Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Obdarci cz. 6" 01.06.2011
"Depresyjni - Dwie minuty -..." 10.02.2011
"Rubinowe lato cz. 8" 31.10.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 07.11.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział trzydziesty szósty

Sprawdzając wiadomości na profilu, Izabela natchnęła się dziwną, króciutką notkę. Ananas: Skończmy te bezsensowne rozmowy. Nic nie wnoszą w nasze staczające się życie. *** Mimo, że od ich spotkania w Nowej Wieczystej Wysepce minęły dopiero dwa tygodnie, Jacek podjął pewną decyzję. Znał ją od dziecka, wiedział, że Bonificji można ufać. Odkąd ona i Filip zostali parą, niezwykle zazdrościł przyjacielowi, a jednak nie ośmielił się psuć ich szczęścia. Teraz, kiedy ich drogi się rozeszły, miał prawo walczyć o swoją wieczystość na ziemi. Tego popołudnia stanął niepewnie przed drzwiami jej mieszkania i nacisnął dzwonek. Już po dwóch minutach zza drzwi wyjrzała niepewnie główka na cienkiej łodyżce, jak zwykł ją nazywać w myślach. - Jacek! – uśmiechnęła się. Jej reakcja była dla niego darem z nieba. Teraz był pewien, że jest jej potrzebny. Bonificja przeżywała piekło, w które zabrnęła niekoniecznie z własnej woli. Musiał ją wyzwolić. - Byłem w okolicy i pomyślałem, że przyjdę. Może to nienajlepsza pora, ale… - Zawsze jesteś u mnie mile widziany, pamiętaj! - Niech będzie – obdarzył ją nieśmiałym uśmiechem, w głębi duszy przepowiadając im obojgu jakąś dłuższą więź. Taka dziewczyna była ewenementem na skalę kraju. - To wizyta zaplanowana czy taka znienacka? Nie wstydź się, bądź szczery. - Cóż, zaplanowana – odparł, teraz śmiejąc się już od ucha do ucha. Między nimi była więź, która zmieniała wszystko dookoła. Także światopogląd. - Może gdzieś wyjdziemy? Tak dawno nie odpoczywałam. - Widzę, że odżywasz – mruknął, kiwając głową. Przeszli do kuchni, gdzie Bonificja usadziła go na krześle. Sama oparła się o kredens i westchnęła. - On jest ze mną każdego dnia, chociaż cienie nie istnieją. Ale trudno. Ja też mam prawo do życia. Daj mi dwadzieścia minut! *** Powtarzała sobie, że to wyjście dobrze jej zrobi. Musi odetchnąć, złapać wiatr w żagle. Świat znowu stanie się bardziej kolorowy. Ubrała się tak, jak jeszcze nigdy. No, może poza dzieciństwem, czasem, kiedy wszystkie decyzje dotyczące jej życia podejmowała mama. Powoli stawała się inną osobą. Nagle zaczęło jej zależeć na tym, aby pięknie wyglądać. Kiedy zegar wybił dwudziestą pierwszą, zerwała się z łóżka, wyjęła z szafy fioletową sukienkę nieco za kolano – prezent gwiazdkowy od siostry i po prostu się w nią przebrała. Gdy przyjrzała się sobie w lustrze, nie rozumiała, kto odbija się w tafli. Pojęła, że tylko chwile bywają magiczne. Nie miała pojęcia, czy noc jest ciepła. Chwyciła torbę z aparatem, wsunęła na nogi czarne klapki Justyny i wyszła prosto w ciemność. Szła przed siebie, w tym wrześniowym, letnim powietrzu, nie umiejąc określić celu swej wędrówki. Dopiero kiedy stanęła na moście, pojęła, co ją tutaj skierowało. Wiślane fale szumiały lekko, mącąc jej w głowie. Widziała jasne plamki, słyszała trzepot nocnych gołębi, zaś z oddali napływały nocne dźwięki miasta. Na ciemnej, chybotliwej poręczy siedział ciemny cień chwiejąc się na wszystkie strony. Podeszła bliżej, aby przy nikłym świetle latarenki określić, kim może być osoba. A więc się nie pomyliła. Obrócił się, ujrzał nadchodzącą postać i przestraszony, usunął się dalej, w stronę murku. W razie jakiegokolwiek wstrząsu miał prawo uskoczyć na beton, a dopiero potem wykonać w całości swój plan. Nie chciał pozwolić, żeby oglądała coś takiego. - Złaź stamtąd! – wrzasnęła najgłośniej jak umiała. W tej chwili wszystko się jej mieszało. Nie wiedziała, czy jest zła, wściekła, czy targa nią furia. Chciała rzucić się do Wisły, za nim, byle dalej od tego złowieszczego świata. Potrzebowała odskoczni, spokoju i ciepła. Alek ją już zawiódł, kto będzie kolejny? - Nie zamierzam – odparł dumnie, wciąż jednak kuląc się niepewnie na końcu barierki mostu. Izabela zauważyła to i odnotowała z niemałą satysfakcją. Uczucie, które do niego kiedyś żywiła, teraz przemieniało ją w potwora. Nie chciała bawić się z nim w koci- koci łapki. Igrać z losem, to upaść. Upaść na całe życie. Ale ona chciała, teraz potrzebowała tego, jak niczego innego. - Świetnie się bawiłeś, czyż nie? – zaśmiała się głośno i bezdusznie, jak osoba ogarnięta obłędem. Olek wbił w nią przerażone spojrzenie. - Wiem, teraz myślisz o niej. Robię się podobna do twojej matki przez ciebie. Stworzyłeś potwora. Jesteś z siebie dumny! – zarzuciła mu. W głowie kiełkował jej plan zadania mu ogromnego cierpienia. - Nie miałem pojęcia… - usilnie próbował się tłumaczyć. - Kiedy zorientowałeś się, że czatujesz ze mną? - Boże, Iza, ty to wszystko opacznie… - Od kiedy?! - Pamiętasz jak Justyna miała wypadek? Napisałaś mi o tym. Potem było jeszcze wiele innych sytuacji… Ale ja też mówiłem ci o swoim życiu… O matce, chociażby. Marzył, że wskrzesi w niej litość. Nigdy nie widział jej w stanie takiej apatii, takiego zniechęcenia. Niestety, Izabela po raz pierwszy w życiu objawiła egoizm. Podbiegła do barierki i szarpnęła go za rękaw. - Złaź natychmiast! – warknęła. Stanął wyżej i dalej, aby nie mogła go dosięgnąć. Zaśmiał się jej prosto w twarz. Musiał to zrobić, dowiedzieć się do czego jest zdolna. Igrał z losem, dobrze o tym wiedział, a jednak coś nakazało mu to robić. - Wiesz, śmierć to bardzo potrzebny cień ludzki. Co byś powiedziała, gdybym tak… skoczył tam, w tą ciemną wodę? - Ha, nie odważysz się! – odparła beztrosko, ale ręce miała mokre od potu. - Może się odważę – szepnął wyzywająco. Miękki głos mężczyzny niósł się po całych Bulwarach, tonął w odmętach Wisły i ginął w uliczkach. - Nie, ja to zrobię! – uznała wreszcie i zaczęła wdrapywać się na barierkę. Sukienka trochę się podwinęła, ukazując nieco pulchne, ale kształtne nogi wysokiej dziewczyny. Olek patrzył na to z rosnącym zdenerwowaniem. Wciąż powtarzał sobie po cichu, że to niemożliwe. Ona tylko próbowała go sprowokować. Przejęła broń. Ale, na Boga, zależało mu na niej! Naprawdę zależało. Zrozumiał to dopiero teraz, kiedy Izabela zaczynała igrać z losem. Siedziała na barierce z nieśmiałym, nieco złośliwym uśmieszkiem, który powrócił dopiero teraz. Traciła hart ducha, mimo to nadal udawała waleczną i przygotowaną do męki. Olek siedział po drugiej stronie, tuż nad betonową dróżką Bulwarów. Widziała, jak jego twarz powoli tężeje, oczy wyrażają głęboki ból, a usta rozchylają się lekko. Smakowała je tyle razy, upajała się nimi jak winem. Nie miała nikogo innego, kogo mogłaby kochać. Wystawiła się, dała omamić, oszukać. Przed oczami stanęło jej całe zło, jakie wyrządził chłopak. O nie, teraz będzie działać na poważnie. Gniew tylko rozpalił zbuntowane serce. Zeskoczył z barierki, wylądował gładko na zdartych płytkach chodnika, tuż koło drugiej, niskiej barierki oddzielającej chodnik od jezdni. Izabela nie reagowała na nic. Przemawiał do niej spokojnie i rozważnie, zgrywając człowieka, który już nie raz spotkał się z taką sytuacją. Liczył na to, że wyważone argumenty przemówią do umysłu dziewczyny. Furia była cięższa od pragnienia miłości i bliskości. Nie było rady. Wstała i zaczęła spacerować po barierce. Cudem zachowywała równowagę, jednak brnęła dalej, jak niewiara ku ulotnemu przeznaczeniu. Motyl i grzmot. On chodził za nią, trzymając się trochę z tyłu, lecz będąc. Izabela ignorowała każde słowo, kiwając tylko obojętnie głową. Czarne włosy wreszcie odrosły, tworząc finezyjną burzę. Była piękniejsza niż kiedykolwiek, jednak nieświadoma swojego czaru. Brnąc w swojej agonii, rozpalała wszystkie zmysły. Wreszcie zdarzyło się to, czego Olek się obawiał. Zachwiała się. Najpierw jedna noga potknęła się o drugą, potem palce zawarły przymierze, aż wreszcie ręce załopotały bezwładnie na wietrze. Rzucił się do przodu z niewyobrażalną prędkością. Objął ją w pasie i szarpnął ku sobie. Po kilku sekundach wylądowali na chodniku, uderzając lekko głowami o drugą, niższą barierkę. Przerażona Izabela w pierwszej chwili zamknęła oczy. Wstyd obejmował ją pełną falą, gnąc wszystkie wyobrażenia o dumie kobiecej. Pragnęła uciec od niego, od każdego problemu. Zamknąć się w sobie jak muszla w morzu niespełnionych nadziei. Marzyć w swoim świecie. Czuła na sobie jego wzrok i to jeszcze bardziej rozpalało okropne uczucie. Olek nie miał pojęcia, co można powiedzieć w takiej sytuacji. Wyratował ją od śmierci. Mogłaby wpaść do rzeki albo opaść na beton jak papierowy ptak. W takim czy innym wypadku, jej stan byłby ciężki. Nie wiadomo, czy można by ją odratować… Odsunął od siebie złe myśli i pomasował tył głowy. Pulsacyjny ból powoli mijał, aczkolwiek wciąż kręciło mu się w głowie. Była bliżej niż kiedykolwiek, może to dlatego… Kiedyś dobrze radził sobie z kobietami, z Izą nie umiał. Miłość przyszła znienacka, sam nie wiedział o niej do tej chwili. Kiedy wdrapała się na barierkę, przyszła ta straszna myśl, że mógłby jej więcej nie zobaczyć. Nie powinien był do tego dopuścić. - Potrzebuję cię - wyznał powietrzu. Nie patrzył na nią ani na nikogo konkretnego. Siedział na zakurzonym chodniku i wpatrywał się w rzekę, która przyniosła im zrozumienie. Izabela lekko zmrużyła oczy, przepuszczając tylko wąskie strumienie światła latarenek. Wreszcie odetchnęła głęboko i rozwarła powieki. - Przecież jestem – odparła, tak ja on, nie mogąc na niczym skupić wzroku. Wciąż przeskakiwała oczami tu i tam, nie mogąc na niego spojrzeć. Najwyraźniej nie umieli, było jeszcze za wcześnie. Zerwał się, otrzepał spodnie i podał jej swoją dłoń. Musnęła ją palcem, przejechała po pulsującej żyle i przytknęła ją do swojego serca. *** Agata wróciła podłamana. Trop okazał się fałszywy, na miejscu nie zastała swojego męża. Dla Ewy i dzieci ta wiadomość była gwoździem do trumny szytej w ciągu tych dni niepewności. Jeśli chodzi o Agatę to niekoniecznie. Wciąż funkcjonowała jak nakręcona, opanowana zabawka, która nie ma szans się nawet rozleniwić. Jak spod igły, zapałka na zapałce. Panna Ewa musiała dalej pracować, pracować ze świadomością powolnego rozkładu swojego umysłu. Każdą wolną chwilę poświęcała na internetowe poszukiwania, umieszczanie zdjęć swojego ukochanego na forach internetowych i wypytywanie o przeróżne regiony Polski. Wkrótce doskonale poznała większość zakątków swojego kraju. Tego dnia tkwiła przed komputerem, próbując coś ustalić z nowym, internetowym kolegą, Karolem. Do pokoju wpadła zaaferowana Justyna. - Ewka, ja muszę… - przerwała i otworzyła szeroko oczy na widok przyjaciółki. Z dzieckiem w ramionach podeszła do dziewczyny i usiadła na krzesełku obok. – Kochanie, przestań. Proszę, przestań, ty zaraz oszalejesz. Ewa odwróciła się ku niej powoli i wyjęła jej dziecko z rąk. Wplątała je w swoje dłonie i zwarła w uścisku. Piękne oczy zalśniły, teraz pełne łez. - Nie potrafię. Oj, Justa… Ja się chyba nieodwracalnie zakochałam. Justyna westchnęła i spojrzała na poważną Konstancję, której twarz jeszcze przed chwilą rozjaśniał uśmiech. Wyczuwała wszystkie emocje, dopasowywała się do sytuacji. Kolejna cecha na korzyść jej ojca. Maleńka nigdy nie będzie podobna do niej. - Każda z nas tak ma. Pomogę ci, ale tylko jeśli z tobą będzie tak samo. Będziemy się nawzajem wspierać, bez względu na to, czy świat nas potępi, czy nie… Ewa wodziła palcem po miękkiej skórze dziecka, zastanawiając się, czy ją też kiedyś czeka takie szczęście. - Będę musiała wyjść, umówiłam się z księdzem z parafii w sprawie chrztu… No co tak patrzysz, postanowiłam wrócić do Kościoła. Dziecko do czegoś zobowiązuje, prawda? Popilnuj jej proszę. Wystarczy, że się nią zaopiekujesz, ale bez komputera. To bardzo niszczy wzrok i do tego promieniuje!



        Dedykacja: Evanowi Taubenfeldowi za obrazy, jakie przynosi mi jego muzyka.

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 03.01.2012r.

1     

Angelika596 Użytkownik WPMT 04 01 2012 (21:10:56)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Mimo że się trochę pogubiłam, zapomniałam co się wydarzyło między Olkiem a Izabelą i w ogóle dziwny zbieg okoliczności to ich spotkanie na moście. Ale co z tego? Skoro mogłam się wyłączyć po ciężkim dniu, wzruszyć, popracować wyobraźnią, czego nie mogłam zrobić podczas nauki matematyki, po prostu odsapnąć.

Piękne obrazy wymalowałaś w tym rozdziale, utrzymałaś praktycznie cały w melancholijnym stylu, ale nie znudziłaś. Zdecydowanie to był twój czas, kiedy to pisałaś, czy to sprawka muzyki, o której wspominasz w dedykacji, czy czegokolwiek innego, może jakiegoś nowego smaku herbaty, nie wiem, ale bardzo mi się podobało. Szczególnie jeden zwrot "jak niewiara ku ulotnemu przeznaczeniu".

Szóstka ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(14): 14 gości i 0 zarejestrowanych: