Pseudonim: subtelny demon
O sobie: Diabeł tkwi w szczegółach.
Napisanych prac:
- nowości: 6
- wiersze: 109
- proza: 33
- publicystyka: 4

Średnia ocen: 4.6
Użytkownik uzyskał: 610 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Tylko nie miej dla mnie bólu" 16.04.2013
"Dziewczyna z portretu [2]" 26.04.2014
"Dziewczyna z portretu [5]" 31.05.2014
"Dziewczyna z portretu [6]" 05.06.2014
"Wiraże [4]" 05.02.2012

Inne prace tego autora:
"Wiraże [8]" 30.03.2012
"Wiraże [11]" 01.06.2012
"W oku uczuć. Rozdział 2" 29.04.2011
"Nadgryzienia" 21.03.2013
"Dziewczyna z portretu [3 i 4]" 07.05.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Carmel - I etap "Wyzwanie Prozatorskie"

1. Bezsenność. Bez-senność. Matko – walnąłem się otwartą dłonią w czoło. Wpatrywałem się w nagłówek, czy może raczej myśl przewodnią swojego wciąż nienapisanego artykułu. Dochodziła północ, a ja siedziałem z totalnie pustą głową nad tym badziewiem. Jak zwykle – podkreśl, pogrub, najlepiej na czerwono – otworzyłem maila z wytycznymi od tej… od mojej szanownej naczelnej na trzy dni przed oczekiwanym terminem przesłania tekstu do publikacji. Tekstu, też jak zwykle, na zupełnie niepoczytny, wywietrzały temat. Ech, kiedy nadejdą te słodkie czasy, że sam sobie będę dyktował, o czym chcę pisać? Gdybym tylko nie potrzebował na czynsz, panienki i whisky… Sięgnąłem po raz tysięczny dzisiejszego wieczoru po szklankę do whisky z wodą, z racji iż sama whisky wyszła poprzedniego wieczoru, a lód się skończył. I dobrze, mój lekarz twierdzi, że whisky z lodem mi szkodzi. Trzeba w końcu odstawić ten lód. Lód, lód… Szkoda, że Kuba się wyprowadził, on zawsze pamiętał, by uzupełniać jego zapas. Zapas whisky również. O czym teraz myślę, to że kobiety to zło. Takie przez „u”. Odbierają ci najlepszych kumpli, robiąc przy tym takie słodkie minki, że przecież nie zabierają ci ich na zawsze. No, na pewno. Tylko skąd te awantury o każde wyjście na piwo? Zacząłem się negatywnie nakręcać, co było dość kiepskim pomysłem w perspektywie nienapisanego artykułu do gazety – dla kobiet właśnie. Złapałem oddech i zawróciłem myśli na właściwy, ale przede wszystkim opłacany tor. Bezsenność – zmierzwiłem włosy – co nam na ten temat powie ciocia Wiki? Jak się okazało, niewiele. Ubawiłem się, czytając o higienie snu, zwłaszcza przy punktach takich jak „unikaj zażywania alkoholu”, „nie graj w gry przed snem” oraz „pamiętaj, że łóżko powinno służyć jedynie do snu i współżycia, a nie do czytania książek czy oglądania telewizji”. Fascynujące. To ja chyba jednak wolę poseksić się na pralce, a z moim How I Met Your Mother zostanę w łóżku. Nie no, ja nie nadaję się do pisania takich rzeczy! Wieje hipokryzją na kilometr. W ogóle to cud, że jeszcze żyję – przegryzłem kanapkę z Maca, która lada dzień zaczęłaby na mnie patrzeć – z tego, co tu głoszą, powinienem już dawno wykitować na tę całą bezsenność. Zamknąłem laptopa. Dziś i tak nic nie napiszę. Przeciągnąłem się i wstałem od biurka. Zrzuciłem z siebie ciuchy i poszedłem pod prysznic. Tyle dobrego zostało mi z poprzedniego związku, że pamiętałem, by myć się dwa razy dziennie. I wynosić śmieci, zanim karaluchy zaczną uciekać przed ich smrodem. Rzuciłem się na łóżko i sięgnąłem po książkę leżącą na nocnej szafce. „O czym śpiewa kantele” – brzmi całkiem usypiająco, pomyślałem, więc zabrałem się za lekturę. Klimat jedynej prawdziwej pory roku, jak o północnoeuropejskiej zimie traktował Fonkowicz, całkiem sprawnie odrywał mnie od rzeczywistości. Czytałem: krótkie zimowe dni zwalniają rytm pracy organizmu i czynią go ociężałym. Ludzie walcząc z ogarniającą ich apatią szukają ratunku w kawie, której pije się w Finlandii o tej porze roku po kilka filiżanek dziennie. Mogłoby się więc wydawać, że w długie noce zimowe nie pozostaje nic innego, jak tylko spać, spać, spać i spać bez końca [polać mu!]. A tu niespodzianka! Okazuje się, że ciemności polarnej nocy wywołują w organizmie jakieś tajemnicze napięcia, które nie pozwalają zasnąć. Wielu, zwłaszcza cudzoziemców, przeżywa męki… bezsenności. Skrzywiłem się. Czyli do worka z różnościami w temacie artykułu, obok niejedzenia po godzinie policyjnej, dorzucić należy gusła i zabobony. Niech żyje! Upuściłem książkę na podłogę i przeturlałem się na bok. Sen dobrze mi zrobi. Zamknąłem powieki. Pomyślałem o Tej O Której Nie Wolno Mi Było Myśleć. Jej włosach rozrzuconych na poduszce. Lawendowym zapachu. Miękkiej skórze. Przytuliłem mocniej poduszkę. Zasnąłem. 2. Czy ten pierdolony pies nie może zdechnąć? Ową radosną myślą powitałem kolejny pochmurny dzień z serii. A niby wiosna przyszła. Szczekanie przeniosło się na klatkę, co oznaczało, że sąsiadka raczyła ruszyć tyłek za drzwi, by pełnić swą szlachetną powinność właścicielki pchlarza. Jeszcze dwie klatki, jedna i… cisza. Błogosławieństwo. Rozkoszowałem się tą chwilą całe długie pięć minut, nim rozległ się budzik. To już? Wyłączyłem alarm i zwlokłem się pod prysznic. Odkręciłem wodę i stanąłem pod jej strumieniem. Co dziś mamy za dzień? A tak, sobota. Jeszcze dwa dni do odwalenia tego artykułu. A tak poza tym… - układałem plan na resztę dnia i niedzielę. Przez głowę przewinęła mi się myśl, że powinienem był pokazać się u rodziców na niedzielnym obiedzie. Przypomniał mi się kawał o tym, czym różni się taka wizyta od stawienia się przed plutonem egzekucyjnym. Pluton grozi ci tylko raz. Przełknąłem gorzką ironię i zacząłem się wycierać. Znalazłem parę czystej bielizny, dżinsy i T-shirt. Nastawiłem wody na kawę. Odpaliłem laptopa. Na poczcie znalazłem przypomnienie o zaległych książkach z biblioteki, o którą to w konsekwencji poszerzyłem listę sprawunków na dziś. Wypiłem pospiesznie kawę i wyszedłem z mieszkania. Uporanie się z bieżącymi zakupami, pralnią, wyżej wymienioną biblioteką i innymi z tego rodzaju zajęło mi może z dwie godziny, tak że o dwunastej mogłem spokojnie napić się kolejnej kawy, jeszcze przed malowaniem nowego lokum Kuby, przy którym to malowaniu zobowiązałem się pomóc. W końcu nie zostawia się przyjaciół w potrzebie, nawet jeśli okazali się tak wybitnymi pantoflami. Wszedłem do jakiejś kawiarni niedaleko nowego miejsca zamieszkania mojego przyjaciela, kierując się prosto do baru. - Duże latte – zapłaciłem i udałem się do stolika w końcu sali. Po drodze zgarnąłem ze stojaka aktualną gazetę. Zniknąłem za nią w oczekiwaniu na kawę. - Proszę – jakaś dziewczyna nieśmiało postawiła przede mną gorący napój w wysokiej szklance. Bąknąłem „dzięki” zza gazety, nie racząc jej nawet spojrzeniem, pogrążony w lekturze. W końcu odłożyłem gazetę i sięgnąłem po kawę. Rozejrzałem się po lokalu. Stała tyłem. Zdejmowała płaszcz. Poprawiła swoje falowane, długie do pasa włosy. Usiadła; była z jakimś starszym mężczyzną. Nie mogła mnie widzieć. A nawet jeśliby widziała, co by to zmieniło? Minęły cztery lata. C z t e r y lata. Nawet by mnie nie poznała, kiedy mnie wystarczyły tylko te jej włosy. Jej piękne, o niepowtarzalnej barwie włosy. Dałbym sobie uciąć obie ręce, że pachniały tą samą lawendą, co cztery lata wcześniej. Patrzyłem na nią i, byłem pewny, nie oddychałem. Ta O Której Nie Wolno Mi Było Myśleć trzy stoliki dalej piła tę samą latte, co ja. Co my. Całą wieczność temu. Carmen. 3. Byłem na trzecim roku dziennikarstwa, razem z ekipą z roku sporo czasu przesiadywaliśmy w Burdelu, niewielkiej, wiecznie zadymionej i zagraconej książkami kawiarni. Było nam tam dobrze. Klara, córka właściciela i jednocześnie barmanka, przymykała oko na wódkę pod stołem oraz nasze coraz to głośniejsze, wraz z jej upływem, debaty, a my w rewanżu pomagaliśmy jej uprzątnąć salę przed zamknięciem, jako że często bywaliśmy ostatnimi gośćmi. Był chyba grudzień, nie pamiętam, ale ulice spowijały tabuny świątecznych lampek, no i padał śnieg. Jak zwykle siedzieliśmy w Burdelu. Weszła do środka i rozejrzała się zagubionym wzrokiem. Akurat stałem przy barze i rozmawiałem z Klarą. Odwróciłem się machinalnie na dźwięk dzwoneczka zawieszonego u wejściowych drzwi. Omiatała wzrokiem salę, ale najwidoczniej nie znalazła tego, kogo szukała, bo po chwili wahania usiadła przy jednym z wolnych stolików. Rozpięła płaszcz. Śnieg topił się na jej włosach, wystających spod czapki. W końcu postanowiła się rozebrać; miała na sobie ładną, wełnianą sukienkę i złoty łańcuszek z okrągłym medalionem na piersiach. Przerzuciła włosy na ramię i dopiero wtedy zobaczyłem, jakie są długie. Podniosła głowę w stronę baru, więc szybko odwróciłem wzrok. Klara spojrzała na mnie znacząco. - Wpadła ci w oko – oznajmiła. - Znasz ją? Była tu wcześniej? – Nie zamierzałem płoszyć się jak jakiś nastolatek, sprowokowany jej wypowiedzią. - Pierwszy raz widzę dziewczę na oczy. Nie wygląda mi na miejscową. Zresztą, czy to ja przesiaduję tu całymi godzinami? – Rzuciła zaczepnie, po czym dodała – chcesz się pobawić w kelnera? - Ja? Zwariowałaś? – Udało się jej wyprowadzić mnie na moment z równowagi. - A taki chojrak w gadce. No dobrze, zostań, zaraz wrócę. – Obeszła energicznym krokiem bar i udała się do jej stolika. Wymieniły kilka zdań i nim się obejrzałem, wróciła. - No i co, co mówiła? - Że latte, narwańcu. A co miała powiedzieć? – Zaśmiała się Klara. – Uważaj, idzie tu. Rzeczywiście, ktoś stanął obok mnie. Odwróciłem głowę i spojrzałem prosto w jej oczy. Popatrzyła na mnie krótko, po czym przeniosła wzrok na barmankę. - Czy to latte może być karmelowe? - Tak, naturalnie. - To poproszę, dziękuję. Już odchodziła, gdy wypaliłem: - Claire, zrób mi też karmelowe – i odwróciłem się do dziewczyny. Musiała to wyczuć, bo też się obejrzała. Spojrzała na mnie. - Tak? Tak? Co za tak? Co mam powiedzieć? Pustka w mojej głowie nagle wyparła całą moją elokwencję. Inteligencję najwidoczniej również, co w następnej chwili udowodniły padające z mych ust słowa. - Czekasz na kogoś? - Tak, czekam. Oczywiście, że czeka. Matko, jakim jesteś kretynem. Ewidentnie kogoś oczekuje. Pobłogosławiłem się, że mimo wszystko nie palnąłem jeszcze bardziej idiotycznego „acha” i brnąłem dalej. - A czy w takim razie nie mógłbym się dosiąść i umilić ci trochę czas… oczekiwania? – Popatrzyła na mnie niepewna. - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł… - No tak, racja, przepraszam, nie chciałem się narzucać. Chłopak mógłby nie zrozumieć… co jest zresztą zrozumiałe. Tak, rozumiem, przepraszam, zapomnij – wypluwałem z siebie słowa jak połamany. - Nie, nie o to chodzi – przerwała mi. – Właściwie – zamyśliła się – proszę, napij się ze mną kawy – i uśmiechnęła się do mnie. Najpiękniej na świecie. To wtedy się w niej zakochałem. W tym momencie. W tym uśmiechu. Odgarnęła włosy z twarzy i sięgnęła po swoje latte, które Klara postawiła na barze. Odwróciłem się jak oparzony w stronę barmanki, gdy ona już zmierzała w stronę swojego stolika. - No idź, na co czekasz? – Popędziła mnie Klara. No właśnie, na co czekam? Sięgnąłem po swoją kawę i udałem się w ślad za dziewczyną. - Nie przedstawiłem się. Andrzej, miło mi. - Carmen – podała mi rękę. - Co proszę? – Nie dosłyszałem jej imienia. – Karmel? - Nie, Carmen, przez „n” na końcu. Jak noga. - Ach tak, Carmen, przez „n”. - Wiem, trochę pretensjonalnie. - Nie, skąd. Ładnie. Carmen. Pasuje ci. Jesteś stąd? – Zapytałem bez ogródek. - Nie, dopiero co się wprowadziłam. Spędzę tu trochę czasu. Studiujesz? – Odbiła piłeczkę. - Tak, dziennikarstwo. A co, aż tak widać? - Nie, po prostu… to twoi znajomi? – Wskazała na grupę ludzi, których wolałbym w tym momencie nie znać. - Tak, moi znajomi. Wybacz im, to dzieci. - Studenci – poprawiła mnie, uśmiechając się dobrodusznie. - A ty? Gdzie się uczysz? - Uczę się korespondencyjnie – odparła zdawkowo. - Ach tak – nie wiedziałem, co dalej powiedzieć. Wyręczyła mnie. - Często tu bywasz? – Spojrzałem na nią pytająco. – Znasz dziewczynę pracującą na barze, więc… - A tak, rzeczywiście, Claire. - Ona jest dla ciebie kimś ważnym…? - Co…? Nie! – Zaprzeczyłem gorliwie. – Po prostu to fajne miejsce. Tyle. Nic nie łączy mnie z Klarą, znaczy znamy się i lubimy, ale nic z tych rzeczy. – Uśmiechnęła się w odpowiedzi na moje wyjaśnienia. W tym samym momencie rozdzwonił się jej telefon. - Słucham. Tak, już jestem. Ach tak, rozumiem. Dobrze. Nie, żaden problem. Będę za… do pół godziny. – skończyła rozmowę. Odłożyła na stolik komórkę, drogą komórkę, co nie umknęło mojej uwadze, i sięgnęła po latte. Zanurzyła w nim spojrzenie. Wyczułem, że się denerwuje. - Coś nie tak? - Nie… Znaczy, ten telefon, moje spotkanie zostało przeniesione w inne miejsce. - Och… - wyrwało mi się z ust. - Tak, będę musiała się zbierać. - Rozumiem. Wyjęła z torebki portfel i bez słowa podeszła do baru. Uregulowała rachunek i wróciła do stolika. Ubrała płaszcz i sięgnęła po torebkę, którą powiesiła sobie na przedramieniu, po czym zapytała: - Masz długopis? – Miałem. Wyjęła zgrabnym ruchem ręki jedną serwetkę ze stojaka i zapisała swój numer telefonu. Dodała jeszcze – gdybyś chciał…. – zawieszając głos i po chwili zniknęła za drzwiami kawiarni. Carmen była jedynaczką, jej matka umarła przy porodzie, miała tylko ojca. Był muzykiem. W wieku pięciu lat posłał ją na pierwszą lekcję nauki gry na skrzypcach. Miała talent. Pięła się najpierw, jako dziecko, po szczebelkach, później po szczeblach muzycznej kariery. Ojciec był surowy i wymagający, ale wszystko, co robił, a głównie zakazywał, robił dla jej dobra. By mogła osiągnąć sukces, którego on sam nie zdążył osiągnąć. Przez tę szmatę, która zostawiła go z dzieckiem – jak powiedział kiedyś pod wpływem alkoholu do innej kobiety, a ona to usłyszała i później długo nie mogła się pozbierać w moich ramionach. Tęskniła za mamą, co było chyba naturalne. A on, jej ojciec, w ogóle o niej nie mówił, jakby nigdy nie istniała. Nienawidziłem tego człowieka. I nie chodzi o to, że, łagodnie rzecz ujmując, nie pałał do mnie sympatią, twierdząc, że rozpraszam jego córkę, że powinna poświęcać czas spędzany ze mną na ćwiczenia, że nie należę do jej świata. On miał obsesję na jej punkcie. Nie traktował jej jak kochaną osobę, tylko jak dochodowe zwierzątko. Bo wtedy, gdy się poznaliśmy, Carmen była już uznaną w Europie skrzypaczką, wygrywała konkursy, była rozpoznawalna. Przynosiła zyski. Tylko to się liczyło. Ćwiczenia i wieczne wyjazdy. Mimo wszystko, a może dlatego jeszcze bardziej, kochaliśmy się. A ona, ona potrzebowała tej miłości. Jak powietrza. I jednocześnie bała się jej. Bała się mnie zranić. Tak często o tym mówiła… Przyszedł ten dzień. Był jesienny wieczór. Biegła, chroniąc się pod teczką z nutami przed deszczem. Wpadła do Burdelu zapłakana. Nie umawialiśmy się. Od razu wyczułem, że stało się coś złego. Odnalazła mnie zza rozmazanych rzęs i śpiesznie podeszła. Przytuliłem ją, a ona rozpłakała się na dobre. - Skarbie, uspokój się. Jestem tu. Co się stało? - Ojciec… - to jedno słowo wystarczyło, by rozpalić we mnie ogień. - Co znowu wymyślił? Paryż, Helsinki, Ateny? - Nie, nie… - zakrztusiła się łzami. – Atlantyk. – W pierwszym momencie nie zrozumiałem. Atlantyk? Ale po chwili dodała – przeprowadzamy się za Atlantyk. Rozumiesz? Za Atlantyk. – Nie rozumiałem. To był cios. - Co to znaczy: przeprowadzamy się? - On, pamiętasz, wyjechał ostatnio. Na dwa tygodnie. Mówił, że ma dla mnie niespodziankę. On… on kupił mi dom. W San Francisco. W Kalifornii. Rozumiesz? Dom. Stałem jak sparaliżowany. Trzymałem ją w ramionach, ale nie czułem jej ciepła. Czułem się, jakby już jej nie było, jakbym dostał w twarz. Docierało do mnie, że on, ten człowiek, właśnie dopiął swego. Zagotowało się we mnie z bezsilności. - Kiedy? – Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydobyć. - Jutro. Kazał mnie już spakować. Rozumiesz, spakować – więdła w mych rękach. – To koniec. Ty wiesz, że tak bardzo, bardzo nie chciałam… - spojrzała mi intensywnie w oczy, jakbym mógł na ich dnie znaleźć cokolwiek, co nie byłoby rozpaczą, jakby to mogło utulić moje serce. – Przepraszam. - Za co? – Zapytałem, czując napływające do oczu łzy. - Za miłość. 4. Wyjechała. Nie spałem. Nie jadłem. Nie chodziłem na zajęcia. Nie chodziłem do Burdelu. Zacząłem pić. Staczałem się i nic sobie z tego nie robiłem. Pogrążałem się w ogarniającej mnie apatii. Wtedy wprowadził się do mnie Kuba. Wyciągnął mnie z tego bagna, w którym się pogrążałem, pomógł się pozbierać. Zawaliłem semestr, ale wciąż miałem tę dziennikarską ikrę, co dawniej. Znalazłem pracę w jakimś piśmidle dla kobiet, mimo nieukończonej, ledwo zaczętej magisterki. Zacząłem żyć. Może nie przestałem pić, ale przynajmniej to kontrolowałem. Zanim Kuba poznał Aśkę, często chodziliśmy na panny. Łamałem serca jedno za drugim, jakby to miało mnie uleczyć. Nigdy do nich nie oddzwaniałem. Z żadną nie byłem dłużej niż noc. Minął rok. Zapisałem się od nowa na siódmy semestr. Skończyłem studia. Złapałem pracę w kolejnym piśmie dla kobiet, tyle że z wyższej półki. Nie myślałem o niej. Aż tyle. Tylko przed snem. I czasem w naszych miejscach. A teraz, po tylu latach, ni stąd, ni zowąd siedziała sobie jak gdyby nigdy nic w tej samej kawiarni, co ja. Pijąc tę samą latte. Moja Carmen. Moja miłość. Wszystko odżyło. Nie wiedziałem, co robić. Patrzyłem na jej włosy i marzyłem, by się odwróciła. Nagle rozdzwonił się mój telefon. Skoczyłem jak oparzony. Kuba. - Co? – Warknąłem ściszonym głosem. - Pamiętasz, obiecałeś, że wpadniesz dziś do mnie. Na malowanie. - Pamiętam. - I pamiętasz, że miałeś kupić wałki? – Oczywiście, że zapomniałem. Cisza z mej strony była aż nadto wymowna. – Ten sklep obok rynku powinien być jeszcze czynny. Pospiesz się – i rozłączył się. W tej samej chwili mężczyzna z trzeciego stolika wstał. Carmen również. Podali sobie ręce i on wyszedł. Została sama. Wyjęła komórkę i położyła na stole. Zastanawiała się nad czymś. Poznałem po tym, że nie piła, tylko trzymała w dłoniach swoją stygnącą, czy może raczej już zimną kawę. W końcu musiała podjąć decyzję, bo dopiła resztkę i wstała. To był ostatni moment. Również wstałem od stolika. Złapałem swoją skórzaną kurtkę i podszedłem do niej. - Carmen? – Odwróciła się zaskoczona. Nic się nie zmieniła. - Andrzej, to ty? Właśnie, właśnie myślałam o tobie. Tyle lat. – Staliśmy naprzeciwko siebie, jednak dzieliła nas jakaś przepaść. Nie mogłem jej pojąć. - Co robisz w Polsce? Kiedy przyleciałaś? Co u ciebie słychać? – Wyrzucałem z siebie pytania jak maszyna. Chciałem ją przytulić, ale ten mur pomiędzy nami był nie do przeskoczenia. Uciekała wzrokiem. - Śpieszę się, mam próbę. Słuchaj, spotkajmy się jutro, w tej kawiarni, w Burdelu – z trudem wypowiedziała ostatnie słowo, jakby nie chciało jej przejść przez gardło, z jakimś obrzydzeniem. – Wciąż jeszcze działa? - Tak, działa i ma się dobrze. – Tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak się miewają sprawy w Burdelu, nie zaglądałem tam przecież od lat. Wiedziałem tylko tyle, że rzeczywiście jeszcze go nie zamknięto. Jednak zabolała mnie ta nuta wyrzutu w jej głosie, że ktoś mógł nazwać tak miejsce spotkań. Tak ordynarnie. I że ona przez to musiała skalać sobie język takim brzydkim słowem. Zmieniła się. To również należało do nowej jej, której nie znałem. - O siedemnastej? - O siedemnastej. - W takim razie do zobaczenia – nachyliła się, by pocałować mnie w policzek. Owionął mnie zapach jej włosów. Pachniały lawendą. 