Pseudonim: Anima
Imię: Panna A.
O sobie: - Jak mnie scharakteryzujesz John? Pomysłowy, dynamiczny, tajemniczy? - Spóźniony.
Napisanych prac:
- wiersze: 188
- proza: 139
- publicystyka: 2

Średnia ocen: 3.9
Użytkownik uzyskał: 713 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Na niebie ciemne chmury -..." 19.06.2010
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010
"Pogrzebana w jasności cz. 5" 19.08.2010
"Grudniowa noc niepokoju" 22.12.2010
"Szkarłat niemocy cz. 5" 21.01.2011

Inne prace tego autora:
"Cztery dobre wróżby -..." 24.09.2011
"Uwięziona w przeszłości" 05.04.2010
"Rubinowe lato cz. 3" 30.09.2010
"Kokon" 28.04.2012
"Na niebie ciemne chmury -..." 20.06.2010


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Cztery dobre wróżby - rozdział dwudziesty siódmy

Głuchy stuk i dwie obolałe głowy. Oto skutek zderzenia dwóch dziewcząt w drzwiach. Iza mruknęła coś pocieszająco, dziwiąc się, że Bonificja nic nie odpowiada. Jak cień wsunęła się do przedpokoju, zdjęła buty i pomknęła do królestwa Justyny. Nie wiadomo z jakiej przyczyny. W powietrzu zawisł tylko zapach piżma i miodu. Izabela odetchnęła głęboko i smętnie pokiwała głową. Każdy ma problemy. *** Justynę zżerała samotność. Wszystkie przyjaciółki wychodziły z domu, tylko ona jedna siedziała w nim coraz więcej. Najwyższe piętro w bloku okazało się być przekleństwem. Kostki puchły coraz bardziej, zaś umysł ciągle wskazywał na kolejne niedogodności. Zresztą, stan zdrowia nie był aż tak ważny jak stan umysłu. Powoli gasło w niej życie. Chciała urodzić i przemienić się w zwykłe warzywo. Nie czuć, nie widzieć, nie słyszeć. Długo nie znała diagnozy, przyczyny. Mimo to nadszedł dzień, gdy zagadka się wyjaśniła. Adam stał się kimś zbyt ważnym, aby dalej żyć bez niego. Ale co mogła zrobić? Wyjechał, zostawił, opuścił. Wzajemnie się opuścili, zapominali o sobie, chociaż kiedyś coś ich mogło łączyć. Ach, naiwność. Nie powiedziała nikomu, kto był ojcem dziecka, niemniej żywiła pewne podejrzenia. Podejrzenia, że jeden to ojciec, a drugi to miłość. Wbrew temu, co chciała czuć, potrzebowała tego dziecka. Może nie kochała, ale musiała je mieć. Zająć się czymś, kimś, walczyć o swoje. Nauczy się porządnej organizacji czasu i będzie trwać w swoich postanowieniach. Nie ugnie się. Trzasnęły drzwi, po mieszkaniu przetoczyły się dwa głuche jęki. Komunikat był niezwykle prosty: wróciły dwie największe niezdary mieszkania: Izabela i Bonificja. Przewróciła się na drugi bok, uważając przy tym na brzuch. Ciemność pozwalała jej odpocząć od życia, gdzie człowiek ciągle musiał sprawiać wrażenie nieugiętego i dzielnego. Miała dość. Po raz pierwszy w ciągu tych dwudziestu sześciu lat życia czuła się bezbronna. Straciła swoją hardość. Ciągle próbowała ją tworzyć, tkanka po tkance, słowo po słowie, jednak bardzo marnie jej to szło. Dopiero w nocy umiała się przyznać, że jest sama. Sama z dzieckiem. Zaczęła do niego mówić, opowiadać po cichu każdy dzień. Każde kopnięcie było potwierdzeniem, takim prosto z serca. Mogła stawać czoło światłu. Już mogła. Ktoś zapukał do drzwi. Mruknęła coś w odpowiedzi i padła bezwładnie na plecy. Dziecko kopnęło ją w odpowiedzi. No tak, zapomniała, że ono jest jakby w basenie. - Śpisz? – zaszemrała cicho Bonificja, zapalając małą lampkę. Stało się. Znowu powróciło światło, czas na działania bojowe. Hardości, zbieraj się! Bonificja delikatnie osunęła się na ramę łóżka, skąd niechcący ześlizgnęła się na jedwabną kołdrę. - Przepraszam, mam ważną sprawę. Jęknęły sprężyny i Justyna znalazła się w stanie siedzącym. Wielki brzuch sterczał jak balon zza dużej koszuli nocnej. Mimo to dziewczyna nadal była ładna. Szare loki wiły się wokół twarzy, jeszcze bardziej ją wyszczuplając. Oczy emanowały cierpieniem, o którego istnieniu nie mógł nikt wiedzieć. A jednak Bonificja poznała to bez trudu. - Justyś, zaraz dam ci spać. Mam tylko pytanie… - No? – spytała gorzko Justyna, delikatnie głaszcząc brzuch. - Ci Kamińscy… są bardzo znani? - Tak. Wiesz, mają mocne pochodzenie – uśmiechnęła się Justyna. - To znaczy? - Oj, jacyś szlachcice jako pradziadkowie, nie wiem dokładnie. Bonificja odchyliła głowę w tył i wzięła głęboki oddech. - Ale skoro was też zapraszają, to… też kogoś macie w rodzinie, no nie? Justyna zamrugała gwałtownie. Wiedziała, że kiedyś taka chwila nadejdzie. Wszystko będzie trzeba wyjaśnić. Ale jak? Spokojnie? W takiej sytuacji było to nierealne. - Ja wiem, że na ciężarne się nie krzyczy, ale zaraz się wścieknę. Mów! – warknęła Bonificja, ukradkiem ścierając łzy z oczu. Musi nad sobą zapanować, a nie płakać. Po co łzy, rozpacz? To tylko spowalnia proces wyznawania prawdy. - Hmm… To ciężka sprawa, bo Filip i ja mamy innych ojców. - Dobra, w takim razie kto jest taki ważny w rodowodzie Filipa? Ciężarna kobieta padła na poduszki, chcąc uniknąć odpowiedzi. Przyjaciółka dalej czekała i wyglądało na to, że nie odpuści. Justyna postanowiła się poddać. A może to dziecku zrobiło się jej żal… - Radziwiłłowie, Raczyńscy… O tylu wiem – wyszeptała Justyna, nadal z głową na poduszkach. Zaczęła się zastanawiać, jak ta wieść wpłynie na Bonificję. Jej rodowód był prosty: ludzie pracujący, żadnej krwi szlacheckiej. Zresztą nawet teraz pochodzenie nie ułatwiało niczego. A jednak mieli pewien dostęp do bardziej wyrafinowanych kręgów. - Justynko, a ty? Justynko?! Coś się stało, teraz klapki nareszcie spadły jej z oczu. Bonificja musiała być naprawdę załamana. Tylko z jakiego powodu? Pochodzenia?! Brzmiało to co najmniej śmiesznie. - Czartoryscy i to ta mniej znacząca część. Filip… - Nie mów mi o nim – fuknęła Bonificja, zanim zdążyła się opanować. Justyna delikatnie podniosła się do pozycji siedzącej i złapała przyjaciółkę za nadgarstek. Potem ręką uniosła jej głowę i zajrzała w oczy. Odczytała w nich strach i ból. - Nie znam się, ale chyba… coś się stało? – zdziwiła się Justyna. Zazwyczaj to z niej próbowano wyjąć jakiekolwiek informacje. Role się odwróciły. Wreszcie stała się potrzebna w sposób właściwy. - Nic się nie stało, kochanie – Bonificja uśmiechnęła się słabo. – I właśnie w tym rzecz! Wypadła z pokoju jak przybladła zorza wieczorna, pozostawiając Justynę w stanie skrajnego osłupienia. Dziecko podsumowało to najlepiej – kopnęło ze znawstwem. *** -Ewa… Nie miałem pojęcia, że ty… że ja… Położyła mu palec na usta. Przeszedł ją gwałtowny dreszcz. Nie, przecież nie mogła! - Trudno. Dzisiaj nic nie jest ważne poza nami. - Nami? – podchwycił. Od pewnego czasu miał wrażenie, że czuje coś więcej do tej skromnej tłumaczki. Już dawno życie nie miało tyle uroku. Piękna żona stała się oziębła, oboje mieli siebie szczerze dość. Ewa była zupełnie inna, taka figlarna, radosna, żywa. Przede wszystkim szczera. O wiele mniej piękna niż żona, jednak czy uroda się liczy? Wolał kogoś, kto wesprze go w ciężkiej chwili. Opowie coś miłego, przytuli i dotknie ręką policzka przekazując swoją czułość. Niewiele myśląc, przytulił swój policzek do jej twarzy. Niezgrabnie objął ręką jej ramię i utulił w uścisku. Siedzieli tak nieśmiało w małym korytarzyku, z rzeczywistością przesłoniętą żarem. - Miałaś nie być tak ważna, jak jesteś. Wszystko miało być inne… Ewa uniosła się delikatnie, zatrzymując tylko jego ciepłą rękę na swoim zmarzniętym ramieniu. - Czy zawsze wszystko układasz po swojemu? - Muszę – westchnął ciężko. – Inaczej nie potrafiłbym pogodzić tych dwóch żyć... - Dwóch? - Popatrz co się stało. To już nie jest przyjaźń, prawda? - Nie – potwierdziła spokojnie, po raz pierwszy dając upust swym uczuciom. Złapali się za ręce, starając się rozgrzać. Zimne mury kamienicy zdawały się na nich oddziaływać, jednak nie wolno było na pozwolić. Trzeba utrzymać kontrolę nad życiem.



        Dedykacja: Śniegowi, który, chwała, jeszcze nie spadł. Nie martwcie się! Jak już coś zaczynam, to kończę. Skończę to cholerstwo (znaczy się - tą serię!) i zajmę się zbawianiem świata. A co!

Płeć: kobieta
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2    
Data dodania: 11.12.2011r.

1     

Angelika596 Użytkownik WPMT 12 12 2011 (19:07:04)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Szczerze Ci powiem, że już czekam na jakiś nowy projekt z Twojej strony. Chętnie bym przeczytała Cię w innym repertuarze, bo pod tym już po prostu nie mam co pisać.

Błędów nie robisz, oszałamiającej akcji też nie ma. Co ja ma zrobić?:) Daję piątkę z minusem, bo jest dobrze, piszesz ciekawie, ciągniesz tyle wątków na raz, nie gubisz i się i w dodatku zachowujesz charaktery postaci. Justyna jest dynamiczna, zmienia się pod wpływem ciąży. Dojrzewa? Chyba nie ma wyjścia, bo dziecko to nie przelewki, będzie musiała sobie radzić z emocjami. Czy ją łapie depresja? Taka ciążowa?

Trzymam kciuki, abyś ładnie to zakończyła i zaczęła coś nowego:)











Anima użytkownik 12 12 2011 (20:19:42)
Dziękuję bardzo. ;) Serię ukończyłam pod koniec sierpnia i obecnie czeka w komputerze, dodaję ją raz po raz. Ostatnio wpadł mi do głowy niezły pomysł, który zostanie tu wstawiony jakiś czas po zakończeniu tej serii. Muszę tylko się postarać, żeby nie zepsuć tego, co obmyśliłam. ;)


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(47): 47 gości i 0 zarejestrowanych: