warto go przeczytać
Nie miała zielonego pojęcia, co powiedzieć dzieciom, które oczekują pociechy.
Nie powiedziały ani słowa, jednak domeną biednej Ewy było wyczuwanie emocji kumulujących się w ludziach. Wbrew pozorom najbardziej zrozpaczona była Gabrysia. Wciąż okazywała pogardę, a jednak w jej oczach krył się głęboki, jakby wiekuisty strach.
Ewa nie próbowała nawet z nią rozmawiać, bowiem nie miała zielonego pojęcia w jaki sposób. Odkąd poznała Mateusza, świat stanął do góry nogami. Ona, tak beztroska trajkotka, zyskała powagę i pracowitość.
Chciała wierzyć, że jest lepszy świat, jednakże jakim cudem osiągnąć taki sposób myślenia? Jak się śmiać, kiedy najdroższa ci osoba może już spoczywać ugodzona śmiertelnym ciosem lub błąkająca się po nieznanym?
Wstała z kanapy i poszła szykować obiad. Dziewczynki zgodnie wpatrywały się w telewizor, nie potrafiąc śmiać się z perypetii postaci kreskówki. Nawet dumna trzynastolatka zrezygnowała dziś z waśni na rzecz spokoju. Wszędzie wyczuwało się tragedię, chociaż wciąż nie znano jej wymiarów.
Z lodówki wyjęła sos spaghetti, przelała go do małego garnka i postawiła na gazie. Następnie zaczęła gotować makaron, wciąż parząc sobie ręce. Na tych gorączkowych działaniach zastała ją Gabrysia. Wsunęła się cicho do kuchni i stanęła za plecami kucharki. Kiedy Ewa odwróciła się, podskoczyła w górę jak na sprężynie.
- Rany, przestraszyłaś mnie!
- Wiem – Gabrysia z trudem powstrzymała uśmiech samozadowolenia, tylko wargi nieco jej zadrgały.
- Chciałaś coś? – spytała Ewa łagodnie, spoglądając na nią niepewnie. To dorastające dziewczę budziło w niej sprzeczne uczucia.
- Tylko sobie usiądę.
- A jak tam chcesz – odparła Ewa, wyszukując w kredensie wielką, drewnianą łyżkę, którą z lubością zamoczyła w gorącej wodzie i zaczęła mieszać. Uwielbiała gotować, aczkolwiek bardzo często czyniła to nieporadnie.
Przeminęło kilka minut pełnych naelektryzowanego powietrza. Gabrysia wciąż muskała drobnymi palcami skórę na ramionach, Ewa starała się skupić na gotowaniu. Jednej i drugiej ta obojętność nie wychodziła na dobre, zgęszczając tylko atmosferę. Wreszcie Ewa nie wytrzymała, obróciła się znienacka i przyłapała Gabrysię na spojrzeniu królika w sidłach.
- Czyli jednak masz coś do powiedzenia! – zakrzyknęła i cisnęła ścierkę na parapet. – Więc mów – poprosiła, siadając na krześle naprzeciwko niej.
Gabrysia zamrugała szybko i obróciła się w jej stronę. Ręce ułożyła na stole, jednak szybko je stamtąd zabrała, jakby dotknęła czegoś obrzydliwego.
- No chyba pani wie… - wymruczała wreszcie niepewnie. Zazwyczaj była pewna swych racji, taką postawę przybrała dzięki wychowaniu matki. Teraz, kiedy po raz pierwszy w swoim życiu, spotkała się z nieszczęściem, nie umiała sobie z nim poradzić. Jedna z pierwszych przeszkód, jakie mogły ją czekać w dalszym życiu.
- Boisz się o tatę? – podsunęła kobieta.
- To nie tak, ja myślę… wydaje mi się, że on uciekł – wyznała dziewczyna, wykręcając sobie palce w zdenerwowaniu. Spojrzała Ewie prosto w twarz, jej duże oczy rozbłysły niezdrowo, a usta przybladły. Twarzyczka zaś trwała w swym zwykłym skupieniu.
Większość ludzi potraktowałaby Gabrysię bardzo powierzchownie i niewychowawczo. Ot, wyśmiałoby dziewczynę, z góry uznało, że to niemożliwe i zamknęło duszę dziecka na zawsze w drobnym ciele. Jednak Ewa miała w sobie czułość i spostrzegawczość. Postanowiła wybadać sytuację.
- Dlaczego tak uważasz? – zachwiała się nieco na krześle, ale przyrzekła sobie, że wytrwa.
- Oni nie przepadają za sobą. Tata dużo pracuje, mama… też ma jakieś swoje sprawy. Co miałby do stracenia?
Ewa uśmiechnęła się, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Jak to dziecko mogło wątpić w takiego człowieka? Od razu widać było, jak Gabrysia mało znała ojca. Przecież on potrzebował takich istot, istot niezależnych od wpływu dorosłości! Może dlatego właśnie tak polubił ją, Ewę? Bo miewała chwile istnej głupawki, odrealnienia?
- Zbyt wiele, zbyt wiele… - westchnęła Ewa. – Myślę, że dobrze go znam. Nie zrobiłby czegoś takiego tobie czy Zuzi.
- Jest pani pewna?
- Tak. Całkowicie.
- A od kiedy pani go zna? – Gabrysia spokojnie zarzucała swoją sieć. Mimo młodego wieku umiała zadawać wnikliwe i podchwytliwe pytania, to trzeba było jej przyznać.
Ewa zasępiła się. Oto próbowała polemizować z dzieckiem, które widywało ojca w zupełnie innych sytuacjach niż ona. Kto wie, jaki był naprawdę, w swoim domu?
- Powinnam gotować – zerwała się z krzesła i rzuciła do garnka. Zaczęła szybko mieszać w garnku z makaronem.
***
- Naprawdę nie musisz… Oj, proszę, są autobusy, poradzę sobie. Ty zajmij się pracą, lepiej zrób dziś więcej, żebyśmy jutro mogli się spokojnie spotkać. Tak, obiecuję, że nie będę się tak przepracowywać… - Finka mówiła jak automat, prowadząc spokojną rozmowę z Jackiem, człowiekiem, który pozwalał jej powoli budować wiarę w nowe życie. Uśmiech zniknął z jej twarzy, kiedy zaczął się żegnać. W przedostatnim zdaniu przebrzmiała gorycz i przestroga. Bonificja wzięła ją sobie do serca o wiele bardziej niż by chciała.
„Za często uciekasz od tego, czego potrzebujesz, Fileczko…”
Czyżby naprawdę była tak samolubna, żeby gnać przeznaczenie o wiele dalej niż pozwalały na to jej siły? Raniła wielu, brnąc przed siebie, psuła siebie, karciła swój świat i swoje brzozowe drogi. Czyżby Jacek, ten wierny przyjaciel, przyjaciel także Tamtych, był podstawiony? Wykręciła z powrotem jego numer.
Odebrał od razu.
- Fila…
- Powiedz mi! – natarła na niego z furią. – Powiedz mi, czy przyjechałeś dlatego, że on tego chciał?! – ryknęła, brnąc ulicą.
- Filip? – zdziwił się, od razu rozumiejąc o co może jej chodzić.
- Nie mów tego imienia – syknęła, szarpiąc płatek lewego ucha. Na jej twarzy malowała się rozpacz i bezradność. Gdyby Konarski ją zobaczył, musiałby uwierzyć, że naprawdę żałuje.
- Dlaczego? Myślałem, że jednak…
- Nie! Przepraszam… - szepnęła. – Tylko mi to powiedz…
- Mówiłem ci, że mam sprawę… Nie, nie przyjechałem z tego powodu.
- Więc tylko na ciebie mogę tu liczyć. To dobrze – rozłączyła się, pozostawiając go z uśmiechem błogości na ustach.
Pobiegła do domu, żeby włączyć komputer i zacząć wszystko budować na nowo. Tym razem postawi mocniejsze fundamenty.
***
Próbowała zapomnieć, ale szło jej to coraz bardziej opornie. Wreszcie pojęła, że jedynym człowiekiem, którego naprawdę znała i kochała, był ten najbardziej przez nią znienawidzony. Aleksander. Jak pięknie i dystyngowanie brzmiało to imię. Wzbudzało szacunek, mąciło jej spokój.
Jakże pragnęła chwycić komórkę i wykręcić jego numer, jak to nieraz bywało. Albo nie, on zadzwoni i zaprosi do kina, na basen, na wystawę fotografii, byleby jej tylko zrobić przyjemność.
Wykorzystał, zdeptał, zepsuł wszystko.
Całował tak nagląco, błagając o modły. I co? Dała się omotać, nabrać, zdeptała swoją idylliczną miłość, uczucie nieskalane.
Profesor był zajęty - tak brzmiała ostra prawda.
A Olek pragnął zdać egzaminy, nic więcej. Dopiął swego, wzbił się na wyżyny wiekuistości. Pewnie zapisze się złotymi literami w historii. Głęboko wierzyła, że tak się stanie. Podczas ich licznych spotkań, wkuwania i dyskutowania, zauważyła, że on niezwykle nadaje się na historyka. Oboje byli do tego powołani, świadomie czy nieświadomie, ale jednak.
Wyśmiewał się i brnął dalej. A w niej umierał duch, umierało ciało, świat dygotał w ciemności szarych komórek.
Mimo wszystko życzyła mu dobrze…
Rozdzwonił się telefon. Leżała długo, nie zamierzając wstawać, jednak przez długi czas nikt nie podnosił słuchawki. Najwyraźniej Justyna wyszła gdzieś z dzieckiem.
Zwlekła się z łóżka, wlekąc za sobą kołdrę. Na wpół omdlała dobrnęła do komody i pochwyciła w dłonie telefon. Wcisnęła zielony klawisz i przywitała się zwyczajowo.
- Halo? – mruknęła.
- Kto jest w domu? – padło nagłe, niespodziewane pytanie. Co dziwniejsze, z ust kochanej Finki!
- Tylko ja. To ty, Finka, tak? – upewniła się, wciąż obawiając się, iż ma halucynacje.
- Jasne, że ja! Iza, to bardzo ważne. Będziemy rozmawiać krótko… Jak zachowuje się Justyna? Jak cię czuje? Jak dziecko?
- Powoli! A ja? A Ewka? Dlaczego ty w ogóle uciekłaś? – Izabela postawiła sobie za cel wyciągnięcie z dziewczyny prawdy.
- Nie miałam innego wyjścia. Co z Justyną?
Izabela westchnęła ciężko i rozpoczęła referat na temat życia bez panny Bonificji.
- Ach, więc to dziewczynka! Konstancja, mówisz! Piękne, piękne imię… - wymruczała Finka ze ściśniętym gardłem. Bardzo za nimi tęskniła.
- Wróć do nas, dobrze ci tam chociaż?
W tym momencie w drzwiach zaszemrały klucze. Izabela zastanawiała się, jak szybko skończyć rozmowę.
- Oczywiście, że tak – odparła Finka, teraz trochę spokojniejsza.
- Muszę kończyć. Wrócił demon z ognikiem.
Plasnęła słuchawka.
W Krakowie:
Zarumieniona Justyna uważnie przyjrzała się zaniepokojonej, rozkojarzonej Izabeli.
- Piłaś coś? – spytała wreszcie, wrzucając wózek do pokoju. Mała Konstancja radośnie błysnęła swoją pustą paszczęką.
- Nieee… - zamruczała biedna dziewczyna, zastygła z telefonem w ręku.
- A z kim rozmawiałaś? – zaciekawiła się Justyna, teraz siłując się z torbą zawieszoną na specjalnym zabezpieczeniu. Któż wymyślił coś tak nieznośnego!
- Eee, z nikim.
- Jak z nikim, to zakazana rozmowa. No?
- Z… Olkiem – wypaliła Izabela, chcąc się ratować. Wkopała się jeszcze bardziej.
- A jak tak, to w porządku – odparła Justyna, jedną nogą będąc już w kuchni.
W korytarzu pozostawiła dziewczynę, której po raz kolejny zawalił się świat.
Biegiem pobiegła do komputera i uruchomiła gadu-gadu.
Wysłała wiadomość do przyjaciółki.
Grzechotka do Pani Karenin:
Kochanie, gdzie ty dokładnie jesteś? Nie mówisz mi wszystkiego, ja wiem. Ale możesz, przysięgam ci, że możesz! Więc?
W Cardiff:
Bonificja z hukiem trzasnęła słuchawką. Cisza, pustka, niemal uzależniająca.
Nie mogła wpaść w ten hipnotyzujący stan, musiała jakoś radzić sobie z codziennością. Dobrze było usłyszeć głos kochanej Izy. Obie były przerażone tym telefonem, bądź co bądź, minęły już prawie cztery miesiące.
Powoli gasło słońce, cienie szybciej okalały ziemię, a uczniowie na większości kontynentów kompletowali wyprawki.
Wczoraj w tym nowym życiu zjawił się stary element. Jacek, wieloletni przyjaciel Filipa, chłopak, w którym Justyna podkochiwała się latami. Wreszcie jej podchody ustały, gdy złośliwa projektantka zajęła się pracą i dorosłym życiem. Słodkie rozmowy z Jackiem wcale do niej nie pasowały.
Dziwnie było rozmawiać tak szczerze z kim, kto był naprawdę blisko z byłą miłością życia. Jednak Bonificja wiedziała, że tylko on jest w stanie ją zrozumieć. Miał w sobie tą cząstkę, którą niewielki odsetek ludzkości ma święte prawo otrzymać.
Bała się wschodu słońca, ponieważ z każdym dniem było coraz gorzej. Machina lodowa wciąż trwała w ruchu, bez ustanku. Trybiki wariowały.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 31.12.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(47): 43 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał, maszróm