warto go przeczytać
Poranek okazał się być zimny. Otwarte okno natychmiast wymiotło zapach wczorajszych smakowitych potraw z chrzcin. Do kuchni wdarł się ponury podmuch, który dosłownie zakręcił Justynie w głowie. Mgła powoli zaczynała opadać…
Z hukiem zatrzasnęła okno, nie chcąc dłużej marznąć. Zaparzyła herbatę i usiadła za stołem bez żadnego jedzenia. Miała wrażenie, że żołądek wciąż jeszcze trawi wykwintne potrawy, jakimi uraczyła gości córki. Nie było ich znowu tak wielu, tylko ci najważniejsi. Między innymi także Finka.
Ciszy szelest poderwał ją z krzesła. Do kuchni wtoczył się zaspany brat i zaśmiał się ponuro.
- Siadaj, strachulcu. A mi, oczywiście, nie zrobiłaś herbaty?
- Jak zwykle masz rację – poinformowała go, przesiewając szarawe loki między palcami.
- Już po ósmej, Finka jeszcze śpi?
Wbrew swojemu zachowaniu liczył, że z nią porozmawia. Nie na tematy prywatne, dotyczące ich przeszłości, ale ogólnie. Zamieni parę zdań, które zabrzmią trochę jak dawniej. Zjadliwie.
Justyna szybko odłożyła kubek, stukając nim o blat i wzięła głęboki oddech. Wypuściła powietrze z płuc i odpowiedziała.
- Miała samolot o szóstej pięćdziesiąt.
Machinalnie zerknęła na zegarek. Droga przyjaciółka najprawdopodobniej przebywała już w chmurach i cieszyła się swoim odzyskanym spokojem. Świeżo upieczona matka widziała, jak to dziecko smutku męczy się przebywając w miejscu swojej przeszłości.
Tak, teraz należeli już do przeszłości. Bonificja nie będzie chciała tu powrócić, zbyt źle się jej kojarzyli. Wszystko przez Filipa.
Spojrzała spode łba na brata. Jego wina. Trochę jej, ale także jego. W zdenerwowaniu nie umiała już poprawnie myśleć. Używała skrótów, niuansów. Uciekała w uproszczone schematy, zamiast jak dawniej, gnać z rogami na wierzchu.
- No co? – spytał tylko i wzruszył ramionami.
Rozwył się domowy telefon. Szatynka zerwała się, zahaczyła o stół i biegiem pomknęła do przedpokoju. Po kilku sekundach zwycięskiego sprintu powróciła do kuchni ze słuchawką przy uchu.
- Cześć. Owszem, jest. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Niech będzie.
- Finka? – spytał obojętnie, w sercu nosząc nadzieję. Dosyć głupio to wypadło w jego wykonaniu.
- Coś znacznie gorszego – Justyna pokiwała pokornie głową. Wyglądała jakby usilnie ze sobą walczyła. Mimo to z jej twarzy nie dało się wyczytać, czy to bardzo zła nowina, czy też taka pół groźna.
Filip szybko chwycił telefon. Jeśli ma cierpieć, będzie cierpiał i tak. Odwlekanie czy zatrzymywanie czasu za wskazówki nic nie da. Więc po co robić bezsensowne uniki?
- Hej… Poczekaj, nie odkładaj słuchawki! – poprosił od razu rozmówca.
Chłopak od razu poznał głos, który jeszcze niedawno znaczył dla niego bardzo wiele. Szczerość, przyjaźń i zaufanie. Teraz wzbudzał w nim tylko zawiść. Miał ochotę trzasnąć telefonem o ścianę, powstrzymała go jednak myśl o siostrzenicy i innych domownikach. Niech przynajmniej oni mają spokojny sen.
- Czego chcesz? – rzucił przez zaciśnięte zęby. Oparł prawą, wyprostowaną rękę o ścianę.
- To ważne. Wiem, że zawiniłem, ale teraz chodzi o coś innego… Nawet nie o nas.
- Niby o kogo? – prychnął Filip mimo ogarniającego go zaciekawienia.
- Naprawdę się nie domyślasz? – zdziwił się rozmówca, przybierając nieco kpiarski ton. – Z Finką nie wszystko w porządku…
- To wasz problem! – uciął szybko Filip, ale chłopak po drugiej stronie linii był sprytniejszy.
- Za pół godziny na Zabłociu pod Modrzejewskim. Jeśli nie przyjdziesz, uznam, że już ci naprawdę na niej nie zależy.
- Ale…
Pii-pii-pii.
Połączenie przerwane.
- Co jest z tym telefonem? – spytał Filip, odkładając telefon na stół i zaciskając pięści.
- Nic nie jest. Najwyraźniej to Jacek się rozłączył… Bo to był on, prawda? – dodała Justyna z zalęknieniem w głosie. Spodziewała się takiego telefonu, właściwie już od co najmniej tygodnia. Sama zbyt wiele przeczuwała, żeby się jeszcze łudzić.
Zmierzył ją tylko niewidzącymi oczyma. Zastanawiał się, co było powodem tego nagłego telefonu. Widział Bonificję raptem kilkanaście godzin temu. Wyglądała normalnie, może zachowywała się sztucznie, ale sprawiała wrażenie o wiele szczęśliwszej niż za czasów przebywania w Polsce. Najwyraźniej Anglia jej służyła.
- Powiedz mi, dlaczego on zadzwonił?
- A co powiedział?
- Że chodzi o Finkę i coś jest z nią nie w porządku. Ale chyba byśmy zauważyli, no nie?
Kobieta odwróciła się do niego plecami i zaczęła grzebać w lodówce. Wyjęła z niej płatek żółtego sera i wgryzła się bezlitośnie w aksamitną miękkość.
- Nie wiem. Odkąd wyjechała, nic już nie jest jak dawniej.
- Sama tego chciała. Tylko co Jacek robi w Polsce? Przyjechał razem z nią, a ja go nie zauważyłem? – zastanawiał się.
Justyna szybko przełknęła jedzenie, popiła herbatą i zaczęła tłumaczyć.
- Oni się rozstali, właściwie niedawno. Jezu, ty nic nie wiedziałeś! – spojrzała na niego i zrozumiała zbyt wiele.
- A skąd miałem wiedzieć? – zasępił się i wybiegł z mieszkania. Czuł, że Bonificja zataiła przed nim bardzo wiele. Cała sprawa wyglądała coraz bardziej tajemniczo.
***
Ewa postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Musiała poznać całą prawdę. Czuła, że jeśli tego nie zrobi, straci coś ważnego. Po prostu ubrała się i wyszła z domu pomimo wczesnej godziny. Zaskoczy ją, zapyta o wyjaśnienie. Nie będzie posiadała ani krztyny litości.
Szła ulicami jak poranny lunatyk z ciemnymi oczami. Wokół niej odbijał się blask przedpołudnia, jednak kobieta nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Głęboko wierzyła w swoją wolę i sprawiedliwość świata. Musiały się porozumieć!
Wyjęła telefon i poprosiła żonę Mateusza o spotkanie w pobliskim parku. Nie chciała wciągać w to jego dzieci, istotek o wiele bardziej związanych z ukochanym niż wyrodna żona i matka.
Zjawiła się. Zimna jak kryształowy puchar, piękna niczym niebiański aksamit. Zatrzepotała włosami, rozprysła je na wietrze jak złoty witraż. Zmroziła spojrzeniem, wyraźnie próbując dominować nad spotkaniem.
Nie da się.
Nie da się.
Nie da się.
- Ukrywałaś przed mną przebieg śledztwa – wycedziła powoli Ewa, starając się nad sobą panować. Było to działanie z góry skazane na niepowodzenie. Złożone do tej pory ręce zadrżały spazmatycznie uwalniając się z więzów. Powoli wędrowały bocznymi drogami do niegodziwej kobiety.
- Co ty mówisz! – zdziwiła się kokietka nieco zbyt teatralnie. Natychmiast zrozumiała, że przerysowała swoją rolę, dlatego przerzuciła się na złowieszczą wymowę półgłosem.
- Gabrysia mi powiedziała.
Roześmiała się złowieszczo i usiadła na parkowej, odrapanej ławce. Spojrzała na swoją rywalkę, piękną, ale stanowczo zbyt dobrą Ewę i zmrużyła wściekle oczy.
- Wiedziałam od dawna. Za kogo wy mnie mieliście? Przecież nie jestem naiwna! Nikt, kto zna mnie chociaż przez kilka minut, nie mógłby pomyśleć w ten sposób. Oboje zwariowaliście!
- Czy wariactwem nazywasz miłość? – spytała wreszcie Ewa, stojąc nad żoną Mateusza jak kozioł ofiarny. W tym momencie mogła nazwać się ofiarą, mimo, że jeszcze przed chwilą łagodnie górowała. Złość tworzyła galaretowatą substancję, która powoli rozpryskiwała się na wszystkie strony. Jeszcze kilka chwil, a nie pozostanie po niej ani kropla śladu.
Klony szumiały pogodnie, jakby nucąc im pieśń pokojową. Jednak żadna ze stron nie umiała się teraz poddać. Było za wcześnie.
- Siadaj, Ewuniu… - zaśmiała się Agata, błyskając uśmiechem bez skazy. – Siadaj i odpowiadaj.
Ewa przywarła do podłoża. Nie zamierzała spełniać kaprysów kobiety, która zniszczyła życie dwóm najważniejszym osobom w jej życiu: Mateuszowi i Zuzi. Chciała ich bronić, serce wyrywało się ku temu jak szamoczący koliber. Już nie było ratunku.
- Nie zamierzam.
- Uważasz, że go kochasz, ale wcale tak nie jest. Myślisz, że jesteś lepsza, bo masz wolność i możesz ją mu ofiarować. On szybko by się znudził. Omotałaś sobie wokół palca jedną z moich córek i do tego próbujesz tych sztuczek także z Gabi. Chyba wiesz, że to nie ujdzie ci na sucho.
- Jesteś zimna! Zimna i wredna! Czy ktoś taki może wychowywać dzieci?! – wrzasnęła Ewa na pół parku, nie umiejąc się pozbierać. Agata powoli odbierała jej wszystko. Najgorsza była świadomość, że ma do tego pełne prawo. Tylko że Mateusz mógł spróbować zawalczyć. Kiedy go odnajdzie… odnajdzie go i tak!
- Popatrz na siebie. Chciałabyś założyć z nim rodzinę i za kilka lat powiedzieć waszym dzieciom, że odbiłaś ich ojca innej kobiecie? Zastanów się.
- On cię nie kocha – wycedziła zimno Ewa, używając ostatecznej broni. Już nie miała najmniejszych skrupułów, aby się hamować.
- Wiem – odparła Agata. – Jeszcze zobaczysz, że on nie wróci. Dzieci i tak by nie dostał. Ani ciebie… - uśmiechnęła się łagodnie i marzycielsko, po czym odwróciła się, aby odejść mokrą ścieżką do domu. Przez jej złote włosy płynęły promienie.
***
Jacek niedbale opierał się o maskę swojego dziesięcioletniego, wiśniowego Opla i rozważał, co powie byłemu przyjacielowi. Jako prawnik o wiele bardziej zdawał sobie sprawę, w jakim świetle stawia go przebyły związek z Finką.
Nie mógł nic z tym zrobić. Kiedy zobaczył ją zimą, na tamtym pamiętnym Sylwestrze, po raz pierwszy jako człowiek wypoczęty i wyspany, zrozumiał, jakie uczucie do niej żywi. Pojął istotę tej miłości. Wciąż czuł ciepło jej ciała tulącego się w nocnej śnieżycy w ogrodzie jej rodziców. Wówczas wiedział, jak stoją sprawy między nią a Filipem. Wciąż trwali w wahaniach swoich osobistych szal. Nie wnikał w żaden aspekt ich relacji. Bardzo lubił Filipa, z racji na długotrwałą przyjaźń, nie podejmował nawet próby odbicia mu Bonificji. Kiedy ponownie się zeszli, zniósł to mężnie. Rzucił się w jeszcze większy wir pracy, zapychając sobie myśli paragrafami z kodeksu. W Anglii odnaleźli się ponownie. Piękna dziewczyna powoli zmieniała się w prometeuszowy wrak, a Jacek, aby ją przed tym uchronić, zaczął zabierać ją w różne ciekawe miejsca. Wszystko potoczyło się lawinowo. Zaufała mu, on oddał jej swoje serce. Mimo to w ich relacjach wciąż czegoś brakowało. Nie tylko spontanicznej cielesności, ale także zwykłych gestów czy jakichkolwiek słów wskazujących na prawdziwe uczucie.
Wreszcie Bonificja powiedziała mu prawdę. Ciężko było jej wytrwać w takim związku, który opierał się na kłamstwie. Dobrodusznie przyjęła na siebie całą winę, jakby to ona stanowiła przekleństwo całego świata, w tym także rodzaju męskiego. Jacek zaczął złorzeczyć Filipowi, po raz pierwszy w życiu, jednak ukochana kobieta nauczyła go miłości nawet do ludzi znienawidzonych czy ogólnie wrogich.
„Trzeba akceptować każdy punkt widzenia i już. Bez tego nie będziemy pełnymi ludźmi."
Zgrzyt opon na parkingu wyrwał Jacka z zamyślenia. Oto przez asfaltową powierzchnię sunęło bezwiednie czarne jak smoła Volvo. Co dziwniejsze, prosto na niego. Gdyby cała sytuacja działa się dobrych kilka miesięcy wcześniej, powiedzmy siedem, Jacek odskoczyłby spokojnie w bok i uznał całą sytuację za żart. W tym momencie czuł się winny, jako że sam był posiadaczem męskiej dumy. Auto zatrzymało się z piskiem opon, tuż przed stopami Jacka. Filip szybko z niego wyskoczył, zamknął drzwiczki na pilota i spokojnie popatrzył na mężczyznę. Teraz już w każdej sekundzie życia będzie widział w nim kogoś, kto doświadczył Bonificji.
- Dlaczego zadzwoniłeś? – rzucił zimno i arogancko.
- Nie miałem wyjścia – burknął. – Filip, wiem, że jesteś zły, ale zanim naprawdę się wkurzysz, lepiej mnie posłuchaj.
- Cały czas to robię. Lepiej, żeby to było naprawdę ważne i dotyczyło tylko, i wyłącznie Finki.
- Dotyczy! – warknął Jacek, coraz bardziej zdenerwowany bezbrzeżną dumą mężczyzny. – Wiem, dlaczego uciekła.
Obojętne oczy bruneta natychmiast wbiły się w prawnika. Zapłonęły szalonym blaskiem, ale usta nie wypowiedziały ani słowa. Jacek postanowił kontynuować mimo wszystko.
- Pamiętasz to przyjęcie, na którym byliście?
- Jakie przyjęcie?
- U Kamińskich!
Dziwnie było stać przed byłym przyjacielem i nagle usłyszeć o tym zamierzchłym momencie życia, kiedy wszystko wydawało się w miarę uporządkowane.
- Też tam byłeś? – upewniał się porzucony mężczyzna. – Ale… dalej nie rozumiem!
- Finka rozmawiała z Pauliną – wyjaśnił spokojnie Jacek i uśmiechnął się kątem ust, widząc zrozumienie w oczach Filipa. Od ponad roku wiedzieli do czego jest zdolna. Perfidnie porzuciła Filipa i to jeszcze z takich błahych powodów!
- Co jej powiedziała? – nie wytrzymał Filip.
Jacek zdjął okulary, przetarł je koniuszkiem czarnej kurtki i kontynuował.
- Przedstawiła wasze zerwanie w taki sposób, że wyszło, jakby to ona była pokrzywdzona. A do tego wmówiła Fince, że nie zasługuje na ciebie, bo ty masz kontakty i pieniądze, a ona jest biedna. Finka poczuła się źle i postanowiła wyjść z tego przyjęcia.
- I wyjechała…
Filip westchnął, przeczesał palcami czuprynę i wreszcie odważył się zadać to pytanie.
- Dlaczego się rozstaliście?
Jacek stracił kontakt wzrokowy z mężczyzną. Zerknął w bok, na nowoczesny, pokaźnych rozmiarów budynek mieszczący się tuż obok nich. Na tej zaocznej uczelni studiowało dziś bardzo dużo studentów. Jednak parking był pusty, wręcz emanował świętym spokojem. Szkoda tylko, że taki sam stan nie zdołał opanować dwóch dorosłych mężczyzn, którzy właśnie rozważali swoje losy.
- Zawsze była odległa – uśmiechnął się niepewnie, smutnawo. Wolał mówić do lekko omszonego krawężnika niż do Filipa. Bał się, że taki człowiek, który od dziecka dostawał to, czego pragnie, nie zrozumie owego stanu. To Finka zapoczątkowała ciężki okres w życiu Filipa. Zakręciła mu w głowie i uśmierciła dawny żywot.
Między nimi panowała cisza. Cisza pełna nieznanych fluidów.
- Mhm… - zaczął Filip, ale Jacek chciał trwać w swoim stanie i wynurzeniach. Zbyt wiele go to kosztowało.
- Pewnego dnia trzasnęła doniczką, jeszcze zanim wszedłem. Myślałem, że zaraz coś sobie zrobi. Ta melancholia w jej wzroku… - Jacek niekontrolowanie się wzdrygnął i posłał Filipowi nieprzeniknione spojrzenie zza grubych szkieł. – Powiedziała, że nie wytrzyma, nie umie oszukiwać. I pojechała na chrzciny… Zostawiła mnie – wyznał, wzruszając ciężko ramionami.
- Kochasz ją, co? – spytał cicho Filip, chcąc się upewnić.
- Czyli widać – skwitował tylko Jacek, wsiadł do auta i odjechał.
Tego popołudnia, aż do późnej nocy, Filip snuł się ulicami.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 15.01.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(10): 7 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał