warto go przeczytać
Pseudonim: DamaKier
To jest chyba najbardziej złośliwy żart, jaki zrobił mi los. Na szpitalnej sali leżę z dwoma ciężarnymi kobietami. Jedna jest młoda, bardzo ładna, brzuszek ma niewielki, taka zgrabna piłeczka – co podobno zwiastuje chłopca. Odwiedza ją mąż, przynosi kwiaty, czekoladki, sałatki i ciastka, spędza przy jej łóżku godziny, kładzie dłoń na jej brzuchu, gładzi go delikatnie. A w środku mały człowiek z prawie niewidocznym noskiem na najsłodszej buzi świata. To boli. To boli mnie, bo mój brzuch jest pusty. Druga kobieta jest zdecydowanie mniej przyjemna. Jest ode mnie starsza ze dwadzieścia lat, no może piętnaście, nie wiem, nie zaglądałam jej w kartę. Chłopak ją zostawił, gdy się dowiedział, że jest w ciąży, i ona teraz sama z tym dzieckiem, i ona już wie, że nigdy, nigdy więcej żadnych facetów (co za przewrotność! Ja z facetem, ale już wiem, że nigdy, nigdy dziecka…). Nie może wstawać z łóżka, więc całe dnie spędza robiąc na drutach ubranka dla dzidziusia, takie małe, maleńkie, jak dla lalek.
Babcia często robiła mi na drutach ubranka dla lalek. Różowe albo białe sukieneczki przystrojone mnóstwem falbanek, zakładek, ażurków, niektóre tak małe, że każdy pojedynczy ścieg był prawie niewidoczny. To po niej odziedziczyłam drobne dłonie, które potrafią trzymać igłę i szydełko, których szczupłe palce potrafią w równą kosteczkę złożyć małe ubranka lalek. Pojawia się uporczywa myśl, że może też powinnam się tym zająć, robić ubranka. Bardziej uporczywa jest myśl, że właściwie nie ma po co. Ciekawe co ciocia robiła wtedy w tym szpitalu, bo na pewno nie zajmowała się robótkami. Dłonie cioci były zupełne inne niż moje. Bardziej nadawały się do siekiery niż do szydełka, to straszne, ale ja naprawdę tak myślę. Szorstkie i niezgrabne, odznaczały się zgrubieniami kostek na palcach, dłonie rozbite pracą ponad siły, do której, już w dzieciństwie, zmuszał ją dziadek.
Obie wychowane byłyśmy przez tych samych ludzi, a nasze dzieciństwo było różne jak te dłonie. Jedyną pracą jaką robiłam było pomaganie babci w wykańczaniu gobelinów, serwetek albo swetrów. Ciocia od najmłodszych lat pracowała w polu, a ponieważ była dość silna szybko zaczęła pomagać także przy budowie. Dziadek chyba nie zauważył, że ciocia jest kobietą i wydaje mi się, że i ona się nią nie czuła. Kobiecość cioci była zdecydowanie bardziej skomplikowana niż moja (chociaż czy czyjakolwiek kobiecość, ta tajemnica dawania życia, instynktu macierzyńskiego może nie być skomplikowana?). Ja po prostu od zawsze byłam dziewczynką, słodką, cichą, miałam loczki wokół pyzatej buzi i bawiłam się lalkami. Ciocia w dzieciństwie zaczęła przejawiać miłość do młotków i motorów. Szczególnie to drugie. Stały się jej pasją i największym marzeniem. A potem, po pierwszym okresie zaczęła marzyć o zostaniu mężczyzną – miała tak silne bóle, że traciła przytomność. Babcia zatroszczyła się o nią dopiero kilka lat później, gdy przełamała zakłopotanie i zdecydowała się jechać ze swoją krwawiącą już od trzech tygodni siedemnastoletnią córką do lekarza. Ciocia pamięta słowa tego lekarza, który nawet jej nie zbadał: „przejdzie Ci po pierwszym dziecku”. Lekarz machnął dłonią, to samo zrobiła babcia, a cioci pozostało wierzyć.
Tłumaczę sobie, że coś takiego jak instynkt macierzyński nie istnieje. Czegoś takiego nie ma przecież, doskonale wiem, że to „wymysł” naszych czasów. Że wcześniej dzieci w każdej rodzinie było tak dużo, tak szybko chorowały i umierały, że matki nie mogły, że nie miały nawet czasu przywiązywać się do swoich dzieci. Córki były wychowywane dla innego domu, a synowie szybko przechodzili pod opiekę ojca. Matki nie kochały tak bardzo, tak zawrotnie, więc może słusznym byłoby stwierdzenie, że instynkt macierzyński jest kulturowym wytworem ostatnich czasów. Nie bardzo mi się to jednak zgadza, ciocia miała w sobie dużo macierzyńskiej miłości, mimo, że nigdy nie została matką. Tak się złożyło, że nigdy nie założyła rodziny, całą miłość jaką miała przelała więc na mnie. Pamiętam jak modliłam się do Boga, żeby ciocia mogła sobie posadzić magiczne ziarenko z którego wyrośnie jej jakaś Calineczka, tak bardzo chciałam, żeby była szczęśliwa. Bo na dziecko zasługiwała jak nikt, cierpliwa, ciepła, potrafiła kochać bardziej niż ktokolwiek. Ciocia dla mnie zawsze była kimś stałym i tak pewnym, że nigdy nie zastanawiałam się nad nią, nad jej byciem.
Nigdy nie zastanawiałam się też nad tym, że nasze życia są w jakiś sposób ze sobą związane. Może trochę na podstawie kontrastów: moje dłonie- cioci dłonie, moja praca – cioci praca, moje życie – cioci życie. Ale też przecież są jakieś mianowniki wspólne, bo to ciągłe pragnienie miłości, które charakteryzuje nas obie, te marzenia o mrzonkach, o rzeczach niemożliwych do spełnienia. W końcu ten sam szpital i ten sam lekarz, który kiedyś, wiele lat temu operował ciocię, teraz, posiwiały i podstarzały, w randze profesora leczy mnie. No i nasz dramatyczny brak dziecka. Chociaż brzuch cioci nie zawsze był pusty – z czasem zamieszkał w nim rak. Rozrósł się malowniczo, złośliwie, powodując niekontrolowane wypływy ciemnoczerwonej krwi. Miałam dziesięć lat i brutalnie uświadomiono mi, że rak nie jest czerwonym zwierzątkiem ze szczypcami, ale małym demonem uśmiechającym się wrednie, straszliwie, chichoczącym w duchu. Wtedy byłam dzieckiem, ale teraz rozumiem, że gdyby dziadkowie zareagowali na pierwsze objawy… Gdyby babcia wcześniej przełamała wstyd, że może gdyby w moim domu potrafiło się rozmawiać, może gdyby dziadek zaczął zauważać, że w domu ma córkę, nie robotnika...
Nie wiem, nigdy się nie dowiem, o czym myślała ciocia tej nocy przed operacją. Nie wiem czy spała, nie wiem, może nawet trzymała list ode mnie w dłoniach. Może myślała o tym, że w domu już pachnie świętami, przecież to było tuż przed Bożym Narodzeniem. Ja tak bardzo intensywnie myślę właśnie o niej. Dwie ciężarne kobiety posapują przez sen, a ja się boję, boję się jak nigdy dotąd. Może ona jest teraz ze mną, bo może ten strach też jest naszym wspólnym mianownikiem, sama nie wiem, ja nie umiem tego porównać. Bo mój strach jest o jakieś życie, inne, jakieś potencjalne życie, które kiedyś mogłoby we mnie powstać. Niby nie moje, a może bardziej moje, sama nie wiem. Ciocia bała się o życie swoje i tylko swoje. Zasypiając chyba chciałabym ją widzieć. Ale nie taką zwiniętą z bólu na łóżku w dużym pokoju. Chciałabym ją widzieć posiwiałą, w kraciastej koszuli flanelowej jak śmiejąc się w głos mknie na stareńkiej, dopiero co naprawionej „wuesce” dziadka.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 31.07.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(11): 7 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Kirus, Fał