warto go przeczytać
„Słyszałem, że świat jest piękny” - rzekł niewidomy.
„Podobno” - odpowiedział widzący.
Jesień każdego roku wyglądała tak samo. Parki pokrywały się grubymi warstwami liści w barwach brązu, czerwieni, żółci i pomarańczu. Tworzyło to tak bardzo barwną feerię, że z odległości stu metrów już raziła swoimi kolorami. Ławki popisane czarnymi markerami, co roku odmalowywano, dzięki czemu skwery nabierały jeszcze bardziej życia. Stęsknieni za naturą mieszkańcy miast, codziennie odwiedzali te magiczne miejsca. Niektórzy przyzwyczajeni do bycia wśród roślinności wydawali „ochy” i „achy” nad tym zjawiskiem. Ale jeszcze wspanialej było, kiedy ptaki jeszcze nie odlatujące do ciepłych krajów, zasiadały na gałęziach drzew i śpiewały przecudne \'ballady\'. To właśnie jest raj na ziemi...
Postukując swoimi nowymi, skórzanymi kozakami przeszłam przez Aleję Rostockiego, kierując się w stronę parku. W powietrzu poczułam zapach jesieni i delikatnego zapachu gorącej kawy. Uwielbiałam jesień, jak żadną inną porę roku. Najbardziej lubiłam wspominać czasy, kiedy jeszcze mój dziadek żył. Każdej jesieni opowiadał mi historie o zaczarowanych krainach, bardzo podobnych do naszego świata. Jedynie czym się różniły, to tym, że w świecie bajek zawsze unikał agresji, zła, nieporozumień... Wszystkiego, co mogłoby kojarzyć się ze współczesnym światem. Kochałam dziadka jak nikogo innego. To on zawsze pomagał mi, kiedy miałam problem lub nabroiłam coś. Dziadek Bartłomiej był najwspanialszym człowiekiem na świecie.
Park wyglądał oszałamiająco. Wydawało mi się jakby z każdym rokiem przybywało mu uroku. Szary, brukowany chodnik ciągnął się w przód, w stronę małego placyku, gdzie został wybudowany posąg Władysława Rostockiego. W około placu ustawione były ławki, które w tym momencie zostały zajęte przez ludzi każdego wieku. Na jednej z ławek leżał upity mężczyzna, prawdopodobnie po czterdziestce, z poszarpaną dżinsową kurtką i sztruksowych spodniach. Na następnej zasiadła w milczeniu starsza pani, rzucając podejrzliwe spojrzenie na wszystkich ludzi. Zaraz obok luźno oparty, siedział mężczyzna w wieku około dwudziestu lat, paląc niby od niechcenia papieros. Dookoła posągu biegała gromadka ośmiolatków, krzycząc na głos niecenzuralne słowa (to dzieci już w tym wieku znają przekleństwa?).
Usiadłam jak najdalej od tego zgromadzenia i rozkoszowałam się ciepłym słońcem, padającym centralnie na tę ławkę. Uśmiechnęłam się z błogością i zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie moją pierwszą miłość. Miał na imię Mateusz. Oboje uwielbialiśmy dramat ”Romeo i Julia”. Z nienaturalną powagą powtarzaliśmy słowo w słowo wszystkie wypowiedziane słowa obojga zakochanych. Pamiętam jak siedzieliśmy na ławce w tym parku, splatając swoje palce i wdychając ciepło, rozgrzanych ciał. Siedzieliśmy w milczeniu czasem trącając nosem twarz ukochanej osoby. Aż wreszcie odezwał się, mówiąc: „Ach, czemuż ty jesteś Ania? Mój jasny aniele”. Spojrzałam w jego błyszczące oczy, w których czaiła się miłość. Ogromna miłość.
Otworzyłam z powrotem oczy i rozejrzałam się dookoła, sprawdzając czy aby na pewno były to tylko moje wspomnienia. Cholernie brakowało mi Mateusza. Cholernie. Wyjechał pół roku temu do innego miasta, nie mówiąc mi nic o tym fakcie. Zwyczajnie się zmył, a ja głupia wierzę, że jeszcze kiedyś się spotkamy i będziemy mogli szeptać sobie Shakespeare'a.
Wstałam, poprawiając torbę na ramieniu i już zamierzałam wrócić do domu, kiedy nagle czyjaś dłoń spoczęła na moim ramieniu.
- Czy mnie oczy nie mylą? Czyżby to była Ania?- usłyszałam tuż obok ucha ciepły głos.
Czas stanął, zamieniając mnie i moje myśli w bryłę lodu. Odwróciłam się tak powoli, jakbym chciała aby ten moment nigdy nie nadszedł. Nie myliłam się, co do swoich racji i przypuszczeń. Za mną stał we własnej osobie Mateusz Zylbert.
- Mateusz?!- mój głos wydał taki pisk, jakbym zobaczyła na własne oczy psa w sukience primy baleriny.
- Och! Cóż za powitanie- odparł skwapliwie.
- Co ty tutaj robisz?
- Przyszedłem na spacer, bo taka piękna pogoda...
- Nie kłam!
- Czy ja kłamię?
- Powiedz prawdę.
- To powiedziałem.
Zamilkłam, wpatrując się w jego czekoladowe oczy, które błyskały nieopisanym szczęściem.
- Dlaczego?
- Co:dlaczego?
- Dlaczego uciekłeś bez słowa?
- Uciekłem?
- Och! Nie łap mnie za słowa...
- Przecież pisałem do ciebie maile.
- Które maile?
- Te o mojej miłości do ciebie.
- Żadnych nie otrzymałam- powiedziałam, szukając w jego twarzy choćby znaku tego, że kłamie.
- Jak to?
- Normalnie.
Spojrzałam na niego z westchnięciem i odeszłam. Zatrzymał mnie po paru krokach.
-Kocham cię, Aniu.
Nim mogłabym w ogóle zareagować, przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Zachłysnęłam się jego zapachem i miłością do mnie. Tak bardzo go pragnęłam przez pół roku, by choćby móc na moment zatopić się w jego ramionach. Każda część ciała rwała się do tego by być przy nim w każdej nanosekundzie życia,a teraz nagle zsyła mi go. Nie mogłam go odtrącić. Nie było takiej opcji.
- ciebie też kocham.
Wtulił twarz w moje rude włosy, głaskając delikatnie moje drobne ciało. Odchyliłam na parę centymetrów głowę i podniosłam się na palce, chcąc go pocałować. Schylił głowę i przywarł wargami do moich, wzbudzając we mnie skrytą namiętność i czułość. Świat stanął. Byłam tylko ja i on. Jego usta były nad wyraz ciepłe, a ten gorąc spływał na mnie, wprawiając mnie w spontaniczną chęć wiecznego pocałunku.
Kiedy wreszcie oderwaliśmy się od siebie, jego twarz była zarumieniona. Wyglądał jak szalony nastolatek z potarganą czupryną czarnych jak noc włosów, figlarnym uśmiechem na ustach i młodzieńczym błyskiem w oczach. Kochałam wtedy jego wygląd. Ułożyłam mu nieco włosy i wtuliłam twarz w jego ramię.
- Tak bardzo cię kocham, Aniu. Nie chce cię już więcej stracić.
- Ani ja ciebie.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, napawając się intensywnymi barwami jesieni.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 16.10.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(51): 45 gości i 6 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał, maszróm, aubrey, Stefan B.