warto go przeczytać
Pseudonim: skandalistka
Drogie dzieci, czy chcecie posłuchać historii mojego życia? Tak? Zamknijcie oczy...
Jestem zwyczajną dwuzłotówką. W 1995 roku ujrzałam świat po raz pierwszy. Nie był zbyt ciekawy. Cztery ściany pomalowane na brudną zieleń. Spojrzawszy na siebie, odkryłam, że odziano mnie w piękne złote i srebrne połyskujące kolory. Wygrawerowano datę mojego urodzenia, nazwę i jakieś ozdobniki... nie zachwycali się mną, ale ja sama byłam z siebie dumna. Lubiłam, kiedy słoneczne promienie mnie oblewały. Wtedy wytwarzałam wokół siebie święcącą, złotą poświatę. Niektórzy ludzie gardzili mną, a inni pożądali (szczególnie mali, roześmiani ludzie, którzy chętnie wyciągali mnie z maminych ciepłych portmonetek – ach, tak. Było kilku takich). Ale może - od początku - opiszę moich najważniejszych właścicieli.
Pierwszy był mężczyzna. Niejaki, bardzo ważny człowiek (z tego co wysłuchałam podczas mało istotnych rozmów), pan Henryk. Miał bardzo płytkie kieszenie, dlatego często wychylając się widziałam pracę mojego pana. Był bardzo zajętym człowiekiem. Pracował jako biznesmen. Uwielbiał długo przesiadywać w pracy, gdzie kręciło się dużo pięknych niewiast w krótkich spódniczkach. Wręcz zjadał je wzrokiem. One tylko śmiały się, kusząc go nową, kusą odzieżą. Co z tego, że miał żonę i dzieci – lubił się zabawiać, przesiadując weekendami w babach. Nie lubiłam jego zadymionej kieszeni – mimo, że poznałam tam dużo okrągłych charakterów. Jak szybko przychodzili, tak odchodzili. Niektóre były wsypywane do automatów, inne zostały formą zapłaty, z kolei jeszcze inne, słabe, wysypywały się z kieszeni na twardą jezdnię czy chodnik. Pan nie dbał o nas. Tylko papierowe, dumne pieniądze trzymał w ciepłym, skórzanym portfelu, chwaląc się nimi naokoło. To właśnie dzięki niemu, poznałam ludzi. W tym właśnie czasie, czasie mojej młodości uważałam ludzi za egoistyczne stworzenia. Zmieniło się to.
Całkiem przypadkiem trafiłam do kubka pewnej żebrzącej na głównej ulicy młodej kobiety. Była ładna, lecz widziałam, że coś ją niszczyło. Pomyślałam sobie, że jest to bieda, w której kobiecie przyszło żyć. Zaczęłam jej współczuć – jak okazało się – całkiem niepotrzebnie. Spędziłam z nią dużo, zbyt dużo czasu. Tego samego dnia, kiedy ją poznałam, wyciągnęła z garnuszka moich towarzyszy, cudem omijając mnie. Podeszła do faceta, potocznie zwanym ‘tv’ i wysypała mu garść monet na rękę. Otrzymawszy torebkę foliową z białym proszkiem w środku, pospiesznie udała się do swojego mieszkania. Było proste, zwyczajne, ale ciepłe i przyjemne. W jednym z foteli siedział przystojny mężczyzna. Przywitała się z nim zbyt namiętnie, jak dla mnie. Jak się później dowiedziałam – to był jej chłopak, a biały proszek – kochanek zwany narkotykiem. Jak już mówiłam – związałam się z nią na dłuższy okres mojego życia. Patrzyłam na nią z politowaniem, kiedy niszczyła swoje piękno odurzając się. Jej chłopak – po krótkim czasie od mojego przybycia do jej kieszeni – zmarł. Miałam dziwne przeczucie, że to właśnie owy kochanek pięknej pani zabił swojego konkurenta. Załamała się piękna pani, lecz nadal żebrała nie mogąc porzucić białego faworyta. W pewny deszczowy dzień przysiadła na murku kościoła i cierpliwie czekała. Co chwilę odwracała się i rzucała ciekawskie spojrzenie w stronę wielkiej, sakralnej budowli. Ku mojemu zdziwieniu, zdecydowała się podnieść i do niej zajrzeć. Weszła dosyć niepewnie. Klęknęła. Co wtedy przeżyła? Nie wiem, lecz od tamtego czasu porzuciła destrukcyjnego kochanka i podjęła pracę. Często też spędzała wieczorne godziny w kościele. To właśnie tam trafiłam do nowego właściciela. A dziewczyna? Przedstawicielka ludzkiego gatunku wydawała mi się skrzywdzona, uzależniona, przerażona i szukająca swojego miejsca w życiu... Czy znalazła? Nie wiem. Myślę, że tak.
Pomijając czarną, metalową puszkę, w której znajdowałam się przez bliżej nieokreślony czas, trafiłam do biednej, lecz kochającej się rodziny. Nie będę opisywać dni, które spędziłam z państwem Pestka (tak ich sobie nazwałam, ponieważ ulubioną zabawą dzieci było wyrzucanie z siebie pestek jak najdalej). Chciałabym opisać tylko pewną sytuację, która głęboko wyryła mi się w pamięci. Rodzina Pestka posiadała trójkę dzieci: pięcioletnią Amelię, trzynastoletniego Józia i siedemnastoletnią Łucję. Ta ostatnia uciekła z domu. Matka – jak to matka – szukała, błagała, włosy sobie z głowy wyrywała. Dziewczyna – ładna, ale nie doceniała miłości matki. Szukała bogactwa i wielkiej miłości. Co z nią? Nie wiem. Matka umarła z tęsknoty. Ludzie? Kochający. I kochani.
Dziś jestem tutaj. W mojej drodze spotkałam jeszcze wiele ludzi – każdy inny, z innymi problemami. Jedni kochali mnie nad wszystko, inni ukochali mając mnie w swojej kieszeni – doceniali. Chciałabym ich wszystkich zdefiniować, lecz nie można wymyślić formułki do różnych żyć. Ludzie są źli, egoistyczni, przygnębieni... Potrzebują miłości. Pamiętam słowa piosenki, którą nuciła pewna dziewczyna, trzymając mnie w ręku:
"Kto nie boi się wierzyć że się uda
ja nie, ja wierzę, wiara czyni cuda...”
Ja też wierzę. Wierzę, że ludzie przestaną stawiać mnie na pierwszym miejscu. Oni potrzebują miłości – ja jej im nie dam.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 05.04.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(54): 45 gości i 9 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, aubrey, Stefan B., jazzu, Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał