warto go przeczytać
Shelloc czuł się dziwnie. Otworzył oczy, odruchowo się przeciągnął i ziewnął, choć wcale nie czuł potrzeby. Podniósł się i rozejrzał po pomieszczeniu. Łóżko Watso było puste i zasłane, co wzbudziło w dziennikarzu spore obawy. Znał swego przyjaciela od lat i nigdy nie udało mu się wstać pierwszemu, a już na pewno, nie zasłał swojego łóżka od dwudziestu lat, kiedy to opuścił internat i zaczął studia. Holl dopiero po chwili złapał się na tym, że wcale nie czuje zimna kamiennej podłogi. Zwalił to na ciepłą noc i ekscytacje związaną z artykułem. Choroba jednak każdego mogła złapać w swe szpony, dlatego nie prowokując bakterii, wirusów i grzybów, zaczął szukać swoich papci. Tych jednak nigdzie nie było, a co gorsze innych rzeczy również. Wszystko dokładnie wysprzątano i poprawiono, jakby nigdy ich tu nie było.
Shelloc miał dość. Musiał coś z tym zrobić i nawet wiedział, co to będzie. Od razu w głowie układał sobie teksty, którymi obsmaruje cały ten pieprzony wypizdówek. Może i pan hrabia tu mieszka, ale zachowuje się jak prostak i cham. W złości podskoczył, ale nawet nie poczuł jak upadł. Jego osąd i bystrość zmysłów przesłaniał gniew i irytacja. Wszystko jednak stało się niepokojąco jasnym przy drzwiach. Spróbował złapać za klamkę, ale – straszne dziwy – jego dłoń przeniknęła przez nią. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Zastanowił się, czy mógł po prostu nie trafić w i spróbował ponownie. Złote kula nie drgnęła. Nie pił, nie palił opium od miesięcy, więc albo ktoś płatał mu wymyślnego figla, albo… Odpowiedź przyszła natychmiast i wywołała wybuch obłąkańczego śmiechu.
- Jestem duchem, a to dobre.
- Co się dzieje Shellocu? – zapytał zaspany Watso, który właśnie wychylił się z muru, dzielącego ich pokój od holu i zejścia na dół.
Holl aż podskoczył, a potem przerażony skulił się w kącie. Gdyby jego serce wciąż biło, niechybnie stanęłoby w tej chwili. Spróbował oddychać głęboko i się uspokoić, ale wcale nie było to łatwe, gdy sam zaczął przenikać przez mur.
- Shellocu, co się dzieje? – zagubiony Watso zaczynał się orientować, że coś jest nie tak.
- Musimy mieć wspólny sen… Nie! Śnisz mi się i to całe przenikanie. Zaraz się obudzę i będzie wszystko dobrze.
- Chyba nie mogę być w twoim śnie, bo to ja – ten prawdziwy Watso.
- Musieli w takim razie coś nam podać! Do cholery, właśnie przeszedłeś przez półmetrowy, kamienny mur!
- Shelloc! Uspokój się. Włącz tą swoją maszynkę w głowie to zaraz znajdziemy rozwiązanie – Watso, wykazywał niezwykły dla siebie zdrowy rozsądek.
- Masz rację – Holl wstał, przełknął ślinę i zaczął przechadzać się po pokoju. – Zacznijmy ustalanie faktów od tego, gdzie byłeś.
- Zachciało mi się pić… - Watso się zastanowił i dodał – nie wiem czemu, ale nie pamiętam co było dalej. Obudziłem się przy schodach. Wiesz, jaki rano zawsze jestem śpiący, więc poczłapałem tu, pewny, że lunatykowałem po prostu.
- I po prostu przeniknąłeś sobie przez ścianę – Shelloc zakpił, ale w głębi duszy był przerażony.
- Do cholery, wiesz jaki rano jestem nieporadny. Usłyszałem twój krzyk i jakoś samo tak wyszło.
- Doprawdy Watso – musiał się na kimś wyżyć, a jego kompan zdążył się już do tego przyzwyczaić po tylu latach wspólnych śledztw. – Jak na dziennikarza masz ubogi zasób słów.
- Eh – Watso tylko westchnął i usiadł na łóżku.
- Czemu się nie zapadasz? – Mózg Holla zaczynał pracować z typową dla niego sprawnością. Ciekawość brała górę nad przerażeniem.
- Nie wiem. Może narkotyk przestaje działać?
- Spróbuj oprzeć się rękoma – pocierając dłońmi skronie, próbował układać wszystkie fakty w całość. Racjonalne podejście ciągle skreślało napis, pojawiający się przed oczyma – „DUCH”
- Nie możemy spróbować się jeszcze przespać? Może to, co nam podali, przestanie działać.
- Watso, zrób o co cię prosiłem – grubasek niechętnie się dźwignął i spełnił prośbę swojego przyjaciela. Jego dłonie znów przeniknęły materię!
Serce biło mu jak szalone. Miał pościel w ustach, a przynajmniej na to wskazywały jego zmysły. Dłonie zniknęły, a drewniana deska była tuż za jego plecami.
- Shellocu, co to znaczy? – zakwilił zrozpaczony i zagubiony.
- Rozejrzyj się! Nie ma naszych rzeczy, pokój jest wysprzątany, a my przenikamy przez przedmioty. Widzę tu tylko jedno rozwiązanie, które wcale nie jest logiczne ani racjonalne.
- … - Watso dalej spoglądał na niego pytającym wzrokiem.
- … - Holl złożył dłonie, przycisnął je do ust, potarł opuszkami koniec nosa, westchnął i powiedział – Zabili nas, a my jesteś duchami.
Watso zamurowało. Jęknął coś i spuścił głowę. Jego przyjaciel spoglądał na niego z politowaniem. Sam jednak też nie bardzo wiedział, co ma począć. Usiadł obok i starał się wymyślić coś błyskotliwego. Kiedyś mu to szło łatwiej, ale świat się zmienił. No i nigdy do tej pory nie był duchem. Póki mieli świadomość, to prawie tak jakby żyli, więc nie było całkiem źle.
- Jeszcze istniejmy, nasze ‘ja’ działa dalej – próbował pocieszać kompana, ale ten tylko kręcił głową i chyba płakał. – Musimy się wziąć w garść i przede wszystkim dowiedzieć… co my tu jeszcze robimy i kto nas zabił!
- Ale jak?
- Możemy przenikać przez ściany – umysł Shelloca znów zaczynał się rozpędzać. –To daje nam duże pole do popisu. Skoro nie jesteśmy w piekle, to może znak, że Hollywoodzka teoria niedokończonych spraw jest słuszna, więc póki co jesteśmy bezpieczni – Shelloc znów złożył razem dłonie i przycisnął je do ust. – Ciekawe czy możemy coś przenosić?
- Przyjacielu! Jesteśmy odrobiną ektoplazmy. Okropną, wodnistą mazią! Nic do cholery nie możemy – Watso wybuchnął.
- Skąd pomysł ektoplazmy? – Shelloc uśmiechnął się pogodnie. Szybko dochodził do wniosku, że taki stan… bycia, ma wiele plusów.
- Pogromcy duchów – westchnął biedny grubasek.
-Pomyśl! – Holl poderwał się rozradowany.
– W tym stanie możemy dotrzeć do każdej tajemnicy na świecie. Rozumiesz? Dość snucia domysłów i naciąganych wywiadów. Wszystko będziemy wiedzieć z pierwszej ręki.
- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale jesteśmy martwi, a to wiąże się z pewnymi trudnościami. Nikt nam tego nie w-y-d-r-u-k-u-j-e!
- Mam osiem pomysłów, jak to zrobić – Shelloc przechadzał się gorączkowo myśląc.
– Zobaczmy, na co nas stać – wyszczerzył zęby i skierował wzrok ku olbrzymiej wazie, zdobiącej regał tuż przy oknie.
Z boku mogło wyglądać to naprawdę komicznie. Holl napinał się, marszczył czoło i próbował oprzeć dłoń o wazie. Niestety, wychodziło z tego jedynie komiczne machanie. Prawie jakby przeganiał jakąś natrętną muchę. Skoro siła woli nie skutkowała, zadziałał swoim wzrokiem. Wysyłał telepatyczne sygnały – odkąd stał się duchem, wierzył nawet w moc sprawczą śrubokręta – ale i to nie działało. Takie próby trwały kilkanaście minut, aż zmęczony, zirytowany i załamany opadł na fotel.
- Watso, wymyśl coś! – jęknął.
Grubasek stanął dokładnie w tym samym miejscu, zrobił dokładnie ten sam grymas (choć na jego pucułowatej twarzy, wyglądał całkiem inaczej), wziął zamach i… i nim jeszcze dłoń zbliżyła się do wazy, ta przesunęła się na skraj i w końcu runęła nim ręka Watso przemknęła w miejscu, gdzie stała. Shelloc, aż podskoczył z wrażenia. Uścisnął przyjaciela, nachylił się nad stolikiem i zanotował obecność dziwnych drobinek tuż przy skraju blatu.
- Zastanów się. Myśl pomału i powiedz mi, co zrobiłeś.
- Nic – Watso odwrócił i warcząc coś pod nosem kręcił się po pokoju.
- Wiem, że nie jest to dla ciebie łatwe, ale jeszcze jesteśmy, istniejemy.
- Wolałbym chyba zasnąć i wcale się nie obudzić. Koniec z piciem, jedzeniem, przenoszeniem, pisaniem, mówieniem i z setką innych rzeczy! Do cholery jesteśmy tylko duchami!
- Czemu za życia nie byłeś taki ekspresywny? – Shelloc zakpił z politowaniem.
– Póki co jest jak jest, więc nie ma co załamywać rąk… No… proszę cię. Pomóż mi.
- Byłem wściekły, ot i cała prawda – siedział na łóżku odwrócony do Shelloca plecami.
- Świetnie – Holl roześmiał się i ze złościł się z całych sił na firankę. Nie udało się, ale wprawiło go to w taką irytację, że za drugim podejściem, firanka opadła i niespodziewanie zawisła na jego głowie.
- Czyli jednak będzie można nas zobaczyć – Watso, już nieco uspokojony, podszedł, by pomóc wyplątać się przyjacielowi z koronek.
Jeszcze przez kilka godzin próbowali różnych możliwości. Testowali przenikanie przez ściany, sufit, meble. Nie było to trudne i nawet dość przyjemne. Ważny był dotyk dłoni, inne części ciała nie mogły zainicjować całego zajścia. Z furią mogli popychać, szarpać, a nawet targać, ale nie byli w stanie nic wziąć w dłonie. Problemem też było dźwiganie i podnoszenie. Zwykle kończyło się potrzaskaniem i zepsuciem obiektu eksperymentalnego.
Gdy do pomieszczenia weszła sprzątaczka, odruchowa przycapnęli ściany. Kobieta rozejrzała się, zobaczyła bałagan i zaczęła krzyczeć na cały głos. Shelloc chciał ją uspokoić i opowiedzieć o ich badaniach, zapewnić, że pokryją wszystkie koszty. Dziewczyna w ogóle jednak nie reagowała, co przypomniało Hollowi, że są duchami.
- Nie wiem, czy będę umiał przyzwyczaić się do biernego obserwowania – westchnął.
- Możemy przynajmniej spokojnie dowiedzieć się kto nas tak urządził… - Watso wyjrzał za drzwi i dodał – zobaczmy jak będą reagować na nasze zniknięcie. Ktoś musiał też sprzątnąć nasze rzeczy…
- Myślałem o tym i sądzę, że bez śledztwa wszystko wskazuje na lokaja. Zresztą, nasz pan Janek pewnie też był w to zamieszany. Nie można od tak, bez jego wiedzy, zabić gości i udać, że wcale ich nie było.
- Poza tym, ktoś będzie nas szukał. Redakcja, twoja była żona, mój brat…
- W to akurat bym wątpił, a jeżeli nawet, na pewno już zatuszowali nasz pobyt tutaj. Uroki zamkniętej społeczności, gdzie wzajemnie się ludzie kryją.
- Idzie lokaj Shellocu.
- Powiedziałbym zwyczajowo, że musimy się ukryć, ale właściwie nic nie musimy – i kończąc zdanie, pozwolił Andre przejść przez swoje „ciało”.
- Może przeciąg zerwał firankę? – zapytał służącą.
- Nie wiem panie Andre, ale rano porządek był i miałam jeszcze szkła poprzecierać, jak pan kazał, a tu taki bałagan… - pokiwała głową.
Shelloc zanotował w głowie jej strach, reakcje Andre, jeszcze świeże błoto na butach lokaja (wycierał buty, ale zrobił to w pośpiechu), oraz fakt, że pokojówka pod paznokciami miała fragmenty naskórka. Ułożył wszystko w całość i uznał za możliwe tylko dwie wersje wydarzeń. Pokojówka ma świerzbie i drapała się całą noc albo pomogła wynieść ciała z pokoju. „Watso musiał wynieść ktoś inny, bo ona miała problem nawet z moim ciałem”.
- Lokaj i pokojówka wiedzieli, że nas zabito i pomogli ukryć nasze ciała. Sami nie daliby rady cię wynieść więc zamieszanych jest więcej osób.
- Karolino posprzątaj jeszcze raz – lokaj przerwał rozmyślania dziennikarza.
– Jak skończysz, zawołaj mnie.
- Dobrze proszę pana… ale jeżeli to ich duchy? – jej głos drżał.
- Nie bądź śmieszna. Nie zapominaj, dlaczego musieli zginąć! – lokaj wyszedł, a Shelloc z Watso wrócili do rozmowy.
- Może pocięli moje ciało?
- Nie bądź głupi, tyle krwi nie mogli od tak uprzątnąć. Nie widać nawet małej plamki w pokoju, a wiesz, że mam sokoli wzrok.
- Wiem, wiem, po prostu trudno uwierzyć, żeby pan Janek mógł być w to zamieszany.
- Może w tej wódce podał ci truciznę? - Holl zakpił i uniósł głos.
– Jesteś naiwny!
- Po co zgodził się na wywiad?
- Może powiedział o dwa słowa za dużo? Musimy przejrzeć notatki… Do cholery zabrali je – Shelloc złapał się za głowę.
Pokojówka w tym czasie krzątała się po pomieszczeniu. Gdy jednak jej skóra zetknęła się z ektoplazmą duchów, czuła dziwne mrowienie, coś na kształt strachu albo chłodu. Nie myśląc długo, zwaliła winę na przeciąg i grube mury.
- Myślisz, że zakopali nasze ciała?
- Nie wiem – odrzekł Shelloc.
– Nie padało, więc błoto z butów Andre musiało pochodzić z jakiegoś dołu. Może już wczoraj wszystko przygotowali?
- Nasze rzeczy musieli spalić…
- Pewnie tak. Mimo wszystko musimy się rozejrzeć i przyjrzeć panu Jankowi.
- Co nam to da? – Watso po raz kolejny wykazał skrajny pesymizm.
- Materiał na artykuł – Holl uśmiechnął się szelmowsko. – Nie słyszałeś nigdy o medium drogi Watso?
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 07.02.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(53): 44 gości i 9 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, aubrey, Stefan B., jazzu, Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał