Pseudonim: Falcor
O sobie: Scio me nihil scire. Więcej na: http://bambararowo.blogspot.com
Napisanych prac:
- proza: 10

Średnia ocen: 3.5
Użytkownik uzyskał: 31 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Przed siebie - część 4" 06.10.2014
"Połączenie" 17.05.2015
"Zagubiony Kangur" 20.10.2014
"Była sobie Mewa" 01.06.2014
"Kapsuła" 05.07.2014

Inne prace tego autora:
"Zagubiony Kangur" 20.10.2014
"Przed siebie - część 1" 07.08.2014
"Kapsuła" 05.07.2014
"Przygody, dnia jednego,..." 19.07.2015
"Przed siebie - część 2" 15.08.2014


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Była sobie Mewa

Była sobie Mewa Była sobie mewa. Przepraszam, raczej – była sobie Mewa. Mewa wydawała się najzwyczajniejsza w świecie i na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Na drugi rzut oka, tylko co bardziej wprawny obserwator, był w stanie zauważyć, że jest stosunkowo bystra jak na przedstawiciela swojego gatunku. Nawet jednak takiemu obserwatorowi nie przyszłoby do głowy, że może być ona bystrzejsza od niego samego. A tak faktycznie mogło się zdarzyć. Mewa nie była jakimś szczególnym typem geniusza, ale z pewnością była bystrzejsza od wielu ludzi, tak jak niektórzy ludzie są bardziej lub mniej inteligentni od innych. Oczywiście Mewa nie była człowiekiem... przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, chociaż... Ona sama nie wiedziała, jak to się stało, że nagle stała się taka jaką się stała. Może dlatego, że zawsze dużo kręciła się wokół ludzi i jakoś przesiąknęła nimi samymi. Na pewno wiedziała tylko, że kiedyś była po prostu mewą, aż nagle przyszedł taki dzień, że zadała sobie po raz pierwszy pytanie: - „Kim ja jestem?” – a zaraz potem – „Co ja tu właściwie robię?” – i jeszcze później – „Zaraz, co mi się stało, że tak myślę? Że w ogóle myślę?” Było to dla niej samej ogromne zaskoczenie, a dla niejednego ornitologa stanowiłaby kamień milowy w rozwoju swojego gatunku. W końcu nie co dzień przechodzi się z działania czysto instynktownego do „myślę, więc jestem”. Nawet Bóg mógłby powiedzieć – Wow! – w takim momencie. - „Myślę, więc jestem.” – pomyślała Mewa i nagle wszystko, pomimo spotęgowanego procesu myślowego, przestało być proste. Poranek nie był już tylko okresem pobudki - w zależności od nasłonecznienia i pełnego żołądka był lepszy bądź gorszy. Wcześniej nie było czegoś takiego jak lepsze i gorsze. Było po prostu budzenie i szukanie jedzenia. Teraz czasami zdarzały się takie poranki, że Mewa nie miała najmniejszej ochoty szukać czegokolwiek, co było przecież idiotycznie-samodestrukcyjne i nie przychodziło do głowy innym jej koleżankom. Samo jedzenie też zaczęło być kłopotem. Może jeżeli chodzi o menu to Mewa nadal nie była specjalnie wybredna, ale jedzenie ze śmietnika napawało ją coraz większym obrzydzeniem. Świadomość, że je coś, co inni uważają za resztki, że leży to w miejscu mocno niehigienicznym oraz może być już dawno nieświeże, mocno utrudniała jej zdobycie pokarmu oraz w jakiś sposób zaczęło uwłaczać jej godności, której przecież nigdy wcześniej nie miała. - „Więc coś zyskałam.” – myślała Mewa – „Ale czy nie więcej z tym problemów niż pożytku?” Jeszcze gorsze było to, że podczas gdy reszta jej koleżanek głupkowato skakała po rynku, latała nad nim lub tępo spoglądała z dachów na nic konkretnego, ona zastanawiała się: - „Po co to wszystko? Jaki ma sens życie przesiedziane na dachu? W ogóle czy w codziennym wstawaniu, szukaniu suchej bułki, zrobieniu kupy w przelocie nad starówką, a pod wieczór ponownym pójściem spać, można doszukać się czegokolwiek wartościowego?” Podczas takich przemyśleń, nie mogąc znaleźć specjalnie żadnej zadowalającej jej odpowiedzi, Mewa często smutniała i... i nie robiła nic. Co mogła zrobić? Ta bezsilność przytłaczała ją jeszcze bardziej. Najciężej znosiła jednak samotność. Była co prawda w stadzie, ale co to było za stado? Stado mew. Stado zwyczajnych, tępych mew, które zaspokajały swoje podstawowe, instynktowne potrzeby życiowe, nie zajmując się zupełnie niczym więcej. Owszem, ona też wyglądała jak mewa, ale na pewno już nie była jedną z nich. Kogo jednak miała się trzymać? Ludzi? Teraz należała do nich może nawet bardziej niż do swojego pierwotnego gatunku, ale oni nie zdając sobie z tego sprawy, traktowali ją jak każdego ptaka. Owszem, czasami gdy starała się „zarobić na bułkę”, układając z patyczków prosty obrazek przedstawiający dom, słońce lub coś równie nieskomplikowanego, co da się ułożyć za pomocą dzioba, pojawiały się głosy: - Bardzo bystra ta mewa. Patrzcie, jakie umie robić sztuczki. Tak naprawdę nikt nie traktował jej poważnie. Była tylko zwierzakiem ze sztuczkami, a nie myślącą istotą. Raz, co prawda, znalazł się pewien bystrzejszy człowiek w okularach, o wyglądzie niedożywionego uczonego, który zorientował się, że wykazuje ona jak na ptaka ponadprzeciętne umiejętności, ale ich znajomość skończyła się dość szybko, gdy tylko dostrzegła sporej wielkości siatkę skrywaną za plecami ów uczonego, zbliżającego się do niej ze „szczerym” uśmiechem i garścią ziaren w jednej z dłoni. Była kompletnie sama. Totalnie niezrozumiana przez nikogo, nie mogąca podzielić się swoimi wątpliwościami na temat... na każdy jeden temat, jaki przychodził jej do głowy. Sama ze swoimi myślami. Swoimi cholernymi, przeklętymi myślami, zamknięta w tej ptasiej obudowie niczym pustej puszce. - „Po co ktoś pozwolił mi myśleć?” – zastanawiała się, przeklinając dzień kiedy to wszystko się zaczęło. Czas płynął... Wstało słońce i zaczął się kolejny dzień. Ciężko było go zaakceptować, mimo iż zapowiadał się słonecznie. W sumie Mewie ciężko było zaakceptować cokolwiek oprócz snu. Ranek, żarcie, kupa, wieczór, po drodze mnóstwo pytań bez odpowiedzi przesiąkniętych totalną bezradnością i tak w kółko, dzień za dniem. Mewa, gdyby tylko mogła, spałaby cały czas. Sen stanowił jedyne ukojenie w otaczającej ją, pustej rzeczywistości. Niestety mogła spać tylko określoną ilość czasu, bo przy zbytnim wypoczęciu nie dawało się usnąć. Każdy dzień spędzała więc bardzo intensywnie, przemierzając spore odległości, skacząc po drzewach, a czasami „bawiąc się” w coś niebezpiecznego, jak gonitwa z kotem, tylko po to, aby jak najprędzej móc usnąć. Tym razem także otworzyła oko, potem drugie i zanim myśli zaczęły na dobre napływać do jej głowy, wystartowała do lotu, nie dając mózgowi szansy na zbytnią koncentrację. W tym dniu nie było nadziei. Od dawna w żadnym nie było. Mogła tylko trwać, tak jak reszta jej stada. Jeszcze trochę niedobudzona, niezgrabnie zmieniła kierunek lotu, po czym skierowała się ku rynkowi. Był to niewielki, stylizowany na średniowieczny rynek, w niewielkiej turystycznej miejscowości, gdzie latem można było docenić hojność przyjezdnych, oderwanych od codziennego życia na tyle, że potrafili nawet zachwycić się ptakiem, którego zwykle na co dzień nie cierpieli. Ranek przeszedł w południe. Mewa miała pełny brzuch i zdążyła zrobić kupę w locie. Od czasu upatrzenia sobie pewnego celu przy okazji wykonywania tej ostatniej czynności, wypróżnianie sprawiało jej sporą satysfakcję. Ów cel stanowił pewien potężnie zbudowany, łysy człowiek, który wydał się jej kimś złym. Mewa nie bardzo potrafiła zdefiniować samo pojęcie zła, ale okładanie kogoś kijem w jakiś naturalny sposób się weń wpisywało. Ten człowiek okładał innych ludzi kijem stosunkowo często, a reszta ludzkiego świata wydawała się na to przyzwalać, co budziło zakłopotanie u naszego ptaka. Nie bardzo rozumiał on, jak to możliwe, że tak rozwinięty intelektualnie gatunek nie chce z tym niczego zrobić. Z początku Mewa uznała to za swego rodzaju obyczaj, może i dziwny, ale zdaje się akceptowany przez wszystkich. Potem zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej jest on akceptowany tylko przez tego człowieka z kijem, a reszta ludzi nie jest, co prawda, specjalnie szczęśliwa ze spotkania z nim, ale, nie wiedzieć czemu, akceptuje taką sytuację. Dla Mewy była to zagadka. Od dłuższego czasu obserwowała ów właściciela kija i stwierdziła, że nie był specjalnie bystry. Nawet ona była sprytniejsza od niego. Nie miał on też żadnych specjalnych umiejętności, nie potrafił nawet latać. Wydawało się, że jedyny jego atut stanowił kij. Było to o tyle dziwne, że przecież każdy człowiek mógł sobie taki atut sam stworzyć, ale jakoś innym zupełnie nie przychodziło to do głowy. - „Czy ci inteligentni, wszystko wiedzący i świetnie zorganizowani panowie tego świata, mogli zwyczajnie bać się jednego faceta ze zwykłym kijem?” – pytała samą siebie. Tak czy inaczej, Mewie nie podobało się, jak jeden człowiek potrafi unieszczęśliwiać wielu innych i pomimo że należała do innego gatunku, to pewnego dnia powzięła decyzję, że znajdzie sposób, aby go ukarać. W ten sposób znalazła swój własny, przenośny „szalet”, który znajdował się na wygolonej czaszce osobnika z kijem. Z początku ów osobnik tylko się wkurzał, ścierając z łysej głowy po raz kolejny białe guano. Potem nawet kilka razy próbował strzelać do mewy, ale była ona dużo za sprytna, aby dać się tak po prostu wziąć na celownik. Szczególnie że dla ludzi wszystkie mewy wydawały się wyglądać tak samo, co bardzo ułatwiało atak z zaskoczenia. Ostatecznie przyprawiła ona swój cel o lekką paranoję. Mianowicie na widok jakiegokolwiek ptaka, łysy zaczynał nagle obficie się pocić i miotając się, nerwowo szukając schronienia, oczekiwał na kolejny atak, którego spodziewał się zewsząd. Fakt, że przemykając szybko od jednego budynku do drugiego lub od budynku do samochodu, stanowił coraz trudniejszy cel, dodawało szczypty smaku temu polowaniu. Tym razem dopadła go pod sklepem. Przysiadła na niewielkim daszku zawieszonym nad wyjściem z małym kamyczkiem w dziobie. Czekała. Po jakimś czasie poniżej pojawiła się znajoma, szybko przemieszczająca się postać w bluzie z kapturem, który stanowił coś w rodzaju mewoodpornej zbroi. Oczywiście zapaskudzenie ubrania także dawało Mewie poczucie pewnego wyrównania krzywd, ale nie było to to samo, co kara bardziej bezpośrednia. Przez kilka ostatnich dni Mewa musiała się jednak zadowolić tym złagodzonym wyrokiem, bo łysy osobnik nie ruszał się nigdzie bez swej, łatwo zmienialnej odzieży ochronnej. Przemyślała jednak sprawę i tym razem była przygotowana. Osobnik przemieszczał się żwawo, prawie biegnąc truchtem, w kierunku samochodu zaparkowanego możliwie blisko sklepu. Czasu na działanie było niewiele. Mewa poderwała się, wyrwana z lekkiego obserwacyjnego znużenia, nadleciała nad nerwowo rozglądający się cel i wypuściła kamień z dzioba. Trafił bezbłędnie w kaptur. Zakapturzony osobnik przystanął na moment i macając się po głowie, spojrzał w górę w poszukiwaniu przeciwnika. Na jego twarzy malowała się ulga wypływająca ze świadomości, że na dziś już po wszystkim, oraz że znowu udało mu się oszukać ptaka. Mylił się. Dopiero teraz przyszedł czas na zrzucenie właściwego ładunku wprost na wystawioną w górę gębę. Plask! Celność i zaskoczenie było totalne. Zakapturzony osobnik stał bez ruchu, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, a kiedy to w końcu zrobił, zaczął sypać nimi obficie, choć dość monotonnie w treści. Mewa nie czekała już jednak na dalszy ciąg tych wynurzeń, ale zadowolona z siebie poleciała w kierunku jeziora. Miała tam upatrzoną swoją ulubioną zatoczkę. Zatoczyła kółko, rozglądając się, czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby jej przeszkadzać, po czym wylądowała na jednym z liściastych, starych drzew, którego gęsta korona zapewniała znakomitą osłoną od wiatru i prażącego słońca. O tej porze rzadko kto się tutaj pojawiał. Od strony lądu trzeba się było przedzierać przez pokrzywy, co zniechęcało liczną w tych okolicach rzeszę traperów, a żeglarze spływali z jeziora dopiero wieczorem. Mewa miała więc święty spokój oraz wspaniały widok na rozciągające się za zatoczką jezioro. Lubiła patrzeć na przepływające jachty. Było w nich coś uspokajającego, a czasami, przy mocniejszych podmuchach wiatru, robiło się bardzo ciekawie, kiedy widać było, jak jeden po drugim kładą się masztami na wodzie, w sporadycznych przypadkach nawet z powrotem nie wstając. Mewa zastanawiała się, dlaczego ludzie żeglują. Przecież to nie miało sensu. Dużo wygodniejszym, szybszym i bezpieczniejszym środkiem transportu były motorówki. A jednak ludzie woleli płacić za coś kompletnie nielogicznego i w dodatku byli z tego zadowoleni. Ludzki świat zdawał się opierać logice pod wieloma względami. Może nawet pod większością z nich. A może nie miał jej w ogóle? Siedziała tak, już jakiś czas patrząc przed siebie, ale akurat od dobrej chwili nic nie przepływało. Lekko znużona tym czekaniem rozejrzała się po najbliższej okolicy. Z początku niedbale, omiatając tylko wzrokiem ogólny krajobraz, ale później, nadal pozostając bez niczego konkretnego do obserwowania, zaczęła przypatrywać się swojemu najbliższemu otoczeniu nieco uważniej. W szuwarach, po przeciwnej stronie zatoczki, coś się poruszyło. Przyjrzała się uważniej. Poprzez wyrastające z wody trzciny nie było dobrze widać, co to takiego, ale wyglądało trochę jak kamień z tym, że kamienie zwykle nie są takie ruchliwe. W sumie ten także nie poruszał się z zawrotną prędkością, jednak na pewno poruszał się. Mewa zaczęła go bacznie obserwować. Kamień, powolnie ale konsekwentnie, zdawał się podążać w kierunku brzegu. Zdawał się nie stanowić specjalnego zagrożenia, mimo to ptak wolał zachować ostrożność i na razie nie zbliżać się zbytnio. Jednak plany planami, a gdy trzciny prawie całkowicie zakryły obserwowany obiekt, nabrzmiała ciekawość wzięła górę i Mewa poderwała się do lotu. Podfrunęła nad przeciw brzeżne szuwary, zatoczyła ciasne kółko i wzbiła się w górę. Niewiele zobaczyła. Kamień zdawał się już być na brzegu, ale tym razem zasłaniały go krzaki. Jeszcze jedno ciasne kółko i... nadal głównie krzaki. Mewa wolała jeszcze nie ryzykować lądowania. Była na to za sprytna, za dużo wiedziała o czyhających w świecie niebezpieczeństwach oraz miała zbyt bujną wyobraźnię, aby tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, podlecieć i wylądować. Zataczała więc kółko za kółkiem, to opadając, to z powrotem wzbijając się w górę, ale krzaki górowały niepodzielnie, zakrywając to, co pragnęła zobaczyć. W końcu zmęczona już tym lataniem, a także mocno zniechęcona do podejmowania dalszych prób obserwacji z powietrza, które nie rokowały nadziei na powodzenie, stanęła przed wyborem – albo zaryzykuje i wyląduje obok, narażając się na nieznane, albo odleci i możliwe, że nigdy już nie dowie się, co to był za tajemniczy kamień. Ciekawość kontra strach – odwieczny wybór. - „To może być coś naprawdę niezwykłego. Co, jeśli nigdy więcej nie zobaczę takiego kamienia?” – przemknęło jej przez głowę, wśród wielu innych, nasyconych wątpliwościami myśli, po czym skierowała się w dół. Ciekawość zwyciężyła. Wylądowała w cieniu drzew, na zielonej, jeszcze wilgotnej po wczorajszym deszczu trawie, kilka metrów od zakrywającego wszystko krzaka. Było stąd widać rąbek kamienia. I płetwę! Płetwa u kamienia stanowiła dla Mewy szokujące odkrycie i jeszcze bardziej podsyciła jej ciekawość. Nie była to zwykła płetwa, zupełnie gładka i delikatna jak u ryb. Ta płetwa wydawała się kamienista, jakby zbudowana z czegoś w rodzaju ciemnozielonej skały i była dużo bardziej solidna niż te rybie. Mewa zrobiła kilka kroków naprzód. Nic się nie stało. Jeszcze dwa kroki. Nadal nic. Niewiele więcej było też widać. Zrobiła kilka kroków w bok, obchodząc krzak. Teraz było już widać całkiem spory kawałek kamienia oraz kawałek drugiej płetwy. Ani kamień, ani płetwa nie ruszały się. Jeszcze trzy kroki w bok... i koniec. Dalszą drogę blokowało drzewo. Teraz można już było tylko podejść bliżej. Mewa zbytnio się jednak bała. Postanowiła zawołać. - Hej tam! – zawołała w uniwersalnozwierzęcym. – Hej! Kamieniu! – zawahała się trochę przed kolejnym słowem – Żyjesz?! Z początku nie było żadnej reakcji. Po chwili jednak kamienna płetwa lekko się poruszyła, uniosła w górę i zamarła. Chyba nie bardzo wiedziała dokąd chce iść. Po chwili postawiła się z powrotem na ziemi, a zza krańca kamienia zaczęło się coś wynurzać. Poowoli, poowoli, jakby z ociąganiem, pokazała się kamienista, długa szyja, a za nią mniej kamienista, a bardziej gruboskórzana głowa. Skierowana była do tyłu. Z końca głowy spoglądało dwoje ciemnych, niewielkich, ale niezwykle głębokich oczu. Oczy patrzyły pytająco, analizując obiekt, który wołał „Hej! Kamieniu!”. - „Eee, Mewa.” – pomyślał „kamień” i poowoli, poowoli schował głowę w poprzednie miejsce jej spoczynku. Nastał czas na przemyślenie sytuacji. Głównie dla Mewy, gdyż „kamień” zdawał się już powziąć decyzję o zupełnym niereagowaniu na cokolwiek. Dla Mewy „kamień” nie wyglądał już tak groźnie, ani kamieniście jak jeszcze przed chwilą. Zdawało się jej, że wie, co to za kawałek „kamienia” – już widziała podobne stworzenie w telewizji, którą zwykła oglądać, siadając na czyimś parapecie. Takie kamienie nazywano żółwiami i kompletnie nie występowały one w tym obszarze geograficznym, chyba że w sklepach ze zwierzętami. Nawet tam były jednak mniejsze, a ten miał rozmiar sporawego głazu. Z tego, co Mewa wiedziała, żółwie nie były ani zbyt szybkie, ani specjalnie groźne. Zmobilizowało ją to do działania. - Hej... żółwiu! – zawołała ponownie. Cisza. Zrobiła dwa kroki w kierunku żółwia i zawołała znowu. - Nie powinieneś być na Galapagos? Tym razem coś się stało. Widać było lekkie, jakby opanowane w ostatniej chwili poruszenie. Mewa była jednak pewna, że obie widoczne płetwy i skorupa zadrżały. Po chwili, nieco szybciej niż poprzednio, wysunęła się spoglądająca do tyłu głowa. Patrzyła po Mewie bardziej wnikliwie niż wcześniej, ważąc coś w środku. Po zważeniu, spoglądając Mewie uważnie w oczy, zadała pytanie. - Jak masz na imię? Mewa zawahała się. Nikt jej nigdy o to nie pytał. Jej wszystkie dotychczasowe rozmowy z innymi zwierzętami ograniczały się do: „ty iść tam”, „ty tu nie przeszkadzać”, „chcieć jeść”, „chcieć spać”, „chcieć kupa” i tym podobnych stwierdzeń, obrazujących jedynie podstawowe funkcje życiowe. Żadna mewa nigdy nie miała imienia. - Eee... – Mewa nie wiedziała do końca, jaką ma dać odpowiedź. Nie spodziewała się wiele po tym żółwim zwierzaku, więc musiało to zabrzmieć możliwie prosto. Choć z drugiej strony, też żółw był chyba jakiś inny. – W zasadzie to nie mam imienia... – spróbowała w końcu, jednak widząc, jak na te słowa żółw powoli zaczyna wycofywać głowę do skorupy, szybko dodała - ...ale od czasu pewnej historii z kijem, myślę o sobie trochę jak o Zorro. Zadziałało. Żółw nie tylko przestał się chować, ale szerzej otworzył oczy i zaczął powoli odwracać się w kierunku Mewy. W jego oczach pojawiły się jakieś iskierki, jakby zobaczył coś, czego się nie spodziewał, a czego szukał. - Skąd wiesz o Zorro? – zapytał z pewnym niedowierzaniem. - Z telewizji. Czasami lubię coś obejrzeć. Też widziałeś ten serial? – ostatnie zdanie brzmiało zaskakująco nawet dla samej Mewy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że rozmawia o telewizji z żółwiem. Zwierzęta nie rozmawiają o telewizji, a tym bardziej o tym, co w niej można zobaczyć. Przeszedł ją lekki strach. - Ty nie jesteś taki jak inni – stwierdziła cicho, z pewnym niepokojem. Żółw milczał przez chwilę, po czym odparł spokojnie z mądrością w głosie. - Zdaje się, że oboje nie jesteśmy. Powiedz mi, czy wiesz, kim jesteś? Opanowanie w głosie Żółwia nieco uspokoiło Mewę, ale nadal nie była pewna, kim on w zasadzie jest oraz czego od niej oczekuje. Zanim odpowiedziała, szybko zmierzyła wzrokiem odległość do niego, z ulgą stwierdzając, że w razie czego zdąży odlecieć. - No... jestem mewą. Takim ptakiem. Tutaj nasze występowanie jest dość popularne. – Mewa czuła, że nie do końca o to chodziło w pytaniu zadanym przez Żółwia, ale nie bardzo wiedziała, co jeszcze może powiedzieć, albo raczej jak to konkretnie wyrazić. Przecież na pewno nie była zwykłą mewą. Poza tym nadal była w szoku, że z kimś rozmawia, tak jak rozmawiają między sobą ludzie. Jedyną „osobą”, z którą kiedykolwiek rozmawiała w taki sposób, była ona sama. Nikt poza nią jej nie rozumiał – ludzie ze względu na lekceważący stosunek do niej oraz odmienny język, który im wydawał się jedynie skrzeczeniem, a inne zwierzęta... bo nie potrafiły naprawdę rozmawiać. Ciężko było nagle uwierzyć, że od tak sobie pojawia się ktoś, kto będzie potrafił ją zrozumieć. Tak jak Mewa podejrzewała, jej odpowiedź nie zadowalała żółwia, ale ten wiedział już, że znalazł właściwego rozmówcę i musi po prostu minąć trochę czasu, zanim nić nawiązanego porozumienia przekształci się w grubą linę. - No, a ja jestem żółwiem morskim, takim gadem i moje występowanie tutaj jest zwykle zerowe – powiedział spokojnym, pewnym siebie głosem, w którym wybrzmiewała lekka nuta wesołego sarkazmu, mająca w zamierzeniu rozluźnić nieco atmosferę. - No właśnie, no właśnie – podchwyciła mewa z rosnącym entuzjazmem i ciekawością. – Przecież ty nie możesz tutaj żyć. Słyszałam, że potrzebujesz słonej wody, a tu takiej nie ma. Żółw zmrużył oczy i uśmiechnął się tym pewnym siebie rodzajem uśmiechu, który mówi – maleńka, nawet nie wiesz, na jakiego maczo trafiłaś i ile ja mogę – po czym celowo obniżonym tonem głosu wyartykułował. - Mam solniczkę. Nastąpił moment ciszy nadający odpowiednią wymowę wcześniej wypowiedzianym słowom. - „Ma solniczkę?” – zastanawiała Mewa - „Ba, jasne, że mam solniczkę.” – myślał sobie pewny siebie żółw, nie tracąc odrobiny ze swojego nonszalanckiego uśmiechu. - „Że niby gdzie ma tą solniczkę?” – dociekała Mewa, a jej dociekliwość już dawno przewyższyła wcześniejszy strach przed czymś nowym, przed żółwiem, przed rozmową z obcym stworzeniem. Zapytała więc na głos – Że niby gdzie masz tą solniczkę? Uśmiech i spojrzenie na twarzy Żółwia przybrało pewny siebie wyraz wprost z Jamesa Bonda w kasynie, gdy właśnie rozbija bank i podchodzi do niego piękna blondynka. Choć raczej wypadałoby napisać, że Żółw starał się o taki efekt, co w przypadku kogoś zielonego, łysego i ze skorupą na plecach jest dość ciężkie od osiągnięcia. Tak czy inaczej, czekał na to pytanie. Wiedział, do czego prowadzi, a uwielbiał opowiadać o tym, co czekało na końcu tej pytajnikowej ścieżki. - Że niby w domu mam tę solniczkę. – Jego głos nadal był nonszalancko niski. - W domu? – wyrwało się Mewie. – W tej ciasnej skorupie? Przecież... ledwo ty się tam mieścisz? – Mewa patrzyła na niego z niedowierzaniem. Może i pierwszy raz rozmawiała z żółwiem, czy kimkolwiek w ogóle, ale nie była zwyczajnym głupim ptakiem, a wyjaśnienia żółwia zupełnie nie zgadzały się z tym, co wiedziała o tym gatunku. Nastała chwila, na którą Żółw czekał – wyjaśnienie. Oj, jak bardzo, bardzo kochał ten moment, gdy mógł opowiedzieć i pochwalić się tym, o co nikt go nie podejrzewał, jednocześnie obserwując, jak rozmówca rozdziawia z niedowierzaniem paszczę, pysk czy dziób. - Moja skorupa wcale nie jest ciasna. To tylko złudzenie, czy też raczej brak odpowiedniej percepcji zmysłowej u innych gatunków, co uniemożliwia im zobaczenie jej w całości – zaczął, zmieniając powoli ton z nonszalanckiego na profesorski, ale taki przyjemnie profesorski, w stylu profesora, który po wykładzie chętnie skoczy ze studentami na piwo – Tak naprawdę mój dom... – Żółw podkreślił słowo „dom”, powiększając go odpowiednim akcentem - ...składa się z dziewięciu wymiarów i przy odrobinie wysiłku można by w nim pomieścić cały kontynent. Ale aż tyle gratów na grzbiecie nosić nie potrzebuję. Zgodnie z przewidywaniami Żółwia dziób mewy opadł. Natomiast twarz Żółwia była rozpromieniona. Minęły trzy sekundy zastanowienia Mewy i teraz oczekiwał na: - Dziewięć wymiarów? Czy ty przypadkiem nie bujasz? – Mewa zaczynała podejrzewać, że albo stała się przedmiotem kpiny, albo spotkała Żółwia, który powinien nosić białe wdzianko z przydługimi rękawami. Na wszelki wypadek cofnęła się o półtora kroku. – Nigdy nie słyszałam, aby Żółwie... aby cokolwiek miało więcej niż trzy wymiary. – Coś sobie przypomniała i dodała – No i jeszcze czwarty czasowy oczywiście. - Tak podejrzewałem. – Żółw nadal mówił z wielką pewnością siebie, ale w jego głosie pojawiło się też coś uspokajającego, jakby zaczynał opowiadać bajkę. – Mało kto wie o tym, czego nie potrafi dostrzec. Lekki powiew wiatru znad jeziora zakołysał trzcinami, jakby celowo ubarwiając pauzę. Mewa i Żółw patrzyli sobie w oczy. Oboje czegoś w nich szukali i oboje zdawali się to dostrzegać – iskierki istnienia, nić porozumienia. - To tak jak ze zwierzętami, które nie widzą kolorów. Nie przyjdzie im do głowy, że jest coś takiego, jak „zielony” czy „czerwony”, bo niby skąd miałoby przyjść? Takie coś dla nich nie istnieje i istnieć pewnie nie będzie, bo ciężko znaleźć to coś, jeśli nawet nie wiedzą, że trzeba tego szukać. Wiatr powiał znowu i z drzewa spadła szyszka. Pac! Nieco burząc nastrój poważno-filozoficzny. - Naprawdę składasz się z dziewięciu wymiarów? – Mewa nadal miała wątpliwości, ale w Żółwiu było coś, co nakazywało mu wierzyć. Coś takiego, co spotyka się u dziadków i rodziców, którzy by cię przecież nie oszukali. - Możliwe, że składam się nawet z więcej niż dziewięciu, ale sam nie dostrzegam ich większej liczby. Brak odpowiednich zmysłów – stwierdził Żółw. – Takie, na przykład, Delfiny postrzegają siedemnaście wymiarów i w rzeczywistości są bardziej inteligentne niż ludzie. W sumie od lat starają się z nimi porozumieć, ale oni są zbyt tępi, aby cokolwiek zrozumieć. To tak, jakbyś próbowała nawiązać kontakt z patykiem. Niedowierzanie Mewy przerodziło się w ciekawość. Przybliżyła się o półtora kroku. - Zaskakujące, że ci wszyscy ludzcy badacze o tym nie wiedzą. To... to nawet zabawne, bo mają te wszystkie swoje naukowe sprzęty, maszyny, które robią „ping” i nadal widzą tylko tyle, co ja bez tej całej aparatury. - Bo aby coś naprawdę dostrzec, to nie trzeba mieć lunety, tylko otwarty umysł. A oni siedzą w tych swoich formułkach, którymi starają się opisać świat i zupełnie nie przejmują się tym, że wiecznie coś im się w nim nie zgadza. – Żółw zastanowił się chwilę, szukając czegoś w swojej głowie – Na przykład udowodnili, że trzmiel nie może latać... - Aha, aha! Słyszałam o tym! – przerwała mu Mewa. Słyszała o tym samym co on i mogła się tym podzielić. To było niesamowite! Żółw po żółwiemu musiał się zastanowić nad przerwaną myślą, nad tym, co w sumie powiedział, gdzie skończył, co usłyszał i skąd dalej zacząć. - No właśnie...hmm... tym czasem trzmiel też jest stworzeniem więcej niż trójwymiarowym, dokładnie to chyba siedmio, i ma kilkanaście takich jakby małych silniczków odrzutowych oraz coś, co można by nazwać nadprzestrzennym wieszakiem podwieszaczem, który pomaga mu zahaczyć się w trójwymiarowej rzeczywistości i dyndać nad kwiatem bez ruchu. No ale oni tego nie widzą. A u mnie na przykład... – Żółw postanowił też opowiedzieć nieco o sobie, aby ubarwić nieco swoją postać - ...gdybyś mogła postrzegać więcej niż trzy wymiary, dostrzegłabyś dwie falujące wokół mojego domu smugi, takiego jakby przenikającego aksamitu, który wydaje się cały czas smakować jak niebieski budyń, mimo iż się go nie je. No i mam bardzo elegancki cylinder na głowie oraz frak, ale że ludzie dziwnie by patrzyli na żółwia we fraku, to noszę je pozatrójwymiarowo. Mewa była zachwycona. Tyle rzeczy, tyle nowych rzeczy właśnie doświadczała, ciekawość przeradzała się w euforię, a życie nagle zaczynało nabierać barw. Zaczynało być przyjemne. Zaczynało mieć jakiś sens. Chociaż to ostatnie było dziwne – czy coś możne nabrać sensu przez żółwia? Choćby i dziewięciowymiarowego? - A inne? A inne żółwie też są takie? – Mewa zrobiła nieświadomie kolejne dwa kroki i była już bardzo blisko Żółwia. Fajnie było być blisko tego Żółwia. - Dziewięciowymiarowe? Tak, ale one wykorzystują to tylko do przechowywania patyków, trawy, a czasami jajek. Trochę wstyd o tym mówić, ale generalnie żółwie są tępe. Tak samo jak mewy zresztą. To znaczy większość mew. Bez obrazy – odparł Żółw. A potem już rozmawiali i rozmawiali. O wymiarach, o Galapagos, o jeziorach, nad którymi mieszkała mewa, ale przede wszystkim o tym, co czują. Nareszcie oboje mogli to z siebie wyrzucić i to nie w pustkę, ale wprost w duszę drugiej istoty. I ta istota rozumiała. No może nie wszystko, bo systematyka obu gatunków była jednak dość odmienna, ale czy trzeba rozumieć wszystko? Czasami wystarczy niewielka nić porozumienia i trochę cierpliwości, aby z tej nici zrobił się kłębek. Tymczasem żaglówki przepływały na pełnych żaglach kilkaset metrów od zatoczki. Ich załogi nie miały dziś dużo pracy – dzień nie należał do specjalnie wietrznych. Woda muskała brzegi, czasami oplatała trzciny, lekko uginające się pod delikatnymi powiewami wiatru. Dalej w miasteczku turyści kupowali pamiątki, które zdawały się nie mieć żadnego praktycznego zastosowania i nie być w ogóle potrzebne, ale jednak każdy chciał coś takiego mieć. Życie toczyło się normalnym torem, a Ziemia nadal mknęła przez kosmiczną otchłań z prędkością, za którą, według ludzkich norm, dawno już powinna dostać mandat. Nikt jednak nie zawracał sobie tym głowy. Dla większości ludzi Ziemia stała w miejscu, tak jak ich życie, bo nie potrafili dostrzec, że coś się kręci. Może faktycznie nie mogli, a może po prostu ich to nie obchodziło. Na pewno obecnie nic oprócz rozmowy nie obchodziło Mewy i Żółwia. Ani żaglówki, ani woda, ani wiatr, ani ludzie, ani to, że pędzą na złamanie karku zupełnie donikąd. Kogo by to obchodziło, kiedy mogli po prostu rozmawiać i poczuć zrozumienie? W końcu, gdy już słońce zaczęło powoli chować się za horyzontem, czy też, gdyby opowiedzieć to bardziej poprawnie, a mniej romantycznie, gdy Ziemia obróciła się o tyle matematycznych stopni, że światło słoneczne zaczęło oświetlać inną jej część (wszystko wszak zależy od tego, jak chcemy spojrzeć na świat), Mewa zaryzykowała, aby powiedzieć coś, czego jeszcze nikomu nie mówiła. Po części dlatego, że nie miała takiej okazji, ale... ale też czuła, że nie jest to coś, co mówi się każdemu. - Wiesz, Żółwiu? Jesteś naprawdę wyjątkowy. Nigdy nie sądziłam, że spotkam takiego Żółwia jak ty. Żółw uśmiechnął się, tym razem bardzo ciepło i być może objąłby Mewę, gdyby miał ręce. Niestety pomimo całej swej dziewięciowymiarowości, miał tylko płetwy. Uśmiech jednak wystarczył, aby Mewa nabrała pewności siebie i odezwała się znowu. - Myślisz, że jesteśmy jedyni tacy... no... nie tacy jak te inne, głupsze zwierzęta? Myślisz, że może być ktoś jeszcze kto jest do nas podobny? – w głosie Mewy słychać było prośbę o twierdzącą odpowiedź. I taką usłyszała. - Ja jestem wręcz pewny, że są takie zwierzęta podobne do nas. Znam kilka. - Znasz?! – nieomal wykrzyknęła zaskoczona Mewa. - Tak – odparł spokojnie Żółw – Widzisz, taka jest moja misja. – Mewa zamieniła się w słuch, a Żółw mówił dalej – Kiedyś, tak jak ty, nagle zdałem sobie sprawę z tego, że... hmm... z tego, że istnieję. I tak jak Ty nie wiedziałem, co z tym zrobić. Byłem otoczony bandą głupich żółwi oraz nic niedostrzegających ludzi. Byłem sam. I tak było przez wiele lat, aż w końcu stwierdziłem, że muszę coś zmienić. Coś zrobić, bo ta samotność jest już nie do zniesienia. Ona wręcz zabijała mnie od środka. I wtedy wyruszyłem w podróż, aby odnaleźć zwierzęta... kogokolwiek, kto będzie podobny do mnie i kto mnie zrozumie. Pomyślałem, że jeżeli ja jestem taki „wyjątkowy”, to pewnie nie ja jeden i musi być tam gdzieś ktoś, kto... kto może na mnie czeka, też zwijając się co wieczór w kłębek swej samotności. – Żółw zrobił pauzę – Wiesz, to się pewnie da nawet matematycznie udowodnić, że na tyle i tyle istnień, tyle a tyle jest sobie bardzo bliskich. Może matematyka nie sprawdza się specjalnie w życiu duchowym, ale to pocieszająca świadomość, nie uważasz? – Żółw uśmiechnął się sentymentalnie, a w jego oczach dało się zauważyć blask zachodu słońca – No i wyruszyłem. Pierwszym „wyjątkowym” zwierzakiem był Gggsss. Tak się jakoś nazwał, może od tych dźwięków, które ciągle wydawał. Gggsss był niewielką, strachliwą jaszczurką, którą spotkałem na wyspie obok mojej rodzinnej, po sześciu dniach poszukiwań. Śmieszne, co? Przez wiele lat czułem się tak strasznie sam, a okazało się, że wystarczyło trochę ruszyć skorupę. Potem było ciężej. Kolejnym zwierzakiem był pewien bezimienny Kozioł z Ameryki Południowej. Szukałem go cztery lata i kiedy go odnalazłem, to się rozczarowałem. Był dziwnie nieprzyjemny. Chyba przywykł już do swojej samotności i nie potrzebował towarzystwa. A może zwariował z tego ciągłego gadania do siebie? – Żółw westchnął, przypominając sobie, jak niewiele było trzeba, aby i on w końcu zwariował. – Potem było jeszcze kilka zwierząt. Wszystkie oprócz Kozła... no i pewnej nadętej Ryby, cieszyły się z tego, że przynoszę wiadomość o tym, że nie są same. I teraz taka jest moja misja - szukam tych wszystkich „wyjątkowych” zwierzaków, aby powiedzieć im, że jest jeszcze ktoś. Niektóre wręcz płaczą, słysząc tę wiadomość. Gdyby Żółw przyjrzał się uważniej, to zauważyłby także u mewy lekko szkliste oczy. Wiadomość „nie jesteś sam” zawsze zakorzenia się głęboko w duszy, dając jej wytchnienie. Nawet Kozioł poczuł lekką ulgę, choć istotnie przywykł już do samotności i na co dzień nie potrzebował towarzystwa. Miał już jednak zawsze tą świadomość, że gdzieś tam jest ktoś tak bardzo do niego podobny. Taka świadomość wystarczała, by istnieć. Mewa i Żółw rozmawiali jeszcze przez wiele, wiele wieczorów, zanim Żółw zdecydował się ruszyć dalej ze swoją misją niesienia odrobiny nadziei. Przekładał zresztą swoją podróż wielokrotnie, ale w końcu, wiedziony poczuciem obowiązku wobec innych, zagubionych w świecie zwierząt, wyruszył. Wyruszył w pewien piękny poranek, jeden z tych wspaniałych poranków, które tak bardzo motywują do działania, że chce się koniecznie coś w nie zdziałać. Może to i trochę bardziej standardowe odejście, niż gdybym napisał, że Żółw odszedł w zupełnie przeciętny poranek, podczas którego nieco wiało, a niebo zachmurzyło się nieprzyjemnie, ale taki poranek był dzień wcześniej i jeszcze jeden dzień przed tym dniem i Żółw stwierdził, że w taką pogodę nigdzie się nie rusza. Tak więc musiał nastać piękny, nieco nadużywany w opowieściach poranek, aby Żółw wyruszył. Mewie było smutno, ale już nie tak jak kiedyś. Teraz miała świadomość, że jest tam gdzieś całkiem wiele takich „mew” jak ona. To dodawało otuchy. Z drugiej strony przyzwyczaiła się do rozmów z Żółwiem i gdy ich zabrakło, to nagle poczuła, że straciła coś, o czym wcześniej nawet nie wiedziała, że może to stracić. I to coś było takie dobre. Mewy, tak jak ludzie, szybko przyzwyczajają się do dobrego. Starała się za dużo nie myśleć o tych brakujących rozmowach, albo jeśli już, to wspominała wszystkie najlepsze chwile, ale to w sumie nie pomagało. Czasami nawet bardziej przeszkadzało. I w końcu postanowiła coś z tym zrobić. Decyzję podjęła, siedząc na tym samym drzewie, z którego po raz pierwszy wypatrzyła Żółwia. Teraz miała takie same obawy jak wtedy. A jednak gdyby nie zaryzykowała wtedy, to może do końca swojego istnienia byłaby samotna. I to dało jej siłę. Zatrzepotała skrzydłami i wzbiła się w powietrze. Opuszczała swój kawałek świata, swoje jezioro, zatoczkę i ulubione drzewo. Nawet swojego człowieka z kijem. Może nie na zawsze, w zasadzie to już teraz bardzo chciała tu kiedyś wrócić, ale na razie jej miejsce wydawało się gdzieś indziej. Nie była pewna, gdzie dokładnie, ale wiedziała, że gdy tylko spotka kolejne wyjątkowe „zwierzę”, to będzie to właśnie to. Postanowiła być kolejnym posłańcem nadziei. Wznosiła się coraz wyżej, prosto ku swoim marzeniom.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 5    
Data dodania: 01.06.2014r.

1     

A.J Lunaitte Użytkownik wpmt 07 06 2014 (23:16:41)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Tak sobie czytam już drugi raz chcąc dogłębnie przeanalizować tekst. Oprócz oczywistych błędów które sokole oko Sufrażystki ci już nadmieniło, błędów nie widzę.
Fabuła jest jak by to powiedziec jednocześnie ciekawa a jednak trochę przynudza w niektórych momentach. Oczywiście całokształt i perspektywa według mnie chyba relacji międzyludzkich przedstawiona oczami mewy jest ciekawa.
Mmm... niemniej jednak coś tu wymaga chyba ukrócenia, jakiejś drobnej modyfikacji. Rady które zostały ci przedstawione słyszałam sama niejednokrotnie wiec wiem iż trzeba długo posiedzieć zanim coś tu się umieści aby było pozytywnie odbierane, szacunek tego wymaga:)
Jeśli chodzi o treść raz jeszcze powiem naprawdę ładnie jest to napisane, płynnie, da się wciągnąć i chętnie mi się to czytało, mimo małych przynudzań. Jestem na tak :) Ode mnie tez 3 ale taka z kopniakiem motywacji:)

Falcor Użytkownik wpmt 11 06 2014 (22:27:09)
Ok, czuję się pozytywnie kopnięty oraz zmotywowany. Dzięki :)

Amy Sol Redaktor 06 06 2014 (20:47:10)

Użytkownik ocenił pracę na 3

Witaj.
Słowem wstępu - bardzo dobry pomysł na opowiadanie. Chociaż motyw "mądrych" zwierząt był już wielokrotnie poruszany w literaturze, to opowieść, którą przedstawiasz czytelnikowi, nie zanudza, jest ciekawa. Czyli jednym słowem - brawo. Nie można tego niestety powiedzieć o stronie technicznej. Zacznę jednak od samego początku.

Zaczęło się... średnio ciekawie, wręcz nudno. Jednak wraz z rozwojem akcji, coraz lepiej sobie radziłeś. Interesująca jest relacja Mewy z Żółwiem. Najpierw obie strony są wobec siebie nieufne, ale coraz bardziej się otwierają, wyrzucając z siebie wszystko to, co ich gryzie, co po prostu boli lub dziwi. Myślę, że jest to w pewnym stopniu odniesienie do ludzkich zachowań. Uważam, że ten zabieg wyszedł Ci bardzo dobrze.

Masz dobry styl, słownictwo, chociaż z początku odniosłam wrażenie, że wcale tak nie jest; niektóre zdania są niepoprawnie zbudowane; niekiedy miałam wrażenie, że są przetłumaczone w jakimś słabym translatorze. Ale biorąc pod uwagę całość, jest przyzwoicie.

Przejdę do strony technicznej. Twoim głównym problemem są przecinki. W pierwszych akapitach używałeś ich całkiem poprawnie, za to szwankowały: język i konstrukcja niektórych zdań. Od mniej więcej połowy stało się odwrotnie - pomijałeś przecinki, których uprzednio używałeś, a w zdaniach nie znajdowałam już wielu błędów językowych. Całkowicie nie rozumiem, skąd się to wzięło.
Podejrzewam, że gdybym miała ochotę wypisać Ci wszystkie błędy interpunkcyjne, zajęłoby mi to masę czasu. Dlatego też skrócę wszystko do teorii.

Przecinki stawiamy przed:
- więc;
- aby;
- wtrąceniami wszelakiej maści;
- pomimo że, szczególnie że, mimo że, chyba że - tych konstrukcji nie rozdzielamy przecinkiem;
- jak (aczkolwiek istnieją wyjątki; tutaj postawimy przecinek: Patrzyła beznamiętnie, jak płakał po zmarłej ciotce, ale w takim zdaniu przecinka już nie postawimy: Wyglądał jak pajac);
- czy (również są wyjątki: Nie wiem, czy o to jej chodziło, ale: Chcesz kawę czy herbatę?);
- kto (wyjątek stanowi np. takie zdanie: O tej porze rzadko kto się tutaj pojawiał. - konkretny przykład z Twojej pracy);
- co (znów dwa przykłady zdań: Pogoda zmieniała się co dzień, ale: Nie wiedział, co miała na myśli);
- jeśli;
- który, z którym, o którym, na którym, za którym, o którym, przy którym itd.;
- ani i albo, kiedy pojawiają się podwójnie w jednym zdaniu, np: Kupię albo zieloną sukienkę, albo czerwoną , Nie lubię ani ciebie, ani jej.;
- że.
- imiesłowami przysłówkowymi (np. stając, myśląc, mówiąc).
Mam nadzieję, że mniej więcej rozumiesz wszystkie zależności i różnice, które postarałam się omówić jak najprościej.

Jak sam widzisz, jest tego sporo. Jeżeli masz taką możliwość, to proszę, przeczytaj poprawioną przeze mnie wersję, uwzględniając przecinki - dzięki temu więcej się nauczysz.

Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o stronę techniczną, niestety.
Robisz dużo powtórzeń (np. na samym początku "mewa" albo "bystry". Zdarzyły Ci się trzy literówki. Szwankuje również zapis dialogów. Jeśli po wypowiedzi bohatera stawiasz kropkę, to oznacza, że myśl jest zakończona, dlatego też po myślniku stawiasz wielką literę, np.:
- Wiesz, że kupiłam sobie nowy telefon? Jest czerwony, taki jak zawsze chciałam. - Na twarzy Kasi pojawił się szeroki uśmiech.
Nie wolno więc po zakończonej wypowiedzi rozpocząć zdania po myślniku małą literą. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli.
Teraz błędy innego rodzaju:

Oczywiście Mewa nie była człowiekiem... przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, chociaż... Ona sama nie wiedziała, jak to się stało, że nagle stała się taka jaką się stała.

Po co wielokropki? Są całkowicie zbędne. Wielokropek sugeruje niedokończoną myśl, a powyżej wygląda ona na dokończoną. Co do wytłuszczonej końcówki - zamieniłabym na "stała się inna" - dzięki temu unikasz dziwacznej konstrukcji zdania i powtórzenia.

„Ale czy nie więcej z tym problemów niż pożytku?”

Dlaczego problem jest w liczbie mnogiej, a pożytek w pojedynczej? Gryzie się to. Zamieniłabym na: "Ale czy nie więcej z tym problemu niż pożytku?". Przemyśl to.

Mewa często smutniała i... i nie robiła nic.
Pozbyłabym się drugiego "i".

W tym dniu nie było nadziei. Od dawna w żadnym nie było.

Wytłuszczony fragment jest zbędny. Nic nie wnosi. Lepiej, prościej i poprawniej brzmi: "Od dawna nie było".

Mianowicie na widok jakiegokolwiek ptaka, łysy zaczynał nagle obficie się pocić i miotając się, nerwowo szukając schronienia, oczekiwał na kolejny atak, którego spodziewał się zewsząd.

Po drugim przecinku wstawiłabym spójnik "i". Btw - dziwne zdanie.

Mewa zastanawiała się czemu ludzie żeglują.

"Czemu" brzmi bardzo potocznie. Pozwoliłam zmienić na "dlaczego".

Kamień, powolnie ale konsekwentnie, zdawał się podążać w kierunku brzegu. Zdawał się nie stanowić specjalnego zagrożenia

Po pierwsze - przecinek powinien znaleźć się przed "ale", a nie przed "powolnie"; po drugie - powtórzenie, których na przyszłość radziłabym bezwzględnie unikać.

- Że niby w domu mam tą solniczkę

tĘ!

No właśnie...hmm... tym czasem trzmiel też jest stworzeniem więcej niż trzywymiarowym, dokładnie to chyba siedmio

trójwymiarowym, ponadto - urwane "siedmio" źle brzmi.

Tym czasem żaglówki przepływały na pełnych żaglach kilkaset metrów od zatoczki.

TYMACZASEM piszemy razem!

Niektóre wręcz płaczą, słysząc tą wiadomość.

TĘ!!

Prócz tego, mam do Ciebie jeszcze dwie uwagi:
- w prozie liczby pisz słownie;
- opowiadanie to nie list, więc nie ma potrzeby pisania zaimków wielką literą.

Podsumowanie.
Piszesz nieźle, ale bije po oczach brak doświadczenia i warsztatu. Twoja praca była mocno niedopracowana, pominąłeś wiele ważnych aspektów. Jak już wspominałam, nie wiem, z czego biorą się co poniektóre błędy interpunkcyjne: raz postawisz przecinek przed "który" lub "że", a innym razem nie. Mówiłam to już wielu osobom, ale powiem także Tobie: estetyką pracy wyrażasz szacunek do czytelnika. To bardzo ważne. Uwierz, że bardzo źle czytało mi się Twój tekst z tak ogromną ilością błędów, chociaż opowiadanie samo w sobie uważam za dobre i warte uwagi. Kolejnym razem sprawdź pracę przed dodaniem do Poczekalni. Jeśli jednak okazałoby się, że coś Ci umknęło, możesz to zawsze poprawić, klikając opcję "edytuj", która znajduje się powyżej treści Twojej pracy (tracisz tę możlwość w chwili, kiedy opowiadanie zostanie skomentowane przez pierwszą osobę).

Ocena.
Myślę, że wiele nie muszę już tłumaczyć - stawiam słabą trójkę z dwoma minusami, tak na zachętę. Uratował Cię pomysł. Jeśli kolejnym razem spotkam się z taką pracą, będę zmuszona wystawić dwójkę bądź nawet jedynkę. Otrzymujesz ode mnie duży kredyt zaufania.

Dużo pracy przed Tobą, ale miejmy nadzieję, że wyjdziesz na prostą :)

Życzę owocnej pracy.

Pozdrawiam
sufrażystka

PS: Kolejnym razem staraj się zamieszczać tak długie opowiadania w częściach, ułatwi to pracę redaktorom, a Ty dostaniesz bardziej wnikliwe i dokładne uwagi.

Falcor Użytkownik wpmt 08 06 2014 (18:56:48)
Dzięki za konstruktywne uwagi. Doceniam to, że chciało Ci się aż tyle na ten temat napisać - pewnie masz wiele ciekawszych zajęć niż poprawianie cudzych opowiadań. Właśnie zabrałem się za poprawianie przecinków, choć wcale nie jestem taki pewien czy dostrzegę wszystkie błędy. Co do uwag dotyczących treści to część już uwzględniłem w tekście, a z częścią pozwoliłem się sobie nie zgodzić i pozostawiłem bez zmian. Naprawdę staram się sprawdzać tekst przed publikacją, jednak mimo wielokrotnego czytania miewam spore problemy z dostrzeżeniem błędów.

Szkoda, że nie ma możliwości poprawienia tekstu już po jego skomentowaniu, bo bym go podmienił.

Pozdrawiam
F.

Amy Sol Redaktor 10 06 2014 (12:18:32)
Odnośnie poprawiania - po to na tej stronie jest Redakcja :) Poprawiamy, udzielamy rad - taka nasza praca. Ale uwierz mi, że to wcale nie jest nudne (a przynajmniej dla mnie). Jeśli chodzi o błędy - w porządku, nie musisz wszystkiego poprawiać, to jedynie moje sugestie.

Chodziło mi o konsekwencję - skoro z początku stawiałeś przecinki przed "który", a później już nie, to moim zdaniem jest to "olewanie", tak właśnie to widzę. Ale ok, wierzę Ci na słowo, ponieważ swego czasu też miałam tego typu problemy.

Niestety nie radzę wierzyć w to, że opcja poprawiania tekstu po ocenie pierwszego użytkownika zaistnieje. To byłoby po prostu niesprawiedliwe.

Pozdr, s.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12451
Online(24): 24 gości i 0 zarejestrowanych: