warto go przeczytać
- Widzę, że znajomość się rozwija! – zachichotała Justyna, wpadając jak strzała do łazienki. Otworzyła białą, sterylną szafkę i po długim gmeraniu wydobyła z niej prostownicę.
- Nie pieprz! – ofuknęła ją Bonificja. – Dlaczego ty prostujesz te loczęta? – spytała, łapiąc w lustrze złośliwy uśmieszek Justyny.
- Bo mnie wkurzają – mruknęła dziewczyna, podłączając prostownicę do prądu, aby się nagrzała – Teraz mów! – zażądała Justyna, wyrywając Bonificji z ręki krem nawilżający, który właśnie zamierzała odłożyć na szklaną półkę. Zaraz odkręciła pokrywkę i nałożyła sobie pokaźną porcję na twarz.
- Niby o czym? – zdziwiła się trochę nieobecna Bonificja.
- Oj, o moim braciszku! – zaśmiała się Justyna. – Ach, ta miłość. Nigdy się nie zakocham! – obiecała sobie po raz setny, rozsmarowując krem kolistymi ruchami. W końcu im bardziej rozgrzany krem, im więcej masowania, tym lepsze nawilżenie, a także lepszy efekt.
- Dobra, dobra, obiecujesz to sobie od dawna. Prawda jest taka, że nie ma nic.
- To dlaczego… chwila… - Justyna zamyśliła się na parę sekund, licząc spotkania Bonificji z Filipem w ciągu ostatniego miesiąca. – Tak, to dlaczego spotykaliście się aż siedem razy?
- Bo jesteśmy przyjaciółmi – odparła spokojnie Bonificja, Przy przyjaciółce nauczyła się jednej, bardzo ważnej zasady: na niektórych ludzi nie ma bata, trzeba ich po prostu ignorować. Chwyciła szczotkę i zaczęła szczotkować swoje ciemne włosy.
- Osobliwy rodzaj przyjaźni – skomentowała Justyna, nadal wpatrując się w przyjaciółkę swoim przewiercającym spojrzeniem.
Bonificja zerwała się, jakby uderzył w nią piorun. Pacnęła się ręką w czoło i uśmiechnęła.
- Jezuuu, jaka ja jestem głupia! Zapomniałam ci powiedzieć! – wykrzyknęła, odwracając się gwałtownie w stronę przyjaciółki i tym samym ściągając łokciem kilka kosmetyków ze szklanej półki. – Szlag! – natychmiast padła na kolana, aby pozbierać stosy dezodorantów i pustych próbek po perfumach.
- Co jest? – zaniepokoiła się Justyna, która niczego nie zauważyła. Była zupełnie skupiona na swoich lokach, które usilnie próbowała wyprostować. Problem polegał na tym, że te włosy po prostu były równie uparte jak one. Dopiero, kiedy zerknęła w dół, odnalazła Bonificję. – Ale z ciebie niezdara!
- No dzięki! – warknęła Bonificja, zebrawszy wreszcie połowę buteleczek i odłożyła je na półkę. Potem znowu pochyliła się nad płytkami. – Dobra, do rzeczy. Wczoraj dzwoniła do mnie mama. Podobno jak byłam mała, miała jakąś przyjaciółkę, która mieszkała tu do szóstego roku życia z córką. Wiesz, podobno się kumplowałyśmy, ale ja jej nie pamiętam. No, zupełnie! W każdym razie teraz ta dziewczyna mieszka z matką w Jastrzębiej Górze i ma coś do załatwienia w Krakowie. Mama prosiła, żebym jej pozwoliła tu mieszkać przez tydzień. Wolałam zapytać ciebie, dziewczyn też potem zapytam…
- Co się wygłupiasz, niech przyjeżdża! Przynajmniej będzie trochę ciekawiej. Dość mam tych nudnych dni! Jak nie praca, to dom…
- Już się znudziłaś „Avanti”? – Bonificja uniosła brwi. Jeszcze niedawno wszystkie rozmowy z Justyną opierały się na wyliczaniu korzyści, jakie osiągnie we współpracy z tą gazetą.
- Nie, oczywiście, że nie! – oburzyła się Justyna, ciskając prostownicę na pralkę i odłączając ją z prądu. – Dzisiaj już nie mam siły! – jęknęła, spoglądając do lustra na swój nikły efekt.
- A kto mi ciągle powtarza, że jestem za mało wytrwała? – rzuciła Bonificja z niewinną miną.
- No, kto ci powtarza, kochanie, kto? – spytała Justyna, jak zwykle gotowa do kolejnych kpin.
- Nie jestem niedyskretna! – język Bonificji był bardzo wymowny.
W tym momencie oszołomił je ogromny huk muzyki. To Enrique Inglesias uwodził swoim głosem. Przynajmniej tak by było, gdyby nie najwyższa głośność ustawiona w głośnikach.
Wszystko wyjaśniło się, gdy po paru sekundach trzasnęły drzwi od pokoju Ewki, a jego właścicielka wyszła z niego tanecznym krokiem ze pustą szklanką w dłoni i słowami piosenki „Takin’ back my love” na ustach.
- Ewka! – wydarła się Justyna machinalnie. – Ścisz to!
Ewka nie usłyszała. Szła dalej, wymachując biodrami, śląc ścianom uśmieszki, unosząc jedną rękę do góry, drugą zaś trzymając w dole. Widok komiczny.
Justyna zapoczątkowała akcję „Mocno wkurzona przyjaciółka”, spokojnie stając przed obliczem Ewki i wymachując wymownie rękami. Akcja odniosła sukces, gdy Ewka wreszcie ją zrozumiała i pobiegła do pokoju wyłączyć muzykę.
- Spokój… - odetchnęła Justyna, wracając do łazienki.
- To czego mam słuchać? – zawołała żałośnie Ewka ze swojego pokoju.
- Zaczyna się – jęknęła Justyna, chwytając szczotkę, aby nieco poprawić stan swojej czupryny. Szybko zelektryzowała włosy.
- Czekaj, puszczę ci coś świetnego! – zawołała Bonificja, której często robiło się żal Ewki. Uśmiechnęła się lekko do Justyny i poszła do pokoju fanatyczki hiszpańskiego.
Wróciła po paru minutach, dość zadowolona.
- To nie wygląda dobrze – mruknęła Justyna. – Co jej pokazałaś? – spytała podejrzliwie.
- Oj, nic takiego. Słuchaj.
Zabrzmiały pierwsze dźwięki jednocześnie przeszywając ciała dwóch zakochanych kobiet: Ewy i Bonificji. Justyna tylko się wzdrygnęła.
- „Andante”?! – ryknęła, psując Bonificji cały efekt. Ewa tkwiła już w swoim transie.
- No, a co jest w tym złego?
- Z deszczu pod rynnę. Zacznę chodzić do kościoła – mruknęła Justyna, beztrosko porzucając szczotkę na rzecz wysokokalorycznego batonika w lodówce. Na taki wstrząs nie ma jak cukier.
***
Następnego dnia całe mieszkanie zostało zelektryzowane obecnością Wiktorii, kobiety nie do przeoczenia. Przybyła koło godziny dziewiętnastej, w chwili, gdy wszystkie właścicielki mieszkania były już w domu i dogorywały po godzinach pracy/studiów.
Wiktoria okazała się wysokim i chudym rudzielcem odzianym w spódniczkę krótszą od tych posiadanych przez Ewkę oraz top odsłaniający jej płaski brzuch.
Od razu rozpoznała Bonificję, obdarowując ją całusami w powietrzu.
- No, niewiele się zmieniłaś! – zakrzyknęła wesoło.
Na pytanie, skąd może to pamiętać, oświadczyła, że wklikała ją na Facebooku i obejrzała dwa niezłe zdjęcia.
- Ale mogłabyś nieco schudnąć, królewno – poradziła przyjaźnie.
- Żeby była szkieletem, jak ty? – nie wytrzymała Justyna.
- Fakt, jestem za chuda – przyznała pojednawczo Wiktoria – Szybka przemiana materii, ot co.
- Akurat. Marchewka, sałata i ziarna – mruknęła cicho Justyna do Izabeli.– Wreszcie mamy królika! – dodała nieco głośniej.
- Nie przejmuj się nią – uśmiechnęła się Bonificja, robiąc dobrą minę do złej gry. – Będziesz spała w salonie, na kanapie, bo nie mamy gdzie cię tutaj ulokować.
- Spoko, nie róbcie sobie kłopotu – Wiktoria błysnęła wybielonymi zębami.
„Dam głowę, że sztuczne” – przemknęło Ewce przez myśl.
- Kładź tu te walizy i siadaj – zaproponowała Izabela. – Kawa, herbata?
- Najlepiej źródlaną wodę - stwierdziła laleczka.
- Mamy – stwierdziła Izabela, zerkając na blat.
Kilkanaście minut później siedziały już przy stole, każda popijając swój ulubiony napój, pogrążone w rozmowie.
- Czym się zajmujesz? – spytała Justyna.
- Och, jestem modelką – Wiktoria odpowiedziała takim tonem, jakby jej zawód był najwyższym szczęściem na ziemi.
- Hmm, modelką. Pewnie początkującą?
- A skąd! Byłam już na sesjach w Rzymie, w Prowansji… Teraz wymyślili sobie kulturalny Kraków, phi! – prychnęła dziewczyna, lustrując wzrokiem kuchenne obrazy.
- Kochanie, co masz do Krakowa? – rzuciła Izabela dziwnie zjadliwym tonem. Wszystkie trzy dziewczyny spojrzały na nią ze zdziwieniem. Już dawno nie widziały jej takiej zdenerwowanej.
Wiktoria roześmiała się sztucznie i plasnęła lekko o stół swoimi czerwonymi szponami.
- Nic wielkiego, wydaje mi się tylko nieco… nudny? – wyznała z minką mającą udawać niewinność.
- Jakim cudem?! – zakrzyknęły jednocześnie Justyna, Ewka i Bonificja. Izabela tylko patrzyła na nie spokojnie i błogosławiła w duchu swój wybór sprzed kilku lat.
- Dobra, nieważne, nie kłóćmy się – zaproponowała przyjaźnie Wiktoria, wygodniej rozsiadając się na krześle.
***
- Dzisiaj nie mogę, naprawdę. No, przepraszam, nie wiedziałam wcześniej. Jasne, kiedy indziej będzie super. Oj, zdzwonimy się! Hmm, to cześć.
Bonificja z ciężkim sercem odłożyła stacjonarny telefon na swoje biurko. Westchnęła, odwróciła się i napotkała spojrzenie Wiktorii. Zdawała się być… bardziej ludzka?
Było jej smutno, ta czerń, pieczara uczuć przebijała się do świata ludzi bardzo powoli. Bonificja dostrzegła ją bez trudu. Przy samej sobie i Izie było to już bardzo łatwe.
- Chłopak, co? – spytała Wiktoria, uśmiechając się z wysiłkiem. Widać było, jak próbuje się zaśmiać, może nawet rzucić jakiś zjadliwy tekst. Zamiast tego łzy powoli wypełniły jej księżycowe oczy.
- E tam, chłopak! Przyjaciel – Bonificja uśmiechnęła się krzepiąco. – Coś cię gryzie, co?
- Nic mi nie jest – burknęła Wiktoria, odwracając się plecami. Już miała odejść, gdy Bonificja złapała ją za wypielęgnowaną dłoń, o mało co nie raniąc się jej szponami.
- Gadaj – rozkazała, ciągnąc dziewczynę z powrotem do pokoju. Usadziła ją na swoim obrotowym krześle, zaś sama przysiadła na łóżku nakrytym szarą kapą w czerwone maki. Nogi oparła na zielonym, puchowym dywanie rozkoszując się jego niebiańską miękkością.
- Niedawno rzucił mnie chłopak. Powiedział, że jestem zimna, a on nie chce być z kimś takim… - powiedziała Wiktoria schrypniętym głosem, pocierając kolana w zdenerwowaniu. Tego dnia miała na sobie tylko krótką, fioletową sukienkę, więc jej idealne nogi bardziej kłuły w oczy.
- Jeśli rzeczywiście dokuczasz tak ludziom, to mógł tak powiedzieć – rzuciła cicho Bonificja, nieco wytrącona z równowagi. Zaraz wyzwała się w duchu od głupich i podeszła do biurka. Z szuflady wyjęła małą książeczkę. Szybko ją przewertowała, wydała okrzyk szczęścia i przykucnęła przy długich, aksamitnych nogach. Na kolanach Wiktorii ułożyła książeczkę i wskazała stronę dwudziestą czwartą.
- Miłość gorąca pali tylko usta, całować by się chciało, łzy chować pod rosą…- przeczytała Wiktoria, zerkając pytająco na Bonificję.
Ta tylko pokiwała głową.
- Ale to nie o to chodzi. Patrz, tutaj są suszone kwiaty – wskazała suszone niezapominajki i trochę zwykłej trawy. - Chcesz, to dotknij, tylko delikatnie, to dla mnie ważny symbol.
Wiktoria posłusznie przejechała opuszkami palców prawej ręki po nierozwiniętym, błękitnym pąku.
- Czego symbol? – spytała zaciekawiona, ocierając palcem resztki łez z rzęs.
- Mojej miłości – odpowiedziała Bonificja pogodnie.
- Ja wiem, że kwiaty szybko się starzą, szczególnie te suszone, ale ile one tu siedzą?
Bonificja uśmiechnęła się ciężko.
- Zakochałam się siedemnaście lat temu, to wiem na pewno – Bonificja nie zważała na okrzyk przerażenia Wiktorii i mówiła dalej – Tyle, że zrozumiałam to mając dwanaście lat, czyli trzy lata później. Policz sobie, ile mają.
- Czternaście lat – szepnęła Wiktoria w zadumie. – Jesteś silna. I co z tym facetem? Jesteście razem?
- Mówiłam, że nie.
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 13.10.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(35): 30 gości i 5 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał, maszróm, Mirosław Mrozek