5. Po drodze do Kuby mało nie rozjechałem pieszego. Kupiłem wałki, ale okazałem się totalnie nieprzydatny. Zacząłem malować przedpokój niebieską farbą, którą Aśka wybrała do kuchni, na dodatek zapominając o ciuchach na zmianę, co w konsekwencji poszerzyło mą garderobę roboczych ubrań o mój stosunkowo nowy T-shirt i parę dżinsów. Na koniec usiadłem na krześle, które Kuba dopiero co skończył malować. Po tym incydencie nie wytrzymał. - Stary, albo powiesz mi, co jest grane, albo uznam, że zaczyna ci odbijać na starość. - Może zaczyna. - Bo co? - Bo widziałem Carmen. - Kogo widziałeś? – Mój przyjaciel zrobił wielkie oczy. – Niemożliwe. - A jednak. - I dopiero teraz mi o tym mówisz? Rozmawiałeś z nią? - Tak. I nie. Chwilę. Spieszyła się. Umówiliśmy się na jutro. W Burdelu. - No to ładnie. Długo jest w Polsce? - Nie mam pojęcia. - Iść po flaszkę? – Prawdziwy przyjaciel. - Nie no, stary, obiecałem matce, że przyjadę jutro na obiad. Migam się od miesiąca. Wiesz, co by to było, jakbym tak przyszedł taki p a c h n ą c y. - No spoko, rozumiem. Ale trzymasz się? - Tak, trzymam. Sorry za to krzesło. Odmaluję. Gdzie masz tę farbę…? - Zostaw. Sam to zrobię. Ty się dziś do niczego nie nadajesz. Idź się przejść, nie wiem. Jakby co, to wiesz, gdzie mnie szukać. - Wiem, dzięki. Wróciłem do siebie. Kręciłem się po mieszkaniu, ale zupełnie nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Wyszorowałem wannę i umyłem podłogi w całym domu. Zrobiłem porządek w szafie. Znalazłem moje zaginione sto lat temu słuchawki. Wstawiłem pranie i włączyłem telewizor. Leciał jakiś film, jednak nie potrafiłem się zmusić do śledzenia fabuły, tak że pod koniec nie miałem pojęcia, o czym był. Powiesiłem pranie. Spojrzałem na zegarek; dochodziła północ. Przypomniałem sobie o feralnym artykule. Ze świadomością, że jutro będę na siebie wściekły, odłożyłem go na następny dzień. Położyłem się w ubraniach na łóżku. Myślałem o niej. O naszym jutrzejszym spotkaniu. Czy wróciła na dobre? Czy wciąż coś do mnie czuje? Nie mogłem spać. Wierciłem się. Poszedłem do kuchni i wiedziony Wiki-mądrościami, wypiłem szklankę mleka. Nie spodziewałem się, by miało mi to pomóc, ale wierzyłem w moc placebo. No i działanie jest zawsze lepsze od niedziałania. Chodziłem po mieszkaniu. A raczej wędrowałem, aż zawędrowałem do szuflady Nie Otwieraj Pod Żadnym Pozorem. Wyjąłem pudełko ze zdjęciami. Usiadłem na podłodze i zacząłem przeglądać. Nawet nie wiem, kiedy z mej twarzy zaczęły kapać łzy. Zasnąłem nad ranem na kanapie. Obudziło mnie szczekanie psa sąsiadki. Już miałem zacząć kląć, gdy spojrzałem na zegarek. Jedenasta. O dwunastej miałem być u rodziców. Wystrzeliłem jak z procy. Wziąłem błyskawiczny prysznic, wskoczyłem w odświętne ciuchy i popędziłem do samochodu. Na szczęście nie zdążyłem wyjeździć całego paliwa. Mama przywitała mnie w drzwiach kąśliwą uwagą, że „wszyscy czekamy”. Spóźniłem się tylko kwadrans. Ale dla nich to był kwadrans. Przeprosiłem, wymawiając się dłuższą niż zazwyczaj mszą, co było ewidentnym kłamstwem, bo od lat omijałem kościół szerokim łukiem, jednak kupiła to. Moja matka-dewotka wpuściła mnie w końcu do środka. Poszedłem do łazienki umyć ręce i udałem się do jadalni. Mój wzorowy, młodszy brat siedział już z żoną przy stole, a ich synek spał grzecznie w wózku pod oknem. Ojciec poprawił nienagannie zawiązany krawat. Mama podała wazę z zupą. Nie pasowałem tam. Oni to wiedzieli, ja to wiedziałem, jednak musiałem od czasu do czasu tam bywać. Odgrywać przedstawienie, by później móc spokojnie żyć własnym życiem – aż do następnego razu. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych uwag, udało mi wybrnąć dość zgrabnie z trudniejszych pytań, po czym ostrzał skierowano w stronę mojego brata, a później obudził się mały szkrab i już w ogóle nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie narzekałem. Pogrążyłem się we własnych myślach i dopiero przy kawie pewne słowo-klucz wyrwało mnie z apatii. - Carmen? – Wystrzeliłem jak Filip z konopi. - Tak, karmel, Andrzeju. Coś w tym dziwnego? – Matka spojrzała na mnie zniesmaczona. - Nie, nic. Przepraszam. Z dalszej rozmowy wywnioskowałem, że mówiły o ciastach na jakiś bal dobroczynny. Paranoja. Wymówiłem się obowiązkami i urwałem stamtąd godzinę wcześniej niż zwykle. Wiedziałem, że będę to musiał „odpracować” następnym razem, ale nie mogłem tam już usiedzieć. Po prostu nie mogłem. Wsiadłem w samochód i pojechałem stawić czoła swemu przeznaczeniu. 6. W Burdelu byłem pół godziny przed czasem. Zamówiłem wodę i udałem się do stolika przy oknie. Tego samego, przy którym piliśmy naszą pierwszą kawę. Rozejrzałem się. Nie poznawałem tego miejsca. Ludzi, którzy nie mogli studiować, w ich śmiesznych garniturach i za drogich butach, pseudoartystycznych obrazów na ścianach, które zastąpiły znajome, pełne pasji akty oraz kobiety za barem. Podszedłem do baru i bez słowa sięgnąłem po kartę menu. Przekartkowałem ją, po czym zwróciłem się do barmanki. - Czy byłaby możliwość zamówienia karmelowego latte? - Przykro mi, ale nie posiadamy takiej opcji w menu. – Takiej opcji w menu, przedrzeźniłem ją w myślach. - Tak, wiem – pomachałem jej przed nosem kartą. – Ale czy nie mogłaby pani zrobić dla mnie wyjątku i takie przyrządzić? Byłbym wdzięczny. – Spojrzała na mnie, jakbym spadł z księżyca. - Proszę pana, to jest szanowana kawiarnia, a nie koncert życzeń. Proszę wybrać coś z menu, wtedy z przyjemnością to dla pana przygotuję. – Chyba z przyjemnością naplujesz, pomyślałem, ale miast powiedzieć to na głos, podziękowałem i wróciłem do stolika. Była punktualna. Równo o siedemnastej pojawiła się w drzwiach kawiarni. Zapierała dech w piersiach. Miała na sobie czarną princeskę, lśniące szpilki na wysokich obcasach oraz srebrnoszarą etolę. Włosy upięła z boku głowy. W rękach ściskała maleńką torebeczkę. Dostrzegłem kątem oka, jak podwójne C zakłuło w oczy kobietę z sąsiedniego stolika. Ach ta niewieścia zawiść. Uśmiechnąłem się złośliwie pod nosem, dostrzegając wzrok tej samej kobiety strofujący teraz swojego, nieświadomego jeszcze wpadki, towarzysza, wlepiającego oczy w moją Carmen. Wstałem. Podeszła do mnie, pocałowała w policzek. Otoczyła mnie jej lawendowa aura. - Czego się napijesz? - Latte z mlekiem sojowym. Bezkofeinowe, bez cukru. – Otworzyłem szeroko oczy, jednak nic nie powiedziałem. Złożyłem zamówienie i odpowiedziałem niemrawym uśmiechem na żabi grymas barmanki. Wróciłem do stolika. - A więc… od kiedy jesteś w Polsce? - Przyleciałam w tamtym tygodniu – zamilkła na moment. – Pewnie chcesz wiedzieć, dlaczego się nie odezwałam. Chcesz, prawda? - Właściwie to nie. Zastanawiałem się tylko, czy w ogóle miałaś zamiar się odezwać. Bo rozumiem, że nie wróciłaś na stałe? – Mimo wszystko postawiłem na końcu znak zapytania w nadziei, że się mylę. - Nie, nie wróciłam. Bo widzisz… mój tata, zmarł. Miał raka skóry. W testamencie zapisał, że życzy sobie być pochowanym w Polsce. Nie mieliśmy co prawda domu, ale tutaj spędziliśmy ostatni rok w kraju. Dlatego zdecydowałam, że zostanie pochowany w tym mieście. Jutro wracam do domu. - Już jutro? – Wyrwało mi się z ust. Czy to „jutro” będzie prześladować mnie do końca życia? - Tak. Dziś jeszcze wieczorem daję koncert, małe, kameralne przyjęcie. Osiemdziesiąt osób. – Ładnie mi kameralne, pomyślałem. Musiała źle zinterpretować mój wyraz twarzy, bo dodała – to nie tak, że nie mam serca, w co masz prawo nie wierzyć – zawiesiła na sekundę głos – jednak to przyjaciółka mojej mamy, nie mogłam jej odmówić. - Niczego podobnego nie sugerowałem. Podniosła prawą rękę, by odsunąć z twarzy kosmyk włosów. Przed oczami zalśniła mi wysadzana diamentami złota obrączka. Zakrztusiłem się wodą. - Wyszłaś za mąż!? – Wyglądała na speszoną. Schowała rękę pod stół. W końcu na mnie spojrzała. - W tamtym roku. Tatę ucieszyła nasza decyzja. Chciał, bym się ustatkowała, nim… - nie dokończyła zdania. - Chyba nie sądziłeś, że wrócę? – Wbiła mi tym pytaniem nóż prosto w serce. - Nie, nie sądziłem – odwróciłem twarz. Przypomniał mi się starszy mężczyzna z kawiarni. – Ten facet, z którym widziałem cię wczoraj, to… - nie chciało mi przejść przez gardło „twój mąż”. Pokręciła intensywnie głową. - Nie, to był prawnik. Załatwiałam z nim ostatnie formalności. Chyba nie myślałeś, że wyszłabym za kogoś w tym wieku? – Szczerze?, pomyślałem. - Nie, skąd. - A u ciebie, co słychać, jak praca? - W porządku. – Straciłem ochotę na rozmowę. Patrzyłem, jak nieszczęśliwe widmo przeszłości ucieka przed ułożonym życiem Mrs. Smith. Może i pachniała tą samą lawendą, co cztery lata temu, ale to już nie była ona. Była swoim ojcem. Zwyciężył. Świeć Panie nad jego duszą. Opowiedziałem jej bajkę, jak to kocham swoją pracę i jak się w niej spełniam, by na koniec bąknąć o dużym artykule, o który zabijają się czołowe tytuły w Polsce, a któremu przydałoby się nadać ostatnie szlify przed publikacją. Właściwie nie minąłem się za bardzo z prawdą – naczelna mnie zabije, jeśli nie wyślę jej tego tekstu do jutra rana. Zrozumiała aluzję i dorzuciła od siebie, że też powinna się zbierać. Zamówiłem jej taryfę. Wyszliśmy na zewnątrz. Ostatni raz owionął mnie słodki zapach jej perfum. Pożegnaliśmy się jak kulturalni, dorośli ludzie; bezuczuciowi – choć może poprawniej politycznie byłoby: neutralni emocjonalnie. Patrzyłem, jak wsiada do taksówki i odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Obiecała się odezwać, jednak nie wierzyłem w to. Cała ta kurtuazja mnie śmieszyła. Pomyślałem z nostalgią, że jednak jej ojciec miał rację. Nie pasowałem do jej świata. Wróciłem do mieszkania i poluzowałem krawat. Odwiesiłem do szafy marynarkę i usiadłem za biurkiem. Zacząłem pisać. Nocy, które przespaliśmy, jakby nigdy nie było; pozostają nam w pamięci tylko te, w które cierpieliśmy, nie mogliśmy zmrużyć oka. Stąd suma naszych nocy jest sumą naszych bezsenności. Karmelowych bezsenności… Skasowałem ostatnie dwa słowa. Może i były prawdziwe, ale po pierwsze były moje, osobiste, a nie lubię się zanadto uzewnętrzniać przed tymi babami, co będą to czytać, a po drugie wiedziałem, że te noce to przeszłość. Na horyzoncie majaczył nowy świt. Czułem go. Czułem się wolny. Pierwszy raz od czterech lat. I choć przeczuwałem kolejną zarwaną noc, napędzała mnie świadomość, że ona nie ma z nią nic wspólnego. Ona, czy może raczej karmelowy o niej sen. Piękny, ale jednak – sen.



        Dedykacja: Słowo-klucz: bezsenność Płeć bohatera: mężczyzna Pawłowi i niedzielnym obiadom <3

Płeć: kobieta
Ocena: 5.5
Liczba komentarzy: 17    
Data dodania: 18.05.2012r.

1     

Kurczak_Alojzy Użytkownik wpmt 24 08 2012 (01:29:08)

Użytkownik ocenił pracę na 4

Ciężki tekst, ciężki do analizy i do czytania. Mimo wszystko udało mi się, więcej jednak do niego nie powrócę:/

subtelny demon Użytkownik WPMT 24 08 2012 (10:14:50)
Mimo wszystko udało mi się

Już, mogę być z Ciebie dumna?

Nie wiem za bardzo, co chciałbyś w tym tekście analizować, gdyż wszystko jest jasno wyłożone. Obawiam się za to o Twoje poczynania w wierszach, skoro nie radzisz sobie z prozą. Krzyż na drogę.


Kurczak_Alojzy Użytkownik wpmt 24 08 2012 (10:21:02)
Łatwo się obrażasz, gdy ktoś Cię skrytykuje... Nie łatwiej przyjąć porażkę na klatę i zastanowić się co można ulepszyć w tekście... A nie od razu pisać coś w stylu: krzyż Ci na drogę? A co do wierszy, to znakomicie radzę sobie z ich recenzjami:) Pozdrawiam

subtelny demon Użytkownik WPMT 24 08 2012 (10:42:03)
Nie łatwiej przyjąć porażkę na klatę i zastanowić się co można ulepszyć w tekście...

Niech żyją hipokryci! A co, u diabła, mam naprawić? Twój problem z czytaniem ze zrozumieniem? Bo, wybacz, ale chyba zapomniałeś napisać, co takiego sprawiło, że tekst był dla Ciebie tak ciężki w odbiorze, w związku z tym naprawdę przejęłam się Twoją krytyką. Również pozdrawiam.



Kurczak_Alojzy Użytkownik wpmt 24 08 2012 (10:44:02)
Ja rozumiem o co chodzi w tekście, po prostu masz ciężki, nieprzyjemny styl. Źle się to czyta, wydaje mi się że na siłę starasz się pisać "górnolotnie". Ale nie będę się rozpisywał, bo Ciebie i tak nie obchodzi moje zdanie:)

subtelny demon Użytkownik WPMT 24 08 2012 (10:52:38)
Dżizas, i to chodzi! To miałeś napisać w komentarzu. Że mój styl jest nieprzyjemny etc. To o "górnolotnym" było szczególnie interesujące - dla mnie, autora. Fajnie gdybyś poparł to jakimiś przykładami jeszcze, wtedy byłoby już ekstra. I to jest krytyka, z której jestem w stanie czerpać. Jeśli piszesz komuś, że jego tekst jest ciężki albo brzydki, to dlatego autora to nic nie wnosząca do jego pracy (w sensie całokształtu) opinia. Ale jeśli pokażesz temu komuś, co konkretnie zrobił źle, co z kolei sprawiło, że tekst w Twoim odczuciu był np. słaby, to wtedy dajesz temu komuś szansę na poprawę. Nie jesteśmy wróżkami. Trzeba nam pokazywać palcem, co jest źle, byśmy mogli to naprawić.

Dziękuję za pochylenie się nad moim tekstem oraz konstruktywną uwagę.

Mozzie Użytkownik wpmt 24 08 2012 (16:38:28)
Zgodzę się tutaj z subtelnym demonem i również, jako autorka, dochodzę do wniosku, że problem, drogi użytkowniku jest niestety w Tobie, bo nie potrafisz niczego zrozumiec. Nie wiem, może za mało czytasz, nie wszyscy lubią literaturę, ale w takim wypadku, po co się za to brac? Bo prace, którym dajesz tróje albo czwórki, zasługują zdecydowanie na coś więcej, a Ty swoich wypowiedzi nawet nie potrafisz uzasadnic. Może przystopuj trochę z tymi komentarzami do czasu, kiedy nareszcie "zrozumiesz".

Mozzie Użytkownik wpmt 19 05 2012 (10:41:51)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Opowiadanie niezwykle wciągające, może nie podoba mi się tak, jak Twoje "Wiraże", ale i tak robi wrażenie. Czasem pojawiają się jakieś drobne zgrzyty stylistyczne, jednak nie wpływają jakoś gorsząco na pracę, zresztą ciężko jest stworzyć tekst idealny pod każdym względem.
Początkowo główny bohater mi nie pasował, ale potem dotarło do mnie, że miał powody do takiego zgorzknienia, do odczuwania żalu. To, jak Carmen się zmieniła, było straszne. To już nie była ta sama osoba. Takie zmiany zawsze są bolesne.
I zgodzę się tutaj z Darksiem, nie ma rzeczy, których ktoś już nie wymyślił w literaturze. A to opowiadanie jest oryginalne samo w sobie, nikt nie opowie dokładnie takiej samej historii, wątki mogą być podobne, ale zawsze tak będzie. Tyle jest książek na świecie, trudno, żeby pewne rzeczy się nie powielały.

Jestem zdecydowanie za.

Pawlak Właściciel 19 05 2012 (10:25:10)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Bardzo przyjemnie się czytało. Tekst jak na warunki portalowe jest dosyć długi, a mimo wszystko, z przyjemnością, jednym tchem dobrnąłem do końca. Piszesz swoim subtelnym, ale momentami pikantnym, stylem, który chyba nie może się nie podobać ;)

Czyli... widzimy, się w drugim etapie, tak? ;)

Mozzie Użytkownik wpmt 19 05 2012 (10:35:00)
Paweł, redakcja nie przechodzi do II etapu ;p

Pawlak Właściciel 19 05 2012 (10:42:33)
Redakcja nie otrzymuje nagród. Nic nie było o zabronieniu przejścia do drugiego etapu. Ba! Biorąc pod uwagę ilość zgłoszeń, z chęcią zamieniłbym liczbę 6 na większą.

Astralka Użytkownik wpmt 21 05 2012 (00:58:03)
"Czyli widzimy się w drugim etapie... tak?"
Jako Dyrektor Twórczości nie powinieneś tego pisać. Godzisz w ten sposób w innych użytkowników, nie zapoznawszy się nawet z ich pracami. Gdybyś był normalnym użytkownikiem, zrozumiałabym, jednak ze względu na funkcję jaką posiadasz, myślę, że powinieneś przemyśleć swoje zdanie.


Pawlak Właściciel 21 05 2012 (01:39:25)
W takim razie przepraszam wszystkich tych, którzy mogli uznać, że ta praca ma zapewniony udział w II etapie. Było to moje tylko żartobliwe zdanie.

Poza tym nie jestem w jury. A ponadto żaden członek redakcji do II etapu nie przejdzie.

Dawied Użytkownik wpmt 19 05 2012 (00:56:21)

Jeżeli mogę coś wtrącić to to, że... jak dla mnie mało oryginalne.

Darksio Użytkownik wpmt 19 05 2012 (10:49:32)
Obyczajowość ludzka, pomimo że inne aspekty życia człowieka ulegają zmianom, pozostaje niezmienna. Od wieków. I wierz mi, wszystko na ten temat już napisano. Wszystko i we wszyskich możliwych konfiguracjach. Jeżeli coś wymyślisz w tym temacie, co wydaje Ci się oryginalne, to możesz być pewien, że już ktoś to zrobił i to o wiele lepiej. Ale mylisz się. Tekst jest oryginalny. Fakt opisuje sytuację jakże powszechnie znaną, kiedy to dwoje ludzi nie może z jakiegos powodu być ze sobą, a później jest już to niemożliwe. Jednakże sposób opisania tej sytuacji, sposób ukazania przeżyć peela jest dość świeży. Szczerze mówiąc, wolę przeczytać dobrze i sprawnie napisaną opowieść, może i nieco przewidywalną, niż superoryginalny, pseudopsychologiczny bełkot.

Dawied Użytkownik wpmt 19 05 2012 (14:16:09)
Masz prawo do swojego zdania. Dla mnie historia nieszczęśliwej miłości, która zburzyła świat głównego bohatera, i który nie umie się z tym pogodzić jest wtórna. Może sam finał wypada nieco lepiej, bo postać dziewczyny zachowuje się niestandardowo. Mogę też powiedzieć, że postaci są nieźle poprowadzone, ale nie mają... jakby to nazwać, czegoś charakterystycznego dla siebie. Gdyby chociaż sam sjużet tej historii był ciekawszy, a tu od początku wiemy o czym będzie ta historia. To tylko moje zdanie oczywiście, ale uważam, że sama poprawność wykonania to nie wszystko.

Darksio Użytkownik wpmt 18 05 2012 (21:58:38)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Witaj.
Jestem pod wielkim wrażeniem. Wielkim. Świetny tekst! Prawie bezbłędny (ot drobiazgi, gdzieś tam cztery kropki zamiast trzech, w jednym miejscu przecinek po pytajniku). Nie wyłapywałem tego, bo zdaję sobie sprawę, że to przypadkowe błędy. Widać, że znasz się na pisaniu. Historia wciągająca, prowadzona ciekawie, lekko, płynąco. Niewymuszone, naturalne dialogi. Spójna fabuła stanowiąca kompletną całość. Nic tu już nie trzeba dopisywać i niczego odejmować. Wstęp obiecujący ucztę czytelniczą i w istocie taką ucztę otrzymałem. Zdecydowanie najlepszy tekst jaki tu czytałem. Bez zastanowienia szóstka z wielkim plusem.
Pozdrawiam serdecznie.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68305 | Użytkownicy: 12452
Online(18): 18 gości i 0 zarejestrowanych: