Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Zebra - akt pierwszy" 17.04.2011
"Jeden dzień niepokoju" 31.01.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 16.10.2011
"Wrzeciono na polu makowym..." 23.12.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 3" 06.08.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział szesnasty

Tydzień przeminął jak z bicza strzelił. Tego dość pogodnego, październikowego ranka, Wiktoria pożegnała się uprzejmie z dziewczynami. Potem wszystkie podążyły w swoją stronę, pełne nadziei na kolejny, trochę milszy od poprzedniego dzień. Popołudnie zwijało manatki, wpychając słońce do pokaźnej torby zwanej nocą. Bonificja cicho wsunęła się do mieszkania, po czym zabrała się za ściąganie szpilek. Zaciekawił ją głos Justyny, dobiegający z oddali, lekko niewyraźny, ale dość głośny i wzburzony. Wykorzystując swoje zdolności w cichym chodzeniu, podkradła się do ściany. Następnie oparła się o nią plecami i lekko wystawiając głowę, zajrzała do kuchni. Justyna patrzyła w okno, milcząc właśnie w owej chwili. Słychać było szurgot czyjegoś głosu, najwyraźniej Justyna przeżywała jakąś poważną rozmowę. Już miała wejść, zabrać tylko pomarańczowy jogurt pitny z melisą, gdy Justyna zaczęła się wydzierać. - Widziałam was wczoraj i wierz mi, to nie był miły widok! Tak, na środku ulicy, ty pieprznięty kretynie! Ja rozumiem… Nie, czekaj, ja nic już nie rozumiem… Co jest niby takiego złego w całowaniu tej flądry? Jak to co?! Kurwa, nie widzisz, że Wiktoria tylko cię nabiera? To taki haczyk! A Finka… Bonificja wzdrygnęła się na wzmiankę o Wiktorii. Wypowiedź Justyny brzmiała coraz bardziej niepokojąco. Ok., ulica, pocałunek, ale Wiktoria? Kto niby się z nią całował? A potem jej imię padające w rozmowie… Czyżby rozmawiała z Filipem? E, nie, on by jej tego nie zrobił… Justyna rozmawia z kimś innym. - Filip, nic mnie to nie obchodzi! Pomyśl o Fince! Nie musisz mówić, ale ona sama może się kiedyś dowiedzieć… Serce stanęło. Bonificja potrzasnęła włosami, zadygotała jak w febrze i głęboko, głośno wciągnęła powietrze. I nagle wszystko się wydało. Justyna stanęła jak posąg, po czym odzyskała władzę w członkach i rzuciła się do drzwi kuchennych. Kiedy zerknęła w bok, ujrzała Bonificję i wydała okrzyk przerażenia. Brązowe włosy opadły jej na twarz, usta zadrgały, oczy automatycznie zwilgotniały. Zanim oniemiała Justyna wróciła do rzeczywistości, Bonificji już nie było. Justyna machinalnie wcisnęła przycisk przełączający rozmowę na tryb głośny. Nie miała siły trzymać słuchawki przy uchu. - Justa, jesteś tam? – pytał właśnie Filip, niepokojąc się krzykiem i ciszą, którą nastąpiła parę sekund potem. – Justa, do cholery! - Jestem… - wyszeptała. - Dlaczego szepczesz? Dziewczyny wróciły? - Nie… Tylko… Oj, Filip, Finka już wie. - Co? – warknął, zastanawiając się, skąd przyjaciółka Justyny mogłaby czerpać o nim informacje. Justyna nagle poczuła nawrót siły. W jednej chwili zdecydowała z kim utożsamia się jej serce. Wybór padł na przyjaciółkę. - A dobrze ci tak! – prychnęła, wciskając czerwoną słuchawkę i ciskając telefon na stół. *** Tabun studentów wypadł z wykładu jak szarańcza. Niektórzy przychodzili tu z pasji, inni dlatego, że nie dostali się na inne studia. Łączyło ich jedno, lubili uczelnię, ale wychodzili z niej zaraz po wykładach. Teraz większość przystawała na parkingu w małych grupkach i dyskutowała o wydarzeniu tygodnia, tzn. ślubie profesora Majerczyka z profesor Mróz. Ogłosił to na swoim wykładzie, jednocześnie zapraszając wszystkich na uroczystość. Większość zaczęła się śmiać, bić brawo i życzyć szczęścia. Tylko pojedyncze osoby zachowały powagę, choć z zupełnie różnych powodów. W przypadku Izabeli, powaga była czymś naturalnym. Wyznawała ją nadzwyczaj często i prawie nikt ze studentów nie widział jej uśmiechniętej. Dobry humor uznawała za łaskę dla wybranych. Siebie nie zaliczała do tego, jakże ekskluzywnego grona. Tym razem uznała, że nie ma już po co żyć. Ignorując resztę ludzi szła jak cień, szurając adidasami. Nawet jej czarne, sterczące włosy się na nią uwzięły. Zdawały się elektryzować przy każdym kroku. Kiedy oślepiły ją promienie słońca, westchnęła żałośnie. Nawet tak ładny dzień jak na jesienne standardy, nie potrafił poprawić jej humoru. Oto miłość życia, największe szczęście, jakie mogła sobie wyobrazić, przepada na zawsze. - Iza, co ty taka smutna? – spytała Gośka, dziewczyna siedząca na wykładach dwie ławki za nią. Izabela odetchnęła głęboko i zwróciła wzrok na blondynkę w czerwonej bluzce i ogrodniczkach. - Wcale nie jestem smutna – zaprzeczyła szybko, zdobywając się na imitację uśmiechu. - Oj, przecież widzę – zaśmiała się lekko Gośka, zupełnie jakby chciała pokazać, jak to powinno wyglądać. – Idziesz ze mną na lody? - Nie za zimno? – spytała Izabela, lustrując otaczające ich miejskie życie. Ludzie chodzili poubierani w jesienne płaszczyki, jest raptem dziesięć czy jedenaście stopni, a taka Gośka proponuje lody! - Dla mnie nie. Kocham lody, co poradzić… - zamruczała Gośka, z tym swoim uśmieszkiem. – Ale jak nie chcesz, to nie. - A wiesz… - Izabela szybko rozważyła za i przeciw, po czym poprawiwszy roztrzepaną fryzurkę, postanowiła iść. Nie dotarły nawet za róg. Najpierw usłyszały czyjeś wołanie, potem szybkie, energiczne kroki. Obie natychmiast się odwróciły. Gośka jak zwykle z uśmiechem, Izabela z rozszerzoną wersją codziennego grymasu. Różnica była tak wyraźna, że Olek, z natury optymista, przestraszył się tej zbyt spokojnej czarnuli. Jednak skoro postawiło się przed sobą jakąś granicę, nie wolno uciekać, tylko realizować plan. Jego plan niewątpliwie miał wiele zalet. - Gdzie idziecie? – spytał wesoło, obejmując rękoma obie dziewczyny. Gośka i Iza jednocześnie zdjęły jego ręce ze swoich ramion. - Tam, gdzie ciebie nie ma, kolego – odparowała słodko Gośka. - Oj, no to do nikąd. Biedaczki, ja was zaprowadzę w świetne miejsce… - Obejdzie się – Izabela włączyła się w protest. Ostatnią rzeczą na jaką teraz miała ochotę, była rozmowa z nim. Zresztą Gośki też się za chwilę pozbędzie. - Szczerze mówiąc, Gosiulku, mam do pogadania z Izką. Małpa jedna coś mi obiecała i nie do trzymała słowa – dodał Olek konspiracyjnym tonem, chwytając dłoń Gośki. – No, chyba nie masz mi za złe, że zaraz będę ją zmuszał, żeby… - Nic ci nie obiecywałam! – warknęła Izabela, teraz już na skraju wytrzymałości. Olek podszedł do Izabeli z miłym uśmiechem, wciąż spoglądając na zaintrygowaną Gośkę, po czym pochylił się i szepnął coś Izie do ucha. Izabela zdziwiła się, po czym szybko rozważyła propozycję i kiwnęła głową. Olek stwierdził, że ma plan jak pozbyć się Gośki. Nie podejrzewał tylko, że Izabela postanowiła także pozbyć się jego. Wreszcie, po wielu gadkach Olka, Gośka usunęła się sama, twierdząc, że spada jej cukier i musi biec do cukierni. Wówczas Olek uśmiechnął się tak triumfalnie i radośnie, że Izabela miała ochotę zachichotać. Jednak zanim jej czerwone wargi rozciągnęły się w uśmiechu, umysł przywołał radość profesora Majerczyka, gdy poinformował ich o zbliżającym się ślubie. Wykrzywiła usta jak dziecko i rzuciła się do przodu, byle dalej od wszystkich, a szczególnie od Olka. Był mężczyzną, wywodził się z tego rodzaju, który ją skrzywdził. Omotała go, pokazała biust, zgrabne nogi, rzuciła kilka pochlebstw. Z pewnością tak właśnie się to odbyło. Profesor, jak każdy facet, był na tyle głupi, aby się na to złapać. A gdzie intelekt? Nie wytrzymała, łzy popłynęły z oczu strumieniem. Było tam wszystko: wieloletnie cierpienie, gniew, głęboka miłość do niego i błaganie losu o szczęście dla wybranka. Nie chciała nienawidzić kogoś, kto w gruncie rzeczy nie był winny jej cierpienia. To ona, cholernie naiwna dziewczyna wierzyła, że coś się wydarzy. Że profesor po jej paru dodatkowych pytaniach po wykładzie zaprosi ją na kawę. Chociaż nienawidziła kawy, poszłaby z ochotą. Tylko dla niego. Wreszcie trafiła do parku. Padła na ławkę i dramatycznie owinęła ręce wokół twarzy. Skuliła się na drewnianej, odrapanej ławce ustawionej w otoczeniu wypchanego kosza na śmieci, starego dębu i oszałamiającej ilości petów rozrzuconych po alejce. *** Olek po raz pierwszy poczuł coś innego niż tylko chęć wydobycia od dziewczyny wiedzy i notatek. Zrobiło mu się głupio, tym bardziej, że Iza była zupełnie rozstrojona. Nie wiedział, co się z nią stało. Zazwyczaj była smutna, ale potrafiła odpowiadać w miarę miło i konkretnie. Zachowywała się poprawnie. A teraz, w jednej chwili, coś się w niej rozpadło. Tak właśnie to widział. Kiedy biegła przed siebie, w tych adidasach, zgarbiona i nieporadna, coś się w nim ruszyło. Głęboko wierzył, że to żal. On sam doświadczył ciężkiego życia, jednak nigdy się z nim nie afiszował. Skrywał je w sobie, nie opowiadając o nim nikomu. Nie, pomyłka, tylko raz mu się to zdarzyło. Zresztą, pewnie ta osoba już dawno zapomniała. Wszyscy zapominają o czyjś nieszczęściach. Westchnął i ruszył w stronę parku. Wydawało mu się, że tam zniknęła. *** „Nigdy więcej. Będę samotną, starą i nudną starą panną z trzema psami. Nikt mi nie poda herbaty przed śmiercią, no chyba, że Finka się zlituje. To nie jest warte, nie ma co biegać za cierpieniem. Jak mur, mur, mur…” – myślała właśnie Izabela, dalej z głową na dżinsach. Rękami objęła kolana i siedziała tak, zastanawiając się, ile osób uważa ją za idiotkę. Doszła do wniosku, że zbyt wiele, aby tą głowę wreszcie podnieść. Zostanie tu do zmroku, potem wróci w aurze niebezpieczeństwa, za to z podniesioną głową. A potem… zrezygnuje z tej uczelni i przeniesie się gdzie indziej. Byle go więcej nie widzieć. - Iza, ja wiem o co chodzi – usłyszała cichy, współczujący głos. W pierwszej chwili skojarzyła go z profesorem Majerczykiem, ale zaraz zganiła się w myślach. On teraz pewnie jest ze swoją narzeczoną. Uniosła głowę, nawet się nie zastanawiając. Ujrzawszy uśmieszek powoli rozświetlający twarz Olka, westchnęła ciężko. - Dałam się nabrać – przyznała wreszcie. - Coś musiałem wymyślić. Iza, nie wiem, co cię gryzie, ale… no, mogłabyś powiedzieć – stwierdził wreszcie, wyciągając delikatnie rękę, aby dotknąć jej ramienia. - Ale nie powiem – warknęła automatycznie i zrzuciła jego rękę. Usłyszała jego jęk i uspokoiła się trochę. – Zostaw mnie samą, dobrze? - Przecież płakałaś. Coś się stało, widzę – mruknął, pocierając rękę, aby przestała go boleć. Zderzenie z drewnem, szczególnie po odrzuceniu tej ręki przez Izę, diabelnie bolało. - To źle widzisz – postanowiła uparcie wypierać się oczywistego. Nierozwaga, która cechuje niektóre kobiety w chwilach kryzysowych, wykończyła już niejednego mężczyznę oraz niejedną właścicielkę tej potwornej cechy. - Izka! Mówisz czy nie? – zdenerwował się. Ile można wytrzymać z taką dziewczyną? Miał po prostu dość jej fochów, niewiele brakowało, a zostawiłby ją teraz, nie zrealizowawszy nawet swojego planu. - Nie chcę. - Czy to ma coś wspólnego z… - Z niczym nie ma wspólnego, jeśli chcesz wiedzieć! Spływaj! - Nie mamy tu rzeki – zauważył pogodnie, rzucając jej spojrzenie Casanovy. Nie było w niej czego podziwiać, ale musiał cierpliwie odgrywać swoją rolę. W tym momencie, nie wiedzieć skąd, na horyzoncie znalazła się blada Bonificja. Izabela i Bonificja automatycznie spotkały się wzrokiem, jakby miały wbudowany jakiś radar ustawiony na wykrywanie siebie. Swoją drogą, szkoda, że nie ma czegoś takiego na porządnych, normalnych facetów. A może takich nie ma? - Finka, co ty tu robisz? – rzuciła szybko Izabela, ignorując dziwne spojrzenie Olka. - Jadę do Filipa. Znaczy… pojadę, jak znajdę w sobie trochę siły – odparła Bonificja, nieco zamyślona. – Ale... ja wam przeszkadzam – zorientowała się po paru długich sekundach. - Nie, wcale nam nie przeszkadzasz! – zawołała Izabela, zanim Olek zdołał cokolwiek powiedzieć. – Olek, już idzie, nawiasem mówiąc, w ogóle nie powinieneś… - nie dokończyła, gdyż Olek pochylił się nad nią i złożył pocałunek na czole. Zbladła gwałtownie, upodobniając się do Bonificji, ale zanim zdążyła zareagować, Olek już odszedł. - To twój chłopak? – spytała Bonificja, prędzej z obowiązku niż z ciekawości. - Nie – warknęła Izabela. – Boże, Finka, źle wyglądasz. - Ty też – jęknęła Bonificja, lustrując przyjaciółkę. – Też masz jakieś kłopoty, co? Wiedziałam, wiedziałam od razu! Mów. Izabela krótko streściła wielkie wydarzenie na uniwersytecie, zaś Bonificja zaczęła się rozwodzić nad zachowaniem Filipa. Zastanawiała się, czy powinna do niego pójść i wyjaśnić tą sprawę, czy też zmyć mu głowę i odejść dumnie, lecz samotnie w przyszłość? - Lepiej dowiedz się całej prawdy. Żebyś nie żałowała – poradziła jej Izabela, chwytając rękę Bonificji i mocno ją ściskając. – Obie wiemy, że miał wiele dziewczyn. - Więc nie znaczę dla niego wiele – stwierdziła gorzko Bonificja. - Tego nie powiedziałam – żachnęła się Izabela, ściskając mocniej rękę przyjaciółki. – Myślę, że wiele może się jeszcze zdarzyć… Ech, w moim przypadku nie. - Rzeczywiście, to wygląda beznadziejnie – wyznała Bonificja dramatycznie. Bardzo chciała, żeby chociaż w życiu jednej z nich się ułożyło. Gdyby wiedziała, że przynajmniej Izabela jest szczęśliwa, mogłaby żyć z poczuciem, że istnieje sprawiedliwość na tym świecie. - Dlaczego faceci wolą dekolty? – spytała wreszcie Iza, ocierając napływające do oczu łzy. - Spytaj Filipa. - I Majerczyka! Ty wiesz, że on ma na imię Michał? Jak Wiśniowiecki… Jezuuu! – zawyła Izabela, nie zwracając uwagi na ludzi spacerując w oddali. - Powinniśmy się upić – stwierdziła wreszcie Bonificja. - Mówisz poważnie? – spytała Izabela z nagłym błyskiem w oku. Wiadomo, nieodwzajemnione miłości topi się w alkoholu. Im więcej promili, tym lepiej. W razie pijackiego amoku i długotrwałej libacji, straży pożarnej nie zabraknie pracy. - O, tak! Izabela doznała olśnienia i zerwała się z ławki, uprzednio puszczając rękę przyjaciółki. - Wiem! Upijemy się i pójdziemy do nich pokazać im, co stracili – zaproponowała. - Nieumiejące utrzymać równowagi pijaczki? – podsumowała sceptycznie Bonificja. – Oj, Izul, to nie wypali. - No to co! – warknęła Izabela, padając z powrotem na ławkę i ryjąc w niej paznokciami, aż do drzazg. – Ja go kocham… - Myślisz, że ja nie?! – warknęła Bonificja, zaciskając pięści. – Ale nie mogę do niego iść i powiedzieć… Ty też nie możesz, bo on ma narzeczoną! - W takim razie zrobimy inaczej – zaczęła Izabela. – Ja wracam do domu, wypijam cały zapas alkoholu Justyny, nie przejmuję się tym, że jutro muszę iść na zajęcia, a ty… - Co ja? – spytała Bonificja przymilnie, licząc, że Izabela wymyśli coś, co pozwoli jej nie myśleć i choć trochę się wyłączyć. - Ty idziesz do Filipa, żeby mu dać w mordę! - Cholera, to naprawdę dobre rozwiązanie! – uznała Bonificja po paru minutach. Wstała z ławki, ucałowała Izabelę w policzek i odeszła na przystanek autobusowy. Izabela zlustrowała swoje paznokcie, westchnęła i poszła do Rossmana po lakier do paznokci. W jej iście historycznym umyśle już kształtował się plan.



        Dedykacja: Dla mojej "sekty" z Kazimierza, która namiętnie słucha ludzi pozornie umarłych...

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 16.10.2011r.

1     

Vår Szef Prozy 18 10 2011 (10:03:54)

podpisuję się pod komentarzem Centaura. błędów zero - jak zwykle. co za nuda ;) pozostała mi tylko akceptacja :)

Centaur Użytkownik wpmt 17 10 2011 (17:34:19)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj, Ironiczna! ;)

Poprawianie redaktorów jest jednym z trudniejszych zadań, na które można się napatoczyć na wpmt.pl ;)

Po pierwsze: szukam błędów, których mogę w ogóle nie znaleźć lub których jest śladowa ilość

Po drugie: redaktor wie lepiej, niż zwykły użytkownik. Z prozą radzę sobie dosyć dobrze.

Tyle z informacji. Zaczynam czytać pracę. Ech... Aż mnie skręca z ciekawości ;)

Przede wszystkim używasz ciekawych metafor oraz epitetów. Zaskakujesz pomysłami- od razu na początku można to stwierdzić w scenie z zachodem słońca.'Wykorzystując swoje zdolności w cichym chodzeniu'- ja użyłbym tu 'wykorzystując zdolności bezszelestnego poruszania się'. Tam absolutnie nie ma błędu, jednak wyszło (odrobineczkę) niezgrabnie. Czy profesor zaprasza swoich uczniów na ślub? Wydaje mi się to być trochę surrealistyczne, no ale już się nie czepiam.

Głowa na dżinsach? Oznacza to, że trzyma ją na spodniach? Dziwne sformułowanie. Dobra, dobra, nie czepiam się. Trochę za bardzo wyszukuję błędów. Lecę dalej.;)

Michał Wiśniowiecki- król, czy też Wiśniewski? ;)Znowu przepraszam za nadmierne pytania... ;)

Cóż tu jeszcze mówić. Ech, moja nauczycielka z podstawówki nauczyła mnie automatycznie skierować wzrok na błędy interpunkcyjne. Mój 'radar' nie znalazł niczego niepokojącego, co nie oznacza, że mogę się mylić.

W sumie czego ja się spodziewałem po redaktorze? Błędu na błędzie. Dobrze, teraz ocenka. Jestem na tak: -6
Gratulację ;)




Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(28): 28 gości i 0 zarejestrowanych: