warto go przeczytać
Samolot mknął w chmurach, rozrywając je już samym swoim dźwiękiem. Chłodne powietrze powoli owijało się wokół stalowego ptaka tanich linii lotniczych. Co kilka godzin zmieniały się granice państw, od jednego do drugiego. Nie dane jej było zobaczyć więcej niż ponure, ciemne kontury w tej wszechogarniającej ciemności. Zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma. Kiedy świat, ta chwilowa nierzeczywista rzeczywistość ją oślepi. Oślepi w złym tego słowa znaczeniu. Nie wiedziała, czy to źle, że nie czuje nic. O wiele gorzej się czuła, gdy usłyszała o pocałunku Filipa z Wiktorią. Teraz emocje zapadały się w cząstkach jaźni, ciało nie drgało spazmatycznie jak w chwilach trwogi.
Uwolniła się? Czuła się raczej tak, jakby spadły jej z rąk wszystkie ciężarki. Niby lekkie, a jednak, pod pokładami poduszek ciężkie jak stal. Nieznośne.
Samolot mknął coraz szybciej, zostawiając to wszystko za nią. Nic nie umarło, oni nadal żyli. Po swojemu, niegodziwie, brutalnie, ale wciąż zgodnie z własnym sumieniem. Nie będzie już w to ingerować. Zostawi Filipa za sobą…
„Czas uciekał,
a ja z nim
od przeszłości i od win,
kary smak dobrze znam,
nie sądziłam,
że mój świat
może zmienić się aż tak,
dzisiaj wiem,
to był znak”
***
Zaspana Justyna z wysiłkiem otworzyła oczy. Promienie słońca przenikające ciemne, purpurowe firany zdawały się tak nierzeczywiste. Lekko zmrużyła powieki, po czym rozszerzyła szeroko oczy. Taki poranny trening, aby udało się jej wstać o wiele szybciej.
Uderzyło ją wspomnienie nocy, kiedy Finka wróciła z imprezy na którą udała się z Filipem. Wpadła do pokoju z cichą, oklepaną furią i zadała to pytanie. O pochodzenie.
Niby tak mało ważne, a jednak mające głęboki sens w ich znajomości. Wobec długoletniej przyjaźni i krótkiego, kruchego związku z Filipem.
„Zbyt wiele padło słów
zbyt wiele się zdarzyło
znów ogarnął mnie cichy żal…”
Przeminął pozornie spokojny tydzień, podczas którego dziewczyna wyczuwała głęboki niepokój. Urywane telefony po północy, przytłumione słowa o poranku i ciche zmartwienia porozrzucane po całym domu.
Filip odwiedził je nie raz podczas tego pamiętnego tygodnia, jednak Finka nie zamierzała go zobaczyć. Odmawiała, kręciła jak tylko mogła, a potem zapominała z kubkiem herbaty poziomkowej. Siedziała przed komputerem i coraz głośniej stukała w klawisze. Zapadła w swój wieczny, melancholijny trans.
Poprzedniego wieczora, gdy Finka po raz kolejny zignorowała prośby zarówno jej, jak i brata, Justyna poprzysięgła sobie, że nazajutrz przeszuka partycję przyjaciółki w ich wspólnym komputerze. Nie widziała innego wyjścia.
Gdy wspominała reszcie dziewcząt o swych rozterkach, zbywały ją stanowczo lub spokojnie. Obie rozmarzone, pochłonięte przez swoje jasne tęcze wyzwolenia. Pozamykały zawiasy swych światów, naoliwiły wszystko i trwały radośnie w bańce bez dna.
Ewka chodziła totalnie rozmarzona, potykając się o wszystko, co napotkała na swojej drodze. Z jej różnych, krótkich wypowiedzi wynikało, że tymczasowo uwikłała się w nielegalny związek pełen grzechu bez wyjścia. Grzechy były popełniane z jej winy, gdyż miała zwyczajnie dość życia bez swojego wymarzonego księcia. Cóż, Ewa radośnie wierzyła w bajki. Cud cudem, ale trochę się zmieniła. Nabrała nieco spokoju i dojrzałości, lecz była to krztyna tak niewielka, że aż zauważalna tylko w drobnych, przeciekających przez palce chwilach.
Izabela wciąż odnosiła się do życia z tym wszechobecnym smutkiem. Trwała na posterunku jak zakrzywiona, ledwo trzymająca się gruntu, skała. Mimo wszystko – była.
Jak na razie, symptomy wskazywały na rozwijającą się miłość. Justyna raz zaobserwowała przez okno jak chłopak całuje ją szybko w usta na powitanie. Iza nie odwróciła głowy. Przyjęła pocałunek z wdzięcznością i zawstydzeniem. Najpierw chciało się jej śmiać, patrząc na nich, potem stwierdziła, że przecież nie ma z czego. Wolałaby taką ciszę i spokój niż niepokój.
Chciałaby, żeby Adam nagle się tutaj pojawił i dotknął brzucha z kopiącym maleństwem.
Wiedziała, czyje to dziecko, jednakże tylko Adam mógł być jej mężczyzną. Nie było innej możliwości, zrozumiała to dopiero teraz.
Teraz przechadzała się powoli po pustym korytarzyku. Dziewczyny pobiegły już pewnie do pracy. Ewa i Finka czuwały nad książkami pewnego wydawnictwa, natomiast najmłodsza pociecha przyjaciółek – Izabela, kształciła się na podporę historycznej części narodu. Wszystkie widziały, jak jej zależy. Walka o przetrwanie i niepewność były z niej od samego początku. A jednak wciąż sobie radziła. Jakoś… Nieporadnie holując za sobą Olka.
Powoli weszła do kuchni i zaciągnęła się zapachem wrzosu stojącego na parapecie obok okna. Już teraz zebrały się przy niej dwie potężne pszczoły. Pachniał zniewalająco, pachniał jak wiosna.
Był już maj. Słońce omiatało każde źdźbło trawy, zmieniało spojrzenie szklistych oczu na spojrzenie wyraziste i z głębią. Łańcuchy pękały od natężenia tłustych ciałek mknących w natchnieniu do nieba, ręce opadały na dół przy skakaniu w klasy. Kolorowe, rozciągliwie gumki mknęły po chodniku i drzewach przy wtórze wariackich śmiechów ośmiolatków.
Nareszcie z czystym sumieniem mogła oglądać taki świat. Świat, który powinna była dostrzec już dawno temu.
Już od ośmiu miesięcy nie była sama, jednak miłość rosła w niej od połowy tego czasu. Teraz czuła, że zrobiłaby wszystko, aby jak najszybciej zobaczyć cząstkę siebie. Siebie i osoby, której już nigdy nie zobaczy. Nie była pewna, kto jest ojcem. Ciężko było nad tym myśleć, kiedy nikogo przy niej było. Za trudna siatka do przepołowienia.
Coś się nie zgadzało. Na stole spoczywały dwa brudne talerze zamiast rytualnych trzech.
Dwa kubki walały się na granicy zlewu a szafki. Paseczki i rujnujące kolory. Gdzieś zanikła ciemna pieczara osobowości trzeciej przyjaciółki.
Bonificja zatarła ślady.
Komunikat bardzo prosty: pożegnanie.
Justyna rzuciła się biegiem do komputera.
***
Izabela po raz pierwszy od dawna czuła szczęście. Rozpierało ją świetlistą łuną, która mknęła po całym ciele z prędkością iście kosmiczną. Postarała się, aby uczucia stały się niewidoczne. Tylko ona miała prawo decydować o sobie. Nikt więcej nie będzie czytał w twarzy.
Nawet Aleksander.
Pięknie to brzmiało. Aleksander, jej Aleksander. Dwa tygodnie powiedział jej, co czuje. Nie potrafiła wierzyć, uświadomiła mu to bardzo dobitnie. Jednak nie poddał się. Zaczął walczyć po swojemu. Nadal przychodził, nie dając po sobie poznać tego, co kiedyś wyraził. Nagle tama przepadła. Zatonęli w sobie nie wiedząc kiedy.
Mimo to, przynajmniej ostatnio, wciąż miała wrażenie, że czuje na sobie wzrok profesora. Bała się takich uczuć, takiego rozbicia i rozmemłania. A jednak takie dziwne coś spadło na nią w nieodpowiednim momencie. Ironia losu, nawet nie umiała tego nazwać!
Lęk i tęsknota za profesorem, poczucie niezależności, przywiązanie do Olka. I co się z tym stało?
Po zajęciach Olek obdarzył ją szczerym, szerokim uśmiechem i wysunął się z sali. Śpieszył się do klubu, dzisiaj mieli jakąś próbę przed ważną premierą. No nic, nie mogła tam z nim pójść ani go zatrzymywać. Odwzajemniła uśmiech i skierowała się do wyjścia powolnym krokiem jak reszta studentów.
Nie zdążyła się odciąć. Profesor Majerczyk podszedł do niej jak gdyby nigdy nic. Wymuskany, idealny od koniuszków palców po włosy. Mimo to, wciąż tak bardzo nierealny.
- Pani Izo, możemy porozmawiać? – spytał cicho, przymykając drzwi sali.
Korytarzem niósł się monotonny, znany im obojgu szum. Młodość, nadzieja, nauka… Szalone lata kłamstwa i obłudy.
- O-oczywiście – zająknęła się i zaczerwieniła natychmiast. Potrząsnęła lekko krótką fryzurką, tak, że kosmyk trzepnął go lekko w twarz. Rumieniec pogłębił się.
- Jest już pani przygotowana do egzaminów, prawda? – spytał, szperając w biurku.
- Nie… nie do końca.
- Przecież na zajęciach jest pani świetna! Tyle wiedzy i to w tak dobrym…
- Ma pan do mnie jakąś konkretną sprawę? – wypaliła wreszcie, trzymając rękę na klamce. To był ratunek, kamuflaż, odcięcie się.
- Owszem, mam – rzucił niedbale długopis na biurko. – Co będziesz robić po studiach?
- Nie mam zielonego pojęcia, panie profesorze.
- Może mogłabyś iść do nas na uniwersytet?
- Mówi pan poważnie?
Zganiła się w duchu za swoją reakcję. Propozycja była jak najbardziej naturalna, tyle że dla niej zaskakująca. Musiałaby go widywać o wiele częściej. O nie! Tak nie będzie…
- To bardzo miłe, ale dziękuję – odmówiła szybko z poważną miną, umiejętnie udając żal.
Profesor wbił w nią zdziwione spojrzenie. Kto by przypuszczał, że aż tak się tym przejmie? A może on też gra? Teatr dwóch widzów. Jeden kocha, drugi nienawidzi albo tylko lubi.
- Nie proponuję ci pracy, na razie to tylko rozważania. Przed tobą obrona, chwila wolności…
- Chciałby mnie pan tutaj zatrzymać, ale nie zatrzyma – uśmiechnęła się zniewalająco i wysunęła się za drzwi, trzepocząc w powietrzu swoją koszulką z logiem Dżemu.
Widok drzew i kurzu ulicznego przysłoniły słone łzy.
Oj, Majerczyku, profesorku cholerny, ty idioto.
***
Złapał ją w swoje wielkie, silne ręce i radośnie uniósł ku górze. Poczuła się jak mała dziewczynka. Kiedyś miała takiego przyjaciela, dosłownie o rok starszego. Nosił ją na rękach, uwielbiał zasłaniać oczy i bawić się w ciuciubabkę. Dorósł, kiedy skończył jedenaście lat. Ucichł zupełnie, mówiąc tak cicho jak morskie fale w pogodny dzień. Szemrał całym sobą, chcąc przekazywać emocje, jednak wcale mu się to nie udawało. Zamknął się w sobie.
Nigdy nie zdołała go uratować.
A teraz miała jego, Mateusza. Byli do siebie niezwykle podobni. Zamknięci, cisi, niezwykle moralni. Dla niej zawsze piękni i wyjątkowi. Różnił ich tylko ten wiek, data zupełnie niepotrzebna.
Zamknęła obręcz rąk wokół jego szyi. Czuła jego jedwabistą skórę, uśmiech promieniował na całą ulicę. Wreszcie zażądała cicho, aby ją puścił. Wpletli swoje palce w dłonie i ruszyli przed siebie.
- Mateusz…
- Hmm? – spytał, przerzucając na nią nieco zamyślone spojrzenie.
- Co z tego wyniknie? – postawiła sprawę jasno.
- Nie mam pojęcia – mruknął, zagapiony w zupełnie inny punkt. Zdawał się zupełnie nie zwracać na nią uwagi!
- Twoja żona, Zuzia… To nie jest dobre miejsce na rozmowę, ale nie będzie lepszego.
- Nie mogę ich porzucić. Dzieci, sama rozumiesz…
- Dam ci czas, ale obiecaj, że nie będę czekać wiecznie. Nie umiem.
Strzepnął włosy zakrywające twarz i uśmiechnął się do niej poważnie.
- A ja umieram myśląc.
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 14.12.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(30): 26 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał, maszróm