Pseudonim: subtelny demon
O sobie: Diabeł tkwi w szczegółach.
Napisanych prac:
- nowości: 6
- wiersze: 109
- proza: 33
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 610 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Dziewczyna z portretu [5]" 31.05.2014
"Dziewczyna z portretu [6]" 05.06.2014
"Wiraże [4]" 05.02.2012

Inne prace tego autora:
"Wiraże [2]" 29.12.2011
"W oku uczuć. Rozdział 6" 07.05.2011
"Carmel - I etap..." 18.05.2012
"Wiraże [5]" 05.03.2012
"Wiraże [12]" 10.07.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Dziewczyna z portretu [6]

6. Rok wcześniej, Wichrowe Domy – Wiesz, że Flo obchodziłaby dziś cztery latka? – powiedziałam skamieniałym głosem, opierając się o balustradę balkonu wychodzącego na wschodnie wybrzeże. – Cztery latka. Jim stanął za mną i dotknął niepewnie mojego ramienia. Nie oponowałam, więc po chwili wtulił się we mnie swoim ciepłym ciałem. Długą chwilę żadne z nas się nie odzywało. Po prostu oglądaliśmy kolejny wschód słońca. Gdybym miała je zliczyć, to byłby dokładnie nasz trzysta sześćdziesiąty piąty wspólny świt. Ponad rok odkąd uciekłam z Dal. Tamtego ranka znowu obudziłam się z krzykiem i nim jeszcze doszłam do siebie, zagryzałam pogryzione do krwi palce, by okiełznać ból. Moja córeczka nie żyła. Moja maleńka Flo o fiołkowych oczach, maleńki cud przysypany wilgotną, ciężką ziemią, mój cały świat zapakowany w białą trumienkę. A wszystko dlatego, że nie zabrałam jej ze sobą. Że pognałam jak na skrzydłach, głupia, lekceważąc mojego nieobliczalnego męża, w nadziei na spotkanie Jima, który przez tak wiele lat nie dawał znaku życia. Nawet nie tęskniłam już za nim co noc. Miałam Flo. Maleńka byłam cudem i kochałam ją ponad wszystko, słono przyszło mi ją jednak okupić. Po powrocie z Bastille Edward zapragnął… nie, on uparł się, że jeszcze w tym samym roku urodzę dla niego potomka. Zupełnie nie dawało mu do myślenia, że skoro od czterech lat nie zaszłam w ciążę, coś musi być na rzeczy. Po kolejnej bezowocnej próbie poczęcia całą winą obarczył moje „jałowe łono” i wysłał mnie do kliniki dla kobiet, by „coś na to poradzili”. To był horror. Mieszkałam w spartańsko urządzonym pokoiku, wyłożonym szarymi, kamiennymi płytami, bez zasłonek i nawet lampy, a całym moim ubraniem była cieniutka nocna koszula do pary z podomką, w których niemiłosiernie marzłam. Nie mogłam rozmawiać z nikim, kto nie miałby na sobie kitla i kto nie budziłby we mnie lęku. W budynku przebywały też inne pacjentki, ale żadnej nigdy nie widziałam. Słuchałam za to regularnie co noc ich wrzasków, które wywoływały ożywienie na korytarzu, nie mogłam jednak niczego podejrzeć, bo każdego wieczoru byłam zamykana na klucz. Za dnia za to wcale nie było lepiej. Zaraz z rana byłam rozbierana i dosłownie wrzucana pod zimny prysznic w rzekomo zdrowotnych celach, po którym kazano robić mi jakieś bzdurne, upokarzające ćwiczenia. Dopiero gdy wykonałam całą serię, trzęsąc się jak osika, dostawałam w nagrodę ręcznik i czyste ubranie. Żywiłam niezdrowe przekonanie, że personel szpitala czerpie z tego procederu chorą przyjemność. Pewnego dnia po porannej toalecie nie dostałam bielizny. Nikt ze mną nie rozmawiał, jeśli nie musiał, więc i tym razem uznano moje pytania za niewarte uwagi. Poczułam wtedy, że zaczyna udzielać mi się paranoja kobiet, których krzyki towarzyszyły mi każdej nocy. Dwie postawne pielęgniarki musiały siłą doprowadzić mnie do gabinetu lekarza; wychodząc, zatrzasnęły drzwi. Nie rozumiałam, dlaczego się tu znalazłam. Zwykle kolejnym punktem programu było ubogie śniadanie, jakaś rozwodniona owsianka lub coś innego podobnego konsystencją zupie, nieposiadające żadnych walorów smakowych, jakby żywili mnie tu wodą. Przysiadłam na skraju fotela przed biurkiem i rozejrzałam się po pokoju. Zewsząd otaczały mnie akty. Od ujęć zafrasowanych swą nagością kobiet przez naukowe ryciny przedstawiające kopulujących ze sobą ludzi po odpychające szkice najobrzydliwszych ludzkich dewiacji. Zebrało mi się na mdłości. Chciałam wstać i wyjść, znaleźć się jak najdalej od tego pokręconego, chorego miejsca, gdy spostrzegłam, że ktoś w głębi pokoju mi się przygląda. Mężczyzna, na oko czterdziestoletni, uniósł się z fotela i jednocześnie mówiąc i rozpinając pasek podtrzymujący spodnie, począł się zbliżać. Jak supernova olśniło mnie, dlaczego dzisiejszego ranka nie znalazłam wśród ubrań bielizny. Zerwałam się z krzesła i zaczęłam wściekle szarpać za klamkę, lecz drzwi nie chciały ustąpić. Ledwie trzymałam się na nogach, więc szybko opadłam z sił. Nim zdążyłam się odwrócić, poczułam, jak tamten zachodzi mnie od tyłu, a prawą rękę wsuwa pod cienki materiał szpitalnej koszuli. Chciałam się wyrwać, lecz niespodziewanie zacisnął dłoń na mojej piersi; jęknęłam z bólu. – Im mniej będziesz się rzucać, tym mniej cię będzie bolało – warknął mi do ucha i popchnął w stronę biurka. – Tutaj – rzucił krótko – oprzyj się. Na chwilę zwolnił uścisk, by sięgnąć po coś, co znajdowało się poza zasięgiem mojego wzroku. Wykorzystałam to i wyrwałam mu się, lecz nim zdążyłam uskoczyć na bezpieczną odległość, złapał za skraj mojej koszuli. Zdążyłam tylko usłyszeć charakterystyczne kliknięcia odpinanych zatrzasków i w następnym momencie stałam przed nim zupełnie naga. W rozpaczliwym geście zakryłam się rękoma i uciekłam pod ścianę. Zaczęłam wrzeszczeć, lecz on tylko stał i przyglądał mi się beznamiętnym spojrzeniem. – Nie zauważyłaś jeszcze, że tutaj krzyki na nikim nie robią wrażenia? Pójdzie szybciej, jeśli zaprzestaniesz stawiania oporu. Ucichłam. Mężczyzna popatrzył znacząco w kierunku biurka. W ręku trzymał jakiś niewielki słoiczek z przeźroczystym płynem. Bałam ruszyć się z miejsca. Nie wiedziałam, co tu się wyprawia. Tymczasem jemu kończyła się cierpliwość. – Jeszcze tego nie pojęłaś? Robię to dla twojego kiepsko pojętego dobra. A teraz odwróć się. Skoro nie podoba ci się biurko, równie dobrze możemy zrobić to tutaj. Odwrócił mnie twarzą do ściany i stanął na tyle blisko, by ograniczyć mi jakiekolwiek pole manewru. Drżałam, lecz nie wiedziałam, czy to za sprawą zimnej ściany, do której ciasno przylgnęłam, czy ze strachu. Tymczasem on odkręcił słoiczek, wziął na palce trochę zawartości i sięgnąwszy między moje nogi, bez ostrzeżenia rozprowadził między nimi dziwną, zimną substancję. – Nie wierzgaj – ostrzegł, gdy zadrżałam silnie pod jego dotykiem, po czym rozpiąwszy rozporek, wsunął się we mnie pewnym ruchem. Nie trwało to ani długo, ani krótko. Czułam, jak po policzkach spływają mi łzy, jednak nie łkałam. Niezdolna do oporu bezgłośnie łapałam powietrze, oddychając w rytm jego pchnięć. Gdy skończył, kazał mi się ubrać i bez zbędnych słów wypuścił mnie z gabinetu. Tak poczęła się Flo. Edward nigdy się o tym nie dowiedział. A ja… ja wyparłam to z siebie. Żeby nie zwariować. I żeby nigdy, przenigdy się z tym przed nikim nie zdradzić. I udało mi się. A przynajmniej miałam taką nadzieję. Nie wiem, w jaki sposób umarła moja córeczka. To znaczy, nie wierzyłam w to, co mi mówiono, nie chciałam słuchać, że spadła ze schodów, że jej nie upilnowano, że to był wypadek. Wypadek! Ale też że jej opiekunka nigdy nie znajdzie już pracy, że jest skończona. Naprawdę mówiono mi takie rzeczy, jak gdyby mogły mieć dla mnie jakąkolwiek wartość w obliczu tak wielkiej tragedii. I nawet jeśli były prawdziwe, nie potrafiłam im zaufać. Nie ufałam już nikomu. Nikomu, bez względu na to, jak ciężko mi było. Tymczasem Edward chodził zasępiony. Nie pogrążony w żałobie, a zafrasowany. Coś nie dawało mu spokoju, coś ewidentnie go gryzło. I nie mogło to być moje spotkanie z Jimem, nie, gdyby się o nim dowiedział, już dawno bym o tym wiedziała. To musiało być coś innego. I było. Edward chciał kolejnego dziecka. Od czasu poczęcia Flo właściwie nie zbliżał się do mnie. Dzieliliśmy razem małżeńskie łoże, lecz na tym kończyła się nasza bliskość. Wiedziałam, że swoje potrzeby zaspokaja gdzie indziej, cieszyłam się jednak, że trzyma się ode mnie z daleka. Nienawidziłam go, nienawidziłam go za to, co mi zrobił. Mimo świadomego wyparcia, nigdy nie zapomniałam mu umieszczenia mnie w tym nieludzkim, zwierzęcym zakładzie. Ale teraz zapragnął kolejnego dziecka. Znowu byłam mu potrzebna. Ja, która nie potrafiłam przemóc się, by dotknąć jego ręki. Oznajmił mi to przy wieczornej kolacji, kilka dni przed jej trzecimi urodzinami. Jego „Chcę potomka” było okrutne. Nie bolesne ani odrażające. Nie. W tamtym momencie uzmysłowiłam sobie, że moja maleńka Flo nigdy się dla niego nie liczyła. Jej śmierć nie była dla niego niczym ważnym. Jej życie nie było niczym ważnym. Liczyło się tylko przekazanie sukcesji, przedłużenie rodu. Uzmysłowiłam sobie też wtedy coś innego, coś, co mnie zmroziło i sparaliżowało nieopanowanym lękiem. Wrócę do kliniki. Nie mogłam na to pozwolić. Wiedziałam, że powrót mnie złamie. I niczego nie zmieni. To nie mogło udać się po raz drugi, tak samo jak nie mogłam dać syna bezpłodnemu mężczyźnie. Miałam tylko jedno wyjście: musiałam uciekać.



Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 05.06.2014r.

1     

Amy Sol Redaktor 13 06 2014 (21:50:20)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj.

Dzisiaj wzbudziłaś we mnie współczucie. Współczucie do Twojej bohaterki. Nie czytałam ostatniego rozdziału i chyba już dzisiaj do niego zajrzę, ponieważ nie mam bladego pojęcia, dlaczego Edward został mężem Judit. Mam nadzieję, że w piątej części kryje się odpowiedź na moje pytanie. Jeśli nie - mam nadzieję, że wyniknie to z kolejnych rozdziałów.

Z początku nie wiedziałam, o jakiej klinice piszesz. Moja ciekawość powoli przerodziła się w przerażenie (być może dziwnie to zabrzmiało, ale ja przeżywam takie momenty, jak gdybym sama była głównym bohaterem). W mojej głowie zaistniało pytanie: Jak Edward, mógł ją w ten sposób potraktować? Z tego wynika tylko tyle, że jest bydlakiem i wcale a wcale nie zależy mu na samopoczuciu i psychice żony. Kiedy czytałam opis sytuacji zaistniałej w gabinecie, od razu miałam wrażenie, że opisujesz po prostu bolesny zabieg. Oj, ile ja razy, będąc małą dziewczynką, musiałam przechodzić różne zabiegi... Ale ten był z piekła rodem. Wręcz nie zmieścił mi się w głowie. Plus za Twoje umiejętności - doskonale przedstawiał przeżycia wewnętrzne bohaterki.

Strona techniczna - znalazłam jeden, maluśki błąd, wynikający zapewne z przeoczenia:
A wszystko dlatego, że nie zabrałam ze sobą.

jej brzmi poprawniej :)

Nie wiem, jak Ty to robisz, że każda część zaskakuje czymś innym - tutaj bólem, w (chyba) czwartej miłością Jima i Judit, w drugim sytuacją z fałszywą przyjaciółką i nieszczęsnym obrazem. Jestem pod wrażeniem :) Widać, że masz nieskończoną ilość pomysłów. I niech jeszcze długi czas się nie kończą! ;D

Za chwilę zabiorę się za przeczytanie 5 części - również z wielką chęcią :)

Pozdrawiam i akceptuję
sufrażystka

Amy Sol Redaktor 14 06 2014 (09:23:33)
błąd poprawiłam :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(55): 55 gości i 0 zarejestrowanych: