Pseudonim: subtelny demon
O sobie: Diabeł tkwi w szczegółach.
Napisanych prac:
- nowości: 6
- wiersze: 109
- proza: 33
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 610 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Dziewczyna z portretu [5]" 31.05.2014
"Dziewczyna z portretu [6]" 05.06.2014
"Wiraże [4]" 05.02.2012

Inne prace tego autora:
"Wiraże [5]" 05.03.2012
"Wiraże [8]" 30.03.2012
"Wiraże [1]" 28.12.2011
"Nadgryzienia" 21.03.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Dziewczyna z portretu [5]

5. Sześć lat wcześniej, Stara Wedel Tęskniłam. Dotykałam grubych zasłon, gładkich kolumn baldachimu, wodziłam nieobecnym wzrokiem za wspomnieniami. W końcu wdrapałam się na środek ogromnego łoża i usadowiwszy się pod samą ścianą, skuliłam w kłębek – dosłowny i mentalny zarazem. Podciągnęłam pod brodę kolana i oplotłam się ciasno ramionami, ale to nie mogło mi pomóc, nie mogło zatrzymać łez. Mój kłębek w głowie nasiąkał coraz bardziej wilgocią, coraz bardziej ciążył. Czy łzy nie powinny nieść ukojenia? Wyjęłam z kieszeni wymiętą, poskładaną kartkę i rozprostowałam ją „Chciałbym zwrócić Ci Fridę. Gdybyś również zechciała – mi ją zwrócić, będę. J.” – odczytałam szeptem, jak gdyby to mogło nadać słowom mocy sprawczej, a tymczasem brzmiały jedynie wciąż tak samo zagadkowo i dotkliwie jak cztery lata temu. Nikt też się nie pojawił. Kto czekałby w końcu tyle czasu? I to w dodatku na mężatkę? Moja matka zaaranżowała małżeństwo. Dowiedziałam się o tym w dniu oświadczyn, na wystawnym przyjęciu zorganizowanym z okazji moich siedemnastych urodzin, nie dalej jak tydzień po powrocie do domu. Dostałam od niej na tę okazję przepiękną suknię w kolorze lnu z głębokim, bogato zdobionym dekoltem, a do tego sznur pereł i czółenka z miękkiej, cielęcej skórki. Już sam prezent powinien być dla mnie ostrzeżeniem, ja jednak uwierzyłam jej niewinnemu, dobrodusznemu zapewnieniu, że zasłużyłam. Kto by pomyślał, jak dobrą była aktorką? Mój przyszły mąż był lordem po szkole oficerskiej tak samo jak Rick. Pięknie prezentował się w mundurze, a jego szlachetne rysy twarzy niczego nie zdradzały. Tak zwany arystokrata pełną gębą. Widziałam, jak już wcale nie taka mała Hal wodzi za nim wzrokiem. Lecz nie tylko ona. Ja również wodziłam. Zastanawiałam się, kim, do licha, jest i co robi na moim przyjęciu. Gdy w kulminacyjnym momencie uklęknął przede mną i zapytał, czy zechciałabym uczynić go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, pytałam samą siebie, jak można się do takiego stopnia znieczulić, by zapewniać o dozgonnej miłości kogoś, kogo się w ogóle nie zna. Nigdy nie otrzymałam odpowiedzi. Tymczasem on klęczał, a ja wpatrywałam się w pierścionek. Gdy podniosłam głowę, by rozejrzeć się po sali w poszukiwaniu pomocy, ujrzałam kątem oka, jak ktoś opuszcza salę. Jim. Tak, zaproszono oczywiście rodzinę Edenwildów, tak samo jak inne liczące się rodziny z Bastille. Nie było w tym nic dziwnego. Jednak skąd znikąd pojawił się grymas satysfakcji na ustach mojej matki, gdy cicho domykały się drzwi salonu? – Tak. Nic więcej z siebie nie wydobyłam, gdy wziął w ramiona moje zesztywniałe ciało. Przez resztę wieczoru czułam się jak w transie i gdy wreszcie mogłam opuścić gości, popędziłam do siebie i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Cisnęłam pierścionek w kąt pokoju i osunąwszy się na ziemię, rozpłakałam. Wtedy łzy tak samo nie niosły ukojenia, jednak gasiły pożar, który mnie trawił. Nie mogłam mu się dać. Musiałam być twarda. Wiedziałam, że żadne protesty nic nie dadzą, wywołają jedynie dezaprobatę i przyniosą wstyd; niczego nie odczynią. Tradycją było swatanie dzieci z zamożnych rodzin, nie sądziłam jednak, że tak szybko postanowią pozbyć się mnie z rodzinnego gniazda. A planowali znacznie szybciej, niż myślałam. Następnego dnia przy śniadaniu, na którym obecny był mój narzeczony oraz nasi rodzice, ustalono, że gdy tylko pokojówki spakują moje bagaże, wyruszamy do Dal. Co najmniej tysiąc kilometrów stąd. Zakrztusiłam się herbatą. – Ręczę, że Edward dołoży wszelkich starań, by państwa, ba!, już niedługo nasza wspólna córka czuła się u nas jak najlepiej – zapewnił tubalnym głosem ojciec mężczyzny znajdującego się po mojej lewej stronie. Dziś nie był w mundurze. Miał na sobie białą, starannie wykrochmaloną koszulę i szare, filcowe spodnie włożone w wysokie, wypolerowane na najwyższy połysk buty. Był ode mnie o kilkanaście lat starszy, miał gęste włosy i używał mocnej wody po goleniu. Ani razu na mnie nie spojrzał. Siedzieliśmy obok siebie, a on usługiwał mi, jak na gentlemana przystało, podając mi to koszyczek chleba, to upewniając się, czy moja filiżanka nie jest pusta, odzywając się tylko wtedy, gdy było to wskazane czy pożądane. Każdy jego ruch był pieczołowicie wyreżyserowany. Czułam się jak na przedstawieniu, gdzie każdy gra swoją rolę. Na szczęście (czy może udrękę) moim zadaniem było jedynie ładnie wyglądać, kiwać głową i rumienić się w odpowiedzi na komplementy. Nikogo nie interesowało moje zdanie. Jeśli postanowiono spakować mnie w porze śniadania, pakowano. Jeśli planowano wydać mnie za zupełnie obcego człowieka, czyniono to. “Taka jest jedyna, jedynie słuszna powinność kobiety!”, jak grom przetoczyły mi się przez głowę słowa Jutrzni. “Ślepe wykonywanie poleceń, uległość i wydawanie na świat kolejnych nieszczęść”, pomyślałam, zrezygnowana. Zrezygnowana, tak właśnie się czułam, gdy siedząc w pociągu do Dal, ściskałam kurczowo podany przez Ricka świstek papieru od Jima. Podany zbyt późno. Nikt bowiem nie chciał słuchać, że narzeczona lorda Edwarda pragnie pożegnać się z najbliższymi, z przyjaciółmi, że śmie opóźnić wyjazd. – Twoje życie tutaj już się skończyło – zasyczała mi do ucha matka, gdy Jan z pokojówkami wbrew moim rozpaczliwym protestom wynosili z sypialni mój niewielki dobytek. – Pogódź się z tym. Ale kiedy ja nie mogłam. Musiałam spotkać się z Jimem. Musiałam! Od naszego ostatniego spotkania, nie licząc kurtuazyjnego powitania na przyjęciu pod czujnym okiem rodziny i znajomych, ani razu się nie widzieliśmy. Gdy z zamku wygonił nas zbliżający się mrok, Jim odprowadził mnie jak w dzieciństwie pod kuchenne drzwi, kryjąc się w cieniu wierzb, rosnących wzdłuż leśnej rzeczułki przecinającej tyły naszego podwórza, by nikt ze służby go nie zauważył. Wtedy też widziałam go ostatni raz, ostatni raz dotykałam palcami jego ust i słuchałam jego słów. Dopiero leżąc w łóżko przypomniałam sobie o obrazie, ale nie był wtedy ważny. Mieliśmy czas (jak bezlitosnym było dać nam w to wierzyć). Tymczasem znów mi się wymykał, z każdym kilometrem rosła między nami przepaść, a ja czułam się, jakbym tym razem to ja wypychała go poza spróchniały dawno płotek okalający szczyt Jasnej Polany. Ślub był huczny. Mnóstwo ludzi, których nie znałam i których nie chciałam poznać, i ani jednej bliskiej mi osoby. Nie było nawet moich rodziców, którzy już w domu pobłogosławili nasz związek. “Obyś była żoną pamiętającą o swych powinnościach, stawiającą sobie świętość rodziny ponad wszelką miarę”, wyrecytowała matka zjadliwie życzliwym głosem. Jakbym miała jakieś inne wyjście. Robiło mi się niedobrze na widok spasionych mężczyzn pod pięćdziesiątkę, których wielokrotne podbródki ściekały tłuszczem, ocierane metodycznie przez ich młodziutkie, zahukane żony. Wydawać by się mogło, że powinnam była dziękować nieznanej mi sile wyższej, że nie trafił mi się żaden z nich, jednak nie potrafiłam. Mój mąż mnie ignorował. Z początku sądziłam, że to jedynie mylne wrażenie, zważając na stan, w jakim się znajdowałam, jednak z biegiem czasu coraz bardziej umacniałam się w tym przekonaniu. Umiejętnie oszukiwał spojrzenia ludzi z naszego otoczenia, tworząc iluzję szczęścia, przeciw której nie oponowałam, ale jego poczynania, cała ta szopka całkowicie mnie odrzucały. Mimo wszystko byłam grzeczna i cicha. Cicha, tak o mnie mówili. Czasem też miła, skoro nie zatruwałam otoczenia własnymi, nieinteresującymi nikogo poglądami. Spisywałam się. Tylko pierwsza noc była bolesna. Edward kazał mi się rozebrać, gdy tymczasem sam wyszedł zapalić. Dużo palił. Gdy wrócił, rzekł tylko: “Bieliznę również”, po czym sam udał się za parawan. Stałam więc naga obok łóżka z porządnie złożonymi ubraniami obok nóg. – Zanim wejdziesz do łóżka, zanieś je do szafy – rozkazał, gdy wyszedł w szlafroku zza przepierzenia. Spuściłam wzrok i zawstydzona własną nagością, wykonałam polecenie. Czułam się podwójnie upokorzona. Po pierwsze, obcy człowiek (mąż czy nie mąż, co za różnica) kazał mi sprzątać, uprzednio każąc się rozebrać. Po drugie, ten człowiek wcale mnie nie pożądał. Wiedziałam o tym już w tamtym momencie, gdy posłusznie wkładałam swoje rzeczy do przydzielonej mi części garderoby. Gdy się odwróciłam, spoglądał na mnie władczym wzrokiem. Nie żarliwym, lecz despotycznym, wypranym z emocji spojrzeniem. Byłam jego własnością. Nasz pożycie było trudne. Pierwsza noc niewiele różniła się od pozostałych, tak że powoli, z mozołem udało mi się wykształcić system obronny, polegający na całkowitym wyjęciu się na czas prokreacji z rzeczywistości. I tylko czasem, gdy mój system zawodził lub gdy zdarzyło mu się zbyt wiele wypić, tracił nad sobą panowanie. Jednak pamiętał, by nigdy nie bić po twarzy “swojej słodkiej, lordowskiej żony”. Byłam suką na zmianę ze słodką żoną w zależności od pory dnia i nocy, ale najczęściej, nieoficjalnie, po prostu lordowską własnością. Całkowicie zatraciłam szacunek do własnej osoby, zatraciłam się w okazałej posiadłości, wśród przepychu i fałszywych uśmiechów. Nie ufałam nawet pokojówkom. Kiedyś, krótko po ślubie, zapragnęłam jednej z nich się zwierzyć, jednak nie potrafiłam dobrać odpowiednich słów, więc po dłuższej pauzie po prostu ją odprawiłam. Tymczasem ona dorobiła do tego całą historię niedoli żony lorda, za co straciła posadę, a ja po raz pierwszy poczułam, co oznacza gniew męża. Jedynym, co lubiłam w Dal, był ocean. Zwłaszcza w pochmurne dni lubiłam przechadzać się po plaży, gdy lord Edward wybierał się na polowanie lub ryby, przywożąc na ogół opowieści o taaakich sztukach, które nielichym cudem umknęły losu lordowskiej kolacji. Lordowskiej. Wszystko bowiem było tu lordowskie. Do znudzenia i czynności fizjologicznej, o której nie wypada mówić – lordowskiej żonie. To właśnie tutaj, na plaży, wśród gwizdu wiatru i szczekania mew, zastała mnie zasmucająca, ale też przepełniająca – na przekór oczekiwaniom i światu – dziwną nadzieją wiadomość. Umarła bowiem moja matka. Było to wydarzenie godne lordowskiej fatygi, tak że wraz z otrzymaniem depeszy połowa dworu rozpoczęła przygotowania do wyjazdu. Miałam wrócić do Bastille. Nie mogłam w to uwierzyć. Bez przerwy szczypałam się w palce, by pozbyć się z ust błąkającego się mimowolnie uśmiechu. Nie mając ku temu zupełnie żadnych podstaw, liczyłam na cud. Bliżej nieokreślone wydarzenie, które odmieni moje życie. W głębi serca wiedziałam, czyje nosi imię i jakie w dotyku są jego włosy. Tak bardzo pragnęłam zanurzyć w nich palce. Tymczasem mój pobyt w Bastille dobiegał końca tak samo jak czas, który mogłam spędzić na Wedel, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Otarłam twarz wierzchem dłoni, uważając, by nie ubrudzić tuszem jasnych mankietów sukni i gdy zsuwałam się już z wysokiego łoża, by wrócić z “przechadzki dla zdrowia” do zaborczego męża, drzwi komnaty otworzyły się z cichym pomrukiem i stanął w nich mój ojciec. – Ojcze… co tutaj robisz? – wydusiłam z siebie zdezorientowana. Skąd wiedział, gdzie mnie szukać? Czy byłam śledzona? – Córeczko, nie mamy czasu. Musisz mi powiedzieć, gdzie jest obraz. – Jaki obraz...? – zapytałam, choć domyślałam się odpowiedzi. – Chyba nie chodzi ci… chyba nie myślisz o Fridzie… – wymsknęło mi się. – Skąd znasz jej imię? – szok zmieszany z niedowierzeniem wykwitł na jego twarzy. – Usłyszałam je kiedyś. Tutaj, w pałacu. – Kiedy? – zapytał zatrwożony. – W dzieciństwie. Tak dawno temu to było. Bawiliśmy się z Jimem w jednej z komnat starej Wedel, gdy usłyszeliśmy czyjeś podniesione głosy. Przestraszyliśmy się najpierw, że zostaniemy nakryci na zapuszczaniu się do zamkniętej części zamku, więc ukryliśmy się w szafie. Gdy sądziliśmy, że zagrożenie minęło, ktoś, jakiś mężczyzna, zawołał ją po imieniu. Fridę. Lecz ona zdążyła już wybiec na korytarz. Przemknęła tuż obok nas z rozwianymi włosami, w rozpiętej, ledwie opinającej jej obnażone piersi sukience, którą przytrzymywała śniadymi rękami i zatrzymała się przy oknie. Była służącą. I była taka piękna… Wiele lat nie mogłam zaakceptować swojego własnego odbicia tylko dlatego, że tak różniło się od tamtego ideału. Pogrążyłam się we wspomnieniu, tymczasem ojciec przysiadł na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. Gdy ją podniósł, był innym człowiekiem. Ze ściśniętym sercem patrzyłam, jak błaga mnie, bym zwróciła mu Fridę. Prosił o obraz, lecz tak naprawdę chodziło mu o coś, czego nie mogłam mu dać. I nie chodziło o to, że nie byłam w posiadaniu portretu. Nie byłam w stanie zwrócić mu tamtych dni. Ani ich, ani tamtej utraconej miłości. – Dlaczego tak bardzo ci na nim zależy? – To jedyna po niej pamiątka. Po moim szczęśliwym życiu. Nawet nie wiesz… Wiedziałam. Postanowiłam zrobić co w mojej mocy, by odzyskać Fridę. Nawet jeśli miało się to wiązać z ogromnym smutkiem. Wszystko bowiem, co wiązało się z obrazem, wiązało się nierozerwalnie z Jimem. „Chciałbym zwrócić Ci Fridę. Gdybyś również zechciała…” powtórzyłam po raz kolejny w myślach. Nigdy w jakiś szczególny sposób nie zależało mi na obrazie, teraz jednak miałam dobry powód, by go odzyskać. I by znów spotkać się z Jimem. – Odnajdę ją, tato.



Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 31.05.2014r.

1     

Amy Sol Redaktor 13 06 2014 (22:14:15)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Doskonały rozdział. Rozwiałaś moje wątpliwości co do Edwarda. Wiesz, szkoda mi, że Judit zgodziła się na ten ślub. Być może byłoby to nietaktowne bądź niegodne takiej damy, ale ja bym na jej miejscu odmówiła i w najgorszym przypadku - zbuntowałabym się i uciekła do Jima. Rozumiem jednak Twój zamysł - życie nie jest bajką, często podejmujemy nieodpowiednie decyzje, np. pod wpływem emocji lub strachu. Doskonale oddajesz tę prawdę w swoich pracach. Dziękuję Ci za chwile wzruszeń, ale także zadowolenia, i czekam z niecierpliwością na kolejną część :) Bezapelacyjnie wystawiam 6 :))

Ilveran Redaktor 03 06 2014 (15:03:03)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Kiedyś czytałam wiele opowiadań. Sama wiele pisałam i chciałam... stworzyć właśnie coś takiego. Coś, co będzie drażnić na ekranie i zdawać by się mogło, będzie idealne jedynie na papierze. Właśnie wtedy osiągnie ten kulminacyjny moment zachwytu.
Nigdy nie sądziłam, że opowiadanie osadzone w dawniejszych ramach czasowych pochłoną mnie bez reszty i połknę wszystkie pięć części za jednym razem. Z racji tego, że nie są zbyt długie powinnaś koniecznie dobić do jakieś setnej odsłony.
Opisy, dialogi, wszystko przed przecinkiem i po, w cudzysłowie, wszystko, wszystko jest takie mega-naturalne i bliskie. A o bliskość w prozie bardzo trudno. I już teraz wiem, że koniecznie musisz napisać tą książkę, i że wierzy w Ciebie nie tylko D., ale również ja. Z całą mocą.

Ode mnie sześć, od początku do końca.

subtelny demon Użytkownik WPMT 04 06 2014 (18:07:37)
Dziękuję Ci, Mar, to wiele dla mnie znaczy, naprawdę. Dziękuję.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(76): 76 gości i 0 zarejestrowanych: