warto go przeczytać
To był czternasty dzień marszu naszej brygady. Dwudziestu zaprawionych w bojach wojowników, magów i łuczników brnęło przez mokradła Bijjon - bagniska położone w samym sercu Namstarii, Wielkiego Wschodniego Królestwa Aradinu. Założyłem to komando wraz z młodszym bratem - Erwanem. Początkowo byliśmy duetem poszukiwaczy przygód, bądź najemników, w zależności, czy robiliśmy coś na własną rękę, czy nam za to płacili. Potem doszedł Brian, mag żywiołów, oraz Lusja z Sandrą - niegdyś przyjaciółki-zabójczynie, teraz... praktycznie wciąż zaprzyjaźnione morderczynie. Po pewnym czasie było nas już dwudziestu, Dwudziestu Dzielnych, jak sami nazywaliśmy się żartobliwie. Z czasem staliśmy się zupełnie nierozerwalną gromadką, grupą do wynajęcia. Mieliśmy przeróżne zajęcia - od ochrony budowniczych karczmy przed oślizgłymi wodnikami, po rozgromienie żywych trupów nawiedzających kryptę jakiegoś zacnego rodu. To zlecenie wydawało się takie, jak inne - może tylko bardziej prestiżowe, i lepiej płatne. Dlaczego? Bo wysłała nas rada Rokaleen - największego handlowego miasta na powierzchni Aradinu. Mając pośredni, bo przez niewielkie miasto Maanan, dostęp do Morza Wichru miało rozwiniętą sztukę handlu zarówno lądową, jak i wodną.
Spotkanie z Wielką Radą przebiegło mniej więcej tak - starszyzna rady mówiła do mnie, jako reprezentanta Dwudziestu Dzielnych, przez może niecały kwadrans, podając informacje ogólnikowe, bez najmniejszych szczegółów, co mamy zrobić. Sprawa wygląda następująco: klucz, zdobyty u wysokiego Czarnego Maga, to jest nekromanty, o magicznych właściwościach otwiera skrzynię mogącą zawierać przedmiot bardzo ważny dla Rokaleen. Skrzynię może otworzyć tylko magiczna formułka, której mi nie zdradzono - zasada ograniczonego zaufania. Zlokalizowano skrzynię gdzieś na mokradłach Bijjon, jednakże samo miasto nie mogło wysłać własnych ludzi - wszyscy byli potrzebni do walki z dzikimi hordami orków i goblinów, które przybyły z Północy, ze zdecydowanie destrukcyjnymi intencjami. Toteż wysłano najemnych wojaków, aby zdobyli skrzynię, i przynieśli ją Radzie. Nie pytałem o szczegóły - nie za to mi płacono. Byłem poważanym płatnym bojownikiem, cieszyłem się szacunkiem wielu, gdyż wielu o mnie słyszało. Miałem pozycję, respekt i władzę - nie tylko nad moją grupą, ale również w politycznych waśniach miasta - byłem tak nieoceniony, że nawet włączono mnie, \"bezmyślnego rębajłę\", w polityczne zagrywki radnych z Rokaleen.
Podano mi tylko właściwość klucza - wetknięty w odpowiedni zamek ukazywał, co kryje się wewnątrz przedmiotu. Z drugiej strony, ta wiadomość nie była mi potrzebna - płacono mi za dostarczenie przesyłki, nie za wiedzę, co jest w środku. Podejrzewałem, że to jakiś artefakt - potężny, magiczny przedmiot, mogący wspomóc walczące z orkami oddziały miasta. Jeden z pięciu naszych drużynowych magów, Rasek, potrafił lokalizować przedmioty posiadając zaledwię cząstkę czegoś, co miało chociażby najmniejszy kontakt z tym przedmiotem w przeszłości - na przykład klucz.
Nie licząc kilku potyczek z wodnikami, bagniakami i innymi pomniejszymi kreaturami, nie mieliśmy żadnych problemów z dotarciem do celu znajdującego się na mokradłach. Ponura okolica rozbrzmiewała co jakiś czas niepokojącymi odgłosami, takimi jak nagły plusk wody, przeciągły skowyt, czy maniakalny, śmiechopodobny dźwięk, rozlegający się jendocześnie ze wszystkich stron. Ponure, obwisłe drzewa jakby ze smutkiem chyliły się ku zielonkawej wodzie. Wszędobylska rzęsa wodna chyba już zarosła wnętrze naszych butów. Jednostajny dźwięk naszych kroków rozlewał się echem na całe bagna. Z początku, jak zawsze, śmialiśmy się i żartowaliśmy, ale teraz chcieliśmy już jak najszybciej dojść do celu, który znajdował się już pół mili od nas.
W końcu doszliśmy na miejsce - przez śmierdzące zgnilizną korony drzew przesiąkało tutaj światło, dzięki czemu normalna trawa wyrosła na tym niewielkim, stosunkowo suchym skrawku ziemi. Stała tu ogromna skała, prawdopodobnie magicznie przeniesiona. Sztucznie wydrążone w skale wejście do tunelu gwałtownie opadało w dół i ziało chłodem. Pięknie, pomyślałem, jaskinie.
- Dobra ludzie, chwila odpoczynku, przerwa na siusiu i jedzenie, i wchodzimy! - zarządziłem. Wszyscy z ulgą rzucili torby, plecaki i sakwy-bez-dna na ziemię, i rozbiegli się po okolicy, szukając ustronnego miejsca, lub usiedli na ziemi i zaczęli jeść.
- W końcu doszliśmy, co, Dragok? - zapytał mnie z uśmiechem Erwan, podchodząc i uderzając mnie przyjacielsko pięścią w ramię.
- W końcu... Paskudne miejsce. Zróbmy, co mamy do czynienia, i spadajmy stąd. - odparłem.
- Dokładnie, paskudne! Mówiłem ci, bracie, żebyśmy nie brali tego zlecenia. Mam złe przeczucia. - powiedział Erwan, nagle poważniejąc.
- Tak jak wtedy, kiedy wygraliśmy w kościane bliny tysiąc sztuk złota?
- Jeśli dobrze pamiętam, straciliśmy wtedy dwa tysiące sztuk złota. - odpowiedział Erwan zgryźliwie, i, unosząc w górę podbródek, poszedł do Raska, maga iluzji, który jeszcze raz rzucał zaklęcie lokalizujące skrzynkę.
Sam zaś rzuciłem plecak na ziemię, przeciągnąłem się, i wyjąłem z plecaka udko kurczaka. Gdy jadłem, podszedł do mnie Peff, brat bliźniak Jeffa.
- Czołem, szefie! I smacznego! - powiedział z entuzjazmem. Kiwnąłem głową w podziękowaniu. Bliźniacy, jako nasi najnowsi współtowarzysze, traktowali mnie jak jakiegoś półboga, a nie, jak reszta drużyny, jak starego kumpla.
- Wiesz, założyłem się z Jeffem, kto z nas więcej ubije potworów podczas tej wędrówki. Może chciałbyś wejść w zakład? W tej chwili prowadzę, dwa do jednego - szybciej wyciągam miecz, niż Jeff naciąga cięciwę! - roześmiał się młodziak, po czym odwrócił się, prawdopodobnie szukając brata.
Znów zabrałem się za jedzenie, i znowu ktoś mi przeszkodził. Zgrzytnąłem ze zniecierpliwienia zębami.
- Dragok, kiedy wejdziemy do środka, prawdopodnie spotkamy tam jakichś wrogów. Dlatego chciałbym cię zapytać, co sądzisz o moim dylemacie. Lepiej przygotować teraz zaklęcia ognia, które niewątpliwie zadają największe obrażenia, ale sprawiają problem, jeśli w grocie dym nie ma jak wylecieć, czy zaklęcia z magii ziemi, które są generalnie mniej szkodliwe, ale bezpieczniejsze w jaskini? - zapytał Brian.
- Ogień. - odrzekłem. - Ten tunel jest wydrążony magicznie, więc prawdopodobnie spotkamy tam jakieś czary, które muszą się jakoś ulatniać. Twoje także będą, a lepsze większe bum, niż małe, czyż nie?
- Dobrze, zatem ogień! - powiedział radośnie Brian, i poszedł przygotować się przed walką. Skończyłem jeść, przerywając tylko na rozmowę z Xandrą, Remi\'m i Brakosem. Nigdy nie jadłem małego udka przez piętnaście minut. Zeszliśmy do podziemi.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 11.10.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(53): 44 gości i 9 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, aubrey, Stefan B., jazzu, Mii, Marionetka, RattyAdalan, Fał