warto go przeczytać
Drugą część ostatnią, dodam w weekend. Myślę, że jej treść nikogo nie zaskoczy. Mógłbym ją dodać teraz, jednak wolę, aby najpierw przeanalizować to.
-----------------------------------------------
"Pewnego dnia otrę wszystkie łzy z Twoich oczu" Objawienie 21.3-4
Głuchą ciszę przerwał szczęk otwieranego zamka. Potężne metalowe drzwi rozwarły się na oścież, w progu stał mężczyzna średniego wieku. Wysoki, szczupły, odziany w kremową koszulę i sztruksowe spodnie spoglądał na mnie pytająco spod irracjonalnie oprawionych okularów połówek.
- Czekałem na pana – szepnąłem na tyle cicho, by pomimo dzielących nas metrów mógł dosłyszeć moje słowa. Zareagował natychmiast, jednak nie dał po sobie tego poznać. Był zdumiony, lekko podenerwowany, ale i zachęcająco nastawiony. Chociaż nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo ta rozmowa wpłynie na jego życie, miał nadzieję, że bynajmniej poprawi jego pozycję w redakcji.
- Dzień dobry – zagadnął w odpowiedzi. – Dziękuję za zaproszenie – wszedł do pomieszczenia niepewnym krokiem, przewieszony przez ramię dyktafon zakołysał się, gdy nie wiedzieć czemu, na ułamek sekundy, mężczyzna stracił panowanie nad swoim ciałem.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Niech pan usiądzie – zaproponowałem. Odwróciwszy się skinął głową do pilnującego wejścia strażnika, po czym usiadł na specjalnie dla niego przygotowanym krześle. Vis-à-vis mnie.
Drzwi zamknęły się, jednak zamek nie szczęknął ponownie.
- A więc czemu zawdzięczam pańskie zaproszenie? – zapytał, przybierając tajemniczy, podchwytliwy i dziennikarski ton głosu.
Zamyśliłem się próbując dobrać odpowiednie słowa.
- Chciałbym przedstawić świa… - zawiesiłem głos. Czy należało przejść od razu do konkretów? -.. tu – dokończyłem – moją historię. Chciałbym, aby ludzie nareszcie uwierzyli, że nie są sami na świecie. Że coś lub ktoś ciągle, nieprzerwanie od wiek wieków czuwa nad ich losem, przygląda się każdemu wydarzeniu, w którym biorą udział. Że ktoś zna ich los.
Mężczyzna próbował ukryć niewymierne rozbawienie.
- Czyli jednym zdaniem. Próbuje mi pan powiedzieć, że jest pan kosmitą, humanoidem nie z tej ziemi?
Przecież dobrze wiedziałem, jak przebiegnie ta rozmowa. Dlaczego więc się zirytowałem? Nie wiem, wymownie spojrzałem w niebo, którego skrawek widniał tuż za malutką szybą umieszczoną przy samym suficie.
- Nie do końca – odparłem spokojnie. – Widzi pan. Poza tym, co wy ludzie nazywacie wszechświatem istnieje również tak zwany międzyświat. Miejsce, w którym człowiek codziennie zostawia wszystkie swoje troski, marzenia, żale, radości. Jest to swego rodzaju przechowalnia, szatnia, do której trafiają myśli każdej istoty rozumnej. One nie zostają zapomniane, kiedy wy jesteście pewni tego, że o czymś zapomnieliście, my pilnujemy tego by "to" nie zostało zapomniane…
- Nie rozumiem – mruknął wsłuchany dziennikach.
Zaśmiałem się.
- Czego konkretnie pan nie rozumie? – zapytałem. Mężczyzna poprawiwszy się na fotelu, przetarł czoło. Czułem się jak nauczyciel, który chce dopilnować tego, by jego uczeń zdał egzamin z wiedzy. Z życia.
- Co oznacza my? Co oznacza wy ludzie? Czy próbuje mnie pan przekonać, że nie jest pan kosmitą, ale nie jest pan także człowiekiem?
Dużo pytań, pomyślałem. Ale to dobrze, czym więcej zrozumie, tym lepiej to wykorzysta. Wiem o tym.
- Myślę, że na wszystkie trzy pytania, znajdę jedną odpowiedź. A więc, jak pan myśli, czy naprawdę istnieje Bóg? Jakikolwiek?
Potwierdził, chociaż zauważyłem, że zaczął domyślać się do czego zmierzam. Prawie.
- Świetnie – odparłem. – W takim razie, wierzy pan zapewne w to, że On – zaakcentowałem wyraźnie - nie jest sam. Że jest ktoś, kto stoi u Jego boku, na straży Jego prawa. Według różnych informacji są to aniołowie, cherubi, serafini, duchy, demony, byty albo święci, zależnie od wiary. Albo i nie zależnie, jakby nie było wszyscy, choć myśląc inaczej, wierzą w tego samego Boga, w tego samego Demiurga, w to samo przeznaczenie, w ten sam byt, po prostu nazywając go inaczej.
Delikatne promienie słońca, padły na twarz mężczyzny. Zmrużył oczy i, co mnie rozbawiło, wyczekiwał dalej mojej opowieści. Wiedziałem, że nie wyjdzie stąd zanim nie skończę, ale jak bardzo zainteresuje go to, co mam do powiedzenia? Bardzo dobrze.
- Wynika to między innymi z tego, że na świecie nie ma ludzi nie wierzących – kontynuowałem.
- Ateiści – przerwał, dalej nie roztwierając oczu. Wyglądało to zupełnie tak, jakby po prostu mnie poprawił, jak znajomy znajomego, który pomylił się w nazwie warzywa.
- Ateiści? – mruknąłem z zadowoleniem. – Ateiści to specyficzna grupa osób, którym tylko się wydaje, że nie wierzą. Sami, przez siebie, tracą orientację, gubią mapę – przerwałem, ponieważ brakło mi odpowiednich słów. - Oni po prostu stają się żeglarzami bez statku. Wiedzą, jak należy rozwinąć żagle, jak posługiwać się kompasem, mają wsparcie swojej załogi, jednak nie stać ich na to by kupić statek i stanąć za jego sterem. W pewnym sensie mi ich żal.
- Żal? – westchnął gość.
- Tak, żal. Oni są ofiarami własnego strachu, którego ze względu, na respekt jakim go darzą, nie nazywają po imieniu.
- Ach…
- Wrócę jednak, jeśli pozwolisz, do głównego wątku – mężczyzna nie drgnął nawet o milimetr. Cieszyło mnie to, że wybrałem odpowiednią osobę na to miejsce, jednak wciąż czekam na jedno pytanie. Jak?
- A więc, jak mówiłem, wszyscy wierzymy w tego samego Boga, a przy tym w coś, co możemy nazwać bożymi wysłannikami. Zależnie od wyznaczonego zadania, pełnią oni odrębną rolę w życiu człowieka. Najczęściej jednak zmarli, którzy dostali się do królestwa niebieskiego, stają się Aniołami Stróżami własnych potomków. Jeśli takowych posiadali – dodałem. – Jeśli nie, pozwalano im zostać w miedzyświecie i zająć się innymi sprawami. Ja natomiast, odkąd tylko pamiętam, czyli jakby nie było, od momentu Wielkiego Stworzenia – uśmiech sam zagościł na mojej twarzy, nie chciał znikać ani na moment – zostałem oddelegowany do jednego zadania.
- Jakiego? – wyrwało się memu rozmówcy… rozmówcy?
- Do bycia posłańcem.
W pomieszczeniu zapanowała cisza, chciałem aby mój uczeń sam domyślił się tego, kim jestem, lub raczej jak mam na imię. Zamknął oczy i założywszy ręce za głowę odchylił się do tyłu. Cisza trwała nieprzerwanie. Musiałem przyznać, że póki co wszystko idzie po mojej myśli, nie pozostają żadne niedomówienia. Czy było to przyczyną tego, że jestem dobrym bardem, a może tego, że dziennikarz wszystko podłapywał? Nie ważne, ważne oby tak dalej.
- A możesz to jakoś udowodnić? – zapytał z lekki szelmowskim uśmiechem. Więc jednak wiedział, ale potrzebuje dowodu.
- Mogę...
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 02.09.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(9): 6 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Fał