warto go przeczytać
Atmosfera w mieszkanku czterech przyjaciółek uległa ogromnemu pogorszeniu. W ciągu jednego tygodnia zdołały odbyć tony rozmów, wciąż na siebie krzyczały i wywieszały coraz to ostrzejsze listy na lustrze. Każda złościła się na każdą, wszystkie umierały po swojemu.
Justyna uparcie broniła swoich ideałów i pomysłów. Dalej, mimo trzyosobowej opozycji, stwierdzała, że dziecka nie będzie, ona je usunie i kropka. I co je to, w ogóle, obchodzi?!
Zamykała się godzinami w pokoju, rozmyślając, nigdy jednak nie wylewając łez. Powoli przemijały święta, nastał Sylwester.
Tak się złożyło, że tego wieczoru wszystkie dziewczęta postanowiły gdzieś wyjść.
Ewa wymówiła się stertą koleżanek z pracy, które postanowiły zorganizować wielkie przyjęcie w porządnym lokalu.
Izabela uznała, że maraton filmowy będzie idealny. Cała noc pośród popcornu, płaczu i śmiechu. W owym planie był tylko jeden szkopuł: Olek postanowił iść z nią.
Finka przez całe Święta nie odzywała się do Filipa. Skoro popierał decyzję Justyny, nic już nie mogło ich łączyć. Ona zawsze była przeciwko niszczeniu czyjegoś życia. Mimo jego desperackich prób, ignorowała każdy sygnał. Z każdym dniem miłość do niego rosła jeszcze bardziej, jednak przekonania nie pozwalały wymienić ani jednego zdania. Justyna zostawiała na lustrze coraz więcej karteczek traktujących o tym, że Finka jest kretynką i nie zasługuje na Filipa. Padło zbyt wiele raniących słów, aby tak szybko się pogodzić. W samą Wigilię Finka nie wytrzymała, spakowała się i pojechała do swoich rodziców na wieś. Mało nie zamarzła idąc pod górę w śniegu, ale dożyła, co było najważniejsze. Tutaj nie było zasięgu, miała święty spokój.
Właśnie tego Sylwestra, bodajże dwudziestego szóstego w jej życiu, Justyna uznała, że to najgorsze święto w jej życiu. Siedząc przed telewizorem, szybko poczuła się głodna i postanowiła przyrządzić sobie smażonego kurczaka. Wówczas mdłości zaatakowały po raz pierwszy i to z przerażającą siłą. Oto miała spędzać Sylwestra z głową w muszli.
Cudownie.
Kiedy wreszcie porządnie wywietrzyła mieszkanie i jako tako doszła do siebie, rozległ się naglący dzwonek. Justyna z zaciekawieniem zerknęła na zegarek. Kto mógł tu przychodzić o dwudziestej drugiej?
Otworzyła drzwi i ze zdziwieniem ujrzała nieznanego sobie mężczyznę z dziewczynką na ramieniu. Facet sprawiał wrażenie bardzo zdenerwowanego, zaś dziewczynka uśmiechała się słodko i bezbronnie.
- Dzień dobry – odezwał się facet. – Przepraszam, że o tej porze i w Sylwestra, ale… czy mógłbym porozmawiać z Ewą?
- Z Ewą? – zdziwiła się po raz kolejny. Co taki zadbany czterdziestolatek, z dzieckiem, może chcieć od jej przyjaciółki?
- Tak, właśnie z nią.
- Ale… Ale Ewy nie ma. Poszła na jakiś bal, chyba z pracy…
- A wie pani, gdzie jest?
- Gdzie dokładnie to nie. Przepraszam, naprawdę nie wiem.
Facet uśmiechnął się uspokajająco i pogłaskał po głowie dziewczynkę.
- W porządku, porozmawiamy z nią, kiedy indziej.
- Ja chciałam dzisiaj! – zawołała dziewczynka.
- Mam coś przekazać? – spytała Justyna, odwracając wzrok od dziecka. – Jak pan się nazywa?
- Mateusz. Będzie wiedziała o kogo chodzi.
- A ja Zuzia! Ona tłumaczy książki i mi przetłumaczy, bo Ewunia jest kochana! – zaszczebiotało dziecko.
Justyna przerzuciła na nią niechętny wzrok i złagodniała.
- Skąd pan ją zna?
- To długa historia…
- Mamy czas, proszę wejść – uśmiechnęła się Justyna, otwierając szerzej drzwi.
***
Finka stanęła na zimnych płytkach i wzięła głęboki oddech. W takim stanie ducha nawet zimno nie mogło jej zaszkodzić.
Chociaż nigdy nie chciała tańczyć, nagle o tym zamarzyła. Wyjść na śnieg i kręcić się do utraty tchu. Potem przewrócić się na czyste zaspy i leżeć, wymyślając sobie lepszy świat. Co jeszcze mogłoby się stać?
Dom był wypełniony. Rodzice zaprosili przeróżnych przyjaciół z dziećmi, teraz już mniej więcej w jej wieku. Tamta grupka znała się dość dobrze, tylko ona była wyrzutkiem.
Nie chciała szukać na siłę tematów, walczyć o zainteresowanie. Gdy tylko mogła, wymknęła się do przedsionka, aby obserwować nocny świat.
Kto by pomyślał: dwudziesty szósty sylwester, rok dwa tysiące dziewiąty. No, już prawie!
W oddali słyszała dźwięki muzyki, śmiechy i rozmowy. Tego wieczoru wszyscy byli weseli, może trochę na siłę, ale jednak. Zaś ona, sierota jedna, nie umiała się zmusić do ani jednego uśmiechu. Wyszła na ofiarę losu, na pokrakę.
Pchnęła wściekle drzwi i wypadła na zaśnieżone podwórko. Usłyszała szelest kroków psa, krążył spokojnie po podwórku. Niewiele myśląc przeszła do tylnej części ogrodu, swojej ulubionej. Mało kto tu zaglądał, wszyscy doskonale wiedzieli, że to prywatna przestrzeń Bonificji.
Zdziwiła się, widząc sylwetkę majaczącą na tle krzaka z porzeczkami. Przyśpieszyła kroku. Miała wrażenie, że oto widzi Filipa. Szybko zganiła się za tę myśl, przecież Filip był w Krakowie.
Kiedy minęła drwalnię, nieznajomy odwrócił się. Na jego twarz padł snop światła, który pozwolił od razu zidentyfikować przybysza. Wyczuła uśmiech, radość i postanowiła ją odwzajemnić. Kiedy wokół było szczere szczęście nie sposób było pozostać obojętnym.
Poznała go bez trudu. Jacek Michalczyk, prawnik i szkolny przyjaciel Filipa. Zresztą spotykali się do dziś, wciąż pozostawali w najlepszej komitywie.
Bonificji w jednej chwili stanęły przed oczami różne sytuacje w domu Filipa i Justyny.
Odrabiają lekcje, nagle dzwonek do drzwi. Honorcia biegnie do drzwi, otwiera. Słychać głos Jacka. Justyna od razu rzuca podręcznik i biegnie do przedpokoju. Po raz kolejny zaczyna z nim flirtować, mamić go, jednak nic z tego. Jacek już ma dziewczynę, jest jej wierny. A Justyna pozostaje niepocieszona.
Zaśmiewają się z jakiegoś tekstu w młodzieżowej gazecie, kiedy do pokoju wpadają Filip i Jacek. Lustrują je poważnym wzrokiem, po czym zaczynają się śmiać. Justyna i Bonificja płoną na żywca.
Nigdy nie poznała go bliżej. Może to jest właśnie czas? Znaleźć nowego przyjaciela, odszukać cząstkę ulotnego szczęścia?
Podszedł do niej szybkim krokiem, z miną ponurego mędrca. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości i zajrzał jej w oczy.
Jak zahipnotyzowana uczyniła to samo i uśmiechnęła się zuchwale. Strach przestał mieć znaczenie.
- Dzwonił do mnie Filip… - zaczął szeptem. Mógł mówić swobodnie, wokół nich była tylko cisza, śnieg i zagubienie. Przez okno cicho sączyła się muzyka.
- Ach tak – bąknęła ostrożnie, wciąż brodząc w bieli. Wyciągnęła rękę w górę i złapała mały płatek śniegu, po czym porzuciła go beztrosko.
Jacek nie odrywał od niej wzroku. Zdawała się być taka bezbronna i niewinna. Jakby nic się nie stało… A może nie stało się nic?
- To nieważne – stwierdziła wreszcie, wyciągając ku niemu rękę.
Uśmiechnął się jak jeszcze nigdy dotąd i delikatnie pogłaskał jej miękką skórę. Atłas w najszlachetniejszej postaci. Ukojenie zlękłych zmysłów.
Dobiegł ich lekki trzask i szelest. Ktoś otworzył okienko w korytarzu, co poskutkowało muzyką. I oto dobiegły ich dźwięki fletni.
- Zatańczymy? – spytał, wciąż obdarzając się ją uśmiechem.
Zakołysała się delikatnie w jego ramionach i oddała się bez reszty muzyce.
Lecz pamiętaj
naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic aż do końca…
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 17.11.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(32): 27 gości i 5 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał, maszróm, Mirosław Mrozek