warto go przeczytać
- Moja głowa… Boże, kto mnie posieka? – Justyna powoli wkroczyła do kuchni, w dramatycznej pozie, z ręką na czole.
- Ja! – wrzasnęła złośliwie Ewka.
- Dziękuję, jednak się wycofuję – uśmiechnęła się Justyna i zaraz zmarszczyła czoło. – Słonie mają więcej taktu – mruknęła pod nosem.
- Balowałaś wczoraj, co? – spytała Iza w miarę cicho.
- O cztery kieliszki za długo…
- Cześć, dziewczyny! – zawołała Bonificja, triumfalnie wchodząc do kuchni. – Co za piękny dzień…
- Taa, dla ciebie piękny – przyznała Ewka.
- A dla was nie? –zdziwiła się Bonificja.
Izabela uśmiechnęła się i ruchem głowy wskazała wrak Justyny. Wszystkie trzy przyjaciółki wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Nigdy nie widziały Justyny w takim stanie. W ogóle nie przepadała za alkoholem.
- Justka ma kaca, ja się nie wyspałam, bo pół nocy gadałam z Mateuszem, a Izka…
- Ja byłam wczoraj w kinie, więc się wyspałam. Nie piłam, to kaca nie mam, za to dobry humor – wtrąciła Iza.
- O, coś nowego – zaśmiała się Justyna. – Zazwyczaj leżysz w łóżku i wgapiasz się w sufit.
Bonificja zmierzyła Justynę krwiożerczym spojrzeniem. To, że miała kaca, czy się źle czuła, nie oznaczało, że ma prawo obrażać resztę, a szczególnie Izę. Bonificja miała szczególny stosunek do tej o dwa lata młodszej istoty. Wysoka, przy kości, a jednak drobna i nietrwała. Ktoś musiał o nią dbać.
- Zazwyczaj – przyznała Iza z zimną krwią. – Ale to się zmieni – odparła dumnie, odkładając talerz i kubek do zlewu. – No, moje kochane, lecę do kościoła! – zaśpiewała wesoło, najgłośniej jak się dało.
- Pięknie – skomentowała Justyna. – Od razu wrzućcie mnie żywcem do grobu!
- To się da zrobić – mruknęła Ewka, zarabiając natychmiast szturchaniec od Justyny.
- Cicho być, obie! – uciszyła je Bonificja, machając rękoma. – Ustalamy plan na dziś. Kto gotuje?
- Mnie boli głowa – jęknęła Justyna zbyt teatralnie, jednocześnie natrafiając głową na metalowe oparcie krzesła. – Auu!
- Ja niedługo idę z Mateuszem i Zuzią do zoo – wymówiła się Ewka.
- Z tym Mateuszem? – zdziwiły się jednocześnie Justyna i Bonificja.
- No pewnie, znamy innego?
- Nie, ale… - zaczęła Bonificja, próbując powstrzymać drżenie swojej ręki trzymającej kubek z herbatą poziomkową.
- Fince chodzi o to, że on jest dla ciebie zwyczajnie za stary – wtrąciła się Justyna, masując obolałą głowę.
- I ma żonę! – zawołała triumfalnie Bonificja, zrywając się z krzesła, aby stanąć nad biedną Ewką jak sąd ostateczny.
Ewka obrzuciła ją zaciekawionym spojrzeniem i wstała z krzesła. Przerzuciła wzrok na zdziwioną Justynę i wreszcie wybuchnęła niepowstrzymanym śmiechem.
- Wy myślałyście, że ja się z nim umawiam? – śmiała się przez łzy.
- A nie? – spytały chórem przyjaciółki.
- Oczywiście, że nie – odparła lekko Ewka, przestawiając kwiatka na parapecie. Odwróciła się do dziewczyn i spojrzawszy im w oczy, mruknęła – Ale to niezła myśl…
***
Koło dziewiętnastej Justyna przybiegła do pokoju Bonificji. Wyglądała jak upiór, włosy w strąkach, poszarzała twarz… Jedynie blask w oku i uśmiech rozciągający jaśniutkie wargi czynił ją znośną.
- Rany, co jest? Idzie huragan? – spytała Bonificja, odrywając się od komputera. Zdjęła okulary, żeby oczy odpoczęły, odłożyła na biurko, po czym spojrzała na przyjaciółkę.
- Nie. Za to idzie Filip. Zadzwonił przed chwilą i stwierdził, że wpadnie. Wiesz, wolałam cię ostrzec.
- Dzięki! – wrzasnęła Bonificja, natychmiast gasząc komputer z listwy i biegnąc do szafy.
Już po chwili pojawiło się rytualne narzekanie pt. „W co ja się ubiorę?”. Każda kobieta tak ma. Prędzej czy później.
***
- Ewa, pokażesz mi kiedyś tą książkę? – spytała mała Zuzia na pożegnanie, tuląc ciepły policzek do upudrowanej twarzy Ewy.
- Tą, którą tłumaczę? Jasne! Jak ją wydrukują, to dam ci całą tonę!
- Naprawdę? – uśmiechnęła się Zuzia, ukazując swoją szczerbatą buzię w pełnej okazałości.
- Oczywiście. Przecież ty też jesteś superbohaterką, a takie muszą się wspierać, no nie?
- Będę taka jak ona – zapewniła gorąco Zuzia.
Ewa przykucnęła i uśmiechnęła się lekko, nagle wspominając samą siebie. Czując, jak jej wargi wyginają się w uśmiechu, miała wrażenie, że to samo robił jej nieżyjący już ojciec dwadzieścia lat temu, gdy słuchał planów sześciolatki. Postanowiła powtórzyć małej jego słowa.
- Kochanie, ty jesteś wyjątkowa sama w sobie. Nie musisz nikogo naśladować.
- A jeśli chcę? – zaśmiała się dziewczynka, przechylając swoją piegowatą główkę. Rude włosy spłynęły w bok jak kaskada, skrywając jej oczy. Ewa delikatnie odgarnęła jej włosy.
- To już od ciebie zależy – odparła, wstając z kucek i zaglądając w oczy Mateuszowi.
Uśmiechał się, ale jego oczy były dziwnie zamglone i zamyślone. Kiedyś się dowie, co się dzieje, dlaczego ostatnio bywa taki osowiały. Tyle, że nie przy Zuzi.
- To do zobaczenia. Dziękuję, że mnie odwieźliście.
Mateusz wreszcie spojrzał na nią normalnym wzrokiem, otworzył Zuzi drzwi do auta, aby wsiadła z powrotem, po czym stanął przed Ewą z poważną miną.
- Dziękuję. Jej matka…
- Tak? – spytała, poprawiając niesforny kosmyk włosów.
- Nie jest matką – warknął z goryczą i pogłaskawszy ją po policzku, wsiadł do auta i odjechał.
***
Zadzwonił dzwonek, ostatni dzwonek spokojnego żywota Bonificji. Przejrzała się w lustrze i wyskoczyła z pokoju jak z procy. Chciała być pierwsza, oczarować go swoim uśmiechem, poczuć się, jak wczoraj w nocy, kiedy pocieszał ją po swojemu. Nieudolnie, ale z jak najlepszymi intencjami. Sztywno, ale tak słodko.
Nie zdążyła. Usłyszała miły głos Izy, która zdawała się być z czegoś niezwykle zadowolona. Poczuła zazdrość, mimo, że to była tylko Izabela, jej przyjaciółka!
- Cześć! – uśmiechnęła się, wchodząc do korytarza i stając tuż obok nich. Filip oderwał wzrok od Izy i odwzajemnił spojrzenie. Co za ulga!
- Masz wolny wieczór? Justyna mówiła, że siedzisz w domu, więc pomyślałem…
- Dobrze pomyślałeś – ucięła krótko. – To gdzie idziemy?
Wyszli z mieszkania, niby obojętnie idąc obok siebie. W ich umysłach toczyła się walka. Wszystkie możliwe przypuszczenia mieszały się ze sobą tworząc odłamki o wysokim polu rażenia. W ciągu kolejnych kilku minut wirowały one w okolicach przebytej przez nich drogi.
Otworzył przed nią drzwi, cały czas zachowując się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Kiedy wsiedli do auta zapytał, jaką stację lubi, potem specjalnie prowadził z nią rozmowę na tematy, które były jej bliskie.
Restauracja przerosła jej oczekiwania. Wykwintny lokal na starym Kazimierzu, urządzony z wyjątkowo gustownie, oferujący smaki z całego świata. To wszystko dla niej, zwykłej dziewczyny z krakowskiego Podgórza? Chciała coś powiedzieć, zamierzała zaprotestować, ale jego zadowolona mina sprawiła, że zapragnęła zamilknąć w tej kwestii. Kochała jego uśmiech, te pałające oczy… Zaczęła się zastanawiać, ile to potrwa. Kiedy się zorientuje, że ich światy bardzo się różnią? I wreszcie, kiedy odrzuci ją w kąt, jak wiele innych.
Tyle, że to był Filip. Cokolwiek by się nie stało, ona dalej by go idealizowała.
Usiedli przy stoliku z jakiegoś ciemnego drewna, Bonificja nie wykluczała, że był to mahoń.
Jednocześnie otworzyli karty i zaczęli uważnie przeglądać menu. Bonificja ze zdziwieniem, Filip ze spokojem człowieka obytego. Problem pojawił się przy paru zagranicznych nazwach, dziewczyna zupełnie nie mogła się zorientować, co znaczą niektóre z nich. Wreszcie, zupełnie wyzbywszy się resztek honoru, spytała go o nie. Spojrzał na nią uważnie, ale złośliwe komentarze nie popłynęły z jego ust. Bez problemów przetłumaczył jej nazwy. Kiedy przyniesiono dania, Bonificja poczuła się nieco lepiej.
- Powiedz mi… - zaczęła, biorąc w rękę kieliszek białego, wytrawnego wina. – Dlaczego chciałeś się ze mną umówić? Tylko, błagam, szczerze – dodała prosząco.
Filip zamyślił się nieco. Co mógł odpowiedzieć na takie pytanie? Te niewinne, czasem złowieszcze usteczka zdawały się go prowokować. Wychodzące z nich wyrazy i zdania doprowadzały go do szału. Bał się, że jeśli odpowie bardziej entuzjastycznie, Bonificja weźmie to za dobrą monetę. Fakt faktem, iż zawsze bał się zobowiązań. Całe życie dążył do tego, aby ich unikać. Obecnie nie miał jeszcze pojęcia, co oznaczały te uczucia, których ostatnio doświadczał. Lepiej zachować zimną rozwagę.
- Widzisz… Znamy się od tylu lat, jesteśmy dobrymi, dobrymi przyjaciółmi… Chciałem cię lepiej poznać. A ty? – rzucił na pozór swobodnie, jednak za tym „spontanicznym” pytaniem kryło się coś więcej.
- Ja też – uśmiechnęła się ustami, zaś oczy pozostały martwe. Nie uszło to jego uwadze. – Przez tyle lat byłeś bratem Justy i trzeba przyznać… no, znam cię od najgorszej strony – roześmiała się.
- Tak, to jest święta prawda. Jestem denerwujący i apodyktyczny.
- Nie, po prostu… Pewne osoby cię denerwują.
- Masz na myśli siebie? – spytał niewinnie, zjadając nieco oryginalnego włoskiego makaronu z jasnym, smakowitym sosem.
- Może – mruknęła, zaglądając mu w oczy. Ogniki natychmiast zatańczyły w cieniach oczodołów.
- Ale ja też cię denerwuję – stwierdził, błagając Boga, aby się mylił.
Nie mogła pokazać mu skrawków swojej duszy. Jeszcze nie czas na to…
- Czasami.
- Uwielbiasz krótkie wypowiedzi, co?
- Nie bardziej niż Ewka!
Tu jednocześnie wybuchnęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę całej sali.
***
Ananas zalogowany.
Shadow zalogowana.
Ananas: Dzisiaj chyba jesteś weselsza, co? Przyznaj się! Profesorek się odezwał?
Shadow: Nie, niestety. Chyba nigdy się nie odezwie. Ale wiesz, dzisiaj rzeczywiście trochę mi lepiej. Wszystko przez kolegę, trochę mnie wytrącił z tego stanu otępienia.
Ananas: Dobry kolega. ;D;D;D
Shadow: Co z mamą? To było jakieś przeziębienie?
Ananas: Chciałbym, mała. Hmm, nie wiem, czy mogę tutaj to mówić, ale z drugiej strony to jest Internet, a ja cię polubiłem… Możesz się przestraszyć, możesz także się wyłączyć. Ja to zrozumiem, wierz mi.
Shadow: Nie wyłączę się.
Ananas: Dobra, nie wiem, nikomu o tym nie mówiłem. Moja mama urodziła mnie, kiedy miała dwadzieścia lat. Wiesz, młode, studenckie małżeństwo, taka zabawa. Ojciec nas zostawił, kiedy miałem szesnaście lat. Z początku mama starała się trzymać, udawała, że ojciec niewiele ją obchodzi. Jedno pamiętam najbardziej… Rok później wróciłem z imprezy, bawiłem się tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Myślałem, że wszystko będzie wreszcie normalne! Ale wróciłem i mama… Mama stała na balkonie i wrzeszczała, że zaraz się zabije. Kiedy przybiegłem na balkon, nie poznała mnie. Miała jakieś zwidy, cały czas zachowywała się tak dziwnie. Na dole zebrał się tłumek, ktoś postawił trampolinę… Gdyby chciała skoczyć, wiesz. Myślałem, że tylko się tak zgrywa, że to nie tak na poważnie. Wyszedłem za drzwi, obserwowałem ją przez szybę. Też zacząłem wrzeszczeć! Że wcale nie skoczy, że jest histeryczką! Ale ona skoczyła. Złapali ją, ale nie pozwolili mi jej zabrać do domu. Wezwali karetkę, potem trafiła na obserwację psychiatryczną… Okazało się, że ma schizofrenię. Teraz to jest taka huśtawka. Ech, po co ja ci to właściwie mówię… Pewnie nie miałaś do czynienia z takimi ludźmi, co?
Shadow: Nie.
Ananas: Sama widzisz. To jest cholerna huśtawka! Raz jest wesoła, raz smutna i tłucze wszystko, co napotka na drodze. Trzy razy była w psychiatryku, ciągle chodzi do psychiatrów, zażywa leki, ale to nic nie daje…
Shadow: Jesteś z tym sam, prawda?
Ananas: Tak. Mama nie ma już nikogo, ojciec się nie poczuwa, zresztą wcale nie chciałbym jego pomocy. Gdyby nie on, mama nadal byłby taka jak dawniej.
Shadow: Nie wiem, co mogłabym ci powiedzieć. Pewnie byłbyś zły za litość, więc nie będę się litować. Jaka jest twoja mama, poza tymi atakami?
Ananas: Najłagodniejsza na świecie. Bardzo dobra dla każdego, ale ludzie się jej boją. Wszyscy wiedzą o jej chorobie. Czuje się samotna, tylko ja z nią rozmawiam.
Shadow: Myślałam, że tylko ja jestem nieszczęśliwa. Jestem głupia, a nie nieszczęśliwa! Co robi teraz twoja mama?
Ananas: Już śpi.
Shadow: Kiedy się obudzi, pewnie już jutro, powiedz jej, że nie jest sama. Jestem pewna, że poczuje się choć trochę lepiej. Przepraszam, ja też już idę spać. Dobranoc.
Ananas: Taaa, dobranoc.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 07.10.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(19): 16 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał