Pseudonim: subtelny demon
O sobie: Diabeł tkwi w szczegółach.
Napisanych prac:
- nowości: 6
- wiersze: 109
- proza: 33
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 610 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Dziewczyna z portretu [5]" 31.05.2014
"Dziewczyna z portretu [6]" 05.06.2014
"Wiraże [4]" 05.02.2012

Inne prace tego autora:
"Wiraże [11]" 01.06.2012
"Wiraże [9]" 22.04.2012
"W oku uczuć. Rozdział 4" 02.05.2011
"Nadgryzienia" 21.03.2013
"Wiraże [8]" 30.03.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Dziewczyna z portretu [3 i 4]

3. Dziesięć lat wcześniej, Bastille Dom. Okazała willa, nie zamek, ale też nie byle co. Zresztą dziś już nikt nie mieszkał w pałacach, nawet Edenwildowie, zamieszkujący jedynie użytkową część Wedel, oddaloną nieco od właściwego zamku, która z dawnym pałacem miała tyle wspólnego, co ich pochodzenie z arystokracją. Nikt jednak nigdy o tym głośno nie mówił, jedynie kucharki nad obieraniem ziemniaków, a i one cichły, gdy wbiegaliśmy rozwrzeszczani, umorusani i głodni do kuchni. Dom. Słowo-alegoria, w większości wypadków trafione. W tym, wydawać by się mogło, również. Dom, czyli ciepło, bezpieczeństwo, schronienie. Ale dom to również wspomnienia, wiele wspomnień. Wszelako różnych. Dom to w końcu na ogół rodzina, a z rodziną, jak powszechnie wiadomo, najlepiej wychodzi się na zdjęciach. W oczekiwaniu na rodziców, których Jan, nasz nieśmiertelny lokaj, powiadamiał właśnie o moim przybyciu, przyglądałam się rodzinnym fotografiom. Stały równiutko na przestronnym cokole kominka, oprawione w ciemne, drewniane ramki. Ta najbardziej przykurzona, pozostawiona gdzieś w tyle przedstawiała chudą, dość wysoką jak na swój wiek dziewczynkę o wielkich, nieufnych oczach. „Niewiele się zmieniło, co, Jud?”, pomyślałam, wpatrując się z zasępieniem we własne oblicze, przyglądające mi się z lustra absurdalnej wielkości, umieszczonego nad kominkiem w centralnej części Niebieskiego Salonu. I nie chodziło o to, że zawsze taka byłam, przedwcześnie zgorzkniała i zawiedziona światem. Nie. Po prostu nie lubiłam wizyt u fotografa. Wciskano mnie wtedy w przyciasne sukienki o gryzących koronkach i kazano się uśmiechać, choć wcale nie było mi do śmiechu. Co innego Rick. On zawsze był tym “słodkim aniołeczkiem”, przynajmniej zza szybki. A kim był teraz? – Judit! – wykrzyknęła matka z wyraźną przesadą, podobną tej malującej się, czy też wymalowanej nadgorliwą ręką na jej twarzy, przerywając gwałtownie moje kontemplacje. – Wyrosłaś na dostojną pannę! Nie żadne „Tak bardzo tęskniliśmy” albo chociaż „Jak dobrze cię widzieć”. Wyrosłaś na dostojną pannę. Dostojną. Czy ona naprawdę tak do mnie powiedziała? Całą sobą powstrzymałam się przed rzuceniem jej w twarz zjadliwej uwagi i z nic nie zdradzającą miną odparłam, sztywno prostując plecy: – Dziękuję, matko. Obie zachowałyśmy dystans, mierząc się wzrokiem. Ona, kobieta w średnim wieku, zadbana, wyprana ze wszystkiego, co szkodzi urodzie, nieugięta w kwestiach przestrzegania etykiety i chciwa uwagi. Oraz ja, jej młodsze odbicie, szczupłe i, jak można sugerując się rysami twarzy błędnie zakładać, wyniosłe, pozbawione skrupułów dziewczę z wyższej klasy. Tzw. panna z rodowodem. Jak pies. Bardzo ładna, rasowa suka o bujnych, kasztanowych lokach, okrągłych oczach lolity, naturalnie czerwonych ustach. Wąskiej talii, pełnej piersi i łabędziej szyi. Nie mogła na mnie patrzeć. W końcu ojciec przerwał tę niewdzięczną ciszę, zapraszając wszystkich do jadalni. Przechodząc obok niego w drzwiach salonu, poczułam, jak delikatnie dotyka moich pleców. Przystanęłam, obserwując matkę, lecz ta szła, nie odwracając się za siebie. Ojciec złożył krótki pocałunek na czubku mojej głowy. – Witaj w domu. – Dziękuję – odszepnęłam, nie odwracając się, po czym ruszyłam dalej, w ślad za rodzicielką. Nawet jeśli zdołała wychwycić kątem oka całą tę sytuację, nie dała tego po sobie poznać. Jadalnia, czyli jadalnia główna, znajdująca się między Salonem Niebieskim a Dziennym, przeszła znaczne renowacje od czasów mojego dzieciństwa. Przede wszystkim stół nie był już owalnym mahoniowym kolosem, lecz stoliczkiem, długim i wąskim, o misternie rzeźbionych nóżkach z jasnego, lakierowanego drewna. Do kompletu były krzesła o pajęczej konstrukcji, sprawiające wrażenie zdecydowanie mało stabilnych; sekretem okazało się metalowe wzmocnienie, które ziębiąc w plecy, obniżało o kilka kresek i tak już nie najcieplejszą atmosferę. Centralną część jadalni zajmowało podłużne, utrzymane w barokowej stylizacji lustro (kolejne), będące jedyną faktyczną ozdobą, nie wliczając brzydkich, kwiecistych grafik w ponurych barwach, skonfrontowane z przeciwległym rzędem wysokich, sięgających sufitu, otwartych na oścież dziś okien. To właśnie przez jedno z nich, usadowiona po środku stołu między rodzicami zajmującymi miejsca u jego szczytu, wypatrzyłam Ricka, zmierzającego prosto w moją stronę. Raźnym krokiem przeskoczył futrynę i nie zważając na święte oburzenie matki, podszedł prosto do mnie. – Juda! – przytulił mnie z całą swoją braterską miłością. – Gdzieś ty się podziewała tyle czasu! I gdzie ta ruda małpa? Wyrosłaś na śliczną dziewczynę! Szczerze zdziwiła mnie jego wylewność. Co prawda, gdy opuszczałam Bastille, oboje byliśmy dziećmi, a nasze osobowości dopiero miały zostać ukształtowane, byłam jednak w szoku, że nie poddał się tyranii Akademii Oficerskiej, że nie odcisnęła na nim swojego piętna. W końcu zawsze wydawał mi się taki bezbronny. Czyżby tylko pozory? Wyciągnął mnie na odległość ramion, z przekornym „Niech no ci się przyjrzę”, gdy tymczasem ja zastanawiałam się, kim jest ten wysoki, dobrze zbudowany młodzieniec o łagodnej twarzy anioła. Bo, tak, wciąż był rozkosznym, małym aniołeczkiem z rodzinnych fotografii. – Nic się nie zmieniłeś! – oznajmiłam oskarżycielsko, szturchając go palcem w pierś, po czym oboje roześmialiśmy się serdecznie. Tak bardzo brakowało mi bratniej duszy. Nawet nie wiedziałam, jak. Po skończonym posiłku i „wygłupach”, jak nie omieszkała zrugać nas rodzicielka, zostaliśmy w końcu sami. Miałam tak wiele pytań, ale nim zdążyłam zadać jakiekolwiek, Rick nakazał mi milczenie, po czym przegnał nas prawie biegiem prosto do letniej, gęsto porośniętej bluszczem altanki. – Mam coś twojego – zaczął tajemniczo, a ja zamieniłam się w słuch. Okazało się, że mój obraz, moje dzieło życia jest w Bastille! Dotarło tutaj wraz z listem wysłanym przez władze uczelni – chyba w charakterze dowodu “zbrodni”, jak zrozumiał Rick z kłótni rodziców. Wszystko miało miejsce akurat w porze zimowych ferii brata. – Matka szalała. Wstyd i gańba, gdzie ona się naoglądała takich rzeczy? Gdzie! – Rick przez chwilę bawił się w przedrzeźniacza. – Tymczasem ojciec nie reagował. Jakby nie brał udziału w kłótni. Siedział jedynie w fotelu i skubiąc brodę, patrzył na obraz. Podglądałem przez niedomykające się skrzydło – dodał w odpowiedzi na moje niezadane pytanie. Rzeczywiście, jedne z drzwi Niebieskiego Salonu się nie domykały i często podglądaliśmy przez nie z bratem. Tymczasem Rick ciągnął dalej: – W pewnym momencie matka nie wytrzymała jego milczenia, złapała za obraz i chciała go cisnąć do kominka. Dopiero wtedy ojciec zareagował. Wyjął jej obraz z rąk, mamrocząc, że zrobi sobie krzywdę i wyszedł z nim z pokoju. Widziałem, jak wręcza go Janowi i coś mu szepcze. Bałem się, że Jan go zniszczy, nic jednak nie mogłem zrobić. – Dlaczego chciałeś go… ocalić? – przerwałam mu dość obcesowo. Było dla mnie nielogicznym, że ktoś chciał zrobić coś dla mnie i to zupełnie bezinteresownie. – Chciałem… chciałem go zobaczyć. No tak, oczywiście. Był ciekaw, za co siostry o mało nie wyrzucili ze szkoły. Kiwnęłam jedynie głową, widać jednak nie dość przekonująco. – To nie tak. Zresztą… słuchaj dalej. Jan, jak możesz się domyślić, nie wyrzucił twojej pracy, zaniósł ją tylko na strych i schował za szafą. Nawet nie wiesz, ile się jej naszukaliśmy… – My? – nie zrozumiałam. – Ja z Jimem. Jim. Przełknęłam ślinę. – Ach tak… Co u niego? – Wszystko w porządku, wrócił właśnie z… – zatrzymał się nagle. – Skąd ta nagła ciekawość? – przekrzywił głowę w irytujący sposób. – Po prostu – ucięłam niezbyt zgrabnie, wiedziałam jednak, że lepsze to niż zawiłe tłumaczenia. Zmieniłam taktykę. – Gdzie mój obraz? – U niego – powiedział i wstając, uśmiechnął się szeroko na widok osoby za moimi plecami. 4. Jak sen Jim. Dorosły Jim Edenwild. Jak sen. Bo był snem, okrutnym koszmarem, który budził mnie po nocach, a ja nie rozumiałam, nie rozumiałam, nie rozumiałam. By w końcu pojąć. Szedł, nonszalancko stawiając stopy, a jego długie, kręcone, kruczoczarne włosy falowały na wietrze. Mój świat skurczył się do jednego człowieka. Tyle nocy pragnęłam zmierzyć się z jego ramionami, a teraz miałam je nie dalej jak na wyciągnięcie rąk. Stałam, choć nie pamiętałam, kiedy wstałam. Rick gdzieś przepadł, ale nie dbałam o to. Czułam się znów jak we śnie, ale to nie mógł być sen. We śnie nigdy nie drżały mi ręce, nie słyszałam świszczenia wiatru, nie miałam też szans na spotkanie z dziwnym nieznajomym z moich snów. Jim podszedł i z czułością odgarnął mi z czoła zabłąkane pasmo włosów. – Judi… – szepnął, pochylając się nade mną. – Tak wiele dni, wiele zim… – …gdzie marzłeś ty, gdy byłeś mi... – odszepnęłam słowami starej piosenki, którą nuciła nam niania w zimowe wieczory, a on pochylił się jeszcze bardziej i lekko obejmując mnie w talii, dokończył wprost w moje usta: – …mą najsłodszą zgubą – ostatnie głoski wpychając mi głęboko do gardła. Nie czekając na moją reakcję, zacisnął palce na mojej dłoni i pociągnął mnie za sobą. Więc biegliśmy, pędziliśmy w kierunku starej Wedel, gnani wiatrem i pożądaniem, które rozkwitło jak piorun, nagle i jasno. Stara Wedel przywitała nas jak zwykle tajemniczą twarzą setek okien, goszcząc w swej najlepszej sypialnej komnacie, w której jako dzieci uwielbialiśmy się bawić w deszczowe dni. Lecz nie byliśmy już dziećmi. Jim zamaszystym ruchem zerwał ciężką kotarę baldachimu i rzucił ją na brudny, zakurzony materac, po czym odwrócił się do mnie. W jego oczach nie było niczego znajomego. Stałam sparaliżowana, gdy podszedł, a ja bezwiednie poddałam się jego woli, przywierając do niego jak dziecko, ufne i oddane. Tymczasem on dotykał moich włosów, twarzy i ust, jakby upewniał się, że są prawdziwe, że naprawdę tu jestem. Później sięgnął do zapięcia mojej sukienki i zsunął mi ją z ramion. Zostałam jedynie w bieliźnie i mlecznobiałym, mocno zasznurowanym gorsecie. Kazał mi się odwrócić i całując szczyt moich pleców, zabrał się za jego rozwiązywanie. Gdy skończył, zdjął go i odłożył na pobliską, opierającą się jeszcze kornikom komodę. – Odwróć się – powiedział. Nie była to ani prośba, ani rozkaz. Zawstydzona, wykonałam polecenie, czując nieodpartą chęć osłonięcia się. Musiał to wyczuć, bo powiedział: – Nie rób tego. Jesteś piękna. Piękna. Nikt mi tego nigdy wcześniej nie powiedział. Nie powiedział, bo i nie miał ku temu okazji. I choć nie uważałam się już za brzydulę, moja niechęć do luster na przestrzeni ostatnich lat bynajmniej nie zmalała, by nie powiedzieć, że wzrosła, z mężczyznami zaś nie miałam zbyt wiele wspólnego przez wzgląd na charakter miejsca mojego przymusowego, siedmioletniego pobytu. Miejsca, z którego uwolniłam się nie dalej jak wczoraj. Jutrznia na nasz widok zeszłaby na zawał i to co najmniej trzykrotnie. Mimo wszystko nie czułam się swobodnie. Nie wiedziałam, co jest dobre, a co złe, a gdzieś z tyłu głowy wciąż miałam słowa wpajane nam przez szkołę. Ale dlaczego miałabym im zawierzyć? Nieśmiało podniosłam rękę i dotknęłam jego twarzy. Oprócz krótkiego, urwanego pocałunku w altanie jeszcze mnie nie pocałował. Czy tak powinno być? Wspięłam się na palce, lecz ubiegł mnie i schyliwszy się nagle, zgarnął moje oniemiałe, drżące ciało z podłogi i przeniósł na łóżko. Stał przez chwilę nade mną, a ja, prawie naga, zapłonęłam wstydem. Objęłam się ramionami, niepewna, co począć, gdy zaczął rozpinać guziki własnej koszuli. Moim oczom powoli ukazywał się jego tors, a później wyraźnie zarysowane mięśnie płaskiego brzucha. Kiedy skończył, wszedł boso na łóżko i wziął mnie w ramiona. Śniłam, ale to nie był sen. To był mój jeden dzień. Jeden dobry dzień – rzucony na przeciwwagę pozostałych.



Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3    
Data dodania: 07.05.2014r.

1     

Amy Sol Redaktor 18 05 2014 (17:49:03)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Witaj,
na początek chciałabym powiedzieć, że mimo błędów, które popełniłaś, uważam tę część, jak na razie, za najlepszą :)

Twój styl pisania urzekł mnie już w pierwszym rozdziale. Budujesz solidne, długie zdania (niekiedy aż za długie), ale, o dziwo, akcja dzięki nim bardzo szybko się toczy. Opisy są wręcz idealnej długości - nie za długie, nie za krótkie. Dostarczasz czytelnikowi wszelkich potrzebnych informacji, a jednocześnie nie upychasz zbyt wielu faktów, co często zdarza się mniej doświadczonym pisarzom i pisarkom :) Chylę głowę za to.

Oprócz tego świetnie przekazujesz emocje - czytając, miałam wrażenie, iż jestem uczestniczką rozgrywanych wydarzeń. Moimi ulubionymi fragmentami są:
- gdy następuje konfrontacja Judit z jej matką;
- akt miłosny, że tak to ujmę, Jima i głównej bohaterki.
Twoja opowieść ma jakąś taką magię, dzięki której przyciąga czytelnika. Naprawdę.

Strona techniczna wypadła dobrze, aczkolwiek mam kilka zastrzeżeń, na które chciałabym zwrócić Twoją uwagę. Pierwszą rzeczą są powtórzenia. Mam wrażenie, iż zastosowałaś je w obu przypadkach specjalnie, jednak, gdy się czyta, źle brzmią. Chodzi mi o te fragmenty:

Dom. Słowo-alegoria, w większości wypadków trafione. W tym, wydawać by się mogło, również. Dom, czyli ciepło, bezpieczeństwo, schronienie. Ale dom to również wspomnienia, wiele wspomnień. Wszelako różnych. Dom to w końcu na ogół rodzina, a z rodziną, jak powszechnie wiadomo, najlepiej wychodzi się na zdjęciach. W oczekiwaniu na rodziców, których Jan, nasz nieśmiertelny lokaj, powiadamiał właśnie o moim przybyciu, przyglądałam się rodzinnym fotografiom.


Czułam się znów jak we śnie, ale to nie mógł być sen. We śnie nigdy nie drżały mi ręce, nie słyszałam świszczenia wiatru, nie miałam też szans na spotkanie z dziwnym nieznajomym z moich snów.

Kolejnym razem radziłabym używać synonimów - może nie w każdym przypadku, ale jednak. W takiej postaci, no sama oceń, wygląda nie zbyt dobrze, a wydźwięk ma jeszcze gorszy.

Przejdę do błędów nieco innej maści.

Przede wszystkim stół nie był już owalnym mahoniowym kolosem, lecz stoliczkiem, długim i wąskim

Drugi przecinek wydaje mi się zbędny.

To właśnie przez jedno z nich, usadowiona po środku stołu

pośrodku!

– Gdzieś ty się podziewała tyle czasu!

Teoretycznie jest to pytanie, dlatego też radziłabym na końcu użyć pytajnika.

Czyżby tylko pozory?

A nie zjadłaś zaimka rzeczownego "to"? ;)

Bo, tak

Przecinek jest zbędny.

Wstyd i gańba, gdzie ona się naoglądała takich rzeczy? Gdzie(?)!

A nie "hańba"? Wyszukałam w internecie, że słowo "gańba" = "wstyd" w "języku ślońskim", ale czy było to celowe zamierzenie? Ach, no i znów brak pytajnika.

– Ach tak…

A powyżej powinnaś rozdzielić obydwa człony przecinkiem.

To tyle uwag ode mnie.

Tak czy siak, jestem zauroczona (jak zwykle ;D) Twoim tekstem. Widać Twój warsztat i pracę, jaką wkładasz, by napisać coś naprawdę dobrego. Ale wciąż zastanawia mnie kategoria. Czy aby na pewno jest prawidłowa? Myślę, że to świetny materiał na powieść, nie tylko na opowiadanie. Przemyśl to. Oczywiście do niczego nie zmuszam; jedynie sugeruję.

Mam nadzieję, że niedługo pojawi się kolejna część :) Czekam na nią z niecierpliwością (i z góry przepraszam, że Twoja praca "siedziała" w poczekalni aż 11 dni).

Dzisiaj 5 ode mnie.

Pozdrawiam ciepło
sufrażystka


subtelny demon Użytkownik WPMT 19 05 2014 (10:44:53)
Co do powtórzeń częściowo były zamierzone, ale chyba momentami rzeczywiście wymknęły mi się spod kontroli (jak np. z tą rodziną - zupełnie nie zwróciłam na to uwagi, dzięki ;).

Gańba to archaizm od słowa hańba, mówiły tak jeszcze nasze babki... btw. słowo "śloński" jest obrzydliwe, nie uważasz?

Dzięki za wnikliwą analizę techniczną, byłabyś dobrym korektorem ;) Pozdrawiam!

Amy Sol Redaktor 19 05 2014 (17:01:44)
No wiem, wiem, że obrzydliwe ;) Szczerze przyznam, że nie wiedziałam, iż jest to archaizm, tak więc dziękuję bardzo za rozjaśnienie. I za docenienie moich możliwości! ;) Pozdrawiam raz jeszcze.



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(21): 21 gości i 0 zarejestrowanych: