie od mięczaka, raz nawet dostałem w ucho. Lepiej nie wiedzieć. Tak jest łatwiej. Może tam dokąd idziemy znajdę szczęście. Może się coś zmieni. Tato, mamo, nie poddam się dla was. Zasypiam Rozdział II Powtórne narodziny Jego bose stopy w powolnym marszu szurały o twardą, wysuszoną ziemię. Za swoimi plecami słyszał okrzyki radości, oraz pojedyncze strzały. Powoli zwalniał kroku, docierało do niego co tak naprawdę się stało i jakie to przyniesie konsekwencje. Z obu stron mijali go gnający przed siebie ludzie. Ci sami, z którymi spędził szmat czasu w zamknięciu, oglądając świat zza grubych murów, ozdobionych solidnymi kratami i tym diabelnym ostrokołem, świat który nie był już taki jak kiedyś, piękny, pełen radości, przesycony dobrobytem, dobrze zorganizowany, usłany florą i fauną. Teraz stał się areną dla ludzi, na której toczy się walka o przetrwanie. Skazańcy. Był świadomy, że żaden z nich nie przebywał tam bez powodu. W tym strasznym miejscu utrzymywanym przez Żołnierzy Nowego Ładu przebywali mordercy, gwałciciele, psychopaci, oraz tacy jak on. Złodzieje. Kiedy inni osadzeni pytali go „za co tu trafił” wolał odpowiadać, iż dopuścił się jakiejś poważnej zbrodni, zaatakował wraz ze swoimi towarzyszami pluton żołnierzy, lub poderżnął gardło jakiemuś burmistrzowi nic nieznaczącego fikcyjnego miasteczka. Tak było łatwiej, w oczach innych skazańców zdobywał respekt. Przecież, gdyby powiedział, że znalazł się tu za kradzieże stałby się popychadłem. Każdy radzi sobie jak może. Mateusz również musiał sobie radzić, aby przetrwać. Kradł, okazało się to prostym i intratnym sposobem na życie, po prostu zabierał innym to co do nich należało. Ubranie, pożywienie, broń. Rzeczy na które uczciwi ludzie ciężko pracowali, on wybrał łatwiejszą drogę, nie czuł wyrzutów sumienia. Każdy jest dobry w czym innym. Wszystko szło dobrze do czasu, aż okradł niewłaściwą osobę, w niewłaściwym czasie i wpadł. Taka jest natura człowieka, gdy coś zdobędzie będzie szczęśliwy i zaspokojony, jednak po pewnym czasie stwierdzi, że ma mało i chciałby czegoś więcej. W tym wypadku jedni pozostają przy tym co posiadają i robią swoje w dalszym ciągu, a drudzy, tacy jak Mateusz sięgają po więcej. W przypadku tego dwudziestoczteroletniego chłopaka skończyło się to niepowodzeniem. Z rozmyślenia wyrwało go szturchnięcie w plecy. - Czego tak sterczysz młody – usłyszał za plecami ochrypły głos więźnia – rusz się. Jesteś teraz wolny! Możesz iść gdzie chcesz, a tam gdzie dotrzesz opowiedz o słabości jaką wykazali się te gnidy. Żołnierze Nowego Ładu. Też mi coś. Nawet nie widzieli co w nich uderzyło! Mateusz powoli się podniósł. Pomyślał, że mówienie komukolwiek o tej bitwie i porażce żołnierzy było by głupstwem, jednak w jednej kwestii tamten człowiek miał rację. Był teraz wolny. Po chwili namysłu skierował swe kroki na południe, tam gdzie kierowała się większość jemu podobnych, do niewielkiej sypiącej się wioski w nadziei na znalezienie pożywienia i normalnej odzieży, która nie świadczyłaby o miejscu jego pochodzenia. Bardziej wpływowi skazańcy nie musieli się tym faktem przejmować, gdyż złupili zapasy zgromadzone w magazynach więzienia. Było tam wszystko niezbędne do zaczęcia nowego życia, jednak w niewielkiej ilości. Mateusz szedł z uporem w kierunku wioski, każdy kolejny krok zdawał się dla niego ciężarem, wiedział co zrobią więźniowie jeśli miejscowa ludność nie zdążyła, bądź nie miała zamiaru się ewakuować z wioski. Nie chciał o tym myśleć, to nie jego sprawa. Ważne było aby zadbać o siebie, tak jak zawsze. Nie miał zamiaru nikogo krzywdzić, jednak ich los był mu obojętny. Maszerował. Głodny, zmęczony, odwodniony, ale maszerował. Gdy dotarł do osady, grabież już się zaczęła. Skazani przeczesywali dom po domu. Nieliczni mieszkańcy, głównie starsi ludzie zostali wywleczeni na plac, na klęczkach byli przepytywani o swój dobytek, będąc dotkliwie bici za nieudzielenie odpowiedzi. Jeden biedak leżał z poderżniętym gardłem tonąc we własnej krwi. Zabili go dla przykładu pomyślał Mateusz. Tylko po to aby nadać powagi sytuacji w oczach innych przerażonych osadników. Biedni głupcy, trzeba było uciekać wraz z innymi mieszkańcami, sami są sobie winni. Młodzieniec wszedł do pierwszego lepszego domu rozglądając się i przewracając szuflady do góry nogami. Nie znalazł nic. Nie spodziewał się sukcesu, jednak nie poddawał się. Brnął dalej. Kolejna chata. „Że to się jeszcze nie zawaliło” pomyślał wchodząc do środka. Było ciemno. Uśmiechnął się do swoich myśli. Skoro panuje tu taki mrok jest szansa, że przeszukali to miejsce niedokładnie. Zaczął przeczesywać centymetr po centymetrze,aż w końcu znalazł wąskie drzwi do gabloty, a w niej jakieś stare szmaty. Ubranie. Znoszone buty, nie jego rozmiar, ale nie ma co narzekać. W izbie która przypominała jadalnie znalazł kilka kawałków suszonego mięsa, nie wyglądało na świeże, ale owinął je starannie w znalezione szmaty. W rogu stołu stał w połowie pęknięty słoik pełen mętnej wody. Zgasił pragnienie wykrzywiając twarz i zastanawiając się ile właśnie bakterii przepływa przez jego przełyk. Usłyszał odgłos kroków tuż za drzwiami rudery. Adrenalina momentalnie podskoczyła. Skrył się w sąsiednim pokoju, który okazał się sypialnią. Jego uszu dobiegła rozmowa. Troje ludzi. Znał te głosy, byli to skazani, ci z tych bardziej wpływowych. Mateusz nie wiedząc co, ze sobą zrobić rzucił się na ziemię i wpełzł pod łóżko. Materac który znajdował się nad jego głową pokryty był pleśnią i grzybem. Z trudem powstrzymał odruch wymiotny wstrzymując oddech. Troje ludzi weszło do izby rozglądając się. - Nic tu nie znajdziemy mówiłem ci Andrzej - Andriej kretynie. Ile razy mam ci powtarzać. Nie jestem cholernym Polaczkiem jak ty. - A ty znowu swoje ... dobra, dobra nie denerwuj się. - Czysto szefie! Mateusz leżał starając się nie wydawać z siebie żadnych dźwięków. Czuł jak po jego czole spływają krople potu. Przed sobą widział obute nogi dwójki ludzi. Zamknął oczy. Słyszał jak wchodzi kolejna osoba. - Macie coś – usłyszał nieznajomy głos – interesuje mnie wyłącznie broń lub amunicja, tak jak wam mówiłem. - Nic tu nie ma szefie, wszystko co mamy to sprzęt z więzienia po tych sukinsynach. - To tylko banda wieśniaków. Jeżeli mieli tu jakieś spluwy to zabrali, ze sobą ci co uciekli przed naszym przybyciem. Chwila milczenia - Szefie co teraz zrobimy? Myślę, że powinniśmy się gdzieś zaszyć. Dało się słychać jak przywódca wymierza cios jednemu z rozmówców. Mateusz modlił się w myślach, aby tamten się nie przewrócił na podłogę, co skutkowało by pewnie odkryciem jego obecności. Jednak nic takiego się nie stało - Nie ty tu jesteś od myślenia durniu. Pójdziemy odebrać to co nasze. Zdobędziemy szacunek. Urośniemy w siłę. Jeszcze przyjdą dla nas lepsze czasy. Chłopak leżał pod łóżkiem jeszcze jakiś czas po opuszczeniu rudery przez więźniów. Zdawało się, że tamci szykują coś większego, jednak to było teraz dla niego nieważne. Musiał opuścić to miejsce. Lecz dokąd się udać. Miał już ubranie, nikt nie rozpozna w nim skazańca. Wyszedł spod łóżka. Jakie to trywialne ukrywać się pod łóżkiem jak gówniarz, jednak udało się. Wyszedł przed chatę. Starsi ludzie, którzy jeszcze pół godziny temu klęczeli na placu zdani na łaskę intruzów, teraz leżeli martwi na gorącej spękanej ziemi. Chłopak odwrócił głowę. Nie miał pojęcia dokąd idzie, ale wiedział, że nie może tu zostać. Ruszył przed siebie. Mimo głodu jaki męczył jego żołądek, nie myślał nawet o przełknięciu kawałka mięsa jakie znalazł. Psychika wzięła górę nad głodem. Szedł, mając nadzieję, że nie napotka żadnego zdziczałego zwierzęcia dotkniętego mutacjami. Bez broni, mógł równie dobrze położyć się i czekać aż stwór go rozszarpie. Jednak do tej pory szczęście mu dopisało. Szedł. Rozdział III - Dzisiaj zaczyna się jutro Mam sny. Zawsze mi się coś śni, jednak gdy otwieram oczy nigdy nie mogę sobie przypomnieć co to było. Czy ze mną jest coś nie tak. Ludzie zazwyczaj pamiętają co im się śniło. Ja natomiast mam w głowie pustkę. Budzi mnie kopniak w łydkę - No dalej – słyszę znajomy głos najemnika – wstawaj mały bo sam niósł prowiantu nie będę. Ruszaj się. - Już, już – odpowiadam – minutka i jestem gotowy. Przecieram powieki. Rozglądam się, wszyscy są już gotowi do drogi. Przez dziurawy dach dawnej stacji benzynowej wpadają promyki słońca oświetlając pomieszczenie. Burczy mi w brzuszku. Jednak nie narzekam, zbieram rzeczy i ciężki plecak. Mój pośpiech okazał się niepotrzebny. Nagle na zewnątrz rozlega się przeraźliwy ryk. Najemnik w dwóch skokach znajduje się przy zakurzonym oknie pokrytym pajęczyną, właściciel pajęczyny znajduje się na jej samym środku. Jest większy niż te które widywałem w jednej ze swoich książeczek. Łapie się na tym, iż znowu się rozmarzyłem. Najemnik przykłada palec do ust nakazując nam ciszę. Jednym płynnym ruchem zrywa ochydną pajęczynę z okna i zastyga z pistoletem mierząc w okno. Podchodzę do drzwi i kładę się na podłogę. Przybliżam głowę do szczeliny pod drzwiami. Kilka metrów przed wejściem widzę kosmate szare nogi pokryte zielonymi łuskami, zakończone długimi szponami. Wąski prześwit uniemożliwia mi dostrzeżenie reszty sylwetki stwora, jednak wiem że jest duży i pewnie bardzo groźny. Rodzice zawsze przestrzegali mnie przed takimi stworami. Odwracam głowę w drugą stronę, widzę kłębiących się pod ścianą handlarzy. Po cichu przewrócili regał i nerwowo ściskają w rękach broń palną. Mierzą w kierunku drzwi. Postanawiam się odsunąć. Po cichu na czworaka oddalam się od wejścia. - Niech to szlag – odezwał się najemnik opuszczając już broń – mam dobrą i złą wiadomość, która najpierw? - Nie wydurniaj się!- skarcił go jeden z handlarzy, Andrzej – gadaj co to do cholery było! - Nie mam pojęcia co to było i nie tym tonem kolego – odpowiedział najemnik – dobra wiadomość, jest taka, że to bydlę poszło w swoją drogę, a zła wiadomość … straciliśmy transport, z osła została tylko plama krwi i bagaż, który miał na grzbiecie. Następnie usłyszałem wiele przekleństw, których nie rozumiałem. Wszyscy byli poddenerwowani, postanowiłem nie plątać się pod nogami i nie wchodzić nikomu w drogę, zapewne skończyłoby się to podbitym okiem, lub gorzej. Jedynie żal mi osiołka, lubiłem go, był moim przyjacielem. Oczy robią mi się wilgotne, w tym samym czasie najemnik wychodzi na zewnątrz popychając drzwi z impetem. Wychodzimy przed stacje paliw. Jest dokładnie tak jak opisał najemnik. Plama krewi i bagaż. Widzę uradowanych handlarzy, gdy sprawdzają, że towar jest cały, a mnie wciąż żal zwierzaka. - Panowie spokój! - krzyknął Michał – jest nas czworo, nie licząc najemnika, który ma za zadanie nas chronić i smarkacza. On niesie prowiant. Resztę towaru dzielimy wśród naszej czwórki Słysze pomrukiwania innych, jednak nikt nie zaprotestował. Cieszę się jedynie, że nie dołożyli mi nic do tego plecaka i tak jest bardzo ciężki. Podczas całego tego zgiełku i kłótni handlarzy zakładam plecak z prowiantem i po kryjomu wyciągam z bocznej kieszonki kawałek wędzonego mięsa. Gdy nie patrzą zjadam większą część, zadowolony ze swojego sukcesu, po chwili zauważam, że najemnik mi się przygląda. Jego twarz nie zdradza żadnych emocji, jednak nic nie mówi. Zastanawiam się czy widział jak podprowadziłem z plecaka kawałek mięsa. Minęło trochę czasu nim wyruszamy w dalszą drogę. Krajobraz gdzie nie spojrzę jest taki sam jak za dnia wczorajszego. Po drodze mijamy duże kawały blachy stojące na dwóch słupach, z jakimiś kolorowymi malunkami na powierzchni. Ciężko to odczytać, ponieważ większa część farby już wyblakła, lub odpadła. - Co to jest? - zadaje pytanie nie licząc na to, że ktoś raczy mi odpowiedzieć. - To... to jest bilbord młody... reklama... nie pytaj, nie zrozumiesz- odpowiedział Andrzej Rzeczywiście nie wiem o czym mówi karawaniarz „birbord” kolejny relikt przeszłości, jak mawiała moja mama. Wciąż maszerujemy przed siebie. Każda minuta wydaje się trwać wieczność. Jest niemiłosiernie gorąco. Podobno teraz wszędzie tak jest, słyszałem jak mój tata rozmawiał kiedyś ze swoim przyjacielem, coś że atmosfera, czy stratosfera się zmieniła po katastrofie. Nie rozumiem tego, to tematy dla dorosłych. Dzisiaj nie jest tak źle, ciężar plecaka nadal mi doskwiera. Niestety nie ma już z nami osiołka. Jednak tempo poruszania się karawany znacznie się zmniejszyło. Chociaż tyle. Mija południe gdy naszym oczom ukazuje się miasto. Nareszcie. To już tutaj. Chociaż dlaczego ja się cieszę, teraz przez pewien czas pewnie będę zdany na siebie, karawaniarze pewno zajmą się handlem. Może pozwolą mi pilnować towaru, przynajmniej będę bezpieczny z nimi. Im bliżej miasta tym większe wydają się jego mury. Chociaż to tak naprawdę nie są mury, tylko ja tak sobie to nazywam. Tak naprawdę to tylko kawałki blach wycięte z tych wielkich kontenerów transportowanych drogą wodną w starym świecie. Chciałbym kiedyś płynąć takim statkiem, podobno ludzie kiedyś mieli choroby morskie i wymiotowali do wody. Wydaje mi się to śmieszne. Blachy otaczające miasto przeżera rdza, jak również masywną bramę, która ociężale się przed nami otwiera, wydając z siebie przeciągły skowyt. Wchodzimy do środka . Mieszkańcy tłoczą się wokół nas zaczepiając handlarzy, wypytują o wieści z podróży, o towary jakie przywieźli. Mało kto się mną interesuje, w sumie odpowiada mi to. Nie lubię nikomu opowiadać o swoim losie. Gdy bardziej zbliżamy się do centrum miasteczka, gdzie mieści się targowisko, przed nami zaczynają pojawiać się domostwa bogatszych ludzi. Nie widać na nich odrapanego tynku, ani wybitych okien, tak jak na obrzeżach tej osady. Ludzie tutaj przechadzają się uliczkami w pełnym odzieniu, nie spotykamy nikogo bez butów. Gdzieś tam dalej przed jednym z domów bawią się dzieci. Zatrzymuje się na chwilę i patrze na ten obrazek zazdroszcząc im. Chce mi się płakać, ale wiem że nie czas teraz na to. Poprawiam szelki plecaka na ramionach i ruszam dalej za swoją karawaną. Wszędzie dookoła tłumy ludzi. Każdy z nich gdzieś idzie, spieszy się, załatwia różne sprawunki, życie tu tętni jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Mam wrażenie, że ludzie ci nie zdają sobie sprawy co znajduje się za murami tego miasteczka, ile niebezpieczeństw tam czyha na nieostrożnych podróżników, nie tylko zmutowane stworzenia. Najbardziej niebezpieczni są ludzie. Ktoś mi to powiedział jak moi rodzice jeszcze żyli. Człowiek jest największym potworem. A tam na pustkowiach jest wielu złych ludzi. Ponownie z zamyślenia wyrywa mnie głos Michała - Stać! - krzyknął – tutaj zakładamy nasz kram. Sprzedajemy na zmianę. Dwóch śpi, dwóch handluje. Po chwili wskazał na mnie i najemnika. - Wy na zmianę pilnujecie stoiska. A niech no coś zginie... Spojrzał na mnie groźnie. - Obejmę pierwszą wartę- zdecydował najemnik, patrząc na mnie z politowaniem. Tak wiem marny ze mnie zmiennik, ale nie przejmuje się tym, przynajmniej mogę odpocząć, przespać się. Kule się obok pustego obecnie plecaka. Ciekawe co mi się dzisiaj przyśni? Zresztą czy to ważne? I tak jutro nie będę pamiętał. Chyba wolałbym nie mieć snów. Zamykam powieki. Rozdział IV Droga w ciemność Nagrzana jałowa ziemia nieznośnie podgrzewała powietrze, które w oczach Mateusza falowała przyprawiając go o zawroty głowy. Z początku po opuszczeniu tamtej nieszczęsnej wioski nie napotkał niczego ciekawego, żadnych zabudowań, ani śladów dawnych cywilizacji, tylko popękana ziemia, skruszone głazy, wyschnięta roślinność. Na jego drodze od czasu do czasu pojawiały się również zwierzęta. Chociaż trudno w tych czasach nazwać te stworzenia zwierzętami. Były to bestie dotknięte mutacjami, które kierowały się najbardziej prymitywnymi instynktami, a ich głównym celem było zaspokojenie głodu. Chłopak za każdym razem widząc jedną z tych bestii kładł się nieruchomo na ziemi, modląc się aby stwór go nie zauważył i czekał w tej pozycji do czasu aż znowu zrobi się bezpiecznie. W dużym stopniu pomogła mu nabyta w więzieniu czujność i zdolność percepcji. Do tej pory miał szczęście, jednak nie wiedział dokąd idzie i czy starczy mu sił. Niewielki zapas wody wyczerpał się dziś rano. Mateusz był pewien, że maszeruje już od dwóch dni. Zostały mu jedynie dwa kawałki suszonego mięsa, którego zapach nie zachęcał do jedzenia. Zmęczenie, oraz upał dawały się we znaki, ale najgorsza była niepewność spowodowana brakiem jakiegokolwiek punktu odniesienia, choćby jakiegoś budynku, charakterystycznego kamienia, czy wzgórza. Wszystko wyglądało tak samo. Szedł na północ jednak bywały takie chwile, gdy tracił orientacje. Podobno jeżeli człowiek jest praworęczny to maszerując przed siebie stawia dłuższe kroki prawą stopą, co za tym idzie z każdym krokiem lekko skręca właśnie w prawą stronę. Podobno. Gdy dostrzegł pierwsze zabudowania dochodziło już późne popołudnie, w dodatku nie był pewien czy to co widzi to jawa, czy umysł płata mu figle. Dręczyła go gorączka, albo to przez upał, albo zanieczyszczona woda, zakażone mięso. Możliwości było wiele. Wolał mimo wszystko umrzeć jako wolny człowiek, gdzieś na pustkowie niż w ciasnej celi. Odczuwał ból we wszystkich mięśniach, jego głowa zdawała się cięższa niż zwykle, a gardło jakby zostało przetarte papierem ściernym, każde przełknięcie śliny było męczarnią. Zabudowania rosły przed jego oczami, był już blisko. Wtedy dostrzegł iż czas odcisnął swoje piętno w tym miejscu. Budynki były zrujnowane. W oknach nie było już szyb, na ścianach nie było już tynku, dachy zostały zerwane, gdzieniegdzie tylko majaczyły wystające ze ścian pręty zbrojeniowe powykręcane w najróżniejszy sposób. Mateusz mimo wszystko ucieszył się na widok tej wymarłej dawno osady, w nadziei że znajdzie tu choć troszkę wody. Każdy kolejny budynek do jakiego wchodził oferował mu to samo. Sterta śmieci, najróżniejszych gratów w dzisiejszych czasach zupełnie bezużytecznych. Gdzieś tam stał stary aparat fotograficzny, sterta wyblakłych zniszczonych książek, których tytułów z okładek nie dało się już nawet odczytać, połamane krzesła, stoły, skrzynka ze szklanym pękniętym ekranem która dawniej dostarczała ludziom rozrywki. Zastanawiał się przez chwilę jak można było siedzieć przed tym urządzeniem przez kilka godzin i patrzeć w zmieniające się obrazy na ekranie. Poszukiwania dobiegały końca. Nigdzie nie udało się znaleźć choćby kropli wody. Mateusz wyszedł z ostatniego budynku i spojrzał na centrum tej niewielkiej osady, gdzie znajdowała się studzienka. Zbeształ się w myślach, że wcześniej jej nie zauważył. Podszedł do studzienki szybkim krokiem zupełnie zapominając o zachowaniu czujności. Chwycił ze dźwignię, która jak mniemał pompowała wodę z głębi studni. Nacisnął z całej siły. Pordzewiała dźwignia wydała z siebie przeciągły skowyt, jakby wygłaszając pretensje że została poruszona. Nic się nie wydarzyło. Chłopak uniósł wajchę i nacisnął jeszcze raz, kilka razy powtórzył ten manewr jednak bez oczekiwanego skutku. Usiadł na ocembrowaniu studzienki spuszczając głowę i w tym momencie usłyszał za sobą szuranie bosych stóp, oraz stłumiony jęk. Odwrócił się gwałtownie. Trwało to dwa uderzenia serca dopóki nie zorientował się, że istota stojąca w odległości zaledwie kilku kroków od niego nie jest człowiekiem, już nie. Oczy tego mutanta były całkiem białe i zapadnięte, skóra cała poczerniała, jakby poparzona, zawieszona na nienaturalnie wydłużonych kończynach. Jednak Mateusz był pewien że to kiedyś był człowiek, w końcu oczywiste było że mutacje nie dotknęły jedynie zwierząt. Mutant stojący do tej pory nieruchomo, przechylił lekko głowę na bok jakby się zastanawiając nad czymś, po czym jego szczęka się rozwarła ukazując nierówny rząd brązowych połamanych zębów i tak jak chłopak się spodziewał, mutant ruszył wprost na niego. Mateusz poczuł jak nogi robią się pod nim miękkie i odmawiają posłuszeństwa, nie miał żadnej broni, był osłabiony i trawiony gorączką. W ostatniej chwili zdołał się zasłonić, przed ugryzieniem, jednak upadł na plecy, a napastnik tuż na niego. Chłopak resztkami sił zapierał się unikając ugryzienia jak tylko mógł. Istota swoimi wątłymi lecz długimi rękoma próbowała dostać się do swojej zdobyczy, zdawało się, że zaraz osiągnie sukces i zaspokoi swój głód. W ułamku sekundy Mateuszowi całe życie stanęło przed oczami. Desperacko, z całych sił odepchnął stwora i oswobodził jedną rękę. Sięgnął w bok chwytając leżący na ziemi kamień, który kiedyś stanowił ocembrowanie studni i cisnął nim w czaszkę mutanta. Tamten upadł na bok, chłopak był chwilowo wolny, błyskawicznie wstał na kolana i nie myśląc już co robi zaczął uderzać szaleńczo w czerep stwora. Dla niego trwało to jedynie chwile, tyle co jedno mrugnięcie powiek. Jednak gdy upuścił kamień zobaczył na swoich rękach krew, a pod sobą stwora z rozłupaną czaszką w której z pretensjami kłębiły się białe robaczki wielkości ziarenek ryżu. Adrenalina zrobiła swoje, zaczął biec przed siebie, byle jak najdalej od tej przeklętej osady. Wiedział że nie ma siły, wiedział że ma gorączkę, wiedział że bieg w jego stanie to głupota, jednak coś nie pozwalało mu się zatrzymać, ani obrócić za siebie. Nie wiedział jak długo biegł, w pewnym momencie po prostu przestał czuć nogi, przewrócił się w ostatniej chwili wyciągając ręce, aby ochronić twarz. Oddychał ciężko, oczy miał otwarte, lecz obraz powoli się rozmazywał. Ostatnia myśl jaka zakołatała mu w głowie dotyczyła dotyczyła dnia tygodnia. Jaki dzisiaj dzień? Jedną z niewielu rzeczy jakie ostały się po dawnej cywilizacji, był kalendarz. Niezmienny. Jednak wykluczono z niego wszelakie święta, z oczywistych względów. Powoli otworzył oczy, wzrok miał zamglony, był pewien że umarł, ale czy tak wygląda życie po śmierci? Czy w ogóle ono istnieje? Po kilku minutach zorientował się, że jest pół nagi i znajduje się na materacu, przykryty kocem. Przez chwilę zdawało mu się że jest wciąż w tym znienawidzonym więzieniu, jednak gdy odzyskał ostrość widzenia zrozumiał że się mylił. Przez wąskie okno wpadały jasne snopy światła, a więc był dzień. Mateusz nie miał pojęcia gdzie jest, ani co się działo gdy był nieprzytomny. Czuł ból, dzięki temu widział że nie umarł, powoli poruszał poszczególnymi częściami swojego ciała sprawdzając w jakim jest stanie. Wszystko zdawało się w porządku poza osłabieniem organizmu. Leżał jeszcze chwilę równomiernie oddychając, po czym zasnął. We śnie szedł, przemierzał rozległe połacie terenu, lecz nie były to jałowe i wyschnięte ziemię takie do jakich widoku się przyzwyczaił na co dzień. Tym razem szedł wąską ścieżką usłaną gdzieniegdzie zielonym mchem, otaczały go kwitnące krzewy i wysokie drzewa kołyszące się na chłodnym wietrzyku. Zdawało mu się że kołysze się razem z drzewami. Ktoś nim kołysał, potrząsając lekko za ramię. Mateusz wyrwał się ze snu, gwałtownie podnosząc się z łóżka, z krótkim wrzaskiem. Dziewczyna siedząca obok niego odskoczyła wystraszona. - Przepraszam – odezwała się – nie chciałam cię przestraszyć. Po prostu leżysz już tyle czasu, pomyślałam że przyniosę ci coś do jedzenia i do picia. Postawiła niewielki talerzyk i szklankę wody na stoliku obok materaca. Chłopak patrzył na to wszystko niepewnie, zdziwiony widokiem dziewczyny. Była mniej więcej w jego wieku, cerę miała bladą naznaczoną piegami, lecz jej twarz była pogodna i w pewien sposób śliczna, mimo małego noska i zbyt wąskich ust. Czarne włosy miała splecione w kucyk sięgający jej do ramion. Nosiła na sobie stare znoszone ubranie. - No co się tak gapisz? – zapytała po chwili marszcząc śmiesznie nosek – spodziewałeś się pewnie kogoś innego. Jestem Nadia, a ty jak masz na imię? Nie odpowiedział - Umiesz mówić – ciągnęła Nadia – czy po prostu za długo leżałeś na słońcu? No dobrze, dobrze nie będę cie teraz męczyła, ale mój ojciec na pewno będzie chciał z tobą pomówić gdy już nabierzesz sił. - Dziękuję – powiedział wciąż lekko zdziwiony chłopak, gdy dziewczyna już wychodziła - Mateusz, mam na imię Mateusz. - A więc Mateuszu, mam nadzieję że posiłek będzie ci smakował. Nadia wyszła z pokoju, a chłopak żałował, że nie zapytał gdzie tak właściwie się znajduje. Zabrał się za pałaszowanie pożywienia, łapczywie popijając czystą wodą. Czuł się znacznie lepiej, gorączka ustąpiła. Spróbował wstać ówcześnie siadając na materacu i zbierając siły. Dźwignął się na nogi trzymając się ściany, zrozumiał, że wciąż jest osłabiony, jednak dał rade przejść się kawałek, musiał się zorientować co do sytuacji. Powoli, małymi krokami wyszedł z pokoju. Zdawało się że jest wieczór. Mieszkanie w którym się znajdował było dosyć dobrze utrzymane, w porównaniu do budynków, które spotkał na swojej drodze. Ledwo zdołał dojść do drzwi wyjściowych domu, gdy usłyszał głos mężczyzny. - Hej chłopcze, chyba nie zamierzasz teraz nas opuścić? - głos ten należał do starszego już mężczyzny, o posiwiałych włosach, lecz dobrze zbudowanego – Dopiero co się obudziłeś, chodź, usiądź, o tutaj. Nieznajomy usiadł przy stole naprzeciwko chłopaka podając mu butelkę z wodą. - Zdaje się że poznałeś już moją córkę Nadię – zaczął po chwili mężczyzna – to dobra dziewczyna i nie pozwolę aby coś jej się stało, dlatego zmuszony jestem zapytać, kim jesteś, skąd się wziąłeś sam na tym pustkowiu i jakie masz intencje. Mateusz wiedział że nie może powiedzieć prawdy, przeszłość musiał zostawić za sobą, jednak mimo zmiany ubioru, przeszłość ta będzie za nim podążała, nie da się tego uniknąć. - Ja... nie mam złych zamiarów. Podróżowałem z grupą handlarzy, byliśmy na południe stąd w niewielkiej wiosce, obok której znajdowało się więzienie. Podczas naszego pobytu wybuchł bunt w tym więzieniu, nie zdawaliśmy sobie sprawy że to się tak potoczy. Skazańcy w mgnieniu oka dotarli do osady, zaczęli plądrować i zabijać, zanim się zorientowałem moi towarzysze byli już martwi, złapałem wszystko to co miałem pod ręką i zacząłem uciekać. Mateusz przerwał na chwilę przełykając ślinę. Zdawał sobie sprawę że okłamywanie swoich wybawców było ryzykowne, jednak nie miał wyboru, gdyby powiedział prawdę, że jest jednym ze skazańców, zapewne źle by się to dla niego skończyło, mimo że nie zrobił nic złego. Przynajmniej tak mu się zdawało. Wiedział też, że prędzej czy później ci ludzie dowiedzą się o buncie w więzieniu. - A więc stało się – odezwał się po chwili zamyślenia mężczyzna – te sukinsyny uciekły i teraz będą siać spustoszenie, a ci cholerni żołnierze jak zwykle zawiedli, tylko podatki potrafią zbierać po miasteczkach, ale jak trzeba kogoś ochronić... Przepraszam, wybacz mi moje zachowanie. Nazywam się Krzysztof, Krzysztof Zakrzewski, to ja cię znalazłem nieprzytomnego. Moja córka mówiła że masz na imię Mateusz... Zdawało się że pan Krzysztof chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz zaniósł się głębokim kaszlem, zasłaniając usta chustką. Nadia przybiegła do ojca gdy tylko usłyszała kaszel. - Tato! Spokojnie proszę, to zaraz przejdzie – powiedziała wyraźnie zaniepokojona. Kaszel ustał, mężczyzna zaczął miarowo oddychać chowając chustę do kieszeni. Zarówno Mateusz jak i dziewczyna zauważyli, że chusta była czerwona od krwi. Już chciał coś powiedzieć, zapytać o zdrowie mężczyzny, lecz Nadia spiorunowała go wzrokiem. Chłopak siedział przy stoliku patrząc jak dziewczyna odprowadza swojego ojca do innego pokoju. Nie bardzo wiedział jak się zachować, do tej pory los innych ludzi był mu obojętny, ale ci tutaj mu pomogli, uratowali mu życie, chciał im jakoś pomóc, ale nie potrafił. - o nic nie pytaj rozumiesz! - powiedziała dziewczyna wyłaniając się zza drzwi pokoju – a teraz idź do siebie, możesz zostać tak długo aż nie wrócą ci siły, potem się wyniesiesz. Muszę wracać do swoich obowiązków. Nadia ponownie zniknęła za drzwiami. Chłopak wolał teraz jej posłuchać, tak będzie lepiej, nie chciał burzyć niewielkiej nici zaufania jakie mu okazali. Uratowali go i ugościli, jednak było mu wstyd, że nie może nic zrobić aby im pomóc, a jeszcze bardziej było mu wstyd, że ich okłamał. Zdawał sobie sprawę, że Krzysztof jest chory i być może nie zostało mu już wiele czasu. Wiedział również, że skoro on tutaj dotarł to inni skazani też mogli znaleźć to miejsce, wolał nie myśleć co się wtedy stanie. Udał się do swojego pokoju. Musiał odzyskać siły. Rozdział V – Ruletka się kręci Mija trzeci dzień, siedzę przy naszym kramie obserwując jak odbywa się handel. Jest strasznie nudno, cały dzień tylko siedzę i siedzę doglądając, aby nic nie zginęło. Podobno w mieście jest dużo ludzi którzy kradną, najemnik powiedział, że muszę na takich uważać, tylko jak rozpoznać takiego człowieka. - Na dzisiaj koniec – odezwał się Michał – więcej tu nie sprzedamy. To był kawał dobrej roboty. Przechowamy towary do jutra w jednym z tutejszych magazynów i idziemy się zabawić. Jutro kupimy osła i wyruszamy z powrotem. Widzę jak reszta handlarzy z aprobatą przytakuje dowódcy karawany. Zdaje się, że dzisiaj mam czas dla siebie. Nie chcę iść z nimi, nie podobają mi się miejsca do których oni chodzą. - Alrik, jak chcesz możesz przenocować w magazynie gdzie złożymy nasz urobek – zwraca się do mnie najemnik - Dobrze, dziękuje panu Uśmiecham się, przynajmniej on o mnie pomyślał, zawsze traktował mnie szorstko, a ja go nienawidziłem za to, może się myliłem. Handlarze deponują towar w magazynie. Do wieczora jest jeszcze dużo czasu, więc idę na spacer. Wokół targowiska mieści się bogatsza dzielnica, widzę to po ceglanych budynkach i strojach ludzi. Co jakiś czas uliczki są patrolowane przez żołnierzy z karabinami. Chciałbym kiedyś być taki jak oni, być silnym i nie bać się niczego. Biegnę między budynkami i po kilku minutach znajduje się w gorszej dzielnicy, na obrzeżach miasteczka. Dostrzegam grupkę dzieciaków mniej więcej w moim wieku. Grają w „łapki”. Podchodzę do nich nieśmiało. - Cześć – odzywam się niepewnie – mogę zagrać z wami? - Nie wiem – odzywa się chłopak wyższy ode mnie o głowę – A dobry jesteś? - Pewnie. - Niech zagra – mówi grubszy chłopak siedzący obok na murku - Dzięki Zaczynamy się bawić. Idzie mi całkiem dobrze, chociaż parę razy dostałem po łapkach. - Jak się właściwie nazywasz – pyta ten wyższy - Mam na imię Alrik - Co to za imię? - Szwedzkie. No wiecie, mama była Polką a tata Szwedem, ale nigdy tam nie byłem, to znaczy w Szwecji - To skąd jesteś – dopytuje się kolejny chłopak podczas gry - No, właściwie to podróżuję z karawaną, która ma swoją siedzibę w osadzie Nowy Kraków - Podróżujesz z karawaną? - wysoki chłopak ciągnie temat – po co to robisz? - Pomagam nieść prowiant – odpowiadam z wypiekami na twarzy - Zaraz, zaraz jesteś sierotą? Patrzą się na mnie zaczynając się śmiać. Nie odpowiadam. Z trudem dusze w sobie płacz, gardło mam ściśnięte. Odwracam się i zaczynam biec. Łzy mi lecą, biegnę przed siebie byle jak najdalej. Cały czas zdaje mi się że słyszę ten śmiech mimo, że jestem już daleko. Tylko właściwie gdzie ja jestem. Chyba się zgubiłem. Zatrzymuje się. To na pewno nie jest bogata dzielnica, wszędzie dookoła mnie walące się zabudowania, lub niechlujnie postawione drewniane szopy, w których koczują jacyś ludzie. Gdzieś niedaleko słyszę krzyk jakiejś pani, przechodzą mnie ciarki, nie patrzę w tamtą stronę, zrywam się do biegu. W końcu trafiam do centrum miasteczka, a następnie do magazynu. Zanim wchodzę zauważam w oddali pijanego najemnika naszej karawany, lepiej nie rzucać się w oczy. - Ty jesteś od tych handlarzy? - pyta mnie zarządca magazynu - Tak proszę pana – odpowiadam zdyszany - Właź, tylko nie rób mi tu bałaganu Szybko odnajduję miejsce gdzie złożyli towary i układam się obok nich. Wyciągam sobie z plecaka trochę suchego prowiantu oraz manierkę z wodą. Posilam się obserwując jak w rogu magazynu walczą ze sobą dwa szczury. Nie boję się ich, to tylko gryzonie, niezbyt smaczne, nie lubię ich. Kładę się do snu. Budzę się tym razem jako pierwszy. Cieszę się, przynajmniej nie będą mnie wyzywać. Wyruszamy kilka godzin później, prowadząc ze sobą nowego osiołka obładowanego pakunkami. Zastanawiam się jak dać mu na imię, może poczekam, zobaczę czy mnie polubi wtedy go jakoś nazwę. Plecak z prowiantem jest już trochę lżejszy, a ja jestem wypoczęty. Opuszczamy miasteczko i znowu ta pustynia i popękana droga, łatwo można się potknąć, trzeba patrzeć pod nogi. Po drodze cały czas myślę o żołnierzu którego widziałem w mieście. Ciekawe kim ja będę jak dorosnę, na pewno nie handlarzem, to głupie. Chciałbym być żołnierzem, nastraszyłbym wtedy tych chłopaków co się ze mnie śmiali. Monotonie podróży przerywa nagle Andrzej nakazując postój karawany. Odbezpieczył swój karabin wpatrując się w dal. - Co się dzieje?- spytał Michał – widzisz tam coś? - Ciiii – odpowiedział najemnik – nic nie widzę, ale coś jest nie tak Nagle grobową ciszę przerywa huk wystrzału i krótki świst. Przez chwilę nikt nie wie co się stało, wszyscy stoimy w osłupieniu widząc jak najemnik osuwa się na kolana, z jego oczodołu leje się stróżka krwi, z niemym wyrazem twarzy upada nieruchomo. - Snajper! - krzyczy Michał Nogi mi drętwieją ze strachu, zupełnie nie wiem co robić. Podbiegam do osiołka obejmując go za szyję. Zza niewielkiego wzgórza przed nami wybiega kilkunastu ludzi w skórzanych napierśnikach i spodniach, dzierżąc w rękach karabiny. Strzelają w powietrze. Handlarze klękają na ziemię podnosząc ręce. - Nie uciekajcie – odzywa się drżącym głosem Michał – mają snajpera, nie dobiegniemy daleko. - Kim oni do jasnej cholery są? - spytał inny - Wpadliśmy w gówno po uszy – odpowiedział Michał spuszczając głowę – to łowcy niewolników. Dobiegają do nas mierząc z broni palnej. Jeden z nich uderza Michała kolbą karabinu w głowę . Ktoś mnie szarpnął odciągając od osiołka. Jestem przerażony. Odwracam się w stronę swoich. Wszystko dzieje się tak szybko. Widzę jak zakładają handlarzowi czarny worek na głowę. Ktoś mnie znowu popchnął. Upadam na kolana. Naciągają mi worek na głowę , nic nie widzę. Wykręcają mi ręce do tyłu. Ktoś mnie wiąże. Chce mi się płakać, jednak za bardzo się boję. - Co z tym bydlakiem? - słyszę nieznajomy głos - Przeszukać towar, zwierzę zabić – odpowiada inny Po kilku minutach pada strzał. Pociągam nosem. Nawet nie zdążyłem nadać mu imienia. Czekałem aż mnie polubi, a powinienem był go jakoś nazwać, a teraz już za późno. Ktoś mnie podnosi z klęczek i popycha na przód. Znowu maszeruje, jednak teraz jestem śmiertelnie przerażony, nie wiem co z nami zrobią, nie wiem czy kiedykolwiek jeszcze będę miał okazje zostać żołnierzem. Rozdział VI Wszystko płynie Kiedy się obudził na stole zastał talerz z resztkami jedzenia z wczorajszego dnia, widocznie nikt do niego nie zaglądał od feralnego wieczoru. Mateusz czuł się już znacznie lepiej, wstał bez trudu, sprawdził swoje rzeczy, wszystko było na swoim miejscu. Lekki głód dawał się we znaki więc postanowił opróżnić talerz z resztek. Bał się wychodzić ze swojego pokoju, było tu tak dobrze, jak w domu. Domu, którego od dawna nie miał, już prawie zapomniał co to znaczy mieć takie miejsce na świecie, które zapewnia poczucie bezpieczeństwa, chroni przed upalnym słońcem i kurzem pustkowi. Bał się wychodzić, w głowie rozbrzmiewały mu słowa Nadii „ możesz zostać tak długo aż nie wrócą ci siły, potem się wyniesiesz”. Przecież był gościem nie mógł się narzucać, ani błagać, ci ludzie i tak zrobili dla niego bardzo wiele. Przez myśl przeszedł mu pewien pomysł. Skoro ojciec dziewczyny jest chory, mógłby to wykorzystać aby tutaj zostać, z dziewczyną sobie jakoś przecież poradzi, to nie byłoby wcale trudne, a ona i tak była cholernie wredna. Mateusz jednak szybko skarcił się w myślach zapominając o swoim okrutnym planie. Zdawał sobie sprawę, że jego sytuacja nie jest za ciekawa, jednak nie mógłby nikogo skrzywdzić. -Trzeba iść stawić czoło przeznaczeniu – powiedział sam do siebie. Gdy chłopak opuścił swój pokój zaskoczyła go niepokojąca cisza. Nie było słychać żadnych rozmów, krzątania się domowników, nawet z zewnątrz nie dochodziły żadne dźwięki. Mateusz obrał kierunek do najbliższych drzwi i po chwili znalazł się w kuchni. Obok stolika znajdowała się odrapana lodówka pełna jedzenia oraz butelki z wodą. Dawny świat legł w gruzach, elektryczność można było spotkać jedynie w dużych osadach, a mimo to wielu ludzi nadal trzymało pożywienie w lodówkach, pomimo że już nie działały, spełniały bardziej rolę szafki. Chłopak sięgnął po butelkę wody, zaczął gasić pragnienie gdy z sąsiedniego pokoju doszły go odgłosy szlochania. Nie chciał tam iść, znalazł w rogu pomieszczenia stary podarty plecak i pospiesznie zaczął ładować do niego wszystko co znajdowało się w lodówce. Wiedział że każą mu opuścić dom, więc wolał go opuścić po swojemu. - Całe życie kradłem, i teraz znowu to robię, przez to wylądowałem w tym cholernym więzieniu, ale muszę to zrobić, inaczej nie przetrwam – usprawiedliwiał w myślach swoje poczynania. Chłopak już zbierał się do wyjścia, od którego dzieliły go dwa kroki, jednak coś zmusiło go aby spojrzał przez uchylone drzwi sypialni pana Krzysztofa. Widok który spotkał go za drzwiami spowodował u niego dreszcze i przywołał wspomnienia, te niechciane wspomnienia. Dziewczyna siedziała nieruchomo obok łóżka, ściskając rękę swojego ojca, z którego odpłynęło już życie. Wpatrywała się w jego oczy bezsilnie wierząc, że zaraz się otworzą, że będzie wszystko jak dawniej. Jednak Mateusz wiedział, że tak nie będzie, jako mały chłopiec znalazł się w identycznej sytuacji, klęcząc przy swoich zmarłych rodzicach, nikt mu wtedy nie pomógł. Obserwował Nadię, która była jakby nieobecna, jak długo ona już tak siedzi? Czas mknie tak szybko, jeszcze kilka dni temu ten człowiek uratował chłopakowi życie, wczorajszego dnia rozmawiali, a teraz... Mateusz wbrew sobie, zrobił krok na przód przechodząc przez próg sypialni, dziewczyna nadal siedziała nieruchomo, choć na pewno usłyszała że wszedł. Zbliżył się zupełnie nie wiedząc jak się zachować ani co powiedzieć. W końcu położył rękę na jej ramieniu, czując ścisk w gardle. Dziewczyna się wzdrygnęła i spojrzała na niego. - On... mój tata. - Wiem Nadio – przerwał chłopak. Nastała chwila milczenia. Z dawnej zawziętości i pewności siebie dziewczyny nic nie zostało, teraz zdawała się bezradna i zagubiona. - Tata powiedział że muszę opuścić dom – przerwała ciszę dziewczyna, mówiąc łamliwym głosem – powiedział, że tu już nie jest bezpiecznie, że przyjdą źli ludzie. - Twój tata był mądrym człowiekiem i nie chciał aby coś ci się stało – palnął chłopak. - A ty ? Jesteś jednym z tych złych ludzi? - zapytała dziewczyna mając łzy w oczach. - Nie, nie jestem – odpowiedział Mateusz – chyba nie jestem – pomyślał. Nadia tylko kiwnęła głową, otarła łzy o rękaw wyblakłej koszuli. - Musimy go pochować – powiedziała po chwili bardziej do siebie niż do chłopaka. Następne godziny upłynęły na kopaniu grobu. Mateusz choć tyle mógł zrobić aby odwdzięczyć się za uratowanie mu życia. Nie chciał jednak niańczyć dziewczyny i co chwile podtrzymywać ją na duchu, a może po prostu nie potrafił okazać empatii osobie która przeżywa tragedie. Nadia była jakby nieobecna, nieświadoma, machinalnie wykonywała czynności związane z przygotowaniami do opuszczenia domu. Domu w którym prawdopodobnie spędziła większą część swojego życia. Wyruszyli gdy słońce było w zenicie, poruszając się na dwóch jucznych zwierzętach z wyglądu przypominających baktriany. W plecakach po bokach znajdował się prowiant i bukłaki z wodą. Zabrali tylko najbardziej potrzebne rzeczy, reszta została w domu. Chłopak czuł się teraz pewniej ponieważ wzięli ze sobą broń należącą do pana Krzysztofa. Był to zwykły obrzyn, ale dobre i to. Jechali w milczeniu, dziewczyna nie odzywała się ani słowem od chwili prowizorycznego pogrzebu. Mateusz nie wiedział czy się cieszyć, czy żałować z powodu nowego towarzysza podróży. Podążali na północ, to chłopak wybrał ten kierunek, Nadii było obojętne dokąd pojadą, zdawało się również że obojętna jest nawet na swój los. Są różne sposoby radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby. Można być obojętnym, można spróbować się pogodzić z tym faktem, można udawać że nic się nie stało, albo wymazać to z pamięci, lecz odsuwanie w niepamięć tak silnych emocji czasem prowadzi do szaleństwa, Mateusz o tym wiedział, na tym świecie prawie każdy stracił kogoś bliskiego. - Mateusz – odezwała się w końcu dziewczyna głosem bez wyrazu – czy to kiedyś minie? To znaczy ten ból. - Ból po stracie bliskiej nam osoby nigdy nie minie – odparł chłopak- z czasem jedynie się do niego przyzwyczajamy i oswajamy się z nim. - Rozumiem... Dnie i noce mijały im na podróży. W południe zawsze zatrzymywali się na popas, który trwał nie dłużej niż pół godziny, po czym ruszali dalej. Wieczorem znajdowali sobie jakieś spokojne miejsce, w którym układali się do spoczynku. Wyruszali ponownie gdy tylko wschodziło słońce, a księżyc krył się za horyzontem. Niewiele ze sobą rozmawiali, przeważnie były to tylko pojedyncze zdania. Mateusz nie chciał naciskać ,wiedział że Nadia musi sobie sama poradzić ze swoimi uczuciami, postanowił jednak, że jej nie opuści. Po kilku dniach w oddali na horyzoncie zamajaczyły niewyraźne sylwetki budynków. Mateusz od razu przyspieszył poganiając swojego baktriana kopniakami w bok. - Patrz Nadia! - krzyknął entuzjastycznie – jakaś osada! - Widzę – odparła obojętnie. - Może uda nam się uzupełnić prowiant. No dalej leniuchu – chłopak uśmiechnął się i wyprzedził swoją towarzyszkę. Zbliżył się do miasteczka. Większa część domów była drewniana, a więc zostały wzniesione już po zniszczeniu starego świata. Nieliczne murowane domostwa zamieniały się powoli w ruinę. Mateusz zatrzymał się pozwalając się dogonić dziewczynie. Razem wjechali do osady. Widok jaki zastali zmroził krew w żyłach obojgu młodych ludzi. Ziemia była usłana trupami. W opuszczonych domach przez okna podróżnicy także dostrzegli sylwetki martwych ludzi. Mateusz zsiadł ze swojego baktriana. Ostrożnie podszedł do najbliższych zwłok - Co tu się stało? - spytała przerażona Nadia – bywałam tutaj z ojcem kilka razy, to straszne, kto mógł to zrobić? - Nie wiem – odparł Chłopak odwracając ciało nieboszczyka na plecy – ale myślę że nie zrobił tego człowiek. Trup nie nosił śladów po kuli, ani żadnych ran świadczących o ataku mutantów. Z kolei można było dostrzec liczne czerwone pęcherze, jakby od poparzenia. Jednak drewniane chaty były nienaruszone, w całej osadzie nie było śladu pożaru. - Jedźmy stąd proszę, nie chcę tu być – powiedziała dziewczyna. - Racja powinniśmy się stąd wynosić. Przejechali przez osadę nie znajdując żywej duszy, wszystkie zwłoki wyglądały tak samo - Może powinniśmy ich pochować – zaproponowała nieśmiało Nadia. - Nie – odparł Mateusz – nie ma na to czasu, zresztą nie dali byśmy rady sami. Tuż przed opuszczeniem miasteczka dziewczyna zauważyła pordzewiałą tablicę. Zbliżyła się do niej i wytarła rękawem kurz odsłaniając napis. Jej twarz zrobiła się blada, bez ruchu patrzyła na tablicę. Mateusz po chwili zauważył że Nadia się zatrzymała i zawrócił w jej stronę - Nadio co się stało? - Patrz – szepnęła dziewczyna. Mateusz spojrzał na tablicę i nagle wszystko stało się jasne dla obojga. Napis na tablicy głosił: „Nieznany wirus. Zawróćcie póki możecie” Chłopak myślał teraz tylko o jednym. Czy wirus przeniknął do ich ciał? Czy zostali zakażeni? Bez słowa chwycił swoją towarzyszkę za ramię i wskazał na jej baktriana. - Wynosimy się! Jak najdalej stąd. - Mateusz ? Czy to już koniec? Rozdział VII - Piekło jest puste... Mój tata powiadał że nadzieja zawsze umiera ostatnia, lecz czy ja mogę mieć jeszcze nadzieję na ratunek? Na to że będzie lepiej? Maszeruje już drugi dzień. Nie wiem dokąd handlarze niewolników nas prowadzą. Na głowie mam ciemny worek z jakiegoś szorstkiego materiału. Ciężko mi się przez to oddycha, a oni ciągle nas poganiają. Pan Michał raz się tylko przeciwstawił naszym porywaczom. Nie wiem co się wtedy stało, słyszałem tylko odgłosy bicia oraz krzyki. Od tamtej pory nikt z naszych się nie odzywa. Słysze jedynie przekleństwa i żarty, których nie rozumiem. Co kilka godzin zatrzymujemy się na kilka drogocennych minut podczas których zdejmują nam na chwilę worek i dają kilka łyków wody. Mam wrażenie że trwa to całą wieczność, cały czas tylko idziemy, nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Bolą mnie wszystkie mięśnie, głód ściska mój żołądek i tracę czucie w skrępowanych za plecami nadgarstkach. Dlaczego oni nam to robią? Dlaczego zabili pana Andrzeja, naszego najemnika. Zawsze na niego narzekałem, był dla mnie niemiły, a teraz już go z nami nie ma. Dlaczego jest tylu złych ludzi... Nazajutrz dochodzimy do celu. Ktoś popycha mnie mocno na ziemie i ściąga z głowy worek. Jaskrawe światło poranka razi moje oczy i oślepia mnie. Nic nie widzę, nie wiem gdzie jesteśmy, słyszę że dookoła panuje straszny zgiełk. - Ruszaj się smarkaczu- słyszę nad głową krzyk i ktoś mnie podnosi na nogi. - Zamknijcie ich – ktoś krzyczy – potem sprawdzimy tych szmaciarzy Powoli odzyskuje wzrok, wciąż mrużąc oczy. Widzę Rząd długich klatek, takich jak dla zwierząt, są ustawione pod murem. Klatki otacza pierścień blaszanych budynków, które są zamieszkałe przez handlarzy niewolników, a dalej aż po horyzont rozciąga się morze pustyni. Jak miałem siedem, albo osiem lat rodzice mówili, że kiedyś wszędzie rosły drzewa i było mnóstwo roślin i pięknych kwiatów, ale to chyba tylko takie bajki, mówili mi to abym nie był smutny. W końcu dochodzimy do bramy, człowiek który mnie prowadził wpycha mnie do klatki. W środku znajduje się wielu ludzi, niektórzy wyglądają jakby przybyli tu niedawno, a inni jakby spędzili w tym miejscu całe życie. Strach ściska mi gardło, szybko podpełzam do ściany, siadam otulając kolana ramionami, oczy same robią mi się wilgotne, łzy spływają po policzkach. Boje się. Chwilę później jeden z tych złych ludzi przynosi duży pojemnik. Jest gruby, a jego ciało znaczą liczne tatuaże, na jego twarzy maluje się szyderczy uśmiech. Grubas pluje do pojemnika i odkłada go tuż pod kratą, po czym odchodzi. Widzę jak Ludzie zamknięci wraz ze mną w klatce powoli podchodzą do pojemnika z małymi miseczkami pobierając w nie jego zawartość. To jedzenie, jakaś biała papka. Jednak siedzę cichutko pod ścianą bojąc się podejść, zresztą nie mam miseczki, nie wiem skąd miałbym ją wziąć. Po kilku chwilach dwoje niewolników zaczyna się bić. Szybko orientuje się, że jedzenie było po prostu za mało. Przy klatce zbiera się grupka oprawców, przez chwile myślę że wtargną do środka i ich rozdzielą, jednak oni tylko stoją i się śmieją krytykując w szyderczy sposób bijatykę. - Proszę mały, to dla ciebie – odezwał się nieznajomy niewolnik kładąc obok mnie miseczkę z jedzeniem- tylko nie afiszuj się z tym jedzeniem Podnoszę na niego wzrok, jednak nie mogę wydusić z siebie słowa, strach ściska mi gardło. Mężczyzna odchodzi, a ja zastanawiam się co to znaczy „afiszuj”. Spoglądam na swoją miseczkę ze łzami w oczach, lecz mimo głodu wiem że teraz nic nie przełknę. - Lepiej się najedz, jutro przeprowadzą selekcje, wtedy możesz już nie mieć okazji się najeść. – odzywa się facet siedzący po mojej lewej stronie – no co nie jesteś głody? Jak nie chcesz to ja chętnie zjem. - Jestem głodny, przepraszam – odpowiadam , z trudem wyduszając z siebie te kilka słów. Mechanicznie zaczynam jeść swoją porcję, szarej papki która nie ma żadnego smaku. Nadchodzi zmrok, w obozie zapada cisza, tylko strażnicy co jakiś czas chodzą przy klatach ospali, gdzieś na środku płonie ognisko, reszta obozu pogrążona jest we śnie, tylko ja nie mogę spać. Większą część nocy siedzę w tej samej pozycji. Dopiero teraz zauważam, że są tu sami mężczyźni. Kobiety zamknięte są po drugiej stronie obozu w identycznych klatkach. Jestem zmęczony i zaczyna boleć mnie brzuch, w końcu zasypiam. Z samego rana budzą nas wchodząc do klatki, ponownie wiążą nam ręce i nogi sznurem. Wyprowadzają ostatnio przybyłych na środek placu. Ustawiają nas w szeregu Nie mam pojęcia co się dzieje. Przechodzą kolejno obok nas, sprawdzając czy nie jesteśmy ranni, chwytają nas za mięśnie, zaglądają w zęby. Podczas tych czynności zapisują coś i dyskutują o czymś, lecz nie rozumiem o czym. W drugim szeregu słyszę jak ktoś szlocha, gdzieś dalej rozbrzmiewa krzyk młodej dziewczyny. Kolejny łowca niewolników przechodzi obok nas kolejno każdemu malując na klatce piersiowej duża literę czerwoną farbą. Trafiło mi się „B” chociaż nie wiem co to znaczy. Wprowadzają nas z powrotem do klatek i podają pojemnik tym razem z wodą. Widzę jak wszyscy rzucają się ze swoimi miseczkami, aby zaczerpnąć życiodajnej wody. Mam teraz swoją miseczkę, postanawiam zdobyć trochę wody dla siebie. Z trudem przeciskam się przez mur ludzi. Udało mi się nabrać do miseczki wody na kilka małych łyczków, lecz jestem zadowolony, że wróciłem w swój kąt w jednym kawałku. Gdy popijam wodę widzę jak podchodzi do mnie jakiś mężczyzna. Prawą ręką trzyma się pod bokiem, mocno kuleje. Przysiada obok mnie. - Nie bój się nic ci nie zrobię – zaczął mówić, zauważyłem grymas bólu na jego twarzy. - Posłuchaj, dostałeś „ B”. Tych którzy dostali tą kategorie te świnie wysyłają do kopalni. To dwa dni drogi stąd. Mogłeś trafić dużo gorzej, uwierz mi. Nie odpowiadam. - Jak widzisz, jest ze mną źle, te sukinsyny połamały mi żebra, złamane żebro uszkodziło mi płuco. W tym momencie nieznajomy wyjął zza pazuchy małą paczuszkę. - posłuchaj- mówił dalej kaszląc – weź to, nikomu nie pokazuj. Miałem pewne zadanie, ale nie dam rady, już po mnie, Trzeba to dostarczyć do osady naukowej nieopodal Nowego Wrocławia, wiesz gdzie to jest? Kręcę głową przecząco. - Nic nie szkodzi, poradzisz sobie, musisz - Ale... ale dlaczego ja? - pytam nieśmiało - Bo jesteś szczeniakiem, nie będą zwracali na ciebie takiej uwagi, masz największe szanse nawiać – ostatnie słowo wypowiedział bardzo cicho. - Poza tym w twoich oczach zauważyłem iskierkę nadziei- kontynuował nieznajomy- chcesz żyć, nie to co reszta tej zapchlonej bandy, która pogodziła się już ze swoim losem - No, no dobrze, ale co to jest za paczuszka?- zadaje pytanie. - Ciekawski z ciebie dzieciak co ? No dobrze powiem ci – Odsłonił pakunek zawinięty w szary papier na którym były jakieś zapiski – widzisz te dwie fiolki i ten papier? - Tak - Jestem naukowcem, udało nam się odkryć związek chemiczny, który umożliwi uprawę roślin na tej cholernej spalonej ziemi. Wyobraź sobie całe pola kukurydzy, czy ziemniaków, wyobraź sobie brak głodu na świecie. - To... byłoby wspaniałe – odpowiadam. - Właśnie. Widzisz. Tu w tych fiolkach jest prototyp, a na papierze formuła chemiczna. Schowaj to dobrze, nikomu nie pokazuj. Dotrzesz do celu i przekażesz to panu Kasprowi, tak się nazywa. Zapamiętaj. Kiwam głową - Zapamiętam. - Dobrze, niech Bóg ma cie w opiece. Mężczyzna odchodzi do swojego kąta, a ja przez chwilę oglądam fiolki z dziwnym płynem i przyglądam się zapisom na kartce. Nie potrafię tego odczytać. Chowam paczuszkę do kieszonki w spodniach. Cała ta sytuacja wydaje mi się niedorzeczna, jak mam niby tego dokonać, zastanawiam się, jednak już czuje się lepiej, mimo beznadziejnej sytuacji, teraz mam jakiś cel w życiu. Czuję że wreszcie mogę czegoś dokonać. To byłoby piękne, gdyby znowu rosły roślinki i warzywa, owoce i wszyscy mieli by co jeść. Następnego dnia z samego rana wywlekają nas z klatki, wszystkich z wymalowaną literą „B”. Ponownie Ustawiamy się w szeregu, każdy z nas ma ze sobą swoją miseczkę. Dostajemy znowu tą samą papkę, oraz kilka łyków wody. Kwadrans później ze spętanymi rękoma wyruszamy, tym razem już bez worków na głowach. Przede mną idzie dziesięciu mężczyzn w różnym wieku od piętnastu do trzydziestu, za mną tylko trzech. Zdaje się że jestem najmłodszy w tej grupie, nie napawa mnie to radością, pewnie będę miał najgorzej w tej kopalni. Pilnuje nas ośmiu łowców. Sześciu po bokach kolumny, jeden na czele i jeden z tyłu, każdy uzbrojony w karabin automatyczny. Ponownie trud drogi i zmęczenie dają mi się we znaki, jednak tamten mężczyzna co dał mi paczuszkę mówił, że to tylko dwa dni, właściwie wolałbym tam nie dotrzeć, przynajmniej nie tak szybko. Idziemy tak cały dzień maszerując ze spuszczonymi głowami. Łowcy skrupulatnie nas pilnują, słońce chyli się już ku zachodowi. Nagle przewodnik kolumny znajdujący się na czele zatrzymuje się unosząc dłoń. Kolumna staje. Zapada niepewna cisza. Wytężam słuch, jednak nic nie da się usłyszeć. - Przygotować broń! - krzyczy przewodnik odwracając się w stronę kolumny – Uwaga! Następne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Łowcy zaczynają strzelać. Zza pagórka z naszej lewej strony wybiegają ogromne stwory, których ciało pokryte jest szarymi łuskami, a ich szczęki usłane są rzędami ostrych zębów. Mutanty poruszają się na czterech łapach, są bardzo szybkie. Całe zajście trwa bardzo krótko. Słysze strzały. Coś ciepłego ochlapuje mi twarz. Wycieram oczy ręką, to krew. Oszołomiony patrzę przed siebie. Niewolnik, który szedł przede mną leży z rozerwanym brzuchem. Zrywam się do biegu, zapominając o wszystkim. Nagle potwór przebiega tuż obok mnie i rzuca się na łowcę niewolników, oddającego właśnie serię z karabiny w jego łuskowate ciało. Mutant zdaje się nic sobie nie robić z tego ostrzału i przegryza bark mężczyźnie. Biegnę przed siebie. Nie słychać już strzałów. Przewracam się. Ręce mam nadal skrępowane, mam wrażenie, że zaraz mnie dopadnie, że jest tuż za mną, ale gdy się odwracam widzę stwory, które rozrywają swoją zdobycz. Dociera do mnie, że one po prostu polowały. Były głodne, a teraz znalazły pożywienie i zdaje się, że nie zawracają sobie głowy ściganiem mnie, skoro mają już wystarczająco dużo pożywienia na miejscu. Powoli się podnoszę na drżących nogach i biegnę przed siebie. Biegnę przed siebie czując jak napędza mnie strach. Nie wiem jak długo to trwa, ale gdy się odwracam nie widzę żadnego zagrożenia. Opieram się o niewielki kamień, łapię oddech, znowu zaczyna mnie boleć brzuszek. Odpoczywam przez kilkanaście minut. Kamień ma zaostrzoną krawędź, opieram się o niego plecami i próbuję rozciąć sznur krępujący mi ręce. Trwa to dosyć długo i kaleczę sobie lewą dłoń, lecz w końcu sznur puszcza. Rozcieram sobie nadgarstki i przytykam skaleczoną dłoń do ust. Wstaje i idę w tym samym kierunku, nie mając pojęcia dokąd. Na mojej drodze nie pojawia się nic, żadnych wiosek, starych dróg, lub znaków wskazujących na cywilizacje, tylko jałowa ziemia, pustkowie. Cały czas się poruszam, zatrzymuję się tylko na krótkie chwile aby odpocząć i znowu ruszyć. Jeśli nie znajdę kogoś kto mi pomoże będzie źle. Nie mam jedzenia ani wody. Cały czas maszeruje, wieczorem robi się naprawdę niedobrze, wszędzie dookoła dobiegają mnie dziwne jęki i piski. Otaczają mnie mutanty podobne do wychudłych psów, idą za mną od dłuższego czasu, jednak nie atakują. Czekają, domyślam się, że żywią się padliną. Męczy mnie ból brzucha, wiem że nie mogę się zatrzymać nie mogę iść spać mimo to, że robi się już ciemno. Idę przez całą noc a moja eskorta padlinożerców nie odstępuje mnie ani na chwilę. Nad horyzontem widzę już wschodzące słońce. Nogi mi się plączą, co jakiś czas upadam na kolana i się podnoszę, jeszcze kilka kroków i znowu upadam. Meczy mnie ból brzucha. Głowa robi mi się ciężka. Przede mną tylko bezkres pustkowi. Znowu się podnoszę, jeszcze chwilkę, chociaż troszkę. Upadam łapiąc się za brzuch. Przynajmniej przez jeden dzień miałem jakiś cel w życiu, kładę rękę na paczuszce z fiolkami. Próbuję znowu wstać. Nie udaje mi się, nogi odmawiają posłuszeństwa. Leżę na boku, rozentuzjazmowane stwory zawężają okrąg podchodząc coraz bliżej. Zamykam oczy. Zawiodłem, nie udało się. Każda kolejna sekunda wydaje się trwać całą wieczność. Wieczność w której nagle rozbrzmiał huk wystrzału... Rozdział VIII - Nie ma jak w domu Ostatnie wydarzenia wywarły ogromny wpływ na Mateusza, teraz i on jechał na swoim baktrianie w pełnym milczeniu. Zmierzali gdzieś na północ sami nie wiedząc dokąd, ich los nie zależał już tylko od nich samych, lecz od szczęścia. Oboje zdawali sobie sprawę że mogli się zarazić wirusem przez pobyt w wymarłej wiosce. Ta myśl nie dawała im spokoju. Nadia biorąc pod uwagę wcześniejsze zrezygnowanie i obojętność teraz wyglądała jak by zobaczyła ducha. Niepewność która zagnieździła się w ich świadomości, zmuszała ich do ciągłych przemyśleń. Czy wirus mógłby się utrzymać tyle czasu, aby mogli się zarazić? Jak wiele czasu im zostało? Czy skończą tak jak mieszkańcy osady? Może jednak uda im się znaleźć bezpieczne miejsce? Nie rozmawiali o tym, jakby uważając, że nieporuszany temat rozpłynie się w czasie i przestrzeni. Jednak nie podróżowali już we dwoje. Znaleźli go z samego rana, gdyby dostrzegli go minutę później pewnie byłby już w kawałkach. Jeden strzał wystarczył aby odpędzić ścierwojady. Podjechali bliżej i dostrzegli Około dwunastoletniego chłopaka, który leżał nieprzytomny na rozgrzanym pomarańczowym piasku pustyni w rozpiętej koszuli, na jego klatce piersiowej widniała namalowana czerwoną farbą litera „B”. Nadia patrzyła z żalem na chłopca, Mateusz nie miał pojęcia co zrobić. Sam nie wiedział dokąd zmierzają i na jak długo wystarczy im zapasów pożywienia i wody, jednak spojrzenie dziewczyny w którym dostrzegł gniew i złość powodowaną przez świat, w jakim przyszło żyć nie pozwoliło mu zostawić chłopaka. Wciągnęli nieprzytomnego dzieciaka na baktriana dziewczyny i ruszyli dalej. Nie posiadali żadnych medykamentów, mogli tylko czekać aż jego stan się poprawi. Okryli głowy kawałkami szmat chroniąc się przed słońcem, które znajdowało się nad ich głowami, zawsze w pełnej krasie, chmury w obecnym świecie pojawiały się na nieboskłonie niezwykle rzadko i stanowiły dla większości ludzi fantastyczne zjawisko. Mateusz spojrzał na dziewczynę jadącą obok niego i na chłopaka. - Jak jesteśmy zarażeni to i tak już po nim- Powiedział pod nosem. - Nie jesteśmy- odezwała się po chwili namysłu Nadia – Jakbyśmy byli to już byśmy to odczuli. Musimy w to wierzyć Mateusz. - Wiem, ale to nie łatwe. Póki co, skupmy się na obecnej sytuacji, powinniśmy znaleźć jakieś schronienie i odpocząć bo w drodze jego stan się nie poprawi – wskazał nieprzytomnego chłopaczka. - Dobrze, będę się rozglądać – Odparła dziewczyna – Myślisz że tamci skazańcy dotarli już do mojego domu? Chciała bym tam kiedyś jeszcze wrócić. - Jeśli dotarli to może nie być już do czego wracać – rzekł Mateusz wyprzedzając Nadie i wysuwając się do przodu – Nie myśl o tym znajdziemy nowy dom dla ciebie. Chłopak ciągle zmagał się ze swoim sumieniem, które nakazywało mu wyznać prawdę dziewczynie, jednak bał się jej reakcji, czuł się za nią odpowiedzialny, w końcu jej ojciec uratował mu życie. Pierwszy raz od długiego czasu nie czuł się samotny, teraz była z nim Nadia. Dziewczyna której życie z dnia na dzień wywróciło się do góry nogami, był teraz jedynym człowiekiem jakiemu ufała. Wiedział że prawda mogłaby zburzyć tą delikatną nić zaufania, która powoli robiła się coraz mocniejsza. Z rozmyśleń wyrwał go widok unoszącego się przed nimi dymu. Nakazał dziewczynie zwolnić, a sam pognał swojego baktriana na przód. Zbliżając się zeskoczył na ziemię podkradł się na skraj niewielkiej skarpy obserwując nie dużą skalistą dolinę, w której dostrzegł jaskinię oświetlaną blaskiem ogniska. Z początku wydawało mu się że gospodarz jest nieobecny, rozpalił ognisko i sobie gdzieś poszedł, lecz wreszcie go dostrzegł. Mężczyzna w średnim wieku, którego twarz pokrywał gęsty siwy zarost wziął znad ogniska dziwny kawałek mięsa i zaczął się posilać. Mateusz obserwował go dłuższą chwilę chcąc się upewnić czy jest sam i czy posiada broń. Nadia w końcu dogoniła chłopaka, zeszła po cichu na ziemię, uspokajając swojego baktriana. - Co tam widzisz? - zapytała zaciekawiona - Jaskinia i ognisko – odparł – Zdaje się że zamieszkana przez jakiegoś tubylca, wydaje się niegroźny. Podejdziemy tylko ostrożnie. Mateusz zawiesił sobie strzelbę na plecach i chwycił za uzdę swojego baktriana, dziewczyna szła tuż za nim prowadząc swoje zwierze, na którym leżał nieprzytomny chłopiec. Mieszkaniec jaskini podskoczył jak poparzony gdy ich dostrzegł, cofnął się do swojej jaskini poruszając się na czterech kończynach. Zatrzymał się przy wejściu do groty, w jego ręce nie wiadomo skąd znalazła się krótka dzida. - Kim wy są! Czego wy chcą od starego Jana! - krzyknął nieznajomy - Spokojnie, nie mamy złych zamiarów – powiedział łagodnie Mateusz - Szukamy schronienia, mamy rannego chłopca – dodała dziewczyna. Tubylec wciągnął powietrze jakby coś węszył, po czym wskazał na ognisko - Wy wybaczyć. Usiąść. Mogą zostać jeśli nie będą denerwowali tamtych. Mężczyzna warknął i pospiesznie poczłapał do swojej jaskini, Mateusz i Nadia spojrzeli po sobie z wyrazem zdziwienia na twarzach. - Świetnie, ten gość jest obłąkany, będzie trzeba mieć go na oku – powiedział chłopak – Rozładuj prowiant, położymy dzieciaka na kocu, trzeba będzie też napaść zwierzęta. Dziewczyna kiwnęła głową po czym wzięła się do pracy. Razem zdjęli chłopca z baktriana i położyli na kocu. Nadia została z nim ocierając mu twarz mokrą zimną szmatką. Mateusz poszedł zajrzeć do jaskini. Wewnątrz panował mrok, jednak dostrzegł właściciela jaskini, który siedział skulony pod ścianą prowadząc dziwną rozmowę sam ze sobą. „ Dlaczego cię nękają, dlaczego nie chcą odejść... Zapomnij o nich nie mogą ci nic zrobić... Ale oni ciągle krzyczą, niech przestaną... Uspokój się masz gości, zajmij się nimi... Dlaczego oni tak krzyczą, nie wytrzymam... Weź się w garść trafiła ci się szansa... Szansa tak szansa, będę silny”. Później tubylec ściszył głos mamrocząc coś niewyraźnie. Mateusz cały czas trzymał rękę na strzelbie gotów jej użyć, jednak w jaskini nie można było dostrzec niczego niepokojącego poza obłąkanym tubylcem. Chłopak postanowił nie podchodzić bliżej. Wrócił na zewnątrz zostawiając nieznajomego samemu sobie. Dziewczyna szybko się uwinęła z przygotowaniem prowizorycznego obozu. Baktriany były już przywiązane do dużego głazu. Cały prowiant rozłożony został obok nieprzytomnego chłopaczka. Mateusz sięgnął po swoją manierkę z wodą, gasząc pragnienie. - I co o tym myślisz? - spytała Nadia – Co było w jaskini? - Nic szczególnego nie widziałem, a ten facet to wariat, gada sam ze sobą. Czy może być gorzej? - spytał ironicznie chłopak spoglądając na dzieciaka. - Nie patrz tak na niego- odezwała się dziewczyna – on z tego wyjdzie i my też, nic nam nie będzie, na pewno. Dopiero co straciłam tatę i musiałam opuścić dom, a teraz co? Wszystko to ma się okazać bezcelowe. Na pewno przeżyjemy, ja wierzę w przeznaczenie, wierzę w to że nasze życie ma sens. Wszystko będzie dobrze Mateusz. - Chciałbym aby było dobrze – odparł po chwili Mateusz -Na prawdę bym chciał. Po prostu jestem realistą. Dziewczyna kiwnęła głową i zaczęła przygotowywać posiłek. - Pomyśl sobie - kontynuowała Nadia – Wielką wojnę lata temu przetrwało około trzy procent ludzkości, potem klimat na Ziemi się zmienił utrudniając życie naszym przodkom i nam, ale mimo tych wszystkich przeciwności losu urodziłam się i ty też. Do tej pory jakoś sobie radziliśmy z tatą. On hodował baktriany, które później sprzedawał karawaniarzom, a ja zajmowałam się domem, całe życie byliśmy sami, mama zmarła przy moich narodzinach. Ty również jakoś sobie radziłeś, ponieważ jesteś tutaj teraz ze mną. Ja wierzę w przeznaczenie, wierzę że każdy człowiek urodził się aby czegoś dokonać, nieważne czy to będzie coś wielkiego czy nie, dlatego wierzę że wszystko się ułoży. Zobaczysz. - Tak myślisz- odezwał się Mateusz po chwili namysłu – Jakie więc przeznaczenie mieli ci ludzie, których zabił wirus, jakie przeznaczenie mają ludzie których dopadną zbiegli skazańcy, albo ci którzy zginą na pustkowiach zeżarci przez jakiegoś mutanta. Nie, według mnie to wszystko przypadek, to że żyjemy to też przypadek. - Nie musisz się ze mną zgadzać – odparła dziewczyna po dłuższej chwili – Jednak dziękuje ci że jesteś ze mną. Nadia chciała coś jeszcze powiedzieć, gdy za sobą usłyszała niewyraźne majaczenie. Dzieciak się budził poruszając nieporadnie drżącymi rękoma, po chwili zaczął otwierać oczy, na jego twarzy malowało się zdziwienie. Nie miał pojęcia gdzie jest, nie wiedział nawet czy żyje. Oboje szybko do niego podeszli. Chłopiec otwierał usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie miał siły wydobyć z siebie głosu. - Spokojnie mały – zaczęła Nadia- Wszystko w porządku, jesteś w bezpiecznym miejscu, nie musisz się bać. - Proszę napij się, to woda – powiedział Mateusz podnosząc chłopcu lekko głowę i przykładając manierkę do jego ust. Chłopak wziął kilka głębokich łyków, po czym opadł z powrotem na koc zamykając oczy, Nadia rozczesała jego włosy. - Odpocznij – powiedziała – Jesteś silny wyjdziesz z tego. Mateusz zauważył jakąś paczuszkę wystającą chłopcu z kieszeni od spodni. Wyjął ją, po czym razem z dziewczyną zaczęli badać zawartość paczuszki, w której znajdowały się dwie fiolki i jakieś zapiski. - Rozumiesz coś z tego? - spytała Nadia - Nic a nic – odparł chłopak – Pewnie to nic ważnego, poczekamy aż się obudzi to nam powie co to jest. - Nie powinniśmy grzebać w jego rzeczach. - Po tym co dla niego zrobiliśmy to chyba mamy prawo się dowiedzieć – zaprotestował Mateusz. Na odwrocie karteczki dostrzegli niewyraźny napis „ Dostarczyć do pana Kaspra, osada naukowa, Nowy Wrocław”. Może jednak to jest coś ważnego, ale skąd ten dzieciak wszedł w posiadanie tej paczuszki. Mateusz schował zawiniątko do ich plecaka. Po czym usłyszał za plecami poruszającego się tubylca. - Wy się nie bać. Pan Jan jest dobry, wy czujcie się jak u siebie. Tylko nie wchodzić do głębokiej jaskini, tam są oni. Oboje kiwnęli głową na znak zgody, chociaż nie mieli pojęcia o czym mówi ich gospodarz. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, młodzi ludzie złożyli się już do snu przy dogasającym ognisku. Dzieciak również spał, jednak gorączka już go opuściła i jego stan się poprawiał. Mateusz leżał trzymając rękę na obrzynie. Zasnął jako ostatni, zastanawiając się nad słowami swojej Towarzyszki. Czy to możliwe że nasz los jest gdzieś tam zapisany, a my nie mamy wpływu na nasze przeznaczenie. Zawsze troszczył się tylko o siebie, los innych ludzi był mu obojętny, zarówno zanim trafił do więzienia za kradzieże, jak i w więzieniu, a teraz coś się zmieniło. Zależało mu na tej dziewczynie i chciał aby chłopiec się obudził i doszedł do siebie. Zastanawiał się czy byłby w stanie zaryzykować życie dla któregoś z nich. Zadał sobie pytanie Czego się bardziej boi? Śmierci, czy samotności. Obudził go stłumiony krzyk dochodzący z wnętrza jaskini. Ognisko jeszcze się tliło, szybko zauważył że posłanie Nadii jest puste. Błyskawicznie poderwał się na nogi. Spojrzał na dzieciaka, który leżał pogrążony we śnie tak jak wcześniej. Ponownie usłyszał ten sam dźwięk, jakby krzyk. Wyciągnął z ogniska żarzący się kawałek drewna i pognał do środka groty przewieszając sobie wcześniej strzelbę przez plecy. W jaskini panował mrok, jednak tym razem miał ze sobą źródło światła. Dziewczyny, ani tubylca nigdzie nie było widać, echo niosło się gdzieś z głębi skalnego tunelu. Mateusz przyspieszył kroku, oświetlając sobie drogę dogasającym już drewienkiem. Potknął się zachaczając o coś nogą, przeklną pod nosem nakierowując światło dogasającej pochodni na przedmiot, który stanął mu na drodze. Widok ten wywołał u niego dreszcze i strach, lecz nie o siebie tylko o dziewczynę. Na ziemi leżały ludzkie kości, czaszka i kawałki żeber. Chłopak wstał kierowany złością i poczuł ból. Zdał sobie sprawę że skręcił kostkę przewracając się, jednak ruszył na przód, napędzał go strach o dziewczynę. Prowizoryczna pochodnia zgasła, ale przed nim znajdowały się już inne pochodnie wetknięte w szczeliny skalne. Jaskinia się rozszerzała tworząc całkiem pokaźną grotę. Na ziemi znajdowało się więcej kości, na niektórych były jeszcze kawałki mięśni i ścięgien. Wszedł do groty trzymając już strzelbę wymierzoną przed siebie. Dziewczyna leżała pod ścianą, usta miała zakneblowane jakąś szmatą, w jej oczach widać było przerażenie. Tubylec stał trochę dalej trzymając się za głowę z której płynęła stróżka krwi, w prawej ręce trzymał pokaźny nóż. - Ty zła rzuciła mnie kamieniem – powiedział z pretensją w głosie tubylec – Nie rozklejaj się tylko zrób to, potrzebujesz mięsa... Tak mięso, mięso jest dobre dla nas... Chłopak wszystko zrozumiał. Ten wariat jest kanibalem, żywi się ludzkim mięsem, a ci o których mówił „ tamci” lub „oni” to jego ofiary, widocznie ich głosy nie dawały mu spokoju po śmierci. Cholerny niezrównoważony czubek. Mateusz uniósł broń, nigdy wcześniej nie kierowały nim takie emocje. Gniew, złość. - Jesteś głodny. Nażryj się tego! - krzyknął po czym po jaskini poniosło się echo wystrzału. Rozdział IX - Co było, minęło Dookoła mnie panuje głucha cisza, słyszę swój oddech, słyszę każde uderzenie mojego serca. Pod stopami czuję miękki ciepły piasek, który unosi się w powietrzu dookoła mnie gnany silnymi podmuchami wiatru. Nie widzę wyraźnie co znajduje się przede mną, wszędzie tylko wiruje piasek, na szczęście nie wpada mi do oczu. Niepewnie stawiam pierwszy krok, następnie drugi i kolejne. Idę przed siebie nie wiedząc gdzie jestem, wszystko wydaje się jakieś dziwne, jednak nie boje się. Zdenerwowany zaczynam biec, wiatr nasila się gwałtownie utrudniając oddychanie. Przed sobą dostrzegam niewyraźnie dwie ludzkie sylwetki, idące ku mnie. Zatrzymuje się, unoszący się w powietrzu piasek utrudnia widoczność. Po chwili widzę twarze dwojga ludzi i w moich oczach pojawiają się łzy. Tata, mama. Stoją przede mną uśmiechnięci, mama wyciąga do mnie ręce, a ja bez namysłu rzucam się jej w ramiona i przytulamy się. Tuż obok stoi mój tata obejmując nas oboje. Nie odzywają się lecz słyszę w głowie głos ojca. „ Jestem z ciebie dumny synku, ale nie możesz tu zostać, to jeszcze nie czas, znowu musimy cię zostawić, ale wiem, że ty sobie poradzisz. Nie mamy już czasu, pamiętaj aby zawsze wierzyć w siebie i nigdy się nie poddawać. Jesteś w stanie dokonać wszystkiego co sobie postanowisz. Kochamy cie”. Ostatnie słowa są ledwo słyszalne. Po chwili wiatr jakby się zatrzymuje, piasek opada na ziemię, a ja nigdzie nie widzę moich rodziców. Zaczynam krzyczeć i nagle czuję jakby ktoś z całej siły pchnął mnie na ścianę. Budzę się z urywanym krzykiem i nie ma już wirującego piasku. Jest noc, a ja leże na kocu. Obok mnie dogasa ognisko lekko oświetlając mi okolicę. Tak więc to był sen, oni nie byli prawdziwi. Ogarnia mnie smutek. Widzę jakieś tobołki leżące pod ścianą skalną, w której dostrzegam jakąś grotę albo jaskinie. Czy to ta kopalnia? Nie, nie mozliwe, przecież uciekłem. Zaczynam sobie przypominać co się stało, ostatnie co utkwiło mi w głowie to zbliżający się padlinożercy. Opadam z powrotem na koc i dotykam swojej klatki piersiowej, brzucha, ramion, następnie ruszam palcami u stóp. Dochodzę do wniosku że nie jestem ranny, miałem chyba gorączkę i ból brzucha po tym jedzeniu, którym mnie karmili, jednak teraz nic mnie nie boli tylko czuje się trochę słabo, nie jestem pewien czy dałbym radę wstać. Podnoszę się na rękach i obok mnie rozlega się odgłos prychnięcia z pewnością wydane przez jakieś zwierze. Strach momentalnie mnie paraliżuje, jednak zwierzę które wydało ten dźwięk okazuje się być niegroźnym roślinożercą, a nie tak jak pomyślałem padlinożerną bestią. Obok dostrzegam drugie takie samo zwierzę, oba wydają się mieć uzdy, a więc ktoś na nich jechał. Podnoszę się lekko oddychając głęboko, każdy ruch kosztuje mnie dużo sił. Nagle przypominam sobie o paczuszce otrzymanej od naukowca i o moim zadaniu. Momentalnie kładę rękę na kieszeni, gdzie powinna znajdować się paczuszka i ogarnia mnie rozpacz. Nie ma jej tam, musiała mi wypaść gdy uciekałem, zawiodłem, zaprzepaściłem szanse na polepszenie tego świata, chce mi się płakać. W tym momencie u wejścia do jaskini pojawia się dwoje ludzi, przyglądam się im dusząc w sobie wcześniejsze emocje. Jest to chłopak i dziewczyna, on ją obejmuje, nie on ją podtrzymuje, zauważam że jest bardzo wystraszona. Zatrzymują się patrząc na mnie jakoś dziwnie, jakby byli zaskoczeni. Dziewczyna nagle jakby nabrawszy odwagi otrząsa się z wcześniejszego stanu i przysiada obok mnie. - Hej, mały spokojnie – mówi dotykając mojego policzka – Nie musisz się bać, nie zrobimy ci krzywdy. Przełykam ślinę przyglądając się im, boje się odezwać. Chłopak kuca obok mnie, dotyka mojego czoła. - Nie ma już gorączki – zwraca się do swojej towarzyszki – Jak się czujesz mały? Boli cię coś? Kręcę przecząco głową . - Tylko, tak trochę słabo mi – mówię po chwili - Wszystko będzie dobrze – odzywa się dziewczyna – Mateusz podaj mu wody, na pewno chce mu się pić, pewnie jest też głodny. Chłopka podaje mi manierkę z wodą, dziewczyna rozczesuje mi włosy. Gaszę pragnienie wypijając prawie wszystko. Mam tyle pytań, nawet nie wiem gdzie jestem ani kim oni są, ale nie to jest teraz dla mnie najważniejsze. - Miałem przy sobie taką paczuszkę w kieszeni – mówię nieśmiało – zgubiłem ją, nie wiecie może... - Hej spokojnie – przerywa mi chłopak - widziałem tą twoją paczuszkę, jest u nas, tak myślałem że to coś ważnego. - Przestań, później o tym porozmawiamy – odzywa się dziewczyna nadal trzymając rękę na moim ramieniu – Powiedz, jak ci na imię? I skąd się wziąłeś sam na środku pustyni? - Ja... jestem Alrik – odpowiadam po chwili wahania – dobrze zaraz wam wszystko opowiem, ale możecie mi oddać moją paczuszkę? Proszę. - Niech ci będzie – odpowiada chłopak, wyciągając moją własność z jednego z tobołków i wręczając mi ją – Ja jestem Mateusz, jak już słyszałeś, a to jest Nadia, a teraz słuchamy. Pospiesznie sprawdzam zawartość paczuszki, wszystko jest w porządku. Biorę jeszcze łyczek wody. Nie wiem czy mogę im zaufać, pomogli mi ale nie wiem co ze mną zrobią, jednak nie mam wyboru, opowiadam im wszystko. Mówię o tym że jestem sierotą, opowiadam o tym jak podróżowałem z karawaną, o tym jak trafiłem do obozu niewolników, o spotkaniu z naukowcem, który dał mi paczuszkę i poprosił o dostarczenie jej w odpowiednie miejsce i na końcu o tym w jaki sposób udało mi się uciec z niewoli. Nadia i Mateusz przysłuchują mi się uważnie. - Młody czy ty aby nie bujasz? - pyta mi się chłopak. - Nie... Ja przysięgam, wszystko co mówiłem to prawda – odpowiadam z żalem - Oj przestań – wtrąca się Nadia – Nie dręcz go. Ja mu wierzę i wiesz co jeśli zawartość tych fiolek naprawdę przywróciła by roślinność, umożliwiła by uprawę warzyw i owoców. Wiesz co by to oznaczało. Pamiętasz jak mówiłam o przeznaczeniu? - Tak pamiętam – odpowiada Mateusz – Tylko że Nowy Wrocław to kawał drogi stąd jeśli się dobrze orientuje. Nie mów że chcesz tam jechać? - Przecież i tak uciekamy i sami nie wiemy dokąd – odpowiada dziewczyna wzruszając ramionami – Dzisiaj gdyby nie ty to bym już nie żyła, dlatego pozostawię tobie decyzje, jednak ja wolałabym pomóc temu małemu w dotarciu tam. Jednak cokolwiek postanowisz, na pewno go nie zostawimy samego. - Cholera – odpowiada Mateusz zastanawiając się chwilę – Nie patrzcie tak na mnie. Pojedziemy, trzymamy się razem. - Dziękuję – mówię uśmiechając się i przytulam się do Mateusza, który zdaje się wyraźnie zaskoczony tym faktem – A chciałem zapytać, przed kim uciekacie? - Odpocznij do świtu jeszcze kilka godzin, nie możemy tu zostać, wszystko opowiemy ci gdy ruszymy- mówi dziewczyna. Leże na swoim posłaniu aż do świtu, nie mogłem już zasnąć po tym wszystkim, tylko przewracałem się z boku na bok. Słońce w końcu wstaje. Nadia jeszcze leży, Mateusz szuka czegoś w bagażach wyciągając trzy puszki konserw i kilka sucharów. - Proszę – podaje mi posiłek – To dla ciebie. - Dziękuję Dopiero teraz zdaje sobie sprawę jaki byłem głodny, zawsze musiałem sam się troszczyć o posiłek, gdy podróżowałem z karawaną musiałem podbierać ukradkiem albo się prosić, chyba zaufam tym dwojgu, w sumie nie mam wyboru. Gdy tylko Nadia wstaje i kończy swój posiłek Mateusz ustawia na ziemi pustą puszkę po konserwie, nalewa do środka wody i kładzie kawałek papierku na powierzchnie wody. Przyglądam się temu razem z Nadią. - Patrzcie uważnie pokaże wam sztuczkę – mówi Mateusz Na wierzch papierka kładzie cieniutki zaostrzony z jednej strony drucik, który po chwili się obraca i zatrzymuje. Mateusz jest wyraźnie zadowolony z tego faktu, a ja patrze wygłupiony. - No co ? - mówi zadowolony chłopak – To kompas. Cieńsza strona drucika obróciła się na północ. Mały, ten twój nowy Wrocław powinien być na północny zachód stąd. Ruszamy. Jadę razem z Nadią na jej baktrianie siedząc z przodu. Pierwszy raz od dłuższego czasu czuje się najedzony, nie męczy mnie pragnienie, nie muszę niczego nosić na plecach i wreszcie komuś na mnie zależy. To wszystko jest dla mnie tak nieprawdopodobne że aż boje się że powiem coś niewłaściwego i nagle wszystko się zawali. Po drodze Nadia i Mateusz opowiadają mi o buncie w więzieniu, nieopodal domu dziewczyny i wioski z której Mateusz musiał uciekać, aby uniknąć gniewu skazańców. Poznaje historie Nadii, dowiaduje się jak mnie znaleźli i co wydarzyło się w jaskini. Smutna historia, Nadia też straciła rodziców, chyba dlatego tak jej na mnie zależy. Zastanawiam się dlaczego ten świat stał się taki zły i ludzie czemu robią takie straszne rzeczy innym ludziom, tak jak ci skazańcy, albo handlarze niewolnikami. Cieszę się że ich poznałem przynajmniej oni oboje są dobrzy, chociaż Mateusz jest trochę skryty, ale to nic i tak go lubię. Jedziemy tak prawie cały dzień po drodze mijając jedynie głazy i nieliczne mutanty, które uciekają na widok baktrianów, lub wystraszone hukiem wystrzału ze strzelby Mateusza. Docieramy do miasta, Nadia mówi, że przynajmniej tak to się kiedyś nazywało. Nie jest to Nowy Wrocław, jedynie jakieś małe miasteczko o dawno zapomnianej nazwie. Jedziemy pomiędzy zawalonymi blokami, w których kiedyś jak mówi dziewczyna mieszkali ludzie. Trochę kojarzy mi się to z mrowiskiem. Jak może tylu ludzi mieszkać w takim dużym kwadratowym budynku, jeden obok drugiego? Oprócz zawalonych bloków widzę szkielety mniejszych budynków, niektóre są całkiem w dobrym stanie, jednak nie ma tu ludzi, osada podobno jest głębiej w centrum tego dawnego miasta. Dojeżdżamy na miejsce gdzie znajduje się kilka nienaruszonych budynków, jednak dominują tutaj namioty porozstawiane wszędzie dookoła. - Nadio przejrzyj te wszystkie fanty, które wzięłaś z domu, trzeba będzie je wymienić na zapasy i wynająć jakiś namiot na noc – powiedział Mateusz. - Dobrze - A ty Alrik pomożesz Nadii, dobrze? - Dobrze Nagle podbiega do nas nieznajomy mi człowiek krzycząc coś do nas, po chwili dopiero orientuje się że krzyczy do Mateusza. - Hej! Ty sukinsynu! Myślałem że zdechłeś na tej pustyni po ucieczce. Chodź tu do mnie, ale nie czekaj widzę że jesteś ze znajomymi, spotkamy się za godzinę, znajdę cię, trzeba będzie to opić. Tu jest pełno pustych namiotów, ale każdy ma właściciela, na pewno znajdziecie nocleg, potem porozmawiamy. Patrzę na Mateusza jest jakiś blady jakby ducha zobaczył. Nadia tak samo mu się przypatruje. Nieznajomy odchodzi do jednego z tych lepiej wyglądających budynków. - To... Stary znajomy – wyjaśnia Mateusz – nie przejmujcie się nim, jest trochę ekscentryczny. Zastanawiam się co to znaczy ekscentryczny, jeszcze nie słyszałem tego słowa, ale chyba nie najlepszy moment aby o to pytać, potem zapytam Nadii. W bagażach dziewczyny znajdujemy różne rupiecie, niektóre nawet ciekawe, stary zegarek na rękę zasilany baterią słoneczną, nadal działający, kilka srebrnych monet, posrebrzane talerze i sztućce, lampy olejne tylko że bez paliwa, wszystko to jest dużo warte dla handlarzy. Kupujemy za to prowiant dla trzech osób na dłuższą podróż, jestem szczęśliwy tyle dla mnie robią nie wiem jak się odwdzięczę. Wynajmujemy też niedrogi namiot na jedną noc i kupujemy pożywienie dla baktrianów. Nadia zajmuje się zwierzętami. Siedzę w namiocie zjadając suszone owoce z puszki i popijając wodą. Nieznajomy pojawia się przed namiotem machając do Mateusza, który siedzi ze mną w środku. - Musze iść, wrócę niebawem – mówi chłopak – bądź grzeczny i opiekuj się Nadią dobrze Mrugnął do mnie jednym okiem i odszedł wraz z nieznajomym. Idę do Nadii pytając ją czy mógłbym jej pomóc przy zwierzętach. Jednak mówi mi abym sobie odpoczął, a ona się wszystkim zajmie. Dużo nie myśląc idę się przejść po osadzie. Nie ma tu nic interesującego, same namioty, kilka straganów i budynki. Zaglądam do jednego z nich ukradkiem. W środku widzę kilku ludzi, którzy piją coś ze słoika przekazując go sobie po kolei, zdaje mi się że są pijani. Cichutko się wycofuję i odbiegam z tego miejsca. Zmierzam do kolejnego mniejszego budynku, przebiegam pod oknami, w których kawałki szkła sterczą jeszcze gdzieniegdzie w ramach. Nagle słyszę głos Mateusza, z kimś rozmawia, zatrzymuje się pod tym oknem przysiadając cichutko. - Minęło już sporo dni od buntu – słyszę nieznajomy głos – co się z tobą działo do cholery ? - Jak to co. Próbowałem przetrwać tak jak wszyscy, którzy nie byli zrzeszeni z szefem – odpowiada Mateusz – nawet nic nie wiedziałem, że oni planują ten bunt. Myślałem, że spędzę w tym cholernym pierdlu jeszcze całe pięć lat, a tu takie coś, po prostu szedłem przed siebie. - Dobra. Dobra, każdy radził sobie jak umiał rozumiem cię, nie musisz mówić, ale skąd do cholery wytrzasnąłeś tą laskę i dzieciaka? Swoją drogą niezła dupa. - Oni są w porządku … Reszty nie słyszę, muszę odbiec bo idą w moim kierunku jacyś ludzie, biegnę do naszego namiotu. Jestem zdezorientowany, Mateusz mówił, że uciekł przed skazańcami, a on jest … Dobiegam do namiotu zdyszany i spocony, mam mętlik w głowie nie wiedząc jak postąpić, czy powiedzieć Nadii o tym... Rozdział X – Nie ufaj nikomu Spotkanie ze współwięźniem Stefanem dobiegło końca, chłopak wracał do wynajętego namiotu zastanawiając się jak się wytłumaczyć Nadii. Mógł powiedzieć że człowiek ten był jego znajomym z osady, w której mieszkał zanim została ewakuowana przed nadciągającymi skazańcami, jednak wydawało mu się to trochę naciągane, a może po prostu miał już dosyć okłamywania osoby na której mu zależało. Postanowił mimo wszystko nie mówić prawdy, zostawić przeszłość za sobą i myśleć o teraźniejszości. Delikatny chłodny wietrzyk kołysał ściany licznie rozstawionych namiotów. Stragany były już puste. Mateusz zdał sobie sprawę, że zasiedział się dość długo rozmawiając ze starym znajomym. Był środek nocy. Odchylił połę namiotu, który wynajęła Nadia sprzedając część swoich rzeczy, spokojnie mogło by się tu zmieścić pięć osób. Dziewczyna i dzieciak byli pogrążenie we śnie. Wszedł cicho nie chcąc ich budzić. Zanim położył się na swoim posłaniu sprawdził nabyty prowiant, było tego tyle, że dalsza część drogi do Nowego Wrocławia powinna minąć szybko i bezproblemowo. Uśmiechnął się na tę myśl być może właśnie tam znajdą swoje miejsce, znajdą dom. Położył się odwrócony do dziewczyny, obserwował jej spokojny sen, rozczochrane włosy, równomiernie unoszącą się i opadającą klatkę piersiową i był zauroczony. Promienie słońca przebijały się nieznośnie przez uchylone drzwi namiotu padając prosto na twarz chłopaka. Obudził się jako ostatni. Dziewczyna przygotowywała posiłek dla trzech osób, chłopiec pakował ich bagaże przymocowując je do boków przywiązanych obok namiotu baktrianów. - No nareszcie wstałeś śpiochu - powiedziała z uśmiechem na twarzy Nadia – Gdzie ty się podziewałeś w nocy. Już chciałam iść cię szukać, ale Alrik mówił że spędzasz czas ze znajomym. Mateusz przetarł oczy wierzchem dłoni i podniósł się na łokciach zaspany, powoli przetwarzając słowa usłyszane przed chwilą. - Tak byłem ze starym znajomym – odparł Mateusz – Przepraszam nie chciałem żebyś się martwiła, powinienem był wrócić prędzej. W tym momencie wszedł do namiotu Alrik obdarzając Mateusza kwaśnym spojrzeniem. Dziewczyna podała posiłek swoim towarzyszom życząc smacznego. - Kiedy wyruszamy ? - spytał Mateusz przerywając jedzenie. - Wszystko mamy gotowe do drogi – odparła Nadia – możemy ruszać gdy tylko będziecie gotowi. - Ja już dawno jestem gotowy – poinformował chłopiec - Co ty taki naburmuszony jesteś od rana Alrik?- spytała dziewczyna. - Nie jestem, przepraszam. - Ja też miałbym taki humor jeśli musiałbym spędzić w tym miasteczku kolejny dzień, pełno tu podejrzanych typów i pijaków – powiedział Mateusz – Nic nas tu nie trzyma, wyruszymy zaraz po śniadaniu. - Dobrze chłopcy – powiedziała dziewczyna kończąc posiłek – Pójdę nakarmić zwierzęta przed podróżą. Zostali w namiocie sami, Alrik przypatrywał się chłopakowi jakoś podejrzliwie nie kryjąc się z tym, emocję aż się z niego wylewały, złość i strach. Mateusz powoli zaczynał czuć się trochę skrępowany tą sytuacją. - No co mi się tak przyglądasz młody? - spytał burząc panującą w namiocie cisze - Widziałem cie – odpowiedział chłopiec – Słyszałem kawałek twojej rozmowy z tamtym panem. Wiem że to nieładnie podsłuchiwać, ale ty też postąpiłeś nieładnie bo okłamałeś Nadie. Wiem kim naprawdę jesteś. Mateusz pobladł nieco, ręce zaczęły mu się momentalnie pocić, do głowy przychodziły mu różne myśli. Udusić go, wyrwać język, przekupić aby nic nie mówił, błagać go. Wiedział że to bez sensu, nie może winić chłopca o swoje błędy. Przywołał się w myślach do porządku zamierzając wyznać Alrikowi prawdę o sobie. - Nie bój się nie powiedziałem jej – Odezwał się niespodziewanie chłopiec przerywając chwilę ciszy – Nie powiedziałem, bo myślę że nie jesteś złym człowiekiem prawda? Mateusz dostrzegł w oczach chłopaka strach, zobaczył że ta rozmowa również jego bardzo wiele kosztuje. - Nie, nie jestem zły – odparł patrząc Alrikowi w oczy – Nie krzywdzę ludzi, trafiłem do więzienia za kradzieże. Przepraszam że was okłamywałem, uznałem że tak będzie lepiej. Jestem z wami i was nie zostawię, a wiesz czemu? Dlatego że zależy mi na was, przez całe życie byłem sam i musiałem sobie jakoś radzić, nie chce znowu zostać sam. Proszę zaufaj mi. - Spróbuję – odparł chłopak z wyraźną ulgą Wyraźnie chciał coś jeszcze dodać lecz w tym momencie usłyszeli Nadie zbliżającą się do namiotu, prowadzącą ze sobą baktriany gotowe do drogi. Nie minęło wiele czasu gdy ruszyli w dalszą drogę. Mateusz jechał przodem wioząc ze sobą większą część prowiantu, za nim jechała Nadia z Alrikiem umilając sobie czas na grze w skojarzenia. Poruszali się drogą, na której asfalt dawno już popękał od palącego słońca. Dookoła otaczała ich jałowa ziemia, oraz zrujnowane i dziwacznie powyginane słupy wysokiego napięcia zaopatrujące dawną cywilizacje w energie elektryczną. Relikty przeszłości przypominające ludziom o ich dawnej potędze, pamięć o tym jak były wykorzystywane utrzymała się dzięki opowieściom i literaturze. Po kilku godzinach dojechali do kolejnego takiego obiektu, stara autostrada, na której czas odcisnął swoje piętno rozciągała się aż po horyzont, w kierunku którym mieli podążać. - Dlaczego ta droga jest taka duża i szeroka? - zapytał chłopiec osłaniając dłonią oczy przed słońcem – Będziemy po niej jechać? - Tak – odparł Mateusz – W dawnych czasach poruszały się tędy setki samochodów. Widzisz tam na zachodzie, zdaje się że to właśnie wrak samochodu, na pewno już takie widziałeś. Płyty autostrady były popękane, a po barierach które powinny znajdować się na krańcach drogi nie było już śladu. Niewiele minęło czasu gdy zbliżyli się do wraku auta przykrytego do połowy piaskiem. Zostały jedynie kawałki pordzewiałych blach. Silnik, fotele oraz cała reszta już dawno zostały wyjęte i pewnie trafiły na handel. Ruszyli dalej nie tracąc czasu, Alrik i Nadia porównywali swoją opaleniznę sprzeczając się żartobliwie, podczas gdy Mateusz obserwował okolicę przed nimi trzymając strzelbę ze sztucznie obciętą lufą. Minęło zaledwie kilka minut gdy na horyzoncie pojawiły się sylwetki trzech namiotów a wokół nich takie same baktriany pilnowane przez kilkoro ludzi. Zarówno chłopak jak i dziewczyna przekonani byli że to karawaniarze poruszający się w przeciwnym kierunku. Ta teza jednak okazała się błędna, kiedy podjechali bliżej Mateusz rozpoznał w jednym z tych ludzi swojego znajomego Stefana, z którym spędził wczorajszy wieczór. Chłopak lekko się zaniepokoił i ścisnął mocniej kolbę strzelby. - Nie wspominałeś że wybierasz się w tym samym kierunku co my – zawołał Mateusz gdy zbliżyli się do namiotów – Wcześnie musieliście wyruszyć, skoro tak nas wyprzedziliście. - Oczywiście że nie wspominałem – odparł Stefan z uśmiechem na twarzy – gdybym o tym wspomniał mój plan by nie wypalił. Chłopak zmarszczył brwi nie rozumiejąc co się dzieje, odwrócił głowę do dziewczyny i zobaczył w jej oczach strach. Ze wszystkich trzech namiotów wyłonili się mężczyźni z karabinami wymierzonymi w niego i w jego towarzyszkę. - Co to ma do cholery znaczyć? - wrzasnął Mateusz. - Jak to co? - odparł Stefan – Wpadłeś. Czego się niby spodziewałeś? Czy te lata spędzone w więzieniu niczego cię nie nauczyły? A teraz grzecznie rzucisz broń na ziemię i zejdziecie ze zwierząt. Nadia na te słowa momentalnie pobladła, dotarło do niej że Mateusz ją oszukał, wcale nie był tym za kogo się podawał, był jednym z nich, był więźniem i właśnie spełniał się najgorszy scenariusz. Poczuła że ma ściśnięty żołądek i nogi jej drżą, objęła chłopca przyciskając go do siebie. Mateusz bezradnie spuścił głowę i odrzucił strzelbę na bok wiedząc że nie mają szans się wybronić. Zsiedli ze swoich baktrianów, dwóch mężczyzn zaczęło przeszukiwać ich ekwipunek, Stefan podniósł odrzuconą przez chłopaka broń i przyglądał się Nadii ściskającej chłopca. - Proszę, proszę. Czy mnie oczy nie mylą? Ona nic nie wiedziała? Nie wiedziała kim jesteś? - zwrócił się do Mateusza. Chłopak jedynie pokręcił głową ściskając pięści. Czuł się teraz podle. Grzechy przeszłości go dopadły w najgorszym momencie i wiedział że nie tylko on poniesie konsekwencję. Mężczyźni odprowadzili baktriany dziewczyny i chłopaka do swojego obozu informując swojego przywódce o ilości zdobytych łupów. - Zatrzymamy sobie wasze rzeczy – powiedział Stefan – Jednak spójrz na to z drugiej strony. Gdyby dopadł cię „szef” to już byście gryźli glebę. Ja dam ci wybór, olej tych mięczaków i przyłącz się do nas. Drugi raz tego nie zaproponuję. - Nic się nie zmieniłeś – odparł Mateusz – nadal napadasz na bezbronnych podróżników. Byłem głupi, mogłem się tego spodziewać. Wiesz co. Pierdol się. Gniew wziął górę nad zdrowym rozsądkiem i chłopak ruszył z pięściami na Stefana. Był już zaledwie kilka kroków od swojej ofiary, już zrobił zamach gdy drogę przegrodził mu barczysty mężczyzna, przed oczami zamajaczyła mu kolba karabinu i nawet nie spostrzegł się gdy już leżał na ziemi. Spróbował się podnieść, dźwignął się na wyprostowanych ramionach i w tym momencie poczuł jak na jego żebra spada obuta noga mężczyzny. Napastnik wybił mu powietrze z płuc, Mateusz upadł. Kolejny cios spadł na jego plecy i głowę ogłuszając go, jednak nie na tyle aby stracił przytomność. Nadia i Alrik siedzieli skuleni nieopodal na piasku. Chłopak dziękował Bogu, że nie zrobili im krzywdy. Napastnicy pospiesznie zwinęli namioty szykując się do drogi powrotnej. Stefan podszedł ostatni raz do Mateusza leżącego na ziemi. - Sam tego chciałeś, dokonałeś wyboru – mówiąc to rzucił mu na ziemię manierkę z wodą – jeżeli zawrócisz za nami, zginiecie wszyscy włącznie z gówniarzem. Spędziłeś kilka lat w pierdlu i jeszcze się nie nauczyłeś że nie wolno ufać nikomu. Zapamiętaj tę lekcje. Odjechali rzucając przeciągłe spojrzenie dziewczynie i komentując coś szyderczo. Nadia siedziała skulona tuląc chłopca, zbyt przerażona i zdezorientowana aby podjąć jakieś działanie. Zostali sami na środku wyniszczonej autostrady z jedną manierką wody i żalem. Rozdział XI – Mniejsze zło Wszystko znowu się psuje, przez chwilę dane mi było być szczęśliwym, a teraz los znowu spłatał mi figla. Dlaczego jest tak, że jedni ludzie mają lepiej od drugich, przecież rodzice zawsze mi powtarzali, że wszyscy ludzie są równi i trzeba szanować się nawzajem, a to przecież my sami sobie zgotowaliśmy taki los. Chciałbym mieć kiedyś normalny dom, w którym nie musiałbym się bać mutantów, ani złych ludzi. Chciałbym mieć zawsze co jeść i pić. Chciałbym mieć kolegów, z którymi mógłbym się bawić całymi dniami, ale najbardziej na świecie chciałbym mieć kogoś komu by na mnie zależało, kogoś kto by mnie pokochał i komu mógłbym zaufać. Od ostatnich zdarzeń nie minęło wiele czasu. Idę obok Nadii, która trzyma mnie za rękę, kawałek przed nami idzie Mateusz trzymając się za bok klatki piersiowej, widzę że wyraźnie utyka na jedną nogę, jednak się nie skarży. Nadia również nic nie mówi, odkąd ruszyliśmy w dalszą drogę nikt nie odezwał się słowem. Widziałem jak Mateusz płakał gdy się podnosił z ziemi, nie wiem czy dziewczyna też to zauważyła. Jest mi go żal, on przecież nie jest taki zły, mam nadzieję że Nadia mu wybaczy, nie chcę aby się do siebie nie odzywali, ale nie bardzo wiem co mógłbym zrobić żeby się pogodzili, albo chociaż porozmawiali ze sobą. Zresztą i tak pewnie daleko nie zajdziemy, przed nami aż po horyzont rozciąga się popękana i w połowie przysypana piaskiem autostrada. Nie mamy żadnego jedzenia, ani wody, a słońce nieznośnie ogrzewa nasze ciała. Najgorsze jednak jest to, że nie posiadamy już broni, a w każdej chwili mogą pojawić się jakieś potwory. Nie chcę o tym myśleć. - Nadia, jak się czujesz? - pytam nieśmiało, przerywając niezręczną ciszę. - Beznadziejnie – odpowiada po chwili dziewczyna. - Przepraszam - Nie masz za co przepraszać, to nie twoja wina Alrik – zawyrokowała Nadia. - Moja, bo ja o wszystkim wiedziałem, ale nie powiedziałem ci, myślałem... to znaczy cały czas myślę że Mateusz jest dobry – mówię skruszony. Dziewczyna milczy przez chwilę jakby zrezygnowana. Ściska moją rączkę mocniej, pociąga lekko nosem po czym spogląda mi w oczy. - Alrik jak mówiłam to nie twoja wina ty masz dobre serduszko. On też nie jest zły, chociaż mnie okłamał, od początku nie był szczery – mówi ściszonym głosem dziewczyna – to tamci ludzie byli źli, a do Mateusza mam żal bo nie musiało do tego dojść, mogliśmy tego uniknąć gdyby tylko miał w sobie tyle odwagi aby powiedzieć prawdę. - Dasz mu jeszcze szansę? - pytam nieśmiało. Nadia nie odpowiada. - Dlaczego ludzie tacy są? Czemu krzywdzą innych? - pytam nie oczekując odpowiedzi - Przecież to bez sensu. - Wszystko przez żądze, każdy człowiek czegoś pragnie, pieniędzy, władzy, szacunku, sławy i wtedy zdrowy rozsądek i sumienie odchodzą na drugi plan – mówi Nadia patrząc przed siebie – W każdym z nas znajduje się pierwiastek dobra i zła, problem w tym na ile potrafimy kontrolować w sobie ten pierwiastek zła, ci którzy nie potrafią dążą do osiągnięcia swoich celów krzywdząc innych. Zawsze tak było, nic się nie zmieniliśmy, niczego nas „to” nie nauczyło. Kolejne godziny mijają nam na podróży w milczeniu. Zaczynam odczuwać zmęczenie, oboje z Nadią zwalniamy kroku, tylko Mateusz idzie swoim tempem, jakby napędzały go wyrzuty sumienia i wstyd. Kilka razy po drodze słyszymy w oddali ryk jakiegoś zwierzęcia, zastygamy wtedy bez ruchu nerwowo się rozglądając i nasłuchując, lecz nic się nie dzieje, Chłopak zawsze rusza pierwszy, idziemy za nim. Przez chwilę mam ochotę do niego podejść, porozmawiać, powiedzieć mu że się na niego nie gniewam, ale boje się jego reakcji, nie wiem czy nadal zależy mu na nas. Chce wierzyć, że tak jest w końcu nie przystał na propozycję tamtego pana, nie przyłączył się do nich, został z nami. Autostrada zakręca i krajobraz przed nami się nieznacznie zmienia, gdzieniegdzie rosną dziwaczne kaktusy o bardzo długich i grubych haczykowatych kolcach. - Widzisz je Nadia – wskazuje palcem jedną z tych roślin z entuzjazmem – Jeżeli to są kaktusy to może w środku, znaczy w nich jest woda? - Nawet jeśli jest to i tak nie mamy noża, ani nic ostrego aby je rozciąć – odpowiada dziewczyna. Zastanawiam się przez chwilę i przychodzi mi do głowy pomysł, że można by przecież spróbować oderwać jeden z kolców i za jego pomocą rozciąć skórę kaktusa. Już chciałem to powiedzieć, gdy oboje z Nadią spostrzegliśmy, że Mateusz się zatrzymał. Idę z dziewczyną w jego kierunku na niewielkie wzniesienie autostrady. Przed nami na całym odcinku autostrady znajdują się pokraczne postacie przypominające ludzi, jednak są strasznie wychudzone, ich skóra jest dziwnie poczerniała i pomarszczona, kończyny mają dziwacznie powykręcane co utrudnia im poruszanie się. Przemieszczają się jakby bez celu wydając z siebie przerażający bulgot. Nogi robią mi się miękkie, gwałtownie wciągam powietrze buzią. - Bądźcie cicho – powiedział Mateusz zimno – zdaje się że one są ślepe, kierują się raczej słuchem i węchem, a powoduje nimi instynkt zaspokojenia głodu. Spotkałem już jednego takiego zanim trafiłem do gospodarstwa Nadii. Przez chwilę jestem uradowany, że w końcu chłopak się odezwał, jednak sytuacja w jakiej się znaleźliśmy nie pozwala mi się uśmiechnąć. Jak my teraz przejdziemy? Zaczynam w myślach liczyć pokraczne stwory. Jest ich chyba z pięćdziesiąt, ale nie są zbite w grupę tylko rozproszone po całym terenie. Na prawo od autostrady dostrzegam jakiś dziwny budynek, nigdy takiego nie widziałem, ma kopułowaty kształt i jest cały zbudowany z betonu, wyróżnia się jedynie metalowymi drzwiami. - Co to jest? – pytam cichutko, wskazując palcem budynek. Nadia i Mateusz kierują wzrok w stronę tego obiektu, jednak żadne z nich mi nie odpowiada. - To jest stary bunkier chłopcze – słyszę za sobą głos jakiegoś mężczyzny. Błyskawicznie cała nasza trójka się odwraca, Mateusz odruchowo sięga po broń, której oczywiście nie posiada. Stoję z otwartymi ze zdziwienia ustami, wpatrując wzrok w nieznajomego. Mężczyzna w dłoniach trzyma spory karabin, dużo lepszy od tego jaki my mieliśmy, jednak nie celuję w nas. Nie jest żołnierzem, nie ma na sobie munduru, odziany jest w zwykłe spodnie i wyblakła koszulę, przy pasku ma zatknięte kilka zapasowych magazynków i jakąś torbę. - Skąd się tu wzięliście na tym pustkowiu? W dodatku bez żadnego prowiantu, nie wyglądacie mi na zwykłych podróżników – zapytał mężczyzna. - Zmierzaliśmy do Nowego Wrocławia – odpowiada Mateusz – zostaliśmy napadnięci przez bandytów, zabrali nasze baktriany i cały prowiant. Nie mogliśmy zawrócić, zabiliby nas. - Ach taka to wesoła wycieczka – mówi nieznajomy uśmiechając się – Daleko byście nie doszli, jak widzę ciebie nieźle pokiereszowali, a dzieciak i dziewczyna ledwo powłóczyli nogami, obserwowałem was od zakrętu, jesteście tak zmęczeni że nawet mnie nie zauważyliście i pewnie dużo nie brakowało a wleźli byście w to stado przed wami. Jak się nazywacie? - Ja jestem Nadia, a to Mateusz i Alrik – odpowiada dziewczyna wskazując kolejno na nas. - Marek – przedstawił się mężczyzna ściskając nasze dłonie – Tam w dole w bunkrze są moi przyjaciele, wbrew pozorom to bezpieczne miejsce. Pomożemy wam jeżeli chcecie, jest tylko jeden warunek, no właściwie dwa. Po pierwsze to czym się tu zajmujemy zachowacie tylko dla siebie. Zgoda? Patrzymy kolejno na siebie, zarówno Nadia jak i Mateusz kiwnęli porozumiewawczo głowami zgadzając się na warunek pana Marka. - Dobrze – odpowiada Mateusz – A po drugie? - Po drugie, to się dowiecie jak będziemy już na miejscu – mówi mężczyzna. - To czym się właściwie zajmujecie? - spytała dziewczyna. - Produkujemy narkotyki – odpowiada bezceremonialnie pan Marek – Widzicie te kaktusy? Ich miąższ w połączeniu z kilkoma innymi składnikami daje narkotyk, jaki potem sprzedajemy w miastach ludziom, którzy chcą się oderwać od tej rzeczywistości. Razem z Nadią patrzymy niepewnie na mężczyznę, jednak oboje wiemy że nie mamy wyboru, musimy mu zaufać, nie wydaje się żeby chciał zrobić nam coś złego. - Rozumiem – mówi Mateusz – ale jak ominąć te mutanty? - Chłopcze spójrz na nie – odpowiada mężczyzna wciąż się uśmiechając – nie poruszają się z zawrotną prędkością, co ? Nie są też zbyt bystre. Nie wybiliśmy ich bo skutecznie odstraszają nieproszonych gości, co ułatwia nam prowadzenie interesu. Jednak wy... Nie mogę zostawić na pewną śmierć dzieciaka i dwoje młodych ludzi. Wracając do tematu, cała sztuczka polega na tym aby biec w stronę bunkra, omijając szwędaczy. Łapie się na tym, że patrze przerażony w stronę bunkra i sfory mutantów. Wydaje się to niemożliwe do osiągnięcia. - Spokojnie mały – mówi pan Marek – jak jesteś zbyt zmęczony aby biec przerzucę cie sobie przez ramię i pobiegnę pierwszy a twoi przyjaciele będą za mną. - Nie, nie – odpowiadam drżącym głosem – Dam radę. Zbliżamy się po cichu do sfory potworów. Pan Marek wyczekuje na odpowiedni moment uważnie obserwując ruchy stworów. Patrzy na nas dając nam sygnał. Mateusz łapie mnie za rękę i zaczyna biec, staram się dotrzymać mu kroku. Nadia biegnie tuż za mężczyzną. Mutanty zdają się nas zauważać i kierują się na nas, jednak rzeczywiście są bardzo powolne. Cała operacja okazuje się prosta, tak jak zapowiedział pan Marek. Dobiegamy do wejścia, w metalowych drzwiach jest jakiś zamek, mężczyzna robi coś przy nim i zaledwie kilka sekund później jesteśmy już w środku. Bunkier z zewnątrz wydawał się większy, w środku jednak jest dosyć ciasno. Kilka pomieszczeń mieszkalnych, w tym prowizoryczne laboratorium, gdzie pewnie robią ten narkotyk. Pan Marek zostawia nas na chwile samych i rozmawia ze swoimi ludźmi. Żołądek podchodzi mi do gardła ze strachu. Przecież oni produkują narkotyki, a one są złe. Co jeśli oni tylko chcieli nas zwabić w pułapkę aby zrobić nam krzywdę. Patrzę na Nadie i Mateusza, oni również mają niespokojny wyraz twarzy. Po chwili pan Marek wraca do nas. - Wszystko w porządku, nie bójcie się, jesteście naszymi gośćmi. Za chwilę dostaniecie coś do jedzenia i picia. Potem możecie się umyć, mamy tu pompę z wodą. Porozmawiamy wieczorem. Przez chwilę czuje się jak w domu, chociaż wiem że będę musiał opuścić to miejsce. Dostaliśmy paski suszonego przyprawionego mięsa i kawałki czegoś podobnego do chleba, oraz wodę. Siedzę na uboczu, spożywając posiłek. Nadia i Mateusz rozmawiają ze sobą po cichu. Nie do końca słyszę co mówią, dziewczyna chciała być z nim sam na sam. Oboje mają spuszczone głowy i mówią spokojnie. Widzę jak Mateusz ociera łzy wierzchem dłoni, jest czerwony na buzi, Nadia kładzie mu rękę na ramieniu. Uśmiecham się na ten widok, może jednak jest jeszcze nadzieja. Po posiłku idę do małego pomieszczenia w którym rzekomo możemy się umyć. W środku znajduje się niewielka balia i przestarzała pompa czerpiąca wodę gdzieś z ziemi. Zastanawiam się jak to możliwe, że gdzieś pod ziemią płynie woda, chociaż te kaktusy też muszą coś pić. Wajcha porusza się dosyć opornie, ale udaje mi się nią poruszyć i po chwili woda leci do balii. Nie pamiętam kiedy ostatnio się kąpałem. Zdejmuje swoje znoszone już ubranie i wchodzę do wody, która już po minucie zmienia swój kolor na czarny, trochę mi wstyd, że byłem taki brudny, dawniej częściej się kąpałem, a ostatnio nie było takiej możliwości. Wylewam brudną wodę i wychodzę z niewielkiego pomieszczenia już czysty, głupawo się uśmiechając. Wszędzie kręcą się ludzie zamieszkujący to miejsce, zachowują się normalnie, jeden nawet poczochrał moje włosy, dla nich życie tutaj to codzienność, chyba jednak nie są tacy źli. Wracam do pomieszczenia dla gości gdzie razem siedzą moi towarzysze. Nadia oznajmiła, że teraz ona idzie zażyć kąpieli, a Mateusz mi coś powie. Uśmiecham się w odpowiedzi i siadam zaciekawiony przy chłopaku. - Pogodziliście się? - pytam z entuzjazmem. - Tak Alrik – odpowiada Mateusz szturchając mnie żartobliwie – Poniekąd dzięki tobie, dziękuje mały. Jednak nie o tym chciałem porozmawiać. - Cieszę się, że wszystko się ułożyło – mówię z radością – Co mi chciałeś powiedzieć? - Pamiętasz jak ten cały Marek mówił o dwóch warunkach do spełnienia? - No... tak, pamiętam. - Kiedy brałeś kąpiel rozmawiał ze mną i Nadią – zaczął Mateusz – Pomogą nam, ale jesteśmy im winni przysługę. Uśmiech z twarzy mi schodzi, robię się lekko zaniepokojony. - Wiedzą, że zmierzamy do Nowego Wrocławia, mają tam swojego dystrybutora. - Kogo? - przerywam Mateuszowi nie rozumiejąc. - No, człowieka który sprzedaje ich towar, a potem dzieli się z nimi zyskiem. Słuchaj nie przerywaj. Dadzą nam prowiant potrzebny aby dotrzeć tam dokąd zmierzamy, dostaniemy też jeden z tych karabinów jaki miał Marek, oczywiście będziemy musieli go oddać ich dystrybutorowi jak dotrzemy. Oddać wraz z pakunkiem jaki mamy mu dostarczyć. Rozumiesz? Oni pomagają nam, my robimy coś dla nich. - Co to za pakunek? - pytam lekko zdezorientowany. - A jak myślisz Alrik? Narkotyki. Nie chcieliśmy się z Nadią zgodzić na początku, ale inaczej nie mamy szans tam dotrzeć, w ogóle mielibyśmy marne szanse przeżyć. Oczywiście dadzą nam odpocząć i odzyskać siły, potem pomogą nam ominąć sforę mutantów przy bunkrze i autostradzie, nawet dadzą nam dokładną mapę. Jesteś z nami, Nadii i mnie zależy na tobie, poza tym twoja misja jest bardzo ważna. Chcę znać twoje zdanie o tym. Nie odpowiadam spuszczając tylko głowę. Dlaczego ludzie nie mogą zrobić czegoś bezinteresownie dla kogoś innego. Nadia miała rację. Pomogli nam, ale chcą żebyśmy zrobili teraz coś złego, a moja misja, Mateusz ma rację jest ważna, bo może pomóc wielu ludziom, jeśli te dwie fiolki umożliwią uprawę roślin i warzyw. Tylko... czy możemy wybrać mniejsze zło, aby osiągnąć większe dobro? Rozdział XII - Piękno i złamana gałąź Wyruszyli następnego dnia bez trudu omijając plątające się przy bunkrze mutanty. Mieli teraz prowiant w wystarczającej ilości, aby dotrzeć do celu. Każde z nich niosło na barkach plecak z ekwipunkiem. Dostali również karabin polski karabin wz.88 Tantal, oraz sporo amunicji. Wszystko to było niezbędne by bezpiecznie dojść do Nowego Wrocławia, wszystko oprócz jednej rzeczy. Sporej wielkości paczki z narkotykiem, która mogła warzyć dobre osiem kilogramów. Znajdowała się ona w plecaku Mateusza, chłopak zgodził się podjąć tego zadania pomimo niezadowolenia Alrika. Już pierwszego dnia ich oczom ukazał się koniec autostrady urywającej się jak wstęga przysypana piaskiem. Jednak nie mogli się zgubić, w bunkrze otrzymali dokładną mapę z zaznaczonymi punktami odniesienia. Zdecydowanie skierowali swe kroki w stronę dwóch obłych pagórków wznoszących się na horyzoncie. Jak okiem sięgnął nigdzie nie było żywej duszy, żadnych karawaniarzy, żadnych mutantów zakłócających spokój trójki podróżnych, jedynie od czasu do czasu na niebie pojawiały się ptaki o nienaturalnych rozmiarach, jednak zdawały nie zawracać sobie głowy podróżnikami. Trzeciego dnia dotarli do niewielkiej doliny wzdłuż której ciągnęła się droga otoczona przez nieliczne zawalone i opustoszałe budynki. Pierwszy raz od długiego czasu wszystko szło dobrze. Między Mateuszem a Nadią nie było już napiętej atmosfery, nie było żadnych sekretów, ani braku zaufania. Szli obok siebie rozmawiając na różne mało znaczące tematy, żartując, śmiejąc się i szepcząc do siebie miłe słówka. Alrik szedł przodem obserwując przez lornetkę rozciągające się przed nimi pustkowie. Kolejnego dnia, po nocy spędzonej w jednym z przydrożnych, w połowie zawalonych budynków usłyszeli chrapliwy warkot dobiegający z zewnątrz. Okazało się że do miejsca ich noclegu podkradły się padlinożerne stwory, te same które o mało nie dopadły chłopca, podczas ucieczki z rąk handlarzy niewolników. Tym razem nie wyręczyli się pojedynczym strzałem z obawy o niski stan amunicji, teraz mieli jej pod dostatkiem i dla mutantów spotkanie z ludźmi skończyło się śmiercią. Dopiero dnia piątego chłopiec przestał się dąsać z powodu niechcianej paczki i zaczął być bardziej rozmowny i pogodny. Przed nimi zaczęły ukazywać się pierwsze oznaki dawnej metropolii. Droga rozszerzała się, a przy niej co kawałek znajdowały się tablice, z trudnymi obecnie do odczytania starymi reklamami tworów dawnej cywilizacji. zabudowania pojawiały się coraz częściej, lecz były to budynki chylące się ku upadkowi, do których strach było wchodzić. - Gdzie my jesteśmy? - spytał z zaciekawieniem chłopiec. - Zdaje się że jesteśmy prawie na miejscu – odparł Mateusz patrząc na mapę. - Niesamowite – powiedział zdumiony Alrik – Ciekawe ilu ludzi tu kiedyś mieszkało. - Z tego co wiem, to dziesiątki tysięcy, a może nawet setki tysięcy – rzekła Nadia. - Spokojnie to dopiero przedmieścia – oznajmił Mateusz – do centrum jeszcze kawałek, a z tego co mówili ci z bunkra, to właśnie centrum tętni życiem. Przedmieścia ciągnęły się bez końca, usłane licznymi małymi domkami, lub tym co z nich zostało, a wszystko przecinały wąskie uliczki. Wyglądało to jak pajęczyna zniszczenia, którą utkali ludzie żyjący w tamtych zgubnych czasach. Mateusz ani na chwilę nie tracił czujności wiedząc że w każdej z tych uliczek może czaić się jakaś wygłodniałą bestia, a takie lubiły podchodzić do ludzkich osad. Jednak przebrnęli przez tę okolice bezproblemowo i już po kilkudziesięciu minutach dostrzegli mury miasta. Centrum było szczelnie obwarowane przez worki z piaskiem ułożone na wysokość nie mniejszą jak dwa metry. Proste i ekonomiczne wyjście na zbudowanie obrony, w końcu piasku teraz jest pod dostatkiem. Przy murze w odległościach co sto metrów wznosiły się wieżyczki strażnicze zbudowane z metalowych prętów i innego złomu. Zewnętrzny perymetr skwapliwie obserwowany był przez snajperów o czym podróżni zorientowali się dosyć szybko, gdy jakiś człowiek znajdujący się przy bramie, przez megafon kazał Mateuszowi odwiesić na ramię broń i trzymać ręce wyciągnięte na bok. Postąpili zgodnie z instrukcjami i bramy Nowego Wrocławia już po chwili stały przed nimi otworem. - Witajcie w Nowym Wrocławiu podróżni – powitał ich strażnik – Zostaniecie przeszukani i będziecie musieli odpowiedzieć na kilka pytań, taki mamy regulamin. - Oczywiście żołnierzu, róbcie swoje – odparł Mateusz. Cała trójka została przeszukana, ku ich szczęściu żołnierze nie okazali się wystarczająco obowiązkowi i cały proceder okazał się śmieszną farsą. Nie zdziwiło to chłopaka, komu by się chciało wykonywać obowiązki sumiennie w taki upał, cały dzień przy tej bramie. - Skąd idziecie? – spytał żołnierz - I jaki jest cel waszego przybycia? - Idę z bratem z niewielkiej osady daleko na południu – zaczęła mówić Nadia – nasza wioska została zaatakowana przez zbiegłych skazańców z pobliskiego więzienia, być może słyszał pan o tym? - Taa, paskudna sprawa – odparł żołnierz kiwając głową. - A dzieciak? - Jest sierotą – odpowiedziała szybko Nadia – Zabraliśmy go ze sobą. - Rozumiem. Możecie wejść do miasta, jeszcze tylko wypełnijcie formularz osobowy, chyba że nie umiecie pisać wtedy podacie swoje dane ustnie – poinformował strażnik – Broń w mieście jest legalna, ale użycie jej w przypadku innym niż obrona konieczna skończy się aresztem i sądem. Przed wami znajduje się plan miasta z zaznaczonymi wszystkimi ważnymi punktami, o ile rzecz jasna umiecie czytać. - Umiemy i pisać i czytać – przerwał mu Mateusz odbierając z jego ręki trzy formularze. Z kwestiami formalnymi uporali się dosyć szybko. Chłopak wypełniał dane podpatrując równocześnie co piszę Nadia, aby jej kłamstwo o ich pochodzeniu było wiarygodne. Kilka minut później ruszyli w poszukiwaniu hotelu. - Kłamczucha z ciebie – powiedział Mateusz zaczepnie – a mi robiłaś wyrzuty. - Widzisz – odparła – Staram się tobie dorównać. Miasto dzieliło się na dwie dzielnice. Zewnętrzną, na której panowała bieda, ludzie żyli w symbiozie z biegającymi po ulicach szczurami. Większość budynków była niezdolna do zamieszkania, a te gdzie można było się osiedlić były przepełnione. Nocami zapewne było tu niebezpiecznie. Bliżej centrum znajdowała się dzielnica wewnętrzna przepełniona bogactwem i przepychem. Główne targowisko znajdowało się właśnie w tej dzielnicy. Budynki były odrestaurowane i przepełnione najróżniejszego rodzaju sprzętami minionej epoki, a co najważniejsze obecna była tu elektryczność wytwarzana, jak Mateusz podejrzewał, z energii słonecznej. Rzeczywiście musieli mieć w tej okolicy dobrych naukowców. Największą jednak atrakcją szczególnie dla Alrika była rzeka. Dawnej szeroka i potężna nosząca nazwę Odra, albo Orda, teraz zaledwie strumyk o szerokości nie większej niż jeden metr toczył się w dość szerokim korycie. Stali we trójkę wlepiając oczy w powoli płynącą wodę, zbyt zafascynowani aby coś powiedzieć, a gdy podnieśli głowy i spojrzeli przed siebie dostrzegli tabliczkę oznajmiająca nazwę rzeczki: „Nadzieja”. Słońce chyliło się już ku zachodowi i żadne z nich nie miało ochoty tego dnia spotykać się z facetem zajmującym się dystrybucją narkotyków. Postanowili że przekażą mu paczkę jutro, teraz natomiast zaczęli szukać hotelu. W Nowym Wrocławiu nie było wielu podróżnych, tak więc popyt na wolne pokoje był niski, co za tym idzie ceny były niewysokie. Dosyć szybko znaleźli budynek z odrapanym tynkiem i powybijanymi już szybami, na którym widniały cztery litery „Ho..el”. Znajdował się tuż przy granicy obu dzielnic, biednej i bogatej. Niedrogo wynajęli jeden dwuosobowy pokój, oraz możliwości skorzystania z łaźni na dolnym piętrze. Standardy w ich kwaterze nie okazały się wysokie. Stół na środku pomieszczenia, kilka krzeseł i półek oraz dwa szare materace na podłodze, przynajmniej drzwi były solidne i widok na rzekę. Alrik rzucił plecak na podłogę i podbiegł do okna obejrzeć widok rozciągający się z niego. Mateusz i jego rówieśniczka szeptali do siebie tajemniczo, obejmując się lekko. Cała ta atmosfera sukcesu, poczucie bezpieczeństwa i obcowanie z cywilizacją wywarły duży wpływ na całej trójce, ale między chłopakiem i dziewczyną działo się coś więcej, coś czego żadne z nich nie potrafiło ani opisać, ani wytłumaczyć, jednak oboje rozumieli to coś, to uczucie. -Alrik, mamy wykupioną łaźnie, na pewno chciałbyś skorzystać, później my pójdziemy, nie spiesz się – powiedziała Nadia uśmiechając się pogodnie do chłopca. Ten spojrzał lekko podejrzliwie, ale posłuchał przyjaciółki i wyszedł. Młodzi ludzie spojrzeli sobie w oczy, trzymając się w objęciach. - Nadia ja... - zaczął Mateusz. - Wiem – odpowiedziała przerywając mu – Nie musisz nic mówić. Ich ręce splotły się i po chwili już trwali w pocałunku leżąc na materacu obok siebie. Nie czuli wahania, nie mieli wątpliwości, jego dłonie obejmują jej szyje, gładzą twarz. Oboje pospiesznie, nerwowo wyzbywają się ubrań, cały czas trwają w pocałunku. Chłopak obejmuje jej wąską talię, podnosi, kładzie. Ona wije się pod nim gibka i wzdychająca, obejmując go udami, jej paznokcie wbijają się w jego ramiona. Ich serca biją szaleńczo w rytm ich ruchów i wszystko nieruchomieje, zapada cisza. Kiedy Alrik wrócił zastał dwójkę swoich przyjaciół i opiekunów śpiących pod kocem, więc lekko naburmuszony również ułożył się do snu na swoim materacu. Następnego dnia z samego rana udali się zwiedzanie miasta. Dzielnica zewnętrzna nie różniła się wiele od miasteczek i wiosek które znali ze swoich okolic, poza tym że była dużo większa. To była jedyna różnica, cała reszta taka sama, za dnia wszechobecny głód, brak odzieży, obuwia, żebractwo, odurzanie się alkoholem i innymi środkami służącymi ku temu. W nocy zaś zorganizowana przestępczość, kradzieże, napady, Mateusz znał to najlepiej sam kiedyś brał w tym udział, aby przetrwać. W tej dzielnicy nie było nic interesującego, nic czego by nie znali, więc skierowali swe kroki do dzielnicy wewnętrznej. Chłopiec cały czas miał dziwaczny głupawy uśmieszek spoglądając na Mateusza. - Co jest mały? - spytał w końcu lekko poirytowany chłopak – Co cię tak śmieszy? - Nic, nic tylko... koszulę założyłeś odwrotnie, znaczy... tył na przód – powiedział chłopiec hihocząc. Mateusz zmieszał się. Od odpowiedzi uratowała go wrzawa, która rozgrywała się nieopodal. Skierowali się w tym kierunku ze świadomością że są bezpieczni, w końcu to była dzielnica wewnętrzna i co krok spotkać można było uzbrojonego strażnika, bądź żołnierza „Nowego Ładu”. Krzyki i wyzwiska były coraz głośniejsze, dookoła całego zdarzenia zbierał się już tłum ludzi. Mateusz nadbiegł pierwszy, tuż za nim Nadia trzymając chłopca za rękę, przepchnęli się przez lukę w tłumie ludzi. Widok był przerażający, na ziemi leżał mężczyzna w podartej, zakrwawionej koszuli. Inni mężczyźni zebrani dookoła stali nad nim co jakiś czas podbiegając i z rozbiegu kopiąc go gdzie popadnie. Tamten tylko leżał i zasłaniał rozpaczliwie głowę ramionami. Alrik wychylił się tuż obok Mateusza, który od razu gdy to zobaczył złapał chłopca i zasłonił mu oczy. - Ale, Ej no!- zaprotestował chłopiec. - Cicho bądź! - skarcił go Mateusz, wciąż zasłaniając mu oczy. Przed nimi rozgrywał się prawdziwy dramat człowieka bezbronnego, na którego spadały liczne kopniaki, w głowę, żebra, brzuch, nogi. Oprawcy po chwili zaczęli rzucać w swoją ofiarę tym co mieli pod ręką: kamieniami, kawałkami złomu, drewna. Nadia przytulała się wystraszona do chłopaka patrząc na rozgrywającą się przed nimi scenę. - Co się tu dzieje? - spytał Mateusz jednego z gapiów obok niego. - Jak to co ! Co ty wczoraj się urodziłeś! To jest największy diler narkotyków w tym mieście! Zabić ścierwo! - zaczął krzyczeć nieznajomy. Po chwili odpowiedziały mu inne głosy skandując głośno „Zabić! Zabić! Ścierwo!”. Mateusz przypomniał sobie rozmowę z człowiekiem w bunkrze i nagle nogi zrobiły mu się miękkie. Chłopak dostrzegł pordzewiałą już tabliczkę z z numerem budynku i nazwą uliczki, adres się zgadzał, to jest dystrybutor, do którego mieli się zgłosić i przekazać towar, a teraz ten człowiek leży i jest linczowany. W pierwszej chwili Mateusz pomyślał że nawet dobrze się stało mają problem z głowy. Jednak po chwili uświadomił sobie że będą pierwszymi podejrzanymi. Tylko oni znali adres dilera, poza tym paczka nigdy do niego nie dotarła, jak również pozostały prowiant otrzymany przez wytwórców tego świństwa, a są to ludzie wpływowi i mają możliwości. Mateusz stał osłupiały lecz nie mógł nic już zrobić, rozwścieczony tłum katował nieszczęśnika, człowieka który mimo wszystko był winny, jednak wydawałoby się, że bogata dzielnica, ludzie na poziomie, a w chwili obecnej zachowywali się jak zwierzęta, podczas gdy żołnierze patrzyli na to obojętnie, widocznie wiedzieli kto jest ofiarą, ale co z prawem do obrony, co z sądem. Ludźmi kierował szalony gniew i nie chodziło już o ukaranie złoczyńcy, chodziło o zaspokojenie najbardziej ukrytych instynktów, chodziło o zadanie śmierci. Wówczas ktoś nie wiadomo skąd wyjął butelkę z jakimś płynem i wylał go na dilera, słychać było błagalny krzyk i z tłumu wyleciała zapalona zapałka. Wracali do hotelu w milczeniu, dziewczyna i chłopak wciąż mieli przed oczami ostatnie sekundy tamtego człowieka, wyciągającego bezradnie rękę podczas gdy płomienie trawiły jego ciało. Nie był dobrym człowiekiem, jednak czy jego oprawcy byli lepsi od niego ? Dlaczego żołnierze nic nie zrobili, nie zareagowali, tylko zwyczajnie udawali że niczego nie widzą? Weszli do pokoju. Alrik przytulił się do Nadii, Mateusz pogrzebał w plecaku i wyjął pakunek, który mieli przekazać dilerowi. - Pójdę się pozbyć tego gówna – powiedział – niedawno przybyliśmy do miasta i żołnierze mogą węszyć, lepiej nie mieć tego przy sobie. Nie chcę was straszyć ale w tym mieście nie będziemy mogli zostać, trzeba będzie jutro wyruszyć do tego ośrodka naukowego. Ci z bunkra będą myśleli że my go wydaliśmy władzą. Odpocznijcie, wrócę niebawem. Zanim wyszedł pochylił się jeszcze nad dziewczyną i chłopcem, czochrając jego włosy i szepcząc cichutko do jej ucha coś co brzmiało jak „kocham cię”. Rozdział XIII – Zanikające światło Pierwszy raz od dłuższego czasu noc mija mi tak przyjemnie. Mogę spać w bezpiecznym miejscu na materacu z ludźmi których kocham, Nadią i Mateuszem. Żołnierze do samego rana przeszukują miasto, jednak paczka z narkotykami spaliła się w jednym z ulicznych koksowników, cieszę się z tego powodu, chociaż dokładnie nie widziałem co się stało z tym panem, któremu mieliśmy oddać paczkę, bo Mateusz zasłonił mi oczy i nie pozwolił patrzeć. Budzę się rano całkiem wyspany, przecieram oczy i przeciągam się leniwie. - Ale z ciebie śpioch – mówi chłopak – Wstawaj, Nadia już dawno przygotowała śniadanie, masz szczęście że nie pozwoliła cię budzić, bo dawno już bym cię wywlekł z tego barłogu. Pokazuje język w odpowiedzi i wstaje, po czym dostaje kuksańca w ucho. Zjadam śniadanie przygotowane przez dziewczynę, chrupiące kawałki pieczywa z suszonym i paskami mięsa, w tym samym czasie moi przyjaciele pakują już nasze rzeczy. Fajnie byłoby zostać w tym miejscu, ale mam zadanie do wypełnienia, obiecałem to tamtemu naukowcowi w obozie handlarzy niewolników. Z hotelu wychodzimy gdy tylko kończę swój posiłek, nie niosę ciężkiego plecaka, a o tej porze jest dosyć chłodno, do celu podobno jest nie więcej niż dziesięć kilometrów. Ulice w Nowym Wrocławiu świecą pustkami tylko gdzieniegdzie widzę kilkuosobowe patrole żołnierzy, wydaje się jakby czegoś szukali, albo jak powiedział Mateusz „udają że szukają, tak naprawdę mało ich to wszystko obchodzi”, nie rozumiem go przecież to żołnierze, są po to aby pilnować porządku i dbać o nasze bezpieczeństwo, może kiedyś zostanę jednym z nich. Przy miejskiej bramie przeszukują kolejno Mateusza, Nadie i na końcu mnie. Wychodzimy znowu na te same przedmieścia obserwowane przez snajperów, znowu widzę puste szare budynki chylące się ku upadkowi, wąskie uliczki, jak pajęczynki otaczające miasto z każdej strony. Na mapie otrzymanej od ludzi z bunkra jest zaznaczony punkt gdzie mieści się ośrodek naukowy, Mateusz mówił, że nigdy już nie będziemy mogli wrócić do tamtych ludzi i lepiej aby oni nas też nigdy nie spotkali. Pustynia za miastem wygląda tak samo jak wszędzie, już się do tego przyzwyczaiłem, idę obok moich opiekunów, szurając nogami po piasku. - Alrik to szwedzkie imię, byłeś tam kiedyś? W Szwecji?- spytała Nadia. - Nie. Nie byłem, urodziłem się w Polsce – odpowiadam dziewczynie – Ale rodzice mówili że tam jest tak samo, wszędzie jest tak samo. - Jak to się stało, że zostałeś sam?- docieka Nadia – Przepraszam, jak nie chcesz nie musisz odpowiadać. - W porządku, to nie tajemnica. Naszą osadę zaatakowało stado mutantów, rodzice ukryli mnie w małej piwniczce w naszym domu, obiecali że wszystko będzie dobrze i poszli walczyć – urywam nie chcąc dalej mówić. - Przykro mi, nie wiedziałam, przepraszam. - Byłem w twoim wieku kiedy straciłem rodzinę – zaczął Mateusz – Jesteś dzielnym chłopcem, nie poddałeś się, przetrwałeś i jest w tobie tyle nadziei. Pamiętaj, że z każdym trudnym doświadczeniem, któremu stawisz czoła, stajesz się silniejszy. - Co będzie dalej? - pytam nieśmiało po chwili – Znaczy jak już tam dotrzemy i oddamy im tą paczuszkę? - Zobaczymy mały, zobaczymy. Nie bój się na pewno cię nie zostawimy – zapewnił Mateusz. Nawet się nie zorientowałem kiedy przeszliśmy całą drogę do ośrodka naukowego. Naszym oczom ukazał się kompleks budynków, otoczony płotem ze stalowej siatki, cała ta placówka nie była duża i wyglądała dosyć ładnie. Bramy wejściowej pilnuje dwóch żołnierzy Nowego Ładu. Mateusz idzie przodem, ja trzymam się obok Nadii. Strażnicy patrzą na nas zdziwieni, widocznie nie często mają tutaj gości, a jeśli mają to nie są to ludzie tylko mutanty, takie jak ten którego ciało właśnie mijamy. - Czy wy przypadkiem nie zabłądziliście? - pyta jeden z żołnierzy gdy zbliżamy się do bramy. - Nie- odpowiada Mateusz – Właśnie tutaj mieliśmy trafić. Ten chłopiec panu wszystko opowie. Żołnierz obdarza mnie zdziwionym spojrzeniem, a ja czuję lekki strach, chociaż sam nie rozumiem czego się właściwie boję. Przecież tutaj właśnie miałem dotrzeć. Ten naukowiec w niewoli nadał wtedy mojemu życiu sens, dając mi ważne zadanie, dając mi cel, teraz mam szanse zrobić coś wielkiego, nie dla siebie, ale dla innych. - Dał mi to pewien pan, który był naukowcem – mówię wyciągając paczuszkę – Powiedział że mam to tutaj dostarczyć i przekazać panu Kasprowi, mówił że to bardzo ważne. - O cholera – przerywa strażnik – Jeżeli to jest.... - Zamknij się – mówi drugi żołnierz – Młody, co się stało z tamtym naukowcem? - Schwytali nas handlarze niewolników. Tamten pan był wtedy ranny, teraz już chyba nie żyje, mi się udało uciec. - Niech to szlag. Dobrze zaprowadzę was do pana Kaspra, on jest tutaj głównym naukowcem, prowadzi badania nad... zresztą nieważne. Broń jednak chłopcze musisz zostawić u mojego kolegi, nie przejmuj się tutaj jesteście bezpieczni – ostatnie słowa skierował do Mateusza. Strażnik prowadzi nas do ośrodka, budynek po mojej lewej stronie zdaje się być częścią mieszkalną dla naukowców, ich asystentów, oraz żołnierzy. Z prawej strony natomiast widzę większy budynek, który prawdopodobnie pełni rolę magazynu. Jesteśmy prowadzeni do środkowego budynku, w którym znajduje się laboratorium, podzielone na trze odrębne części. Strażnik każe nam poczekać i opuszcza nas na chwilę udając się na rozmowę z jednym z naukowców, oraz oficerem towarzyszącym, który mu towarzyszy. Rozglądam się z zaciekawieniem po pomieszczeniach i łapie się na tym, że robię głupawą zdziwioną minę. Nigdy nie widziałem czegoś takiego, ładnie odmalowane ściany, wszędzie jakieś szklane pojemniki z przeróżnymi substancjami, ludzie w kombinezonach ochronnych, działające komputery, to wszystko takie wspaniałe, czuje się jakbym się cofnął w czasie, kiedy to na ziemi taki widok był codziennością. Cieszę się, że tu dotarłem, nie mogę się napatrzeć na pracę naukowców, jednak czuję na sobie również ich wzrok, a w szczególności srogie spojrzenie oficera, który właśnie idzie w naszym kierunku, wraz z naukowcem i strażnikiem. - Witajcie w ośrodku naukowym Nowego Wrocławia – przywitał nas naukowiec – Nazywam się Kasper i jestem dyrektorem tej placówki. Ten żołnierz o wszystkim mi powiedział, musieliście przebyć nie lada drogę aby tu dotrzeć, nie obawiajcie się nagroda was nie minie. Oczywiście jesteście naszymi gośćmi, jeden z moich asystentów zaprowadzi was potem do kwater mieszkalnych, jednak teraz chłopcze czy możesz pokazać mi fiolki? Ostrożnie wyciągam z kieszeni paczuszkę, w której znajdują się dwie fiolki, oraz kartka z jakimiś formułami chemicznymi. - Proszę- mówię podając naukowcowi paczkę. Pan Kasper badawczym spojrzeniem ogląda zawartość szklanych fiolek i czyta otrzymane zapiski, a we mnie znowu rośnie nadzieja, udało mi się, dokonałem tego, odwracam się uśmiechnięty do Mateusza i Nadii stojących za mną. Nie wyglądają na tak samo szczęśliwych jak ja. - Chłopcze czy wiesz co to jest, czy wiesz co mi właśnie dałeś?- spytał pan Kasper. - Tak, tamten pan który mi to dał powiedział mi o wszystkim. To jakaś substancja, która umożliwi uprawę roślin na dużą skalę, kukurydzę, ziemniaki i inne warzywa i ludzie nie będą musieli już głodować – odpowiadam pospiesznie. Oficer towarzyszący panu Kasprowi cały czas przygląda się nam z twarzą nie wyrażającą żadnych emocji. Naukowiec natomiast szeroko się uśmiechnął i zawołał jednego ze swoich asystentów, był to młody chłopak w okularach w wieku Mateusza. - Wybaczcie moi mili, będę miał teraz dużo pracy – zwrócił się do nas pan Kasper- ten młody człowiek zabierze was do waszych kwater, dostaniecie wszystko czego zapragniecie, a teraz przepraszam, porozmawiamy ponownie jutro. Asystent naukowca prowadzi nas do budynku mieszkalnego. Po drodze rozmawia z Mateuszem i przedstawia się nam jako młodszy asystent Adrian Frankowski. Jak się dowiaduję, trafił do ośrodka naukowego niecały miesiąc temu i do jego głównych zadań należy utrzymywanie sprzętu laboratoryjnego w czystości i porządku, podczas gdy jego przełożeni pracują nad tworzeniem nowych leków i medykamentów. Wejście do budynku stanowią solidne stalowe drzwi, wewnątrz jest równie ładnie jak w laboratorium. Przed nami ciągnie się długi korytarz, po bokach którego znajdują się małe pokoiki z pełnym wyposażeniem mieszkalnym. Nigdy jeszcze nie spałem w takich warunkach. - Zdaje się, że to wasz pokój – mówi Adrian wskazując nam jedno z większych pomieszczeń z trzema łóżkami – Mam nadzieję, że wam się spodoba, gdybyście czegoś potrzebowali, mieszkam naprzeciwko. Rozgośćcie się. -Dziękuję. Wbiegam do pokoju i rzucam się na miękkie łóżko, już dawno nie byłem tak szczęśliwy. Nawet meble tutaj wyglądają na nowe. Nadia trzyma za rękę Mateusza, na jej twarzy maluje się uśmiech, jednak w jej oczach wyraźnie dostrzegam tęsknotę. Być może pan Kasper pozwoli nam tutaj zostać, wtedy wszyscy będziemy mogli zacząć od nowa i będziemy szczęśliwi. Chwilę później Adrian przynosi nam posiłek składający się z jakichś nieznanych mi warzyw. Czuje się jak w domu moich rodziców, jestem w bezpiecznym miejscu, z ludźmi, których kocham. Leżę na swoim łóżku, zamykam powieki, jeszcze przez chwilę słyszę kroki asystentów na korytarzu, oraz szepty Mateusza i Nadii przytulonych do siebie i powoli ogarnia mnie sen. Ponownie znajduje się na pustyni, gdzie widziałem swoich rodziców. Tym razem jednak piasek nie unosi się w powietrzu, nie ma wiatru, nie rozlegają się żadne dźwięki, wszędzie dookoła aż po horyzont rozciąga się piasek. Zaczynam iść przed siebie szybko przyspieszając kroku, mam wrażenie że stoję w miejscu, wszystko jest takie samo. Nie widzę nigdzie mamy, taty, nie ma także Mateusza i Nadii. Nagle przede mną piasek wybucha, upadam na plecy, z ziemi wygrzebuje się jakiś stwór, dopiero po chwili dostrzegam, że jego sylwetka podobna jest do ludzkiej, jednak skóra na jego ciele jest poczerniała i pokryta wrzodami, na jego twarzy majaczą puste oczodoły, oraz obrzmiałe ścięgna i mięśnie wychodzące spod popękanej skóry. Stwór rzuca się na mnie jedną ręką przyciskając moją głowę do rozgrzanego piasku, a drugą rękę wbija mi w brzuch. Słyszę własny wrzask, wszędzie dookoła piasek eksploduje i wyłaniają się kolejne stwory. Czuje ból, dociera do mnie, że to koniec, że umieram. Budzę się oblany potem i słyszę krzyk dobiegający z korytarza. Po chwili rozlegają się strzały i krzyki cichną. Widzę Mateusza stojącego przy drzwiach z nożem kuchennym w ręce, ktoś mnie łapie za rękę, cały się wzdrygam, jednak to Nadia - Alrik wstawaj! - krzyczy przerażona – coś się stało, ktoś chyba zaatakował ten ośrodek. Rozlega się alarm, wszystko dzieje się tak nagle. Drzwi się otwierają z hukiem, wpada Adrian nakazując wszystkim wyjść na korytarz. Mateusz wychodzi pierwszy ja tuż za nim trzymany za rękę przez Nadie. Drzwi wyjściowe na końcu korytarza są zaryglowane, widzę jak troje ludzi się z nimi mocuje bezskutecznie, próbując je otworzyć. Wszyscy gromadzą się na korytarzu oczekując w niepewności. Boje się znowu wszystko się sypie, oby żołnierze poradzili sobie z zagrożeniem, chociaż nie widziałem ich wielu w tym ośrodku, ściskam mocniej rękę Nadii. Alarm cichnie, w głośnikach rozlega się znajomy mi głos pana Kaspra: „ Proszę zachować spokój, sytuacja w ośrodku jest pod kontrolą. Wczoraj dotarła do nas długo oczekiwana przesyłka dzięki której udało nam się ukończyć nasz główny projekt, o którym wiedzieli jedynie najwyżej postawione osoby, ludzie ci są teraz bezpieczni ze mną, zaś co do was, zostaniecie w swoich kwaterach, w całej placówce uwolniony został wirus, wkrótce zobaczycie do czego prowadzi. Oczywiście istnieje antidotum, ale nie jest ono dla was przeznaczone. Wasze przeznaczenie jest inne, wszyscy przyczynicie się do rozwoju nowego świata i stworzeniu nowej silnej władzy. Dzięki wirusowi, który powstał z fiolki numer jeden i antidotum z fiolki numer dwa żołnierze Armii Nowego Ładu zyskają broń biologiczną, staną się potęgą i odzyskają panowanie w Europie. Dostąpiliście zaszczytu, jesteście pierwszymi obiektami do testów nowej broni.” Zapada cisza, wszyscy stoją patrząc się na siebie przerażeni, sam mam mętlik w głowie, czy to oznacza, że to wszystko było kłamstwem, nie chodziło o ratowanie świata przed głodem i nędzą, tylko o stworzenie broni. - Sukinsyny! Zrobili sobie z nas króliki doświadczalne! - krzyknął jeden z asystentów. - Cholera ja nie chcę tu umierać! - Jesteśmy zarażeni! - Idioci nie stójcie tak! Zróbcie coś! Wybucha coraz większa panika, ludzie zaczynają napierać na zamknięte drzwi taranując się nawzajem. Mateusz szybko odciąga mnie i Nadię w głąb naszego pokoju. - Czy... Czy to znaczy? - zaczęła Nadia. - Cholera – zaklął Mateusz – Tak, słyszałaś co ten psychopata powiedział. Stworzyli wirus i próbują go na nas. Pamiętasz te trupy w wiosce, na którą natknęliśmy się po opuszczeniu twojego domu. Pamiętasz znak ostrzegawczy z napisem „EPIDEMIA” ? Prawdopodobnie Armia Nowego Ładu już od dawna próbowała stworzyć broń biologiczną, nie wiem z jakim skutkiem im to wychodziło, ale teraz osiągnęli pewnie to co chcieli. - To... To wszystko przeze mnie – mówię zszokowany. - Nie Alrik – odpowiada Mateusz – to nie twoja wina, miałeś dobre intencje i nie wiedziałeś, my też nie wiedzieliśmy. Niech to szlag. Trzeba coś zrobić. Nadia przytula się do mnie, słyszę jak szlocha, mi też się zbiera na płacz. Dlaczego ludzie to robią, czy niczego ich historia nie nauczyła? Nadia miała rację, człowiek zawsze będzie dążył do władzy i będzie do tego wykorzystywał wszelkie dostępne środki, bez względu na konsekwencję swoich czynów. Do naszego pokoju wpada Adrian, wraz z innym asystentem, którego głowa jest rozcięta, a po twarzy spływa krew. Chłopak pomaga mu sadzając go opartego o ścianę i uciskając ranę kawałkiem płótna ze swojego fartucha. - Zostaw mnie, to i tak bez sensu – mówi ranny – Słyszałem o tym wirusie, ale myślałem że to bujda. Kurwa, te gnoje naprawdę to zrobili. Zostaw mnie mówię! Mamy jakąś godzinę nim wirus zacznie działać i wyżerać naszą tkankę. Mateusz podchodzi do Adriana i policzkuje go. - Posłuchaj – krzyczy do asystenta – Musimy się stąd wydostać i walczyć, oni się tego nie spodziewają, to banda jajogłowych, pewnie myślą, że będziemy grzecznie czekali na śmierć. Musi być sposób aby się wydostać. - Jak chcesz walczyć? - odpowiada Adrian – Oni mają broń i … - Zamknij się – przerywa mu Mateusz – Przecież i tak nie mamy nic do stracenia, a antidotum istnieje, jest szansa! Skup się! Więc jak? - Widziałeś gdzieś tu okna? Wyjść można tylko tamtymi drzwiami- oznajmia Adrian- Chociaż, może... Może jest szansa. Chłopak wstał podekscytowany i pobiegł do swojej kwatery, po chwili wrócił niosąc duży worek z jakimś proszkiem. - To stary nawóz do warzyw, tych które wczoraj jedliście. Potrzebny będzie jeszcze cukier, dużo cukru! Wymieszamy to i mamy coś w rodzaju saletry. Następnie przyklejamy to do zawiasów w drzwiach, są dosyć pordzewiałe, to się może udać! Reszta asystentów patrzy po sobie jakby oceniając szanse powodzenia tego pomysłu i po chwili biorą się do roboty. Ktoś przynosi cukier, ktoś inny robi prowizoryczny lont, Adrian znajduje ceramiczny pojemnik i miesza w nim składniki. Po kilkunastu minutach wszystko gotowe, chowamy się w naszych pokojach, lont już płonie. Wszyscy są zdesperowani i gotowi do heroicznej walki, oni mają broń palną, my mamy jedynie to co było w kwaterach mieszkalnych: noże, pałki zrobione z połamanych krzeseł. Nasz prowizoryczny ładunek wybuchowy eksploduje, wszyscy wybiegają ze swoich pokoi, na korytarzu pełno dymu, drzwi nadal są na swoim miejscu, jednak jak się okazuje zawiasy zostały poważnie osłabione i drzwi ustępują pod naporem zdesperowanych ludzi. Trzymam się z tyłu ściskając rękę Nadii. W drugiej ręce mam nóż, chciałem walczyć, ale Mateusz mi nie pozwolił, kazał zostać i bronić dziewczyny. Na zewnątrz rozlegają się strzały, wychylamy się z Nadią obserwując cały ten zgiełk. Wszystko to przypomina mi scenę z książeczki, którą kiedyś czytałem, gdy jeszcze podróżowałem z karawaniarzami. Byłą tam scena bitwy, nie pamiętam jak te czasy się nazywały, plemiona Indian walczyły heroicznie ze znacznie lepiej uzbrojonymi najeźdźcami zza morza. Widzę jak ludzie padają od postrzałów, jednak wielu z nich biegnie prosto na żołnierzy, mimo ran postrzałowych. Łzy same cisną mi się do oczu, jestem wściekły, pierwszy raz tak się czuję. Ściskam mocniej nóż i zaczynam iść do wyjścia, jednak Nadia łapie mnie mocno i przewraca na podłogę, nie pozwalając wstać. Podnoszę głowę i widzę jak nasi walczą, bijąc się z żołnierzami. Nie wiem jak długo to już trwa, padają kolejne strzały, jednak już nie tak liczne, i już nie tylko żołnierze są w posiadaniu broni palnej. Po chwili rozlega się pożar, laboratorium staje w płomieniach, dym robi się coraz gęstszy i gryzie w oczy. Wszystko cichnie, siedzę z Nadią w korytarzu w pobliżu wyważonych i oboje płaczemy przytuleni do siebie, oczekując na rozstrzygnięcie bitwy. Nic się nie dzieje, tylko pożar, w końcu decydujemy się wyjść na zewnątrz. Wszędzie leżą zakrwawione ciała, czuje się jakiś osłabiony, to pewnie wirus, Nadia też wygląda niewyraźnie. Ogień, który trawi laboratorium oślepia nas, jednak udaje nam się go dostrzec, to Mateusz. Oboje z Nadią zapominamy o wszystkim i rzucamy się w jego kierunku. Chłopak jest ranny i poparzony, lecz dobrze się trzyma. Mateusz odrzuca broń w momencie gdy podbiegamy do niego ściskając go mocno. Za jego plecami stoi jeszcze kilku ludzi z nożami i odebraną bronią palną. - Boże. Mateusz ty żyjesz tak się bałam – mówi Nadia powstrzymując łzy. - Zrobiłem tak jak kazałeś zostałem w środku, ale... ale chciałem iść walczyć, naprawdę – mówię pociągając nosem. - Zostawcie nas samych, chce się pożegnać i tak wszystko stracone – odezwał się Mateusz do swoich towarzyszy broni. Zostaliśmy po chwili sami we trójkę, chłopak przytula nas mocno. - Posłuchajcie. Naukowiec uciekł razem z tym oficerem, zdaje się, że zabrał ze sobą próbki tego wirusa, ale to nie istotne. Laboratorium płonie, udało mi się zabrać dwie strzykawki z antidotum. To dla was i nie próbujcie się sprzeczać. Weźcie je tylko tak, aby tamci nie widzieli, okłamałem ich, nie wiedzą że je mam. - Ale Mateusz... Co … Co ty mówisz? - spytała zdezorientowana Nadia- Czy to znaczy że ty? - Tak - Nie nie możesz – mówię głośno – ja nie chcę, masz zostać z nami ! Chłopak odciąga nas na bok i klęka przede mną. Przytula mnie do siebie i łapie moją rękę, czuje mocne ukłucie. Antidotum. - Dzielny z ciebie chłopak, masz zostać z Nadią i nadal być sobą, choćby nie wiem co. Rozumiesz? Właśnie dlatego to zrobiłem, dlatego że jesteś pełen wiary i nadziei, nie to co ja. Ty nie jesteś zepsuty, przez te wszystkie żądze. Nie ma w tobie chciwości, za to jest dobro. Nie zmieniaj się. Mateusz wstał obejmując teraz Nadię, obdarzył ją czułym pocałunkiem. - Nie ja nie chcę- protestuje dziewczyna – Masz jeszcze jedną strzykawkę, wiem co chcesz zrobić, nie zgadzam się, ty masz ją wziąć! Chłopak pozostawił roszczenia Nadii bez odpowiedzi, złapał ją za rękę i wykręcił ją tak, że dziewczyna upada na kolana i nie może się poruszyć. Mateusz zdecydowanie wbija igłę w ramię swojej ukochanej, po jego twarzy płynie łza. - Puść mnie ! Nie! Kurwa! Nie! - krzyczy Nadia Chłopak puszcza dziewczynę i odrzuca pustą strzykawkę. - Nadio, zrobiłem to bo cię kocham – zaczął Mateusz – Zrozum, jesteś dla mnie najważniejsza i nie mógł bym. Pamiętasz co mówiłaś o przeznaczeniu. Teraz to zrozumiałem. Moim przeznaczeniem było to. To aby was uratować, bo tacy jak wy są w stanie zmienić ten świat. Tylko tacy jak wy. Ja z kolei, nigdy nic nie zrobiłem dla innego człowieka, a tym bardziej dla tego świata, zawsze tylko myślałem o sobie. Dzięki wam to się zmieniło. Dziękuję. Słucham mojego najlepszego przyjaciela Mateusza, płaczę, wiem że to już koniec, nigdy więcej go nie zobaczę i czuje się podle bo nie potrafię nic powiedzieć, po prostu nie wiem co powiedzieć, niczego już nie zmienię, choćbym nie wiem jak bardzo chciał. - Spokojnie Alrik – zwraca się do mnie chłopak jakby czytając w moich myślach- nie przejmuj się tym. Ja w ciebie wierzę. Dasz nam chwilkę? Chciałbym zostać na chwilę sam z Nadią, dobrze? Mateusz ostatni raz mnie przytula i podnosi karabin który upuścił, podaje mi go. Kiwam głową, wzrok rozmazuje mi się od łez, odchodzę w kierunku wyjścia z ośrodka. W pewnym momencie się odwracam i widzę dwoje młodych ludzi trzymających się w objęciach. Po kilkunastu minutach Nadia dołącza do mnie, nic nie mówimy, nasze spojrzenia wyrażają wszystko. Łapie jej rękę. Ruszamy. Koniec aktu pierwszego



Płeć: mężczyzna
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 07.07.2013r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 08 07 2013 (13:06:08)

Użytkownik ocenił pracę na 4

W ostatnich częściach miałem wrażenie, że strasznie się śpieszysz. Było więcej błędów, a fabuła zaczęła niesamowicie przyśpieszać. Całość ma pewien potencjał, stylowo trochę przypomina to książki Godkinda (nie przepadam za nim), ale jest jeszcze sporo naiwności w opisach i prowadzeniu bohaterów. Dialogi mają przebłyski, ale nie są zbyt naturalne. Udaje Ci się mimo to zbudować specyficzny klimat opowiadania, który nawet mi się podoba. Szkoda, że bardziej dynamiczna i ciekawsza akacja za tym nie idą. Na zachętę z minusem.

Delien Użytkownik wpmt 07 07 2013 (19:39:58)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Super, cieszę się, że jednak jesteś, wróciłeś, próbujesz- to się ceni Pawle ! Już jestem po lekturze Twoich części i pozwalam sobie na dygresję. Nie dostałam oczopląsu, bo dzieliłam każdą część w Wordzie i dałam rady ogarnąć.Rzeczywiście z każdą pracą akcja nabiera tempa. Więc tak, zdanie do pierwszych części znasz, ale może powtórzę:

Bardzo oszczędny ten prolog. Spróbuję sprostać i rozłożyć go na czynniki. Otóż od razu zaznaczę, że gubisz się w interpunkcji. Nie ma uzasadnionego nieużywania przecinka, większość już powiedziano.
rzucając ostre promienie na spopieloną wyjałowioną ziemię

spopielona ziemia, ale też na kogo, co- spopielałą. No i wyliczasz, opisujesz, więc przecinek przed wyjałowioną.
lecz to nie ono doprowadziło świat do tego stanu

zdecydowanie można to zdanie było zrobić po kropce, jako nowe. Nie wydaje mi się, aby konieczny był przecinek:
mutacji, będą musieli walczyć o życie.


Zdecydowanie masz problem z umiejscowieniem przecinków. Trochę nie rozumiem, czy to przez nieuwagę, czy też brak znajomości, ale w tym miejscu to już dosyć dziwne zagranie:
Przetrwać, kolejny dzień szukając sensu dalszej egzystencji.

normalnie, zachowując ciąg.
Później powielasz podobne fonetycznie słowa, to się gryzie. Niepotrzebne jedno z nich:
Gdzieś, gdzie

zaburzenie, zgrzyt.
narodami, narodami

ech, powtórzenia w bliskim sąsiedztwie też powodują zgrzyty. Ba, świadczą też o braku pomysłu i ubóstwie językowym.
narodami które

a w tym miejscu przecinek powinnaś postawić, przed które.
Ojj, wszędzie są jakieś niedomówienia. Niby samo w sobie ładnie, ale technicznie leżysz.
Nie chcę wymieniać dalej, bo musiałabym każde zdanie analizować, bo wszędzie brakuje przecinków. Ja je poprawię, zedytuję za chwilke, ale Ty musisz się pilnować. Cóż, oceniając całość, może jesteś początkująca/cy. Nie mogę jednak pozwolić sobie na ulgę. Na dziś 3. Przeciętnie. Zjadła Ciebie interpunkcja i niedbalstwo w powtórzeniach.

Do części kolejnej, czyli 1.

Grrr, znowu interpunkcja. Martwi mnie to trochę, ponieważ są zasady, których ściśle trzeba się trzymać. Cóż, znowu poprawiam ! Praca treściowo jest na średnim poziomie. Nie dopracowałeś tego do końca. Widać styl, dobry, ale chwilami leniwy. Wierzę, że jesteś bystrym chłopakiem, więc liczę na to, że kolejne części mnie zatkają. Składnia nie kuleje tak mocno. Pojawia się gra dobrych słów, np. kontrast lub niedopowiedzenie. Używasz niby zwykłego języka, wplatasz kolokwializmy, ale nie takie podwórkowe, więc chwalę Cię. Długość jest nieodpowiednia, uważam, że nieco dłuższa praca to lepsza praca. Można w niej narobić więcej błędów, ale także solidnie wczytać się w historię. Fakt, że dzielisz ją na części nie ma tutaj nic do rzeczy. No dobra, może teraz te błędy.
No i masło maślane, Twój bohater idzie i idzie, jak w Hobbicie, końca nie ma. No trochę niedbałe te zdania.
Zostałem sam. Idę. Tylko po co? Dokąd? Jednak idę

Tylko po cholerę te zdania pytające? Żadnego wrażenia nie wywarły.
Za trzy dni mijają moje dwunaste urodziny

wzruszające, mały chłopczyk niosący ten bagaż. To mnie poruszyło !
Najbardziej miły z nich wszystkich jest dla mnie chyba zwierzę przypominające osła

błąd. Zwierze-jakie?-Miłe.
Jeden z handlarzy z entuzjazmem woła

o dwukropku zapomniałeś? :)
Tato, mamo, nie poddam się dla was

ślicznie, chociaż poruszyć moje serce potrafisz, a to naprawdę niełatwe. Cóż, no kurde, chłopcze, niby fajnie, ale i tak te błędy Ciebie zjadają. Ode mnie trójeczka, ale z plusem i z kopem na lepsze części.

Do części 2.
Witaj. Według mnie jest naprawdę postęp, bynajmniej akcja zaczęła się rozwijać. Jednak czekaj, widzę, że nadałeś gatunek noweli. Czy wcześniej nie figurowało jako opowiadanie? To istotne. Cóż, nie zgodzę się do końca z moim przedmówcą. Koncepcja to tylko i wyłącznie pomysł autora, nie ingerujemy w to. Uważam, że ze strony technicznej przydałby się jakiś akapit, oddzielenie, aby czytelniej i szybciej można było wrócić. Długość jest umiarkowana, skoro to będzie Nowelą a zapowiadasz kilkanaście może części, to fakt, długość może pozostać pod kątem w jakim teraz jest. Chciałam napomnieć, że znowu widzę braki w interpunkcji, cóż, będziemy poprawiać do skutku ;] Cenię sobie jednak pokorę i fakt, że jednak je popełniasz. Mój drogi, przyjrzyjmy się dokładniej tej treści:
"Fatum anioła" rozdział I I - Powtórne narodziny

zdecydowanie niepotrzebne są rozstrzelenia czcionki- rodział II bez żadnej spacji przy rzymskich cyfrach. A i nie powinno być cudzysłowu więc go usuwam. Bez, bez, bez taki znaczków w tytule. Okey, przebrnęliśmy przez to i mam nadzieję, że zapamiętasz.
Gratuluję dialogów, są bardziej dopracowane i w końcu można z nich coś wyczytać. Podoba mi się kreowanie świata, co prawda-mało naturalnie, ale wierzę, że to ma cel i z kolejną częścią stanie się inne. Trzymaj się jednak bohaterów, musisz nadać im wyrazistego rysu, są póki co bezpłciowi. Okey, są fragmenty na chwałę i porażkę. Jednak ode mnie dziś 4, bo się starasz.

Do części kolejnych:

Akcja nabrała rozmachu, bohaterowie zaczynają przybierać swoje prawdziwe oblicza, mocniejsze rysy, nadajesz już szczypty soli do oczu, z czego wynika, że bohaterowie mają w sobie zadrę. Potrafią pokazać i uzewnętrznić wady. Główny bohater nadal jest trochę ofiarą. Szkoda, że te imię Mateusz psuje mi smak, wolę jednak nazwy anglojęzyczne bądź inne, jak Alrik. Między Mateuszem a dziewczyną mogłaby powstać większa chemia. Przerażało mnie zachowanie Mateusza, chwilami wiało grozą. Opowieść cholernie smutna. Nadal brakuje zasad interpunkcji, ale wierzę, że potencjał twórczy pozwoli to przyćmić. Gratuluję, dosyć zgrabnie wyszło zakończenie, co prawda nie zszokowało mnie do granic możliwości, ale udało się osiągnąć cel. Prostota, służy w każdej części. Jest dobrze, jestem skłonna pochwalić, bo miałeś pomysły, miałeś też dobre wykonanie . W szczególności dalsze części odkrywają przed nami powoli tajemnice jakie kryją bohaterowie.

Środowisko, opisy, otoczenie- na plus. Styl, różnie bywało, ale tak jak mówiłam, to trzeba wypracowywać przez LATA. Ode mnie- kurde, trudna decyzja. Lubię tę pracę ! Dziękuję.

Nowokaina Użytkownik wpmt 07 07 2013 (19:18:55)

Moja rada: podziel to chociaż na dwie, trzy części, ponieważ jestem pewna, że ten, kto za to się zabierze dostanie oczopląsu.

Terila Redaktor 07 07 2013 (18:28:49)

To trochę zajmie.

PalBal Użytkownik wpmt 07 07 2013 (13:45:57)

Do redaktorów: Właśnie skończyłem pisać trzynasty rozdział i teraz moje opowiadanie jest kompletne. Postanowiłem sobie dać jeszcze jedną szansę, jak również dać szansę tej stronie, ponieważ kilku ludzi pisało mi wiadomości, że są ciekawi dalszych losów bohaterów. Zamieszczam więc całą pracę, po korekcjach, jeśli chodzi o składnie i interpunkcję, co do treści nic nie zmieniam, jak się komuś nie podoba to trudno. Proszę oceniać dopiero po przeczytaniu całości.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(41): 41 gości i 0 zarejestrowanych: