Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Rubinowe lato cz. 4" 16.10.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 21.10.2011
"Pogrzebana w jasności cz. 3" 06.08.2010
"Rubinowe lato cz. 5" 17.10.2010
"Szkarłat niemocy cz. 2" 05.01.2011


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział trzydziesty

(…)Zawsze chciałam mieć swój kąt Taki w którym mogłabym zwolnić bieg kiedy chce teraz mam swój własny dom...” Zerwała się o świcie, aby obserwować uliczny wzlot korków, które już po paru godzinach zmieniały się w bajeczne serpentyny. Nocą lśniły jak neony na ulicach Nowego Yorku. Wciąż była w Europie, wciąż mogła żyć ze świadomością, że nie zdradziła tak wiele. Nie wybrała Ameryki, wolała coś mniejszego, ale równie znaczącego. Ciągle miała nadzieję, że wreszcie poczuje wstyd. Chciała go nawet w sobie wywołać, ale uznała, iż nie warto. Uciekła, po prostu wyszła z domu z dużą walizą i kupionym dzień wcześniej biletem na tanie linie lotnicze. W pierwsze miejsce, jakie było wolne. Los padł na Anglię. Z początku nie miała pojęcia, co będzie dalej. Przyleciała, znalazła chwilowe lokum, po czym skontaktowała się z wydawnictwem, aby zrezygnować z pracy. Ku jej zaskoczeniu, wydawnictwo nadal zamierzało z nią współpracować, tyle że przez Internet. Wymiar godzin był taki sam, z tym, że teraz mogła je poprzestawiać. Wszystko to dawało możliwość niewielkiego etatu w jakiejś pracy na miejscu. Jej angielski był na średnim poziomie. Umiała się porozumieć, ale w niektórych momentach, wymagających jakiejś naukowej analizy, trochę kulała. Mimo to postanowiła spróbować, wierząc, że los jej nie zawiedzie. Przy okazji odkryła, że szczęście to nie zabobon, tylko szczera prawda. Pracę zaoferowała jej polska szkoła katolicka. Świadomość styczności ze swoim narodem, napełniła ją ogromną radością. Nawet tutaj mogła robić coś dobrego. Nie musi być od razu Matką Teresą, aby coś znaczyć. Dzieci okazały się wspaniałe. W udziale przypadły jej klasy od 4 do 6, co oznaczało, że będzie pierwszym, jednym z ważniejszych wzorców w ich życiu. Miała ich prowadzić na porządnym etapie. Kochała każde i to miłością iście matczyną. Poznała ich historie i marzenia dzięki wypowiedziom na lekcjach i krótkim wypracowaniom. Jednak mimo tylu ulubieńców, miała tylko dwóch prawdziwych faworytów, chłopca i dziewczynkę: Pawełka, syna Polki i Hiszpana oraz małą Violinne, która swe nietypowe imię zawdzięczała matce, francuskiej skrzypaczce. Przodkowie kobiety i dziecka pochodzili z Polski, tak więc kobieta miała wielki sentyment do tego kraju. Polski znała średnio, jednak jej córeczka miała do niego większy dryg. Mała dziewczynka nigdy nie poznała swojego ojca, gdyż matka uważała tamten związek za błąd. Tego wszystkiego Bonificja dowiedziała się pewnego popołudnia, gdy matka dziewczynki przyszła do szkoły o godzinę za wcześnie. Dzieci miały właśnie muzykę i tylko Bonificja dyżurowała w pokoju nauczycielskim. Obie szybko wciągnęły się w tok zwierzeń. „Myślałam, że Louis będzie ze mną zawsze. Wiesz, trochę jak w tych naiwnych bajeczkach dla dzieci. I żyli długo i szczęśliwie… Louis został ochotnikiem na wojnie w Iraku… Postanowił walczyć, ale to go zmieniło. Kiedy przyjeżdżał na przepustki, był bardzo agresywny. Tłumaczyłam sobie, wojna, bomby, stres i śmierć. Jak każdy… Podczas jednej przepustki zaszłam w ciążę. Kiedy się dowiedziałam, postanowiłam uciec… Najlepiej tak, żeby mnie nie znalazł. Nie wiem, czy już wrócił, nie wiem, czy żyje, co się z nim dzieje… Gdybym trwała tam jak tchórz, moje dziecko zaznałoby tego samego, co ja. Nie mogłam na to pozwolić!” Violinne, wbrew swojemu imieniu, nie była wcale powabna i wdzięczna. Na pierwszy rzut widać było, że jej największą namiętnością, w wieku jedenastu lat, jest czekolada. Te sześć kilogramów nadwagi umościło się wygodnie na zaokrąglonym brzuszku i twarzyczce, nadając jej wygląd świetnie odżywionego, słodkiego cherubinka. Jednak jej wyobraźnia i styl sprawiały, że wszystkie mankamenty gasły w jednej chwili. Czarowała ludzi swoją osobowością, wywoływała w nich ogromną radość. Nie zależało jej na szkolnej popularności, wciąż trzymała się z jedną dziewczynką z końca klasy, cichą i małomówną Iwonką. Każdy, kto zobaczył ją chociaż raz, nie rozumiał, w czym tkwi fenomen. Dopiero, gdy otworzyła usta albo napisała wypracowanie, ludzie dostrzegali w niej kogoś wielkiego. Bonificja wciąż dobrze pamiętała opowiadanie zadane klasie piątej. Violinne przyniosła jej piękne trzy kartki wzruszeń. „Opowiedz o sobie w dowolny sposób” – brzmiało polecenie. * ”Często myślę, że jestem jak kalka. To nie ja, nie ta prawdziwa, jestem czyjąś kopią. Do tego nieudaną. Mama chciałaby we mnie widzieć wiolonczelistkę czy skrzypaczkę, ale moje palce są niezgrabne. Uszy słyszą doskonale, umysł interpretuje zapis powietrza, usta szukają słów. Piękno rodzi się znienacka, a nam trudno jest je złapać. Jestem maleńką kalką, którą wiatr wciąż strąca w głąb jeziora. Wypływam na wierzch, jednak coraz słabiej mi to idzie. Słowa przychodzą same, nigdy nie muszę ich szukać. One jedne są ze mną na dobre i na złe, pragną mi służyć do końca. Mama twierdzi, że tatuś to abstrakcja. Myślę jednak, że tkwi samotnie na jakiejś bezludnej wyspie i cieszy się wiecznym szczęściem. Znacznie lepiej tak myśleć… Nie mam wielu zainteresowań. Uwielbiam słuchać, gdy mama ćwiczy do koncertów, czytać znakomite książki Jacqueline Wilson oraz opisywać, w specjalnym zeszycie, mój idealny świat. Tam wszyscy ludzie mieliby kogoś, kto mógłby ich kochać całym sercem. ‘’ Życie Bonificji uległo całkowitej metamorfozie. Obecnie wynajmowała maleńkie mieszkanko z pokojem, kuchnią i łazienką, które było dwa razy mniejsze niż wcześniejsze. Jedno było dobre: miała samotność i spokój. Za dnia pracowała, nocami próbowała spać. Męczyła się, aby wyrzucić z pamięci tę jedyną twarz. Wciąż powracało wspomnienie zmartwiałego Filipa… * - Fragmenty wypracowania Violinne są prawdziwym wypracowaniem, tyle że moim. Napisałam je w szóstej klasie na taki sam temat, jaki otrzymała mała Violinne. ;) Tyle, że moja mama nie chciała we mnie widzieć muzyka, a lekarza. Ach, te rodzicielskie ambicje. ;P *** Jego ręce były takie ciepłe. Trzymał ją nimi w mocnym uścisku, tak że chwilami nie mogła oddychać. Mimo to cieszyła się swoim szczęściem… Nie wiedziała, kiedy wzrosło w niej pragnienie kochania go i bycia kochaną. Kiedy uratowali pana Bogusia, była jeszcze zupełną trzpiotką. Od tamtego czasu minęło dobre osiem miesięcy. No, prawie dziewięć. Niedługo wskazówki wskażą rok. Od początku przebywała pod jego urokiem. Uwielbiała te dyskusje, spokój z jakim odnosił się do jej niewiedzy w niektórych sprawach. Był biznesmenem, jednak niezwykle wykształconym pod względem sztuki. Pech chciał, że musiał zająć się samochodami, a nie malarstwem, które szczerze miłował. Ostatnio pragnienie narastało. Wreszcie stwierdziła, że muszą się kochać i to niezwłocznie. To trwało już kilka tygodni. Pragnienie doprowadzało ją do granicy rozpaczy. On wciąż tłumaczył, że dzieci… Żona nic go już nie obchodziła. Nie był mściwy, nie zamierzał odpłacać jej tym samym. Pragnął jedynie, aby córeczki chowały się w spokoju i szczęściu. W pełnej rodzinie. Wszystkie plany popsuła Ewa. Kiedy poznał ją bliżej, zrozumiał, że nie jest mu obojętna. Stała się częścią codziennego, falującego krajobrazu. Nagle niebo nabrało kolorytu, a twarze ludzkie zalśniły w promieniach słońca. Znienacka zaproponowała mu złamanie praw rodziny. Przestraszył się, jednak nie o siebie, a o dzieci. Od kilku lat tylko je stawiał na pierwszym miejscu. Żona zdradziła go już co najmniej dwukrotnie, miał na to dowody. Udawał, że nic nie widzi, nie wie, aby zachować spokój. Nie potrzebował jej. Gabrysia i Zuzia miały w sobie tyle ciepła, że dawały mu energię na dalsze życie. Problem pojawił się, gdy Ewa wplotła w to wszystko swoją siłę. Był weselszy i patrzył na wszystko z optymizmem. Tylko dzięki niej. Długo nie miał pojęcia, jak nazwać to uczucie. Zrozumiał dopiero, kiedy leżał obok niej na łóżku w kopczyku ubrań, z przyśpieszonym oddechem i unoszącą się w przyśpieszonym oddechu piersią. Już wiedział. Zabrzmiał głos Kurta Cobaina i zgasił iskrę. Ewa zadrżała w jego ramionach i delikatnie się uwolniła. Tamtego dnia czekała na ważny telefon, nie spodziewała się jednak, że ten telefon zmieni tak wiele. Po paru minutach nerwowej szeptaniny, obróciła się do Mateusza ze spokojną, ale pobladłą twarzą. Od razu zdenerwował się o wiele bardziej niż ona. - Co się stało? - Justyna zaczęła rodzić przed czasem. *** Pierwszy dzień wolnego, dwoje absolwentów wyższej uczelni – Izabela i Olek, spędzało na Zakrzówku. Miejsce to znaczyło dla nich bardzo wiele. To tutaj wymienili pierwszy pocałunek, potem nad fontanną zdecydowali się na związek. Wszystko wiązało się z wodą, której na Zakrzówku nie brakowało. Soczyście zielona trawa pachniała niezwykle intensywnie, zapraszając do zabawy. Izabela z uśmiechem padło prosto w rozpostarte ramiona ziemi. Olek nadal trwał w pozycji siedzącej, chwilami tylko głaszcząc śliczne czoło Izabeli. Dziewczyna zaczęła zapuszczać włosy, co dało o wiele lepszy efekt niż dotychczasowa fryzura. Obecnie włosy sięgały jej do szerokich ramion. Koniec końców, nie zmieniła tylko sposobu ubierania. Nadal stroiła się w bezkształtne dżinsy i rockowe koszulki. Czasem, spoglądając w lustro, zastanawiała się, co ten chłopak w niej widzi. Olek też nad tym rozmyślał. Wplątał się w związek z dziewczyną, do której czuł tylko przyjaźń. Wyrzuty sumienia miewał rzadko, jednak dopadały go tak zupełnie z nagła, że na dłuższą metę stawało się to nużące. Nie miał tyle skrupułów, co Izabela. Był tylko facetem i to facetem z niezłą ilością kłopotów… Izabela poderwała się z trawy, otrzepała lekko koszulkę, po czym dobrała się do kanapek w koszyku. Bardzo zgłodniała przez ten piknik. Olek, widząc jej łapczywość, zaśmiał się cicho. Dopiero wtedy dziewczyna uniosła głowę i zajrzała w jego oczy. Wyczytała w nich rozbawienie i niepewność… Przestraszyła się jutra. - Dostałaś zaproszenie na ślub profesora? – spytał znienacka, odnajdując w głowie neutralny temat. Nie miał o niczym pojęcia. Izę momentalnie zamurowało. W ferworze egzaminów zdołała zapomnieć o tej ważnej, coraz bardziej zbliżającej się dacie. A tu nagle, jak Filip z konopi, wyskoczyła, pragnąć zamordować żywcem. Jedna data, dwoje ludzi, dwa losy zmieszane w jedno. - Nie, jeszcze nie – szepnęła zbielałymi ustami. - Pewnie czeka w skrzynce – zaśmiał się Olek. Dobrze znał zwyczaje panien mieszkających na najwyższym piętrze. Dopiero, kiedy drobne wcięcia w blaszce stawały się zupełnie białe, dziewczyny niechętnie uchylały skrzynkę, pozwalając by tabuny listów wysypywały się na podłogę korytarza. Zdziwiła go jej reakcja. Przerażona jakby kogoś zamordowali na jej oczach. Ktoś zgasił świecę jej charakteru. Zmieszano ją z popiołem. - Kiedy będzie ten ślub? – spytała, wreszcie się opanowawszy. - Za dwa tygodnie, w sobotę. Iza, co jest? – próbował poznać prawdę. Czuł, że za jej zachowaniem kryje się coś zupełnie innego. Padła twarzą w trawę, starając się utrzymać nieruchomo swoje nogi. Drżały niemiłosiernie, zdradzając ogromny niepokój. Nie umiał myśleć. Machinalnie pogłaskał ją po głowie, po jedwabistych włosach, westchnął. - Nie wiem, czy tam pójdę – wyznała wreszcie stłumionym głosem. Szarpnął jej ręką, po czym uniósł bezwładną głowę wzniecając kaskadę ciemności. Zajrzał w oczy i znalazł cierpienie. - Niby dlaczego miałabyś nie pójść? To był twój profesor! - Oj, tak, ale… -…ale wolisz jego niż mnie! – trafił od razu. Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że kamień w sercu tylko zwiększył swoją objętość. Zdziwił się. Izabela wrzuciła szybko parę rzeczy do koszyka i szarpnęła ceratę, na której siedzieli. Olek niewzruszenie siedział dalej, zupełnie nie reagując na jej działania. - Czyli mam rację? – spytał tylko, szukając jej oczu. Odwróciła wzrok. Chwyciła koszyk i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Miała jeszcze dobre kilka minut. Olek ziewnął, zwinął ceratę, wcisnął sobie pod pachę i pośpieszył śladem dziewczyny. Odnalazł ją siedzącą na pustej ławce, patrząc głęboko przed siebie. W oczach czaiły się nie łzy, a szczera rozpacz. Rozumiała, że kłamstwa wymykają się spod kontroli. Kiedy go spostrzegła, nie mogła już zareagować. Zabrakło jej siły, osłabienie kosztowało ją o wiele więcej niż zwykle. - Od jak dawna go kochasz? Zerknęła w jego tęczówki i pozwoliła pofolgować emocjom. Łzy spłynęły gęstym strumieniem ku chodnikowi. - Za długo… - szepnęła. – Za długo to wszystko znosiłam. - Ale ile?! – warknął. Odwróciła się, aby nie musieć mówić mu tego prosto w twarz. - Możliwe, że od początku. Chciałam ci powiedzieć. A teraz możesz odejść. - Jak odejść? Zgłupiałaś? - Zostaw mnie. Zasługujesz na kogoś lepszego. Jesteś szlachetny, mimo że na pierwszy rzut oka tego nie widać. Majerczyk szczęśliwie się ożeni, ale ja temu nie przeszkodzę. Do widzenia, Aluś… Stanęła na chwiejących się nogach i ruszyła przed siebie, zupełnie ogłuszona. Nie miała szans na normalne życie. Już nie. *** - Filipku, tu powinna być Finka, powinna być… - tylko te słowa wypowiedziała Justyna, zanim trafiła na salę porodową. Poród zaczął się o kilka tygodni za wcześnie, ale po paru godzinach okazało się, że nie trzeba się tak bardzo obawiać. Mimo że dla Filipa było to trudne, po raz kolejny wybrał numer Bonificji. Robił to dla siostry. Miał nadzieję, że chociaż dzisiaj odbierze. Nie powie nic, co dotyczy ich obojga. Napomknie tylko o Justynie, zgani ją za ucieczkę i doprowadzenie przyjaciółki do takiego stanu. Wyżyje się w ten sposób. Problem polegał na tym, że Finka dalej, uparcie, nie chciała odbierać. Od nikogo. Kiedy po godzinie zjawiła się Ewa i użyczyła telefonu, sytuacja powtórzyła się. Jaśnie księżniczka Izabela nie raczyła odwiedzić szpitala przy ulicy Kopernika, mimo licznych telefonów. A tyle razy obiecywały sobie, że będą czekać na narodziny dziecka Justyny. Wszystkie razem… A tu dwie zawiodły. - Naprawdę nie wiem, co z Izką… - tłumaczyła się Ewa, bezradnie gestykulując rękami. - W porządku. Teraz ważna jest Justa – zbył ją, racząc się papierosem. - Zaopiekujemy się dzieckiem, zobaczysz. Poradzimy sobie… - zapewniła go Ewa, muskając jego ramię. Uśmiechnął się do niej poprzez chmurę dymu. Istnieli normalni, lojalni ludzie. Taka Ewka… - Dziękuję. Potrafisz być prawdziwą przyjaciółką. Ewa spojrzała na niego karcąco, natychmiast odgadując przedmiot jego myśli. - Ona też jest. Gdziekolwiek teraz się zaszyła. *** Ciemny pokój napełniał ją depresją. Znużenie i rozstrój organizmu rozchodziły się po pokoju jak płynna trucizna. Marzyła o szubienicy i żyletkach. O czymkolwiek, co zdołałoby rozwiązać ten szary żywot. Tyle, że takie zachowanie wszystko by pogorszyło. W ciemności rozbłysnął wyświetlacz telefonu. Bezwiednie musnęła ekranik, jednak komórka wypadła jej z ręki, gdy ujrzała to piękne imię. Nie potrafiłaby odebrać tego telefonu, usłyszeć jego głosu. Jakakolwiek to była sprawa, nie mogła. Telefon dzwonił o wiele dłużej niż zazwyczaj. Zrozumiała, że musiało stać się coś szczególnego, co wymagało jej obecności. Tylko co? Gdyby wiedziała, pewnie pognałaby w trymiga na lotnisko.



Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 20.12.2011r.

1     

Angelika596 Użytkownik WPMT 21 12 2011 (17:04:51)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Owszem, umiesz pisać, ty to wiesz, ja to wiem, Edward to wie i wszyscy to wiedzą:)

Jedynie jedna uwaga, zważając na moją makabryczną sklerozę bądź tak łaskawa i pisz o kim piszesz. W ostatnim fragmencie chociażby. Finka, tak?

Co do błędów i pomijając interpunkcyjne, na które dziś Ci tylko pogrożę paluszkiem <no no no>.

- "wzlot korków" > nasilanie się korków, wzrost korków... Coś innego po prostu.
- "Miała ich prowadzić na porządnym etapie." < nie rozumiem tego zdania, któreś słowo jest złe, nie wiem czy "porządny", "prowadzić" czy "etap"
- "Kochała każde (brakuje słowa dziecko) miłością iście matczyną"
- pokój nauczycielski z małych liter.
- "Trzymał ją nimi" < za dużo zaimków, wywaliłabym "nimi"
- "Wskazówki wskażą rok" < lata to bardziej do kalendarza pasują, chociaż jako metaforę mogę ostatecznie przyjąć.
- "Przebywała pod urokiem" < lepiej "Była pod urokiem"
- (..) tyle, ile Iza" < poprawiłam na "(...) tyle, co Iza"

Więcej błędów nie pamiętam, za wszystkie oczywiście żałujesz, daję Ci wybaczenie i 5, bo tekstowo podoba mi się coraz bardziej.

EdwardSkwarcan Użytkownik wpmt 21 12 2011 (16:05:05)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Świetny tekst! Kiedy zaczynałem czytać, myślałem, że będzie
nuda, codzienność, zwyczajny i szary fragment życia. Myliłem się. Potrafisz pisać!
Twój tekst mnie wciągnął i nie mogłem odejść.
Jestem leniwy i nie zawsze udaje mi się dotrwać do końca.
Myślę, że najlepsze są Twoje urozmaicenia, co sprawia, że
czytelnik, potencjalny odbiorca tekstu nie nudzi się.
Jestem zwyczajnym, szeregowym członkiem na tym Portalu
i czytam dla przyjemności. Przyznaję, że pozostały same
dobre wrażenia. Czytało mi się miło:).Dziękuję.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(43): 43 gości i 0 zarejestrowanych: