Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Cztery dobre wróżby -..." 03.01.2012
"Depresyjni - Gość od..." 04.02.2011
"Cztery dobre wróżby -..." 13.01.2012
"Cztery dobre wróżby -..." 13.10.2011
"Rubinowe lato cz. 3" 30.09.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział dziewiętnasty

Izabela wciąż nie umiała pogodzić się z losem. Twierdziła, że wszystko się na nią uwzięło. Powoli zmieniał się jej charakter. Dotychczas cicha i potulna, doszła do wniosku, że takim zachowaniem do niczego nie dojdzie. Coraz częściej rozpacz brała nad nią górę, zupełnie niespodziewanie zaczynała krzyczeć. Wiele się zmieniło. Teraz w tych chwilach załamania w jej oczach nie gościły łzy. Te suche oczy kłuły o wiele bardziej niż dawne zamglone i wilgotne. Tak też stało się tego grudniowego, wietrznego popołudnia. Ale po kolei… Gdy tylko wykład się skończył, Izabela pośpieszyła w stronę pewnego sprawdzonego baru mlecznego. Nie miała ochoty na kolejną w tym tygodniu chińską zupkę. Tym razem mogła się pożywić czymś zdrowym i w miarę tanim. Jedyną wadą takich lokali był specyficzny zapach. Tłuszczu, oleju… Dziwny zaduch, którego nie spotykało się nigdzie indziej. Niegdyś lubiła obserwować ludzi, obecnie bardzo ją denerwowali. Gwar rozmów unoszący się w barze przyprawiał ją o ból głowy. Kiedy Izabela przebrnęła przez przyprószony śniegiem, śliski chodnik, natychmiast pchnęła ciężkie drzwi. Przynajmniej tutaj czas nic nie wskórał. Wciąż ten sam zapach, ciągle inni ludzie… Podeszła do lady i zamówiła naleśnika z dżemem wiśniowym. Wiedziała, że i tak nie da rady dojeść go do końca, ale postanowiła zaryzykować. Ostatnio jej apetyt ogromnie się zmniejszył. Usiadła przy małym stoliku, z dala od okna i reszty ludzi. Odizolowała się, ukryła w swojej skorupie. Jakie to niesprawiedliwe, że tylko ona jest nieszczęśliwa! Po raz pierwszy w życiu poczuła głęboką zazdrość, dziwne pragnienie wydarcia szczęścia swoim przyjaciółkom. Zawstydziła się w duchu, zganiła, ale nie umiała przestać. Wsparła się na łokciu i zamyśliła. Finka już prawie od miesiąca chodziła uśmiechnięta i karykaturalnie radosna. Zdawało się, że chce wszystkich zarazić tym swoim optymizmem. Co prawda, nigdy nie chodziła, aż tak smutna jak ona, Izabela, jednakże Finka też miewała mocne wejścia. Chociażby ta kłótnia z Justyną o niekochanie… Justyna, ta bezduszna idealistka, oskarżyła Bonificję o to, że nigdy nie doświadczyła miłości i nie powinna się wypowiadać w tych kwestiach. Chciała się nawet wyprowadzić, na szczęście zmieniła swój zamiar. Kiedy Filip powrócił z Niemiec, Bonificja znowu niejednokrotnie chwiała szalą, jednakże udało im się złączyć. W związku trwali już prawie miesiąc. Teraz Izabela wiedziała do kogo Finka wzdychała tak długo! Ewka wciąż piła wodę mineralną, obwieszczając wszem i wobec, że się odchudza. Mamrotała słówka po hiszpańsku, tłumaczyła te swoje książeczki, spotykała się z Mateuszem i Zuzią, po czym biegła na zakupy. Ciągle przynosiła do domu jakieś wymyślne zabawki dla Zuzanny. Justyna ciągle wbijała jej szpilkę, przypominając, że Mateusz jest żonaty, na co Ewka niezmiennie odpowiadała, iż jest tego świadoma. Twierdziła, że ją i Mateusza łączy przyjaźń oraz głębokie poważanie. Izabela przyznawała jednak w duchu, że Ewką kieruje nie miłość, a chęć zapoznania się z dziewczynką. Wbrew pozorom Ewka marzyła o rodzinie i sporej gromadce dzieci. Justyna była niezwykle kąśliwa, bardziej niż kiedykolwiek. Od pewnego czasu jeszcze mocniej rzuciła się w wir pracy, chociaż przyjaciółkom zdawało się, że to niemożliwe. Izabela zauważyła, że trwa już to około miesiąca. Wtedy poświęcała wieczory na wydzwanianie pod jakiś nieznany dziewczętom numer. Wreszcie zrezygnowała. Na troskliwe pytania, co się, u licha, dzieje, odpowiadała niezmiennie, że zwariowała. W ciągu dnia bywała spokojna, za spokojna. Natomiast wieczorami śniły się jej bezduszne koszmary. Izabela wiedziała o tym, gdyż wstając w ciągu nocy do kuchni, słyszała jej ciche okrzyki i mamrotania. Z tej całej plątaniny zdołała tylko zrozumieć, że Justyna bardzo się na kimś zawiodła i… Uwaga, tym kimś był mężczyzna! Niestety, Izabela mogła tylko snuć swoje przypuszczenia. Nie miała ani kandydatów, ani poważniejszych dowodów. Tylko raz spytała, kto „nie powiedział jej, że jest takim podłym draniem”, jak to określiła przez sen. Justyna zmieszała się i pędem wybiegła z pokoju. Nie zdołała nawet odwarknąć… - Naleśniki z wiśniami! – zawołała pani Gienia ze swojego okienka, jednocześnie pozwalając Izie wysunąć się z otchłani zamyślenia. Zerwała się od stołu, potknęła o krzesło, robiąc hałas na całą salę, po czym wreszcie udało się jej dotrzeć do pani Gieni. Wracając poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Zupełnie nowe, kłujące, zbyt ostre, aby je znieść. Była mistrzem w ich wykrywaniu. Od razu odwróciła głowę w odpowiednim kierunku. Zamurowało ją. Niedaleko jej stolika siedział Olek. Siedział i jadł pierogi. Jakim cudem go nie zauważyła?! Uśmiechnął się beztrosko, jakby nic się nie stało. Wstał i podszedł do niej niespiesznym krokiem, porzucając swoje pierogi. - Może zjemy razem? – spytał i nie czekając na odpowiedź, powrócił po talerz, plecak i płaszcz. Dopiero kiedy usadowił się wygodnie, Izabela postanowiła go oświecić. - Nie powiedziałam, czy się zgadzam. - Co to za różnica – wzruszył ramionami. – I tak byś się zgodziła. - Jesteś tego taki pewien? – warknęła, odkrawając nożem kolejny kawałek naleśnika. Nie trafiła. Nóż zazgrzytał na talerzu, powodując niemiłosierny hałas. - To prawdopodobne. Syknęła i zajęła się naleśnikiem. Diabelne wiśnie skakały po talerzu jak szalone. Nie miała wyboru, musiała traktować go jak powietrze. Ostatnio złościła się wystarczająco dużo. - Jesteś zła – Olek postanowił przerwać ciszę. Zjadł ostatniego pieroga, popił mineralną i spojrzał wyczekująco na Izabelę. - Nie jestem – zaprzeczyła szybko i sucho. - Nie tylko teraz… Cały czas. Co cię tak wkurza? – postanowił dowiedzieć się prawdy. A ten co? Czyta w myślach?! - Wszystko – odpowiedziała, zanim zdążyła się zastanowić. Po paru sekundach zrozumiała, że to, co pomyślała, jednocześnie wydobyło się z jej ust. Zganiła się w myślach i zamilkła zupełnie. - Przyjaciółki też? Te, które z tobą mieszkają? – kontynuował badania ze dziwnym spokojem. Potrzebowała, żeby ktoś jej powiedział, co ma robić dalej. Potrząsnął. - Zależy kiedy. - Czyli jednak cię denerwują? - Oj, no tak! – warknęła, zdenerwowana do granic wytrzymałości jego wścibskością. Odetchnęła głęboko i wpiła w niego swoje morskie oczy. Wyglądają jak skały w słońcu – pomyślał Olek. Zaraz przypomniał sobie, że nie powinien tracić czasu na porównania, tylko myśleć, jak przekonać ją do siebie. Termin egzaminów końcowych zbliżał się nieubłaganie. Musiał zostać magistrem. - Przepraszam, ostatnio ciągle się tak wkurzam. Po prostu nie mam siły… - westchnęła, odkładając na bok pusty talerz. - Coś się stało, tak? Dlaczego nie mówiłaś? Mnie możesz! – zapewnił ją z większą gorliwością niż powinien. Ba! Większą niż sam siebie podejrzewał. Spojrzała na niego zdziwiona. Tym razem jej oczy złagodniały o dwa tony. Już nie były huczącym, wzburzonym sztormem. Teraz przypominały australijskie pastwisko zalane słońcem. - Nie wiedziałam, że bawisz się w psychologa – uśmiechnęła się powoli, nieśmiało. Po raz pierwszy od dawna wygięła usta. Poczuła drętwienie warg i zrozumiała, że tak nie wolno. Nie może zachowywać się jak idiotka, tylko dlatego, że straciła faceta, który nawet nie był jej. Nikogo nie straciła, to on zaprzepaścił szansę zdobycia jej. Majerczyk był tylko podłym profesorkiem, któremu, jako rozważna studentka, nie powinna oddawać swojego serca. Ale teraz… Teraz może się zmienić, mieć przyjaciela. Może nawet wywołać w Majerczyku zazdrość zwykłym, nudnym Olkiem? Zwykłym, dlatego, że był niezwykle przewidywalny. Podrywał dziewczyny i spędzał wolny czas na imprezach. Izabela osobiście wolała bardziej nietypową rozrywkę. Książki, stare filmy, teatr… W końcu historia była jej życiem, zaś tradycja przeznaczeniem. No nic, to, co ma musi jej wystarczyć. - Nie bawię się, ale mogę zrobić wyjątek. - Miło… - mruknęła pod nosem, nie chcąc powiedzieć tego głośniej. Olek i tak usłyszał. Uśmiechnął się szeroko. - Napisałaś już pracę magisterską? – zagadnął, nie mając innego pomysłu. - Powoli kończę – odparła zasmucona, przypominając sobie, ile godzin pracy jeszcze ją czeka. - Ja jestem w połowie. Dziękuję, że zapytałaś – rzucił wesoło, bijąc ją jej własną bronią. - Jakie to wspaniałomyślne z mojej strony, prawda? - Taaaa, rzeczywiście. - Dobra, zbieraj się – rzuciła, wstając z krzesła i wciągając na siebie sportową, zieloną kurtkę. - Gdzie? – spytał z podejrzliwą miną. - Sądzisz, że cię otruję? Nie mam włoskich korzeni, sprawdzałam. Idziemy do mnie, pokażę ci pracę. - Rany, sam miałem cię o to poprosić – zdumiał się Olek, nie kryjąc swoich planów. - Nie słódź, tylko chodź! – warknęła i otworzyła drzwi, wpadając prosto w śnieżną zamieć. *** - Kwiaciarnia „Desiree”, słucham! – nawet na zaplecze niósł się uwodzicielski głos Piotrka. Bonificja nie znała drugiego takiego mężczyzny, który umiałby w równym stopniu czarować kobiety. Już niejedna zemdlała w jego ramionach, każda biła się o możliwość rozmowy z nim. Tylko parę kobiet zachowywało dystans, pozostając z nim jedynie w przyjaźni. Jedną z takich kobiet była Bonificja. Oboje traktowali się jak naprawdę dobrzy przyjaciele. Pracowali razem już dostatecznie długo, aby w idealnym stopniu poznać swoje charaktery i umieć znaleźć na siebie haczyki. Teraz Bonificja powoli wyszła z zaplecza, uśmiechając się lekko do Piotrka. Zdziwiła się, gdy machnął na nią ręką. Do licha, o cóż mu chodziło? - Jasne, jest tutaj. Poproszę… - Piotrek odjął słuchawkę od ucha, zakrył mikrofon, po czym palnął ją lekko w łokieć i zaszeptał konspiracyjnie – Wiem, że jestem ostatnio do tyłu, ale nic mi nie mówiłaś, że umawiasz się z Filipem! Czasem nie dowierzała jego orientacji. Z tą skłonnością do plotkarstwa nadawał się na pierwszorzędnego homoseksualistę! - Nie chciałam zapeszać! – uśmiechnęła się słodko i wyrwała mu słuchawkę. Piotrek usunął się na bok, spoglądając na nią z zaintrygowaniem. Jak to możliwe, że można tak rozkwitnąć? Po raz pierwszy od dłuższego czasu widział ją taką rozradowaną, beztroską. Była jego siostrą, siostrą z wyimaginowanej krwi i kości. Oboje jedynacy, traktowali siebie jak prawdziwą rodzinę, wciąż się wspierali. Może to dlatego Piotrek miał wrażenie, że się wzrusza. - Gdzie jesteś? Kpisz sobie, prawda? Nie, ostatnio czuła się dobrze… Tak, wiem, co mówię! A co się stało? Rany boskie! Błagam, wstąp po mnie, zaraz kończę… *** - Nie, nie wierzę, żeby zdradziła Jagiełłę. Dobra, był stary, ale źródła podają, że ona… -… była cnotką? – dokończył Olek z wielką satysfakcją i głupią miną. Pacnęła go ręką w ramię i zaczęła szukać kluczy w kieszeni. Już stali przed drzwiami do mieszkania. Wreszcie Izabela triumfalnie wydobyła klucze z torby i weszli do środka. Olek już widział ich mieszkanie, niemniej nadal pozostawał pod urokiem pierwszego wrażenia. Przestrzeń zdawała się emanować różnymi, odmiennymi osobowościami. Przeróżne drobiazgi stłoczone w jednym. Nie lada wyzwanie dla czterech dziewczyn. - Zrobię herbaty, zmarzliśmy jak diabli – powiedziała, zrzucając z siebie zaśnieżoną kurtkę, czapkę i botki. Całość cisnęła beztrosko na ławę w przedpokoju, po czym pobiegła do kuchni. Kiedy Olek uporał się już z zimową garderobą, pośpieszył za nią. Zastał ją zarumienioną od zimna, nadal z tą poważną miną. Właśnie zalewała dwa kubki wrzątkiem. - Trochę nie do końca kapuję, co takiego było w tym Kaziu, że kobiety za nim tak leciały… - zaczął rozmowę, wiedząc, że rozmowa na tematy historyczne trochę ją rozluźni. Czuła się w tym dość pewnie. - Ponoć miał warunki. Chociaż to jak zachował się wobec Klary… - To był w końcu gwałt, czy ona sama go zachęcała? - Ha, żebym to wiedziała! – klasnęła w dłonie, chwyciła dwa gorące kubki w dłonie, po czym postawiła je na stole. – Wszyscy mówią, że gwałt. Zresztą ojciec Klary, niejaki magnat Felicjan Zach, próbował to pomścić. Jak to się skończyło, sam wiesz. - Wszystko obróciło się przeciwko niemu – mruknął pod nosem. – Nie ma co, to taka samozagłada. - To niesprawiedliwe, Kazimierz miał wyższy status społeczny i w gruncie rzeczy chroniło go pochodzenie. A taki magnat mógł sobie kląć do woli – stwierdziła Izabela, popijając herbatę. – Chcesz cukru? - Tak, daj – wyciągnął rękę po cukierniczkę, jednocześnie niechcący stykając się lekko z jej palcami. Przez ciało Izabeli przeszedł nieprzyjemny, zimny dreszcz gorszy niż chłód zimy. Olek zdziwił się jej reakcją, bowiem sam nie odczuwał nic. – Mógłbym czasem tak z tobą pogadać? To znaczy, o tym, co robimy na zajęciach. Jak podyskutuję, to szybciej wejdzie do pamięci. Izabela zamyśliła się na chwilę, jednak ostatecznie skinęła głową. - To dobry pomysł, ja też sobie wszystko powtórzę. Muszę przecież jakoś obronić pracę… - Gdzie będziesz pracować po studiach? – zaciekawił się. Niesamowite, robiła naprawdę dobrą herbatę. Aromatyczną, pobudzającą, tak ożywczą. Dlaczego w domu ta herbata nie potrafiła tak smakować? - Gdzie mnie przyjmą. Pewnie tylko w budce z kebabem – stwierdziła, wkładając kubek do zlewu. Rozmowa potoczyła się gładko. Po niedługim czasie okazało się, że jednak potrafią rozmawiać przyjaźnie i miło. Może i przecierali utarte towarzysko szlaki, ale przecież nie mogli milczeć. Historia okazała się pomostem zgody. Olek, co prawda, nie był jej takim entuzjastą jak Iza, jednak potrafił znajdować odpowiednie argumenty i chwytać morały z opowieści poszczególnych rodów. Kiedy zegar wybił godzinę dziewiętnastą, Olek i Iza siedzieli już przed komputerem, przeszukując fora internetowe. Komentowali przeróżne wątki, wymyślali cięte riposty dla zbyt pewnych fanów historii i… dobrze się bawili. Zwarzywszy na złamane serce Izabeli to było coś. Właśnie w ten pogodny, wieczorny nastrój wkroczyła zdenerwowana do ostatnich granic Ewa. Co ja mówię, nie wkroczyła, a wpadła jak huragan, jak śnieżna burza! Zrzuciła z nóg kozaki i zaczęła wydzierać się na całe mieszkanie. - Izka, jesteś, prawda? Powiedz, że jesteś! – wołając, mknęła do swojego pokoju po parę niezbędnych drobiazgów. - Jestem, a co? – odkrzyczała Izabela, rzucając Olkowi spojrzenie w stylu „Ach, ta Ewka!”. Owe spojrzenie było już osławione wśród przyjaciół czterech dziewcząt, niemniej jednak Olek nigdy nie był świadkiem jego wymieniania. Tak więc, w owej chwili, jego zdziwienie było ogromne. - Dzwoniła do ciebie Finka?! – zawołała Ewka, wpadając do przedpokoju i z powrotem wciągając kozaki. - Nie, a co? - Wkurwia mnie to twoje „A co?”! – oznajmiła Ewka, opierając nogę o ławkę i wciskając swoją nogę w ciężkiego buta. - Domowy wyładowany, a moja komórka… - tu Izabela zerknęła na biurko, gdzie leżała zguba -… no też! - To nie wiesz, że Justa spadła ze schodów? - Co takiego?! – wrzasnęło wcielenie spokoju, odsuwając Olka na bok i biegnąc do przedpokoju. - No tak, w pracy. Finka i Filip już jadą do szpitala. Nie mogli jej w tej durnej pracy docucić, wezwali karetkę. Nie wiem, jakie ma obrażenia… - To trzeba jechać… Gdzie ją zawieźli? - Żeromski – rzuciła Ewka jak hasło dla wtajemniczonych. - Zawiozę was – zaoferował się Olek, wyłaniając się z odmętów pokoju. - O, cześć – przywitała się rozpromieniona Ewka. - Hej, Ewciu – uśmiechnął się przyjaźnie Casanova od siedmiu boleści. Izabela nie rozumiała, jakim cudem ta dwójka może tak beztrosko flirtować. I to w takiej chwili! Justyna w szpitalu, sytuacja pewnie krytyczna, a jej tam nie ma. No, świetnie! - Dobra, jedziemy! – zakomenderowała Izabela, rzucając się do drzwi. - Chcesz tak jechać? – Ewka zmierzyła podejrzliwym wzrokiem dżinsy Izabeli i jej sweterek. – Tak bez kurtki? – spytała anielsko, nie chcąc się wdawać w kłótnie. - I bez butów – zauważył Olek z kpiącą miną. - Są rzeczy ważniejsze od butów i kurtki – odparła Izabela z dumną miną. - Taaa, choroba – odparła Ewka, zanim się zastanowiła. – Wkładaj te klekoty i jedziemy! Wreszcie, po ośmiu minutach męki, wszyscy troje wyłonili się jak jasne zjawy w ciemną noc. Śnieg prószył coraz mocniej, tworząc wokół ciężkie zaspy. Doszło nawet do tego, że nie mogli znaleźć malucha Olka. Na szczęście los się do nich uśmiechnął, przynosząc wiatr. *** „Jeszcze pół godziny, wrócę do domu, wezmę kąpiel i machnę ręką na wszystko. Taa, Ewka będzie się jak zwykle wydzierała, Finki oczywiście nie będzie, bo znowu wyskoczy gdzieś z Filipem, a Izka zabeczy się w pokoju… Mogłam jej pomóc. Biedna… Ale mogła się nie zakochiwać w tym nędznym profesorku. Co ja pierdolę, sama nie jestem lepsza…” – myślała Justyna, schodząc po schodach na drugie piętro. Cały widnokrąg zasłaniały jej tony ubrań, które niosła do kolejnej sesji. Po całym dniu pracy była wykończona, bolał ją kręgosłup, a światopogląd zmieniał się diametralnie. Chociaż stopnie były szerokie, ona szła niepewnie, powoli… Przyśpieszyła dopiero wtedy, kiedy przypomniała sobie o kąpieli. Był to ogromny błąd. Stopień zrobił się śliski, wrogi, nieprzyjazny. Noga frunęła w powietrzu, głowa wirowała bez końca. Biel i czerwień zmieszały się na amen.



        Dedykacja: Przeklejam z Worda te moje fantazje i cóż widzę?! 90 strona. A całość liczy sobie koło 200! Chyba was zamęczę. Z dedykacją dla tego anioła, który to przeczyta. ;)

Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 31.10.2011r.

1     

Mozzie Użytkownik wpmt 02 11 2011 (17:44:30)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Z objętością powieści przebiłaś insomnię :)

Jak zwykle wszystko idealnie dopracowane, nie ma błędów, tekst jest płynny, bohaterowie bardzo dobrze zarysowani, oryginalni i, jeśli można to tak określić - trójwymiarowi.
Strona estetyczna również bez zarzutu.

Iza jest taka dziwna. Nie podoba mi się ta nagła zmiana w jej osobowości. Wydaje mi się, że nie powinna krytykować swoich przyjaciółek, bo sama też nie jest idealna, a przez takie zachowanie byłaby zdolna je bardzo łatwo stracić. Ale cóż, jej wybór. Spędzanie czasu z Olafem to jego marnowanie, bo facet naprawdę ją wykorzystuje, powinna się trochę zastanowić nad swoim życiem.

Justyna przesadziła z pracoholizmem. Wiedziałam, że to się źle dla niej skończy. Żadna praca nie jest warta spadania ze schodów. Zdenerwowało mnie zachowanie Ewki. Zamiast szczerze przejąć się stanem przyjaciółki, flirtowała z Olafem.

W tym odcinku zabrakło mi Bonificji, bardzo ją lubię i mam nadzieję, że pojawi się w następnym odcinku.

Ode mnie piąteczka :)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68308 | Użytkownicy: 12452
Online(30): 30 gości i 0 zarejestrowanych: