warto go przeczytać
Wiał wiatr. Delikatne podmuchy unosiły frędzle jej żółtego szala. Z uśmiechem lekko wypływającym na usta, kuliła się, opatulając szczelniej materiałem płaszcza, by uchronić się przed zimnem.
Wiał wiatr, a ja zauroczony nią, szedłem obok w rozpiętej kurtce. Zimno... Dlaczego jej było tak zimno...? Zgłupiały poeta zgłupiał jeszcze bardziej, to chyba, jak już tak, to do granic. Wiedźma rzucająca urok jedynie jednym spojrzeniem...
Wiał wiatr. Czarnowłosa uniosła głowę i spojrzała na mnie, może i nawet lekko onieśmielona moim gapieniem się na nią. Przystanęliśmy przy wejściu do kawiarni i przepuściłem ją w drzwiach. Wracaj idioto, odwróć się i idź do domu, gdziekolwiek, byle nie być z nią. Zrani cię... cholernie zrani.
Wiał wiatr. Głupiec wszedł do środka, zaproszony delikatnym wygięciem ust czarnowłosej, a drzwi się zamknęły...
...natarczywy dźwięk telefonu wyrywa mnie ze snu-wspomnienia. Z początku nie wiem gdzie jestem, dlaczego tu jestem i w ogóle, po co. Mmm miękko, przyjemnie. Zakopany pod kołdrą nie myślę o niczym innym, jak o rozkoszy ciepłem i wygodą. Otwieram oczy tylko na chwilę, światło chylącego się ku horyzontowi słońca, wżera się przez firanki i pada prosto w szczelinę między materacem, a pierzyną. Boże... taka pustka dziwna w głowie. Co się w ogóle dzieje...?
Tknięty nagłą myślą, odkrywam głowę i z przerażeniem patrzę na stolik przy łóżku. Cztery godziny. Całe cztery godziny, w których mogła się obudzić, albo co gorsza... Ze ściśniętym gardłem łapię za telefon i przyciskam go do ucha.
- Halo.
- Cześć, Marcin. – po drugiej stronie rozświergotany głos najwyraźniej jest w wyśmienitym humorze. - Cieszę się, że słyszę cię zaspanego. W końcu się normalnie położyłeś.
- Ada...? – Zdezorientowany siadam na łóżku i przecieram oczy.
- Twoja mama dała mi numer.
- Czy coś z Anią...?
- Spokojnie, głupku. – Pięknie, chyba się przyzwyczaja, że może mnie tak cudownie określać. – Z Anią cały czas tak samo. Chciałam tylko sprawdzić, czy z Tobą wszystko w porządku. I słyszę, że tak. Jak tam wygrzana pierzyna? Przyjemna?
- Ada nie mam siły na lekką pogawędkę. – opieram się i przymykam oczy. - Wezmę prysznic, ubiorę się i jadę do szpitala.
- Jasne, twardzielu. Acha, i przyszła do szpitala jakaś Paulina i pytała o ciebie.
- Cały czas tam jest?
- Nie, zostawiła tylko numer telefonu.
- Dobrze. Zaraz tam będę. Na razie.
- Nie spiesz się. Cześć.
Nie spiesz się, nie spiesz... Mamrocząc pod nosem słowa nieznośnej pielęgniarki, do której, już teraz, trzeba by chyba wymyślić inne określenie, lecę do łazienki. Pod strugami gorącej wody od razu mi się przejaśnia w głowie. Z miejsca wraca melancholia, żal wita tęczówki… A gdyby to był telefon o jej przebudzeniu? A gdyby to ona dzwoniła i powiedziała... powiedziała... Wyraźne obrazy z nią w roli głównej cisną mi się przed oczy i w końcu, nie wytrzymując, puszczam strumień zimnej wody prosto w twarz.
Skąd się wzięła Paulina w szpitalu? Napomknąłem o niej chyba ostatnio, muszę przewertować kartki... No tak, moja wybawczyni.
Paulinę poznałem na studiach, często zmęczeni powstrzymywaniem się od snu na wykładach, wymykaliśmy się i szliśmy do naszej, później ulubionej, kawiarni na kawę, czy też gorącą czekoladę w depresyjne dni. Ja zdystansowany, nawet i można powiedzieć sztywny, chłodny, ona tajemnicza, romantyczna, ciągle zamyślona, ale najlepsze, że to wszystko na pierwszy rzut oka, dla ludzi, którym, jak to określiła Ada, nie chce się patrzeć. Kiedy bliżej poznałem niebieskooką, długowłosą blondynkę byłem zafascynowany jej ciętym językiem, pewnością siebie, siłą, która emanowała z niej całej. Ciekawi, brnęliśmy w tej naszej znajomości, stając się przyjaciółmi. Czy oczekiwaliśmy czegoś więcej? Właśnie nie... A potem uratowała mnie po zranieniu, skończyliśmy jakoś studia, wzięła ślub i płacząc za mną wyjechała z mężem za granicę. Spotkania co miesiąc, dwa, nie dają tej satysfakcji, co kiedyś, zawsze brakuje nam nawet najmniejszej sekundy, ale dobre i to, ważne, że kontakt wciąż mamy.
I teraz zjawiła się w szpitalu. Przecież nic jej nie mówiłem... Pewnie, jak w przypadku Ady, ktoś z rodziny zaczął kombinować. Czy muszą się wtrącać w moje życie? Rozdrażniony wyjmuję z szafy podkoszulek i dżinsy. Szybko ubieram się, ściskam w dłoniach notatnik i zamykając mieszkanie, już jestem myślami w szpitalu.
- Dobrze cię rozgryzłam, mam raję...?
- Nie wiem o czym mówisz. – opieram się wygodnie na krześle i odstawiam szklankę na stół.
- Ależ oczywiście. Wcale nie zmarszczyłeś brwi i nie odpłynąłeś w przeszłość, kiedy powiedziałam, że kłamiesz. Ale muszę ci powiedzieć, że jesteś wytwornym kłamcą.
- Och. Czyżby podziwiała mnie taka kobieta, jak ty?
Uśmiecha się, jakby lubiła moją ironię i przechyla przez stolik, by zmniejszyć odległość.
- Czyli jaka?
- ...
- Kuba, Kuba. Ależ ty jesteś sfrustrowany.
- W każdej chwili mogę wstać i wyjść.
- I zostawisz mnie z rachunkiem? – jej niewinny uśmiech działa na mnie drażniąