warto go przeczytać
Dzień wydawał się jeszcze bardziej mroczny niż zwykle.
Obydwoje biegli, próbując dotrzeć na miejsce przed północą. Niestety późna pora sprawiła, że autobusy jeździły coraz rzadziej, natomiast taksówki wręcz przeciwnie. Na najbliższy kurs można było liczyć dopiero za pół godziny.
- Przykro mi, nie możemy czekać – uciął mężczyzna, odkładając słuchawkę. Stojąca w przedpokoju kobieta kiwnęła głową, a następnie założyła kurtkę i buty. Poczekawszy na męża, wyszli na ulicę zalane deszczem.
Kierowali się w stronę ulicy Batorego…
Wiadomość, jaką otrzymali zaledwie przed paroma minutami wstrząsnęła nimi dogłębnie. Dzwoniący z Miejskiego Szpitala lekarz miał przerażające informacje. Okazało się bowiem, że ich syn, wracający do domu, został napadnięty i brutalnie pobity w centrum miasta. Poza wieloma obrażeniami zewnętrznymi takimi jak zasinienia, zadrapania i rozcięcia, młodzieniec odniósł bardzo poważne rany wewnętrzne. Słuchający tego wszystkiego ojciec nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. To przecież nie możliwe.
Takie rzeczy zdarzają się, owszem; na dworcach, w burdelach, melinach, ciemnych uliczkach, ale nie w środku miasta…
Dwadzieścia minut później, mężczyzna i kobieta, minęli bramę szpitala. Następnie odnalazłszy odpowiedni budynek, pokonali schody, wbiegając do recepcji.
- Dobry wieczór… przywieźliście tu naszego syna… co z nim?
Siedząca za biurkiem kobieta zerknęła na stojącą parę, a potem westchnęła bezradnie.
Zdecydowanie lepiej byłoby gdybyście zostali w domu i byli informowani o wszystkim telefonicznie… Przez takich jak wy nie mogę nawet spokojnie odpocząć po całym, niewiarygodnie ciężkim dniu… Co za świat… Mój Boże drogi, pomyślała odkładając kubek z kawą.
- Państwa godność?
- Zarzeccy – odpowiedzieli prawie jednocześnie.
- No dobrze, prooszę za mną – powiedziała przetrzymując ziewnięcie. Leniwie podnosząc się z krzesła, minęła kontuar by ruszyć w stronę korytarza, gdzie znajdowały się gabinety lekarskie oraz przejście oznaczone niewielką tabliczką z napisem: Oddział Intensywnej Opieki Medycznej (OIOM).
Mężczyzna złapał żonę za rękę. Czekając w pokoju lekarskim, obydwoje odnieśli wrażenie, jakby czas zaczął płynąć wolniej a wskazówki wiszącego na ścianie zegara zatrzymały się.
Nieduży pokój wyglądał przytulnie. Jasne, przestronne wnętrze, w którym poza niewielką szafką na dokumenty, biurkiem oraz trzema krzesłami i wiszącymi na ścianach plakatami, lśniło czystością. Teraz jednak kobieta nie zwracała na to uwagi. Czym szybciej chciała uzyskać informacje dotyczące stanu zdrowia jej dziecka, bez względu na wszystko. Czuła głęboką potrzebę, aby wbiec do sali i wziąć je w ramiona.
Drzwi pokoju otworzyły się i do środka wszedł przysadzisty mężczyzna z kępką siwych włosów na głowie. Zamknąwszy drzwi omiótł spojrzeniem własny gabinet, po czym zwrócił się do Zarzeckich:
- Witam, nazywam się Henryk Piec. Przyjąłem państwa syna na oddział, kiedy dostaliśmy zgłoszenie o… - lekarz zawahał się przez chwilę – pobiciu… Zanim będziecie mogli państwo zobaczyć się z chłopcem, musimy porozmawiać.
- Oczywiście – odparł Krzysztof, siadając tuż obok żony.
- A więc… - zaczął doktor – państwa syn odniósł poważne obrażenia wewnętrzne. Ma stłuczoną wątrobę, przebite lewe płuco oraz naruszoną strukturę mięśniową jelit. Póki co nie doszło do silnego krwotoku wewnętrznego, a to dobrze wróży. Niestety poza tym chłopiec doznał wstrząśnienia mózgu, ma również połamane żebra i kość piszczelową…
Adrianna wybuchła płaczem, nawet nie próbując sobie tego wyobrazić. Same słowa brzmiały na tyle strasznie, że jakakolwiek próba głębszego uświadomienia sobie rzeczywistej sytuacji była niezwykle trudna.
Krzysztof przysunął się do niej i otoczył ramieniem.
- Panie doktorze, kiedy z tego wyjdzie? – zapytał, siląc się na zachowanie spokoju.
- Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć panu na to pytanie. To kwestia tego, jak silny organizm posiada państwa syn. Może to być tydzień, dwa, miesiąc… Przykro mi, ale proces leczenia tak poważnych, a przede wszystkim tak licznych obrażeń, nie będzie krótki. Musicie zdać sobie sprawę z tego, o jak wielkim szczęściu możemy tutaj mówić. Chłopiec żyje i to jest najważniejsze w tym momencie, jednakże…
- A kiedy będziemy mogli się z nim zobaczyć?
- Za chwilę zaprowadzę państwa zaprowadzę do niego… - powiedział Henryk Piec i wrócił do zdania, w którym mu przerwano: jednakże… państwa syna czeka bardzo poważna operacja, zespół właśnie się do niej przygotowuje. Więc jeśli jest to możliwe, to proszę, abyście oddali państwo krew, ponieważ będziemy jej potrzebować do przetoczenia…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 11.11.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(51): 43 gości i 8 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Stefan B., jazzu, Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał