Pseudonim: subtelny demon
O sobie: Diabeł tkwi w szczegółach.
Napisanych prac:
- nowości: 6
- wiersze: 109
- proza: 33
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 610 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Dziewczyna z portretu [5]" 31.05.2014
"Dziewczyna z portretu [6]" 05.06.2014
"Wiraże [4]" 05.02.2012

Inne prace tego autora:
"W oku uczuć. Rozdział 5" 04.05.2011
"W oku uczuć. Rozdział 8" 08.05.2011
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Wiraże [5]" 05.03.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Dziewczyna z portretu [2]

2. Czternaście lat wcześniej, Szkoła Dobrych Panien Gdy miałam dziewięć lat, rodzice zdecydowali się "skierować" mnie do "wytwornej szkoły dla małych dam". Tak powiedzieli, słowo w słowo. "By wyplenić ze mnie tę ohydną chłopięcość", czego nie rozumiałam, ale pojęłam zrazu, że wina leży po mojej stronie, więc przystałam na ich propozycję, by móc w końcu "dorosnąć" do ich "oczekiwań" (większości ich słów nigdy nie zrozumiałam, ani wtedy, ani nawet teraz, bacząc na ich przewrotne, głęboko raniące znaczenia). Kiedy rankiem zimnego, pochmurnego października wsadzali mnie wraz z ogromnym kufrem do wagonu dalekobieżnego expresu Bastille-Yps i życzyli mi owocnej nauki, zapomnieli dodać, że długo się nie zobaczymy, bo moja przyszła szkoła to więzienie bez odwiedzin i listów, ale, co ważniejsze, bez przyjaciół. Pierwszych dni nie pamiętam zbyt dobrze, by nie powiedzieć: wcale. Ktoś mógłby zdiagnozować tę lukę w mojej pamięci jako syndrom wyparcia, lecz jeśli takowa przypadłość w ogóle istnieje, powinna towarzyszyć mi nieco częściej, staranniej dobierając mój bukiet wspomnień. Bądź co bądź byłam wdzięczna mojej niepamięci, że oszczędziła mi męki rozpamiętywania tamtych chwil, niewątpliwie ciężkich i traumatycznych. Gdy opuszczałam po siedmiu długich latach wysokie mury Szkoły Dobrych Panien, jedna z pielęgniarek, pani o siwiejących włosach, zatrzymała mnie i wcisnęła coś miękkiego w garść. – Przepraszam – wybełkotała zawstydzona, oddalając się pospiesznie. Patrzyłam, jak odchodzi, ale wtedy byłam już inną osobą. Nie współczułam jej. Kiwnęłam jedynie głową i rozprostowałam palce. Na dłoni leżała niebieska chusteczka. W rogu znajdowały się haftowane kremowym kordonkiem inicjały: J.E. Jim Edenwild. Mój Jimmy z Jasnej Polany. Przytknęłam pospiesznie kawałek tkaniny do nosa i zaciągnęłam się, naiwnie. Bo czymże mógł pachnieć po tylu latach? Jedynie kurzem i naftaliną. Cisnęłam go do pierwszego kosza, opuściwszy mury szkoły. Ale to było później. Wcześniej, gdy już "zaklimatyzowałam" się w ośrodku, który miał "wyprowadzić" mnie "na ludzi", a który skutecznie mnie odczłowieczył, ucząc, jak uniewrażliwić się na ból – tak własny, jak i obcy – poznałam, co znaczy "zaleźć komuś za skórę" i poczuć tego konsekwencje. To było w czwartej klasie. Miałam prawie czternaście lat i z brzydkiego "chłopaka raczej niż dziewczyny" wyrastałam na śliczne "jak sama jutrzenka" dziewczę – jak drwiłyśmy, mając w myślach profesor Jutrznię, kobietę tyle zasadniczą, co nieurodziwą. W klasie było nas piętnaście panien, same z dobrych rodzin, wszystkie dobrze rokujące, jedna podobna drugiej. Ale w każdym ulu musi być królowa. I tutaj nie było wyjątku. Moja najdroższa, bo jedyna w szkole przyjaciółka, Jena, wiodła prym na każdych zajęciach, czy to na lektoracie, czy na zajęciach praktycznych, dając pokaz swej ogromnej wiedzy i wdzięku, na dodatek swą urodą przyćmiewając każdą z nas i to po stokroć. Niektórym to przeszkadzało. Mi bynajmniej. Sama nie lubiłam zerkać w lusterko, wolałam obserwować; przypatrywać się ludzkim mimikom, grymasom, uśmiechom i później przenosić je na papier lub płótno (o które w szkole wcale nie było łatwo). O ironio, moja najlepsza-we-wszystkim przyjaciółka zazdrościła mi tego mojego małego talentu niemożebnie. Nie mogła przeboleć, że do pary ze słowiczym głosem i sięgającymi nieba nogami nie posiada jeszcze daru uwieczniania ludzi. Bo ja malowałam tylko ludzi. I rzadko modeli, raczej "obrazki z głowy", wymyślone postacie; kolaże zaobserwowanych oczu, ust, emocji. Pewnego razu Jena wpadła na genialny pomysł, bym namalowała... siebie. Myśląc o tym z perspektywy czasu, zastanawiam się, czy pragnęła przywłaszczyć sobie mój obraz, ogłaszając światu swój nowy, wielki talent, czy po prostu sprawić mi przykrość, każąc długie godziny przyglądać się własnemu odbiciu. Bez względu na to, nawet wtedy, nieświadoma jej podłości, nie byłam co do tego przekonana. „Ale jak to, po co?”, pytałam – najpierw siebie, a później ją. „Dla mnie, dla hecy”, odpowiadała wymijająco. „Czy tak niewiele dla ciebie znaczę?”, pytała tym swoim łamiącym się głosem, któremu nie potrafiłam odmówić. "Jak miękka wtedy byłam, jak giętka jak witka na wietrze", wyrzucałam sobie później, dawno po fakcie. Tymczasem zgodziłam się. Z nadzwyczajną starannością ustawiłam pod ścianą duże lustro, które Jena przyniosła „specjalnie dla mnie” ze swojego pokoiku, w którym zajmowało wyjątkowe miejsce. Jenowe lustro bowiem było oczkiem w głowie właścicielki i bardzo starałam się, by nic mu się nie stało. Oprócz tego „specjalnie dla mnie” Jena zatroszczyła się też o spory kawał płótna, porządnie obciągnięty i ładnie zagruntowany, po czym zostawiła mnie samą. Bym w spokoju mogła tworzyć „dzieło życia”. Ustawiłam zatem sztalugi, przygotowałam pędzle i farby, moją ukochaną drewnianą paletkę i przebrawszy się w przybrudzony, kiedyś biały fartuch, zaczęłam. Ale wcale mi nie szło. Stałam nad płótnem z ołówkiem w ręku i nie wiedziałam, od czego zacząć. Patrzyłam to w lustro, to na płótno i widziałam jedynie swoje niesforne włosy, spierzchnięte usta, zbyt duże oczy, jeszcze świeżą szramę na policzku, którą zarobiłam za błędne rozwiązanie równania. Ten materiał nie nadawał się na portret. Niespodziewanie uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie tego zrobić. Że tego nie zrobię. Założyłam ołówek za ucho (nie nosiłam wtedy jeszcze gorsetu, który zdecydowanie lepiej radził sobie z przytrzymywaniem drobnych rzeczy na miejscu) i przeniosłam lustro pod okno, tyłem do obrazu i do mnie. Już nie rozpraszała mnie osoba z jego czeluści. Mogłam tworzyć. Przede wszystkim jednak nie mogłam zniszczyć drogocennego płótna. Jak echo powróciły do mnie ostatnie słowa Jeny (nie znałam jeszcze wtenczas ironii) „stwórz dzieło życia!”, obraz więc nie mógł być zwyczajny, musiał być... ważny. A że taki właśnie miał być, nie mógł przedstawiać błahej historii. Bo to musiała być historia. I musiała być historią Fridy, pięknej nieznajomej ze starej Wedel. Decyzja ta zapadła naturalnie i od pierwszej do ostatniej chwili trwałam przy niej, wierząc, że to, co spotkało mnie w dzieciństwie, na zawsze odmieni moje życie. I nie pomyliłam się. Gdy skończyłam, dochodziła północ. Nie wolno nam było tak długo palić światła, ale Jena nie pozwoliła mi przeszkadzać stróżującej tego wieczoru dziewczynie, odpowiedzialnej za przestrzeganie nocnej ciszy; chciała, bym jak najszybciej skończyła swój... jej obraz. Gdy ostatni raz pociągnęłam pędzlem umoczonym w brunatnoczerwonej farbie, dotarło do mnie, że oto moja najlepsza z prac, praca doskonała, dojrzała i piękna, budząca zachwyt i pełna emocji, praca z d u s z ą. I choć z początku bałam się reakcji Jeny, nie spełniłam w końcu jej prośby, to teraz byłam pewna, że zrozumie. Była przecież moją przyjaciółką (nawet nie wiedziałam, jak bardzo myliłam się w obu tych kwestiach). Wychodząc z pokoju, uchyliłam okno, by przez noc pomieszczenie mogło się wywietrzyć i wykończona, ale szczęśliwa wsunęłam się cichutko pod pościel jedynej bliskiej mi osoby w Szkole Dobrych Panien. Gdy zbudziłam się następnego dnia, posłanie po mojej lewej stronie było puste. Zdziwił mnie brak przyjaciółki, która nigdy nie opuszczała pokoju, zanim nie uczesałam i nie zaplotłam jej włosów, pomyślałam jednak, że to z pewnością niecierpliwość wygoniła ją z łóżka. Odgarnęłam zamaszystym ruchem kołdrę i ubrawszy się pośpiesznie (nie mogłyśmy chodzić po korytarzu w podomkach), udałam się w ślad za nią. I nie myliłam się – odnalazłam ją na środku mojego pokoju. Jednak nie wpatrywała się w obraz. Patrzyła tępo na resztki swojego lustra, które leżało rozbite pod otwartym na oścież oknem. Czułam się, jakby ktoś na chwilę wyjął mnie z rzeczywistości. Przypatrywałam się z rosnącym niepokojem Jenie, która nie wlepiała już wzroku w swoje ukochane do wczoraj lustro. Wlepiała go we mnie. Jednak nie płakała. Zimnym głosem oświadczyła, że nie możemy się już przyjaźnić, po czym podeszła do mojego obrazu. „A to zabieram”. „Jak to?! Ale jak to...?”, uwięzło mi w gardle, a Jena spojrzała na mnie z nienawiścią. „Zniszczyłaś moje lustro. To i tak zbyt niska za nie cena” i nie mówiąc już nic więcej, odeszła. Zostałam sama w pokoju pełnym szkła, pośrodku którego stały puste sztalugi. Myślałam, że pękło mi serce – ale nie, ono dopiero miało się rozpaść następnego dnia. Gdy po nieszczęsnej niedzieli nadszedł poniedziałek, udałam się jak co tydzień na poranne zajęcia z etyki, prowadzone przez „naszą jutrzenkę”, profesor Jutrznię. Całą noc przepłakałam, przez co zaspałam i ledwo przemknęłam się za plecami nauczycielki, spiesząc pochylona ku swojej ławce. Gdy już usiadłam i przygotowałam potrzebne książki, rozejrzałam się po sali. Na środku, pod tablicą stała Jena. Wyprostowana i dumna, z nie tak ładnie jak zwykle, ale jednak, uplecionym warkoczem trzymała ręką skraj prześcieradła, który przykrywał coś płaskiego i prostokątnego, opartego o krzesło. „Frida”, przemknęło mi przez głowę, lecz nim zdążyłam zaprotestować, Jena zaczęła mówić: – Szanowna pani profesor, drogie koleżanki. Nasza kochana Judit, jak wszyscy wiemy, jest pilną uczennicą oraz dobrą, prostoduszną dziewczyną. Nie wszyscy jednak wiemy, że Judit skrywa... – tu zrobiła krótką, efektowną pauzę, patrząc mi prosto w oczy – pewien talent. Wynika to z pewnością z wrodzonej nieśmiałości, niemniej jestem zdania, że wszyscy chcielibyśmy wiedzieć, jakim tajemniczym praktykom oddaje się Judit, gdy zamyka się sama w pokoju. Oto efekty jej pracy! – zakończyła entuzjastycznie, zrywając płynnym ruchem okrywającą obraz płachtę. – Brawa dla Judit! Jednak żadnych braw nie było. Dziewczęta wpatrywały się oniemiałe i onieśmielone we Fridę, lecz nie za sprawą (niewątpliwego, wiem o tym) kunsztu, lecz w związku z obrazoburczym charakterem mojego dzieła. Szkoła Dobrych Panien bowiem była do szpiku kości purytańską dziwką (jak lubiłam o niej później myśleć) i absolutnie nie dopuszczała do nas niczego, co mogłoby skazić nasze „dziewicze umysły”. Tak więc na lekcjach anatomii rozmawialiśmy o rozmnażaniu dużych ssaków, na zajęciach z życia rodzinnego uczono nas, że „mężczyzna wszystkim się zajmie”, bowiem „to niemoralne zagłębiać się (cóż za słowo!) w tego typu tematy”, a na etyce Jutrznia grzmiała, że golizna jest grzechem. Śmiertelnym! Tak też drżałam z przerażenia, gdy profesorka podniosła się ciężko zza ogromnego, mahoniowego biurka, by spojrzeć na moje „dzieło życia”. Chciałam wybiec i zasłonić obraz własnych ciałem, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa, tak że mogłam tylko modlić się, by nie wyrzucono mnie z efektem natychmiastowym ze szkoły. I nie wyrzucono. Zrobiono coś o stokroć gorszego. Napisano list do moich rodziców, jaką to krnąbrną i zepsutą jestem dziewczyną, opisując zaistniałą sytuację, dołączając jednakowoż zapewnienia, że szkoła dołoży wszelkich starań, by te godne najwyższego powstydzenia skłonności ze mnie wyplenić. I dołożyła. Zabrano mi wszystkie malarskie akcesoria, łącznie ze starym, przepastnym fartuchem, dodano dyżurów w kaplicy, a na domiar złego otrzymałam karne zadanie pomagania w utrzymaniu w czystości naszej szkolnej stołówki przez najbliższy miesiąc. „By mnie upodlić”, myślałam rozgoryczona, gdy tymczasem byłam już i tak wystarczająco zdyskredytowana w szkolnym środowisku. Zdewociałe dziewczęta z mojej klasy widziały we mnie pomiot szatana, a ciało pedagogiczne traktowała mnie jak powietrze. Tymczasem Jenie cała sprawa uszła na sucho. Pytana, jak mogła przynieść „coś takiego” na lekcję, odpowiadała, że nie była świadoma, co kryje się pod prześcieradłem, przekonana, że wyświadcza mi przysługę. No i wyświadczyła. Nauczyła mnie, że nie wszystko jest tym, na co wygląda i że ładna buzia niekoniecznie równa się ładnej duszy. Jedyne, czego żałowałam, to utraty obrazu, nie wiedziałam jednak wówczas, że nie został zniszczony, co więcej, nie spodziewałam się, że będę miała możliwość – w odległej wtenczas przyszłości – go odzyskać.



Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 6    
Data dodania: 26.04.2014r.

1     

Srebrna Użytkownik WPMT 04 05 2014 (22:00:41)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witam.

Ta praca ma coś w sobie, jakąś magiczną nić, tak mi się przynajmniej wydaje.

Nie dopatrzyłam się błędów natury technicznej. To mi się podoba ;)

Przejdę do treści. No i tu jest ta magiczna nitka.
Rygorystyczna szkoła, do której uczęszcza szara myszka, ale artystka. Która niewłaściwie dobrała sobie przyjaciółkę (trudno, żeby główna bohaterka się z nią nie przyjaźniła, w końcu tamta była "panią popularną"). Często taka sytuacja przenosi się na życie codziennie. Jest się podle wykorzystywanym przez przyjaciół, którzy robią coś "w dobrej wierze", a tak naprawdę chcą człowieka pogrążyć.
Dziewczyna jest poddana próbie i mimo że nie wpada w te konkretne sidła zastawione przez Jenę (namalowanie swojego wizerunku = długie patrzenie się we własne odbicie), daje się pochwycić w inne, które poniekąd sama na siebie zastawiła. Jestem w stanie ją zrozumieć - artystka, czasem nie panuje się nad własnymi myślami, poza tym kusząca perspektywa "dzieła życia". Dała się ponieść, co było dla niej zgubne (chociaż końcówka mówi, że ostatecznie oddano jej obraz - czyli co by nie było - dzieło życia przetrwało).

Nie mam żadnych zastrzeżeń. Może jedynie tam, gdzie " praca z d u s z ą." jest rozstrzelone, zastosowałabym podwójną spację na miejsce pojedynczej, żeby było bardziej czytelne.

Ode mnie 6. Pracę akceptuję.

Pozdrawiam,
Srebrna

PS. Wydaje mi się, że ta praca jest świetna ;)

Amy Sol Redaktor 04 05 2014 (21:02:19)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj :)

Doskonale przekazujesz emocje. Czytając Twoją pracę, miałam wrażenie, że jestem w skórze Judit, że na chwilę zmieniłam postać. Dodam, iż ta część opowiadania podoba mi się jeszcze bardziej niż poprzednia.

Strona techniczna jest niemal nieskazitelna. Widać, że dbasz o detale i że zależy Ci, aby teksty, które pokazujesz obcym ludziom, zrobiły dobre wrażenie - nie tylko pod kątem fabularnym (choć w tej sprawie można dyskutować - każdy ma inne upodobania, niemniej ja zaliczam się do grupy tych, którym Twój tekst się podoba), ale także estetyki. Oto jeden, jedyny przecinek, który najpewniej "wkradł się":

Przytknęłam pospiesznie kawałek tkaniny do nosa i zaciągnęłam się, naiwnie.


Jeszcze drobna sugestia ode mnie, dotycząca poniższego fragmentu:

Jedyne, czego żałowałam, to utraty obrazu, nie wiedziałam jednak wówczas, że nie został zniszczony, co więcej, nie spodziewałam się, że będę miała możliwość – w odległej wtenczas przyszłości – go odzyskać.

Sugerowałabym, abyś zdanie podzieliła na dwie części - w takiej postaci ciężko się je czyta. Proponuję postawić kropkę po "utraty obrazu", a dalszą część zmodyfikować w ten sposób: "Wówczas nie wiedziałam jednak, że...". Ale to tylko propozycja ;)
Jeszcze jedno zastrzeżenie - zauważyłam, że wiele informacji zawierasz w nawiasach. Niekiedy trochę mi to przeszkodziło lub wręcz wydało mi się zbędne (chodzi mi tutaj o fragment z gorsetem), ale rozumiem - masz jakiś zamysł, chcesz go jak najkorzystniej przedstawić, chociaż ja ograniczyłabym się tylko do tych najistotniejszych faktów.

Od początku zaznaczałaś, że Jena wyrządziła Judit jakąś krzywdę. Jej zachowanie ma tak naprawdę znaczenie paraboliczne, ponadczasowe. Mam takie wewnętrzne przemyślenie (nie wiem, czy słuszne), że nawet gdyby lustro Jeny nie zbiłoby się, to i tak dziewczyna zadziałałaby w jakiś sposób na niekorzyść Judit. Do czego zmierzam? Do tego, że Twoje opowiadanie stało się w moich oczach bardzo autentyczne, mimo że akcja rozgrywa się w czasach odległych. I ten język, mmm... cudnie :) Opowiadanie stylizujesz na niewspółczesne i bardzo dobrze Ci to wychodzi. Zdobyłaś dzisiaj jednego fana więcej - mnie :D

Nie będę się dłużej rozwodzić. Bardzo przyjemnie spędziłam czas, czytając tę część i cóż... czekam na więcej :) Ode mnie na dzisiaj 6 (z małym minusem). Tylko tak dalej! ;)

Pozdrawiam ciepło,
sufrażystka

Srebrna Użytkownik WPMT 04 05 2014 (22:07:02)
Zgadzam się z podanymi przez Ciebie przykładami, ale nie ma to wpływu na ocenę (tak bardzo mi się ta praca podoba). Jeśli chodzi o nawiasy, to uważam to za ciekawy zabieg, który ukazuje nam rzeczywistość wokół bohaterki "trochę wyraźniej". Osobiście jestem na tak ;)

Amy Sol Redaktor 04 05 2014 (22:09:56)
Ależ ja nie jestem na "nie" ;) Po prostu uważam, że niektóre informacje są, jak na razie, zbędne (a właściwie tylko jeden fakt odnośnie gorsetu). Pozdrawiam ;)

Srebrna Użytkownik WPMT 04 05 2014 (22:16:22)
No nie wiem. Jak to czytałam, odebrałam tę wzmiankę o gorsecie jako informację, że po jakimś czasie uczęszczania do szkoły trzeba się wciskać w ten łupacz kręgosłupów, bo tak jest w regulaminie itd. Zależy, jak się ten fragment odbierze ;)

subtelny demon Użytkownik WPMT 05 05 2014 (11:38:49)
Co do naiwnie - przecinek-pauza był zamierzony (może trochę niekonwencjonalne... nie wiem, zastanawiam się, czy w takim razie koniecznie niepoprawne...; powiedzmy, że eksperymentuję).

Właściwie więcej jest takich zdań w tekście (tj. zd. wielokrotnie zł.), z tym też eksperymentuję. Ale dzięki za uwagi, są dla mnie zawsze b. cenne!

Jeszcze jeśli mogę napomknąć w tym miejscu o druku rozstrzelonym - tak, Srebrna, masz rację. Chyba nawet była tam jeszcze jedna spacja, nie wiem, czy edytor nie przyciął. Tak czy siak za tę uwagę również dziękuję.

To teraz zbiorczo podziękuję za podzielenie się refleksjami na temat Dziewczyny - to dla mnie b. miłe i budujące wiedzieć, że jest nie tylko zbitkiem słów. Pozdrawiam i serwuję kolejną część.

Miłej lektury!


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(51): 51 gości i 0 zarejestrowanych: