warto go przeczytać
I (Wstęp)
Do rozświetlonej karczmy zbliżał się samotny jeździec. Odziany był w brązowy płaszcz, w ręku trzymał potężną halabardę. Po obrzeżu jego kaptura spływały krople wody. Dosiadał dziwnego stworzenia – pokryte było zrogowaciałą skórą koloru niebieskoszarego, poruszało się na dwóch łapach. Przybysz podwiązał go do zadaszonej barierki dla wierzchowców. Gdyby nie podpięty pod uprząż ogromny kaganiec, najbliższe konie mogłyby podziwiać jego wielkie uzębienie. Niemalże automatycznie odsunęły się.
Inne elfy ów stworzenie nazywały reptile. Ten konkretny nazywał się Avenger. Przybyły mężczyzna wszedł pod zadaszenie karczmy, otrząsnął się z kropel, odsłaniając przy okazji miecz z czarną rączką, mający łańcuszek na jej końcu. Zrzucił płaszcz – jego cera była atramentowa, oczy fioletowe. Elf otworzył drzwi karczmy, rozejrzał się w środku. „Jasny gwint, ile kobiet” – pomyślał, oglądając imponujące kształty. Westchnął z głębi piersi. Nienawidził kobiet. Nie po tym, co przeżył w dzieciństwie.
Był tak zwanym wyzwolonym Drowem. Mężczyzną, któremu udało się uciec z podziemia, z tyranizujących jego płeć, władczych kobiet. Usiadł przy ladzie, a przed oczyma miał obraz ostatniej rzeczy, którą widział. Swego przyjaciela, Fea, rozszarpywanego przez reptile. On sam uciekł, wraz z nim jego mentor i trzech przyjaciół. Ucieczka ta przyniosła mu rozgłos wśród innych mężczyzn, z powodu na swą wyjątkową brawurę. Jemu jednak nie przyniosła ulgi, wciąż miał przed oczyma Fea, ginącego z wrzaskiem.
Westchnął jeszcze raz, pociągając z kielicha wino, które nie wiadomo skąd pojawiło się przed nim. Karczma była pełna. Widocznie zawitał do niej jeden z wielu wesołych elfich korowodów. Jedynymi postaciami, wyróżniającymi się z tłumu, był ogromny mężczyzna z klanu Torzuk, dwa Elfy z dużymi skrzydłami, z klanu Avariel. Siedzieli oni przy wielkiej ławie z innymi. W rogu, co chwilę patrząc na nich, popijała z kielicha leśna elfka, okaz wyjątkowego piękna. Do pijącego wino przybysza podszedł jakiś elf, klepnął w ramię.
- Hej, bracie! Podejdź do nas, baw się! – po czym nieco na siłę zaciągnął go do dużego stołu. Usadził go na ławie, naprzeciw Torzuka. Powitali się, wymieniając uprzejmości.
- Vittor. – powiedział Drow.
- Elan Stealscream. – odpowiedział ogromnej postury Torzuk o zielonych oczach i czarnych włosach, ściskając mu dłoń.
- Mealstorm. – przedstawił się jeden z Avarieli, wyższy. Zaczęli jeść i pić.
Przez cały czas, kiedy wszyscy doskonale się bawili, Vittorowi coś nie pasowało. Około północy stały się dwie rzeczy na raz.
Po pierwsze, z górnego balkonu rozległy się wrzaski. Chwilkę później do karczmy wpadły orki chaosu. Orków było przynajmniej dwudziestu. Wpadli, tnąc Elfy. Siedząca w rogu leśna piękność zerwała się z miejsca i wycelowała z łuku. Nie miała jednak zbyt czystego pola strzału, gdyż dosłownie w tej chwili do walki włączył się inny elf. Vittor z Elanem chwycili ławę karczemną i natarł nią na orki, przewracając część z nich. Elfka strzeliła dwa razy, dwa trupy padły na ziemię. Wojownicy wyciągnęli miecze. Tymczasem ich przeciwnicy rozleźli się po całej karczmie, zabijając bez litości nieuzbrojone elfy. Vittor ciął z wielką wprawą i precyzją, wraz z Torzukiem stanęli przy drzwiach. Ork rzucił Drowowi tarczą w twarz, po czym go odepchnął. Odepchnięty elf upadł, jego przeciwnik zamierzył się do ostatecznego ciosu. Vittor gwizdnął, po sekundzie do karczmy wpadł jego reptile, rozszarpując kolejnych napastników. U jego pyska wisiały resztki kagańca.
Tymczasem sytuacja u wejścia na górę również nie była najlepsza. Orkowie, po wysieczeniu wszystkich elfów na ogromnym tarasie, zbiegły na dół. Tutaj na chwilkę powstrzymał ich Maelstorm. Rzucił on w ich stronę różę i wypowiedział kilka niesłyszalnych w zgiełku bitwy słów. Napastnicy nagle zaczęli się dusić, pluć krwią. Padali jeden po drugim. Jednak zaraz za nimi pojawili się kolejni orkowie, tych Maelstorm nie zdołał powstrzymać. Padł, uderzony toporem. Leśna Elfka wystrzeliła kilka strzał. Usłyszawszy krzyk ranionych orków, Drow ruszył w tamtą stronę. Zaatakował z furią, tnąc gdzie i jak popadnie, aby zabić. Jego sytuacja już po chwili stała się rozpaczliwa. Został otoczony przez wrogów, bronił się resztką sił. Stracił dużo krwi z rany na biodrze. Już widział nad swoją szyją ogromny, orkowy topór, gdy kolejna ohydna głowa została odcięta od ohydnego ciała. To Elan. Trzymał się za bok, a mimo to był w stanie ciąć ogromnym mieczem, dając dowód swej siły. Drow, korzystając z zaskoczenia, skrócił o głowę kolejne dwa orki. Wspólnymi siłami pokonali resztę.
Po walce Vittor, ciężko ranny w bok, opadł na krzesło. Leśna elfka rzuciła mu apteczkę, sama zajęła się Elanem i Maelstormem. Drow gardził tym, że pomogła mu kobieta, ale wiedział, że jeśli nie przemoże dumy, to zginie z powodu utraty krwi. Zdjął nabijaną gęsto ćwiekami, skórzaną zbroję z płytowymi obojczykami, zdezynfekował ranę i przyłożył do niej opatrunek. Skrzywił się z bólu. Maelstorm, kiedy tylko wstał, zaczął leczyć rannych. Leśna elfka pomagała mu w miarę możliwości.
Kiedy wszyscy byli uleczeni, Avariel padł na ziemię ze zmęczenia.
- Nasi bracia – powiedział Drow, wskazując złożone w jednym miejscu ciała poległych elfów. – Zasłużyli na godziwy pochówek, rytuały. Nie sądzicie? – W karczmie zaległa cisza.
- Owszem. – odpowiedział po chwili Maelstorm. – Ale nie ma tutaj kapłanów, którzy mogliby odprawić rytuał.
- Przecież najbliższe miasto jest o dwie godziny drogi stąd. Możemy tam pojechać, na pewno ktoś się znajdzie. – odpowiedział Vittor. W ponurym świetle przedświtu, pośród upiornego pobojowiska, po raz kolejny słowa w gardle skrępowała cisza.
- W każdym razie. – powiedział Elan. – Póki co żaden z nas nie nadaje się do drogi. Ruszymy więc wieczorem. – zwrócił się do Drowa. – Z chęcią pojadę z tobą. Poza tym, mam swoje sprawy do załatwienia w mieście.
- Azuro.... – mruknął Avariel. – Więc masz zamiar wciąż go szukać?
- Tak, nie odpuszczę. – odpowiedział zdecydowanie Stealscream.
- Azuro? – spytał elf o fioletowych oczach.
- Tak, nasz przyjaciel. – mruknął w odpowiedzi Torzuk. Drow nie pytał o nic więcej.
- Idę spać. – oświadczył po chwili. Odczekał sekundę, po czym dodał: - Elanie, ruszymy dziś wieczorem.
Podszedł do swego reptile i pogłaskał go po pysku, gratulując udanej bitwy i dziękując za ocalenie życia. Powiedział braciom na odchodnym, żeby udali się na górę, do pokojów. Kiedy wszyscy odeszli na spoczynek, Avenger zajął się z wielką pasją ciałami zabitych orków, urządzając sobie wspaniałą kolację.
Vittor wstał późnym wieczorem. Zszedł na dół, złapał kielich, nalał sobie wina. Zagryzł jabłkiem. Z łaźni wyszedł Elan.
- Wreszcie jesteś. Spałeś cały dzień.
- Jakbyś ty spał krócej, bracie. – odpowiedział, uśmiechając się, Drow.
- No, przynajmniej zdążyłem się przed tobą wykąpać. – odparł Stealscream. Vittor nie odpowiedział i wszedł do łazienki. Umył się.
Przez ten czas Torzuk osiodłał swojego konia, do reptile wolał się nie zbliżać. Zabrał swoje rzeczy z pokoju. Ubrał się w średnią zbroję, na plecach umieścił ogromny, dwuręczny miecz.
Przez ten czas Vittor zdążył się ubrać. Ze wciąż mokrymi włosami zszedł na dół, odziany już w zbroję i z mieczem za pasem. Zdziwiony zobaczył Maelstorma, czuwającego nad rannymi, podającego im gorące jadło i wodę. Zaimprowizował ze szmat i rzemyków kaganiec dla Avengera. Elan już na niego czekał, ruszyli.
Gwiazdy, rozświetlające nieboskłon, kazały zapomnieć o bitwie. Vittor patrzył w nie niczym urzeczony. Wydostał się na powierzchnię kilka ładnych lat temu, ale wciąż kochał patrzeć na nocne niebo. Odkąd zamieszkał wraz z innymi wyzwolonymi spod tyranii macoch Drowami, potrafił spędzać całe noce na poszukiwaniu sensu istnienia, wolności oraz patrzeniu w gwiazdy. Czuł wtedy narastający niepokój, jakby gwiazdy mówiły mu o czymś strasznym. To samo odczuwał teraz.
Jechali w zasadzie w milczeniu. Nagle Torzuk zagaił:
- Nie wiesz, co się stało z tą leśną elfką? Kiedy wstałem, już jej nie było w karczmie...
- Nie, nie wiem. A czemu pytasz? – odparł Vittor.
- To... stara znajoma. Powiedzmy, że ledwie dzień minął od czasu, gdy przeżyliśmy dziwną przygodę. – Vittor nie pytał, o co chodziło. Nie chciał mieć kolejnych problemów, chciał cieszyć się szczęściem. Jedyny problem polegał na tym, że już raz wyciągnął swój miecz, co oznaczało, że poleje się więcej krwi.
I jakby ta myśl utkwiła mu w głębi umysłu, powodując niewysłowiony niepokój. Nagle spojrzał na miecz. Jego obawy się potwierdziły – łańcuszek promieniował krwistym blaskiem. Przyspieszył reptile, już teraz odczuwając ekstazę zbliżającej się bitwy. Sięgnął po halabardę, widząc ten gest Elan niepewnie położył dłoń na mieczu.
Wpierw usłyszeli ryk wielu gardeł. Później zobaczyli łunę płonącego miasta. Kiedy wyjechali zza zakrętu zobaczyli taran, szczątki bramy i walkę, rozgrywającą się na środku rynku. Drow zaszarżował, już z grzbietu wierzchowca widząc, jak pewna dziwna postać unosi wysoko elfie szable, zaczyna się kręcić, wywołując wiatr, po czym atakuje orki z niezwykłą szybkością. Vittor natarł ogromną halabardą, jego Avenger rozerwał kaganiec. Torzuk zsiadł z konia, natarł pieszo, jego miecz zataczał krwawe kręgi. Wskazał Drowowi największego orka i dał znak, aby go osłaniał. Jego kompan uniósł halabardę, zataczał nią teraz szerokie kręgi, dając Elanowi dojście do przeciwnika.
Ork, który górował nad innymi, nie był wyższy od Torzuka. Wyczuł zapewne małą cześć orka w elfie, powitał go pozdrowieniem ręki. Stanęli naprzeciw siebie, czas nagle jakby zwolnił. Podczas gdy oni mierzyli się wzrokiem, Vittor szalał, mordując wszystko, co podeszło pod halabardę i nie było Elfem.
Pierwszy zaatakował ork, tnąc na biodro. Elan sparował, kładąc miecz sztychem do dołu, ruchem nadgarstka zmusił ostrze do uderzenia z dołu. Ork cudem się uchylił, z jego brody pociekła krew. Otarł ją wierzchem nadgarstka. Uśmiechnął się, wreszcie chyba docenił przeciwnika.
Zaatakował prostym sztychem w brzuch i to była ostatnia rzecz, jaką zrobił. Stealscream obrócił się na lewej nodze, ostrze otarło się o jego zbroję, obrócił się i ciął potężnie z góry. Fontanna krwi wystrzeliła z rozciętego na pół serca, ciało stało jeszcze sekundę, trzęsąc się, po czym padło. Na ziemię wylały się wnętrzności, praca mięśni serca dopiero powoli zamierała.
Drow przebił się do osamotnionego tancerza. Widział, jak tamten z gracją zabija kolejnych przeciwników. Przyjrzał mu się. Szarawa skóra, twarz jakby przygasła, ale wciąż zachowała arystokratyczny charakter rysów. Orkowie, zobaczywszy śmierć swego wodza, wycofali się, dziwny Elf pobiegł za nimi. Elan, widząc to, krzyknął jeszcze za nim.
- Azuro!! Azuro!!
Odpowiedziała mu cisza. Vittor tymczasem trzymał się za zraniony bok i przemył wodą z bukłaka sporą szramę na nodze swojego wierzchowca.
Mężczyzna nazwany Azuro gnał za rozpraszającymi się orkami. Skoncentrował się, nagle jego nogi zaczęły poruszać się z wielką prędkością, przegonił grupkę kilku z nich. Stanął naprzeciw, natarł. Orki otoczyły go, raniąc dotkliwie w żebra. W pewnej chwili jedna z bestii odrąbała mu nogę. Opierając się o drzewo, Azuro, Mroczny Elf dobrej strony Shilan, zdołał się obronić. Wspierając się na mieczu, wrócił chyłkiem do miasta.
Torzuk, doceniwszy wysiłek wodza orków, ułożył miecz na jego zwłokach i kazał je spalić. Vittor zaś martwił się, że jego reptile umrze z przejedzenia. Te jego uczty ostatnimi czasy...
Tymczasem podszedł do nich starzec, a wraz z nim kilka innych elfów, mieszkańców. Vittor rozejrzał się po rynku, a jego uwadze nie umknął spory teleport.
- Witamy w Whitefire, szlachetni wojownicy. Jesteśmy wam niebywale wdzięczni za pomoc i z chęcią ugościmy was w naszym mieście. – powiedział starzec. – Nazywam się Divor.
- Dziękujemy za propozycję. – odpowiedział Stealscream. – Z chęcią skorzystamy.
Starzec oddalił się, polecając jego towarzyszom ugościć przybyszy i ich opatrzyć.
- Czy macie jakieś prośby, bracia?
- Tak. Niedaleko stąd jest karczma, doszło tam do masakry, głównie na elfach leśnych. Czy nie mieszka w pobliżu kapłan, który mógłby wyprawić im godny pochówek? – spytał Vittor.
- Niestety, chyba będziemy musieli spalić ich ciała, o ile nie chcemy wydać ich na pastwę sępów i robactwa. – Vittor, słysząc odpowiedź, zasmucił się. Po chwili dodał.
- Opatrzcie więc nasze rany. – wskazał również na wierzchowca. – I, gdybyście mogli, uszyjcie memu reptile nowy kaganiec. – dodał przepraszającym tonem. Wszyscy ujrzeli szczątki szmat i rzemieni, lezące na ziemi obok rozszarpywanych ciał orków.
II (Whitefire)
Whitefire było miastem co najmniej uroczym w świetle poranka. Vittor podziwiał kunsztownie zdobione budowle w szarym świetle przedświtu, chłodny wiatr rozwiewał jego olbrzymią, czerwoną bandamę, jedyną pamiątkę po zabitych towarzyszach. Miasto wciąż spało. Wszedł do karczmy, oberżysta powoli przecierał oczy.
- Czego sobie życzysz? – spytał. – Bogowie, kto w ogóle wstaje tak wcześnie?
- Ja. – odpowiedział z uśmiechem Drow. – Nalej mi lekkiego, zimnego wina i przygotuj chłodną kąpiel.
- A dasz mi moment na obudzenie się? – spytał się karczmarz. Vittor tylko uśmiechnął się w odpowiedzi.
Karczmarz nalał mu wina, po czym oddalił się. Po chwili Vittor usłyszał syk płomieni, zasilający system grzewczy balii z wodą. Po chwili syk wyraźnie się zmniejszył. Drow wychylił haustem kielich w chwili, w której właściciel noclegowni wskazał mu łaźnie i zaprosił do niej gestem.
Woda była chłodna, dokładnie taka, jak powinna. Jego mentor zawsze twierdził, że chłodna kąpiel z rana pobudza do życia. Obmył się, leżał, dopóki woda do reszty nie wystygła. Wyszedł z niej, drżąc z zimna. Opatulił się ręcznikiem, wytarł. Ubrał się, ułożył włosy. Wyszedł na zewnątrz, poprosił na śniadanie o ciepłą zupę i kielich słabego wina. Chciał cały dzień zachować trzeźwość umysłu, a lubił wino.
Jedząc zupę powitał Elana. Oświadczył mu, że ma zamiar wziąć udział w pogrzebie poległych Elfów i zapytał, czy on też ma zamiar wybrać się na uroczystości. Kiedy otrzymał odpowiedź przeczącą, wrócił do doskonałej grzybowej. Godzinę później wyruszył do karczmy.
Dotarli tam około południa. Powitał go Maelstorm, który wiadomość o braku kapłanów przyjął wyjątkowo źle. Własnoręcznie ułożyli stos i podpalili go, patrząc, jak płomień pochłania te piękne, kruche istoty, które niedawno przejawiały tak wspaniałą chęć do życia. Gdyby potrafił, zapewne w jego oku zakręciłaby się łza, ale jego oczy wyschły już wiele lat temu. Już w dzieciństwie, gdy czyniono z niego maszynę do zabijania innych Elfów. Po spaleniu, aby nie skalać pamięci poległych, zakopali proch pod dębem, rosnącym na rozstajach. Drzewo ów w wiele lat później zostało jednym z najwspanialszych w Elfim Królestwie.
Do miasta wrócili wieczorem. Elan wciąż siedział w karczmie. Vittor poprosił o owoce i wino, dosiadł się wraz z Avarielem do Torzuka. Popijali wino, opowiadając sobie anegdoty. Do zabawy dołączyli ich bracia, przejezdny trubadur opowiadał rzewną historię miłości, śmierci i walecznych czynów, akompaniując sobie harfą. Wszyscy siedzieli, zasłuchani w dźwięczny głos, wypowiadający smutek, żal, nieskończoną tęsknotę, a jednocześnie żar, rozpalający serca. Niejednemu młodzieńcowi w oku zakręciła się łza, słuchając opisu rzewnego rozstania ukochanych, niejedne dziewczę coś ścisnęło za serce, jakaś niewypowiedziana tęsknota, chęć poznania takiego właśnie księcia z bajki. Kiedy śpiewak skończył, rozległy się głośne oklaski. Nie klaskał tylko Vittor, Elan i Maelstorm złożyli chyba oklaski tylko grzecznościowe. Fioletowooki wstał od stołu, postanowił popatrzeć na gwiazdy. Położył się na trawie niedaleko karczmy, słyszał przytłumione głosy biesiadujących Elfów. Nie wiedział, jak długo leżał. Zamknął oczy, oddał się jałowym rozmyślaniom. Próbował dociec przyczyny przedwczorajszego... Tak, słońce dopiero dwa razy obiegło nieboskłon, odkąd stoczył bitwę z orkami. Nagle usłyszał skrzypienie kroków na trawie.
- Nie podobał ci się występ? – głos osoby, która go naszła, był delikatny, kobiecy.
- Powiedzmy, że średnio. Czyżby artysta poczuł się urażony brakiem oklasków z mej strony? – spojrzał na kobietę. W ocenie każdego innego Elfa z pewnością była piękna. Miała delikatne rysy twarzy, subtelnie zarysowaną linię bioder, kusząco podkreślone piersi. Co z tego, skoro jego to nie pociągało?
- Nie, artysta zapewne docenił oklaski innych słuchaczy. Zresztą, większość osób z karczmy pomyślała, że słuchając utworu, rozmyślałeś o własnej ukochanej. – słysząc to, Vittor roześmiał się. – Cóż cię tak śmieszy, bracie? – spytała Elfka.
- To, że ktoś w ogóle był w stanie wysnuć takie przypuszczenia. – odpowiedział, wciąż chichocąc.
- Dlaczego? – indagowała.
- Powiedzmy, że kobiety... Nie obraź się, ale... Pewne... przeżycia sprawiły, że płeć piękna nie jest dla mnie tak piękna jak wydaje się każdemu innemu. Nie pozostaje mi wiec kochać niczego więcej jak swej ojczyzny, sprawiedliwości i pokoju, których staram się strzec.
- A co to za przeżycia? – spytała. Tym samym przekroczyła pewną granicę. Vittor przez chwilę zachmurzył się, jego spojrzenie zdradzało skłonność do gwałtownego czynu... W mgnieniu oka jednak się opanował i powiedział zimnym głosem.
- Na to pytanie nie odpowiem za względów osobistych. Przepraszam panią, ale muszę iść spać. – i wymuszając na sobie zwyczajowe pozdrowienie, ruszył w kierunku małej chatki, w której był zakwaterowany.
Wszedł do środka. Przemył twarz, rozebrał się, zbroję i broń położył w stojaku po drugiej stronie pokoju. Położył się na łóżku, starając się ochłonąć. W końcu zasnął.
Śniło mu się, że stolica Elfiego Królestwa została zniszczona przez demony, a z uliczek patrzyła na niego zakrwawiona twarz Fea, wołającego pomocy. Chciał krzyknąć, ale z gardła nie wydobył się żaden głos. Nagle zobaczył siebie, leżącego na ziemi, a nad nim stała kobieta z nożem. Wbiła mu ostrze w serce.
Obudził go okrutny, wyimaginowany ból. Zerwał się, a nad sobą zobaczył czerwonoskórą kobietę o pomarańczowych oczach i malutkich rogach, wyrastających ze skroni. Przerażony spostrzegł, że demonica trzyma w dłoni kościany nóż.
Zaatakowała go, używając siły barków wyrzucił się w górę, chwycił nóż. Nie uniknął jednak rany, zadanej w płuco. Krzyknął, kobieta wybiegła. Chwycił miecz i udał się za nią.
Azuro siedział spokojnie w zaułku miasta, kończąc przyszywanie nogi. Ostatnimi czasy, dzięki „dziełu” tego Maelstorma został nieumarłym. Oczywiście był do odczarowania, ale chyba tylko jego matka i jeszcze kilka osób było w stanie to zrobić. A nie miał ochoty widzieć się z matką.
Zawiązał ostatni szef, opuścił nogawkę spodni. Usłyszał nagle krzyk, zobaczył Drowa, który mu pomógł w bitwie, biegnącego z obnażonym mieczem. Nagle przed nim stanął starszy miasta. Azuro wtopił się w cień, chcąc podsłuchać rozmowę.
- Gdzie się spieszysz, młody bohaterze? – zapytał Divor.
- Zostałem zaatakowany przez demona! – krzyknął Drow, ledwo stojąc na nogach.
- Jakiego demona, chłopcze? Tutaj nie ma demonów, wróć do łóżka, bo umrzesz z wycieńczenia... – w odpowiedzi fioletowooki mruknął jakieś przekleństwo, odepchnął starca i pobiegł. Azuro postanowił go śledzić. Wszystko wskazywało na to, że Drow naprawdę został zaatakowany.
Nie znalazł jednak żadnych śladów demona, chwiejąc się wrócił więc do kwatery. Po chwili wpadł starzec, podając mu kubek gorącego naparu.
- Masz, wypij to, poczujesz się lepiej. – powiedział.
- Dziękuje. – odrzekł Vittor i czekał, żeby napój nieco ostygł. Powąchał go. W tej chwili padł martwy.
Tymczasem Azuro pędził do ostatniej osoby, której, jak sądził, może zaufać. Z hukiem wpadł do pokoju Elana, obudził go brutalnie. Torzuk przetarł oczy, ale już był gotowy. Mroczny Elf pokrótce opowiedział mu, co się stało wieczorem. Stealscream ubrał się i ruszyli do domu Drowa. Niestety, przybyli za późno, ich towarzysz leżał już bez śladu życia. Poszli razem po Maelstorma. Gdyby tak mag go chociażby ożywił jako nieumarłego, mogliby się dowiedzieć, co się w mieście dzieje.
Szli przez wyciszone miasto, nie rozmawiając. Nagle na Azura rzuciła się czerwonoskóra, kobieca postać, wbijając mu w plecy sztylet. Elan zaatakował ją mieczem, ścinając jej głowę. Truchło opadło, Elan spojrzał zaskoczony.
- A więc Drow mówił prawdę... Tutaj naprawdę grasuje demon... – powiedział Stealscream.
- Szybko, po Maelstorma!
Udali się jak najszybciej mogli. Maelstorm.... wcale nie spał. Zaprowadzili go więc do domu Vittora. Kiedy zobaczył ciało, zapytał:
- Martwy?
Azuro przyłożył do jego szyi dwa palce.
- Tak. Nie czuje pulsu... – Maelstorm miał odejść, ale Elan wtrącił:
- Skąd możesz coś czuć, skoro i tak jesteś martwy? Wybacz ale... – W tej chwili Azuro powiedział:
- No fakt. – wypił truciznę. – Widzicie, to nie jest trucizna.
- Azuro! – krzyknął Avariel. – Gdybyś nie wypił trucizny, to może bym był w stanie opracować antidotum!
- O cholera... – mruknął mroczny elf.
- Idźcie sprawdzić, co się dzieje w mieście, a ja spróbuję go uzdrowić. – powiedział Maelstorm.
Wyszli. Postanowili udać się do chatki starszego miasta. Był to spory dom w centrum. W środku było ciemno. Zapukali głośno, celem zbudzenia go. Po chwili otworzył im drzwi.
Był w koszuli nocnej, zaspany.
- Co was sprowadza tak późno, moi drodzy? – zapytał.
- Pewien problem, związany z naszym przyjacielem... – powiedzieli, wciskając się do środka. Starzec ich przepuścił.
- Cóż więc to za problem?
- Nasz przyjaciel został zaatakowany przez demona, podobnie jak my, kilka chwil później.
- Och, doprawdy! Wy i te wasze młodzieńcze żarty! Przecież demonów tutaj nie ma! – powiedział, śmiejąc się. Azuro zerwał się z miejsca.
- Uważasz mnie za gówniarza?! – warknął. Elan powstrzymał go przed dekapitacją.
- Demonów nie ma? Więc co nas zaatakowało? – spytał Torzuk.
- Zwykły Sukkub, taki jak... JA!
W tej chwili w ich twarze powiało niezwykle gorące powietrze, parząc skórę. Odruchowo zasłonili się, żar stał się nie do zniesienia. Wybiegli stamtąd, po chwili ogromna łuna ognia ogarnęła dom. Maelstorm jednym ruchem ręki wywołał huragan, którym zgasił ogień, przy okazji rzucając Azurem i Elanem. Wojowie wstali, masując obolałe członki. Maelstorm podszedł do nich i przeprosił za gwałtowność. Weszli do ledwie osmolonego domu. Wszędzie pachniało siarką i spalenizną. Zasłaniając sobie twarz i z załzawionymi oczyma, Avariel i jego towarzysz z klanu pół – elfów a pół – orków niczego nie dostrzegli. Mroczny Elf, któremu dym nie szkodził, dojrzał klapę. Otworzył ją, w środku, obok zapasów, leżało ciało starca miasta. Wyciągnął je, zobaczyli ogromną ranę na szyi, zadaną ząbkowanym sztyletem.
- Musimy jak najszybciej donieść o tym królowej. – powiedział Elan.
- Zgadzam się. – potaknął Maelstorm. – Odblokuję portal.
- Zajmij się lepiej tym Drowem. – rzucił Azuro. – A my tymczasem ruszymy konno do stolicy.
- Ale zajmie wam to około dwóch tygodni!
- To nic. Postaramy się być szybciej. Tymczasem opiekuj się naszym otrutym bratem! – powiedział Stealscream.
Nazajutrz, zaopatrzywszy się, ruszyli na północny wschód do stolicy. Maelstorm zaś został w Whitefire, próbując uleczyć Vittora i otworzyć portal.
„Whitefire jest zaprawdę pięknym miastem” – pomyślał Maelstorm, przechadzając się po nim pewnego szarego poranka.
Ocena: 0
Liczba komentarzy: 0
Data dodania: 26.10.2008r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(53): 44 gości i 9 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, aubrey, Stefan B., jazzu, Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał