Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Cztery dobre wróżby -..." 03.01.2012
"Połączymy się na drodze..." 28.05.2010
"Cztery dobre wróżby -..." 07.11.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 11.12.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 05.02.2012


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział piąty

Nigdy nie miała drzewa. Kiedy była mała, marzyła o zakupieniu nasionka, własnoręcznym zasianiu go, a następnie przesiadywaniu na nim całymi godzinami. To byłaby jej samotnia, do której nie wpuściłaby nikogo. Siedząc wygodnie na młodej, wysokiej czereśni, zbierając jej owoce do koszyka, znowu stawała się nastolatką, która marzy o pięknym życiu. Zdecydowanie od wczoraj wyrosła z wieku dziecięcego. Wyobrażała sobie, że ją i Filipa przestają dzielić lata, nazwisko, pochodzenie i charaktery. Mogą być parą, ona mu się podoba i jest o nią diabelnie zazdrosny. Każdego dnia umierają razem, zawsze razem. Wszystko to, choć podane na finezyjnej tacy, było niezwykle mdłe wobec rzeczywistości. O ileż bardziej wolałaby, żeby jej wybranek był zwyczajnym mężczyzną bez grosza przy duszy! Razem dochodziliby do wszystkiego, wspólnymi wysiłkami cementując miłość. Była owocem takiego przykładu. Jej rodzice wprawdzie nie byli specjalnie bogaci, ale przynajmniej szczęśliwi. Zawiał wiatr i rozrzedził powietrze. Przy okazji zdmuchnął z drzewa kilka koralowych sercówek. Chociaż przebywała w cieniu, nadal odczuwała skutki upału. Błogosławiła wiatr. Kiedy spojrzała w prawo, ponad ogrodzeniem, widziała majaczące w oddali szczyty gór. Całe Gorce, Turbacz, las za którym krył się malowniczy Niedźwiedź. W takich chwilach życie miało sens. Ryknęła krowa, zaszczekał pies, zaszeleściła trawa. Tego ostatniego odgłosu Bonificja nie mogła usłyszeć, szczególnie przy takim natężeniu innych bodźców. - Też lubię tu siedzieć. Wchodzę najwyżej jak się da i myślę, że jestem w niebie – odezwał się miły, kobiecy głos, który tulił ją nawet na odległość. - Jak wysoko? – spytała Bonificja. – Nigdy nie byłam w niebie. - Cóż, nie najwyżej. Pamiętajmy, że trochę już ważę. Przy moim wzroście i wiejskim jedzeniu to nieuniknione. - Mamo, nie żartuj – roześmiała się Bonificja, spoglądając sponad gałęzi na tą drobną istotkę o kruczych włosach przetykanych srebrnymi nitkami. - Ale ja nie żartuję – zawtórowała jej ochoczo matka. – Nigdy nie mieszkaj na wsi! – pogroziła jej palcem. - Co z tym niebem? – spytała zaciekawiona. - Czekaj, niech usiądę – mruknęła mama i nie zważając na poranną rosę, usiadła wprost na trawie. Rękoma objęła swoje pulchne nogi i wtuliła głowę w twarde, masywne kolana. – Moje niebo jest nawet na ziemi. Wiesz, może to głupie, ale nie chciałabym stąd znikać. - Chciałabyś tutaj pozostać? – złapała w lot Bonificja. – Dlaczego? Tutaj jest tak… okropnie – jęknęła zaskoczona. - Dla ciebie. Ty budzisz się rano i pędzisz do pracy przez opary kurzu. Pędziłam tak przez lata i wiem, co to znaczy. Ale teraz… kiedy budzę się rano, widzę łąkę. To dodaje sił. Wszystko, co jem jest zdrowe i pochodzi z mojego gospodarstwa. Czuję się lepiej, wszystko jest dla mnie nowe i wyraziste. - Cieszę się – uśmiechnęła się Bonificja, chcąc okazać matce swoją radość. Jakże łatwo było się tutaj uśmiechać i pogodnie rozmawiać! - Ja też. Ale wiesz, wczoraj niebo się zachmurzyło. Niebo było piękne jak zwykle, po czym, na parę sekund doszła kolejna, śliczna chmura. Myślałam, że zwiastuje mi większe szczęście, ale się pomyliłam. Niebo się zachmurzyło… - Nie cieszysz się, że przyjechałam? –zrozumiała dziewczyna i zasępiła się. Matka uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową. - Nie zrozumiałaś do końca, kochanie. Ucieszyłam się, kiedy cię zobaczyłam, ale z twarzy… poznałam, że stało się coś złego. Ty gaśniesz w oczach z każdym rokiem. Wnioskuję, że to coś poważnego. Moje niebo wciąż jest nieco granatowe. Czasem się rozjaśnia, kiedy ty się śmiejesz, ale tylko sekundami. Zrób coś z tym. Bonificja złapała za koszyk i niezgrabnie zeskoczyła na ziemię, omal nie łamiąc sobie nóg. Padła przed matką na kolana i ucałowała ją serdecznie w policzek. - Dziękuję, mamo. Wybacz, ale muszę wracać do Krakowa. Ja nie zadzwoniłam – wyznała z przerażoną miną, zastanawiając, co powie matka i czy bardzo się zdenerwuje. Ona tylko uśmiechnęła się wesoło, nieco figlarnie i grożąc jej palcem zamruczała pod nosem. - Wiem. *** - Dobra, bez paniki. Za dwie godziny zgłosimy na policję jej zaginięcie i poczekamy na odzew. Nie mam innego pomysłu – rzekł Filip, wchodząc do pokoju Justyny. Mimo, że miał zostać trochę po godzinach, aby zająć się papierami, wyszedł wcześniej z pracy. Wszystkie dziewczyny siedziały stłoczone na łóżku Justyny, patrząc na niego jak na zjawisko. Odkąd Bonificja zniknęła spodziewały się jej w każdej minucie. Wierzyły głęboko, że to tylko taki żart, takie droczenie się. Tylko Filip wyzbył się złudzeń. - Niczego nie planowała, żyła tylko z dnia na dzień… - Ewka prowadziła monolog, którego nie słuchał nikt poza Filipem, który wszedł przed minutą. - Chwila – zreflektował się nagle Filip. – Niczego nie planowała? Ewka, skąd ty to wiesz? - Oj, skąd wiem! – żachnęła się. – Bo nic nie mówiła. Młody Sherlock Holmes już podjął trop. - Drogie panie, za mną – zakomenderował, wskazując im drzwi. Wszystkie, jak na rozkaz, zerwały się z łóżka i poszły za nim, idealnie wyprostowane i przejęte. Zastanawiały się, co też mógł wykombinować. Filip stanął przed drzwiami sypialni Bonificji. - Przeszukamy jej pokój – rzekł, komentując dziwne spojrzenie Justyny. - Nie wiem, czy powinniśmy, to jej prywatna przestrzeń… – zaczęła siostra. - Ona ma rację, gniewałaby się na nas – poparła ją Iza. - A co nam szkodzi? – warknęła Ewka. – Sama jest sobie winna, że zniknęła! - Jak możesz mówić coś takiego? – oburzyła się Iza. - Dobra, wchodzimy tam! – stwierdził Filip i otworzył drzwi. Owionął ich piżmowy zaduch. Każde z nich czuło, że dawno tu nie wietrzono. Poczuli się, jakby wkraczali do słodkiej, tropikalnej krainy. Jasne barwy wytrącały z równowagi, zapach oszałamiał, a świadomość nieobecności właścicielki sprawiała, że ich dusze rozpadały się na drobne kawałki. Dziewczęta zerkały niepewnie na boki, zastanawiając się od czego zacząć. Jedynie rzeczowy Filip skierował się do tablicy korkowej i zaczął powoli czytać wszystkie zapiski. Siedemnaście lat piżma i goździków dojrzewających w słońcu. Siedemnastoletni post gnie się coraz niżej. Nie czytał dalej, nie umiał. Miał wrażenie, że poznaje głębszą stronę jej natury, a tego pragnął unikać. Poznając, zaintrygowałby się jeszcze bardziej. Należało uciekać coraz dalej. - Spójrzcie na to! – zawołała Justyna, machając zieloną karteczką jak banderą. - Co tam pisze? – zaciekawiła się Iza. – To jakiś trop? - Możliwe – mruknęła Justyna i przeczytała zawartość świstka papieru. 1.Schudnąć jeszcze bardziej – 20.05.-14.07 2. Przestać o nim myśleć i zacząć go unikać – na całe życie. 3. Zadzwonić do mamy – 12.07 - Co dziwnego jest w tym spisie? – zdziwiła się Ewka, widząc ich reakcję. Kiedy czegoś nie rozumiała, przygryzała wargę. Uczyniła to także teraz. Iza zbladła, jak to miała w zwyczaju w trudnych sytuacjach. Schwyciła ręką klamkę, aby móc się podeprzeć, a tym samym nie zemdleć. Błagała Boga, żeby pozwolił jej zachować jasny umysł. Zawsze ufała przeczuciom - od samego początku. I właśnie teraz, w tym zaduchu, pośród przyjaciół, przeczucie wybiło w jej sercu swoją żałosną melodię. Tymczasem reszta kontyunuowała dyskusję, zupełnie niezauważając stanu Izabeli. - Ewa, jaki wczoraj był dzień? - 12 lipca, a co? – wystrzeliła Ewka - No właśnie, teraz wiesz? – burknęła Justyna. - Nie. O czym wy mówicie? – Ewka nie udawała, rzeczywiście nie zrozumiała, jaki związek ma jedna, mała karteczka z taką dużą sprawą. - O tym, że dzisiaj jest 13 lipca. – poinformował ją Filip, zgrzytając zębami. - Ciekawe, czy zadzwoniła – szepnęła Ewka, uważając, że już pojęła istotę sprawy. - To teraz nieważne, musimy… - zaczął Filip, jednak przerwał mu cichy, metaliczny dźwięk dochodzący z korytarza. Wszyscy wybiegli do przedpokoju. Ktoś otwierał drzwi kluczami, tworząc wokół siebie aurę podniecenia. Tylko jedna osoba poza nimi miała klucz. Na progu stanęła uśmiechnięta Bonificja. Radość z niej bijąca nie zniknęła nawet na widok przyjaciół, których w tej chwili najmniej pragnęła widzieć. Chciała robić dobrą minę do złej gry. - Finka! – wrzasnęły trzy dziewczęta, rzucając się Bonificji na szyję. Bonificja stała sztywno jak kłoda z miną wyrażającą radość, w środku czując, że gdyby mogła, wykazałaby całkowitą pogardę. Zupełnie, jakby znajdowała się w innym wymiarze. Jakby była ponad tym. Filip był zdenerwowany. Wszystkie dziewczyny, łącznie z jego siostrą, witały Bonificję jak syna marnotrawnego w Biblii. Po jej wyglądzie wiedział, że nie przydarzyło się jej nic strasznego, że napędziła im tylko stracha. Był wściekły i zamierzał zaraz jej to wszystko wypomnieć. Wreszcie, gdy dziewczęta odkleiły się od zaskoczonej Bonificji, przemówił Filip. Lubił takie sytuacje, gdy mógł popisać się władzą. Wyglądał wtedy jak dostojny wódz Indian, tyle, że bez malowideł na skórze. - Gdzie ty byłaś, idiotko?! – warknął wrogo, szykując się do ataku. Brakowało tylko pastwiska z bawołami, które mógłby zamordować strzałą z łuku. Najwyraźniej celował prosto w jej serce. Bonificja spodziewała się takiego wybuchu, aczkolwiek nie od niego. Postanowiła być dzielna. Wciąż się uśmiechała, prowokując go jeszcze bardziej. - Nie masz prawa do zadawania tego pytania – roześmiała się słodko. Wytrąciła go z równowagi. Już szykował się do dalszej części mówki, kiedy ona w jednej chwili zamordowała jego argumenty. - Dlaczego? – wykrztusił. - Bo nie masz i już. Chodźcie dziewczyny, przywiozłam wam czereśnie. Czwórka kobiet natychmiast pośpieszyła do kuchni, aby załapać się na jak największą porcję tego cudownego specjału. Za nimi kroczył Filip z miną zbitego psa. - Więc gdzie się podziewałaś, co? – spytała niepewnie Iza. - U rodziców. Musiałam sobie dużo przemyśleć. *** Otwarte okno stało się jawnym zaproszeniem dla krwiożerczych, nocnych bestii o małych wymiarach. Wleciały dumnym rzędem i zaczęły latać po pokoju. Tylko dwie z nich nie umiały wytrzymać i wyłamały się z szeregu. Usiadły na nodze dziewczyny i zaczęły delektować się krwawą ucztą. Niczego nie poczuła. Westchnęła tylko, przeciągnęła się lekko, wykrzywiła usta i podeszła do okna. Nagle zatęskniła za czystym, ciemnym niebem nieprzesłonionym żadnymi wysokimi budynkami. Wczorajsza noc była niezwykła. Rozmowa z matką dała jej bardzo dużo. Ta mądra od urodzenia kobieta umiała pomóc w każdej sytuacji. Subtelnie wypędziła ją z powrotem do domu, sugerując, że powinna zakończyć swoje sprawy. Nakazała być wytrwałą i silną. To właśnie chciała osiągnąć Bonificja. Ta siła nie objawiała się tylko uśmiechem w chwilach, kiedy łzy same napływały do oczu. Przejawiała się też umiejętnością formułowania odpowiednich argumentów czy taktownym zachowaniem. Z tym było trudniej, szczególnie przy Filipie. Musiała mu dokuczać, aby zachować twarz przed przyjaciółkami. Nawet gdyby nagle zaczęła prawić mu słodkie komplementy, nic by to nie zmieniło. Straciłaby „tylko” szacunek do samej siebie… Nagle poirytowana trzasnęła oknem. Spojrzała na nie nieprzytomnymi, bezsennymi oczami, odetchnęła głęboko, zreflektowała się i porządnie zamknęła. Aby się uspokoić ruszyła do kuchni po szklankę wody. Kiedy wprowadziły się tu z Justyną, prosiła ją gorąco o zainstalowanie jakiejś małej lampki w przedpokoju. Miała zwyczaj nocnych wędrówek, co nigdy nie zdarzało się jej przyjaciółce. Justyna tylko bezlitośnie ją wyśmiała. Bonificja posuwała się powoli po wykładzinie. Przed oczami miała falującą, złowrogą ciemność. Nagle zaczęła sobie wyobrażać, że każdy jej krok to droga pełna walki o cel. Od razu poczuła się nieco lepiej. Strach nie mija szybko. Odpuszcza na chwilę, daje cząstkę wytchnienia, po czym zatacza finezyjne koła i atakuje z szybkością i precyzją anakondy. Wiedziała, że kuchnia jest już blisko. Już miała złapać ręką klamkę, gdy poczuła ból i ciepło. Zderzyła się z jakimś twardym, umięśnionym ciałem. Nic nie zrozumiawszy, chciała wrzasnąć, ale przeszkodziło jej w tym kolejne zderzenie. Tym razem dwóch, zimnych nosów. Znieruchomiała, zastanawiając się gorączkowo, co powinna zrobić. Nie wiedziała, kim jest osoba stojąca przed nią. Była na tyle przemęczona, żeby zupełnie nie myśleć. Zanim się zorientowała, poczuła ciepły, miętowy oddech na policzkach. Sama nie wiedząc, co robi, poczuła, że jej usta idą w nieznanym kierunku. W jednej chwili oboje złączyli się w pocałunku. Nie wiedziała, ile to wszystko trwa, miała tylko świadomość, że kręci się jej w głowie. Wszystko wokół umierało, tylko ona jeszcze powstrzymywała się od śmierci. Dla tej jednej, cudownej chwili. Przejmujące zimno i strach powróciły po kilku sekundach. Drugie, nieznane ciało oderwało się od niej i pomknęło w nieznanym kierunku. Ból uderzył w nią wrogą falą, zmuszając do odejścia. Już nie mogła odnaleźć swojego życia, zagrzebała je w tej ciemności. Jak pijana wróciła do pokoju i zatoczyła się ku oknu. Otworzyła je trzęsącymi się dłońmi i wystawiła głowę na działanie ożywczego powietrza. Dopiero wtedy zrozumiała.



        Dedykacja: Zaklinaczom serc - Grechucie, Preisnerowi, Lorencowi.

Płeć: kobieta
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 01.08.2011r.

1     

Kamil M. Jaszczak Specjalista ds. marketingu 03 08 2011 (19:11:51)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Tego mi było potrzeba. Proszę o wybaczenie, że tak dobry tekst, musiał w poczekalni swoje odleżeć, aczkolwiek nie miałem wolnej chwili, aby go przeczytać. A zasługuje na pełne skupienie.

Powiem tak: czasami czuje się, jakbym trzymał w ręku książkę i czytał. Taka prawdziwą, napisaną w dobrym stylu i zachęcającą do czytania, bez robienia sobie przerw, żeby nic nam nie umknęło. Brawo!

Co do strony technicznej: znalazło się parę niewielkich błędów, np. przez nieuwagę w kilkunastu miejscach umieściłaś podwójną spację. A wiesz, że tego nie wolno ;p Śmieję się. Wiem, że to zwykłe przepracowanie i nieuwaga.

Potem, druga sprawa - zdanie, które przekleję ma sens, ale wg mnie brzmi kiepsko. Powinnaś je zmienić, popatrz: "Była na tyle przemęczona, żeby zupełnie nie myśleć." - Mi coś tutaj nie gra. Gdyby inaczej dobrać i ułożyć słowa, to z pewnością byłoby o niebo lepiej.

Jak pijana wróciła do pokoju i zatoczyła się ku oknie - powinno być ku "oknu". Poprawiłem ;) A najlepiej w stronę okna. Ach no i jeszcze jedno "Otwarła okno" w tym znaczeniu otwiera się np. puszkę ze śledziami ;) powinno być "Otworzyła okno, lodówkę, drzwi, etc." ;)

Pozdrawiam ciepło, dziękuję za pracę!



Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68314 | Użytkownicy: 12452
Online(55): 55 gości i 0 zarejestrowanych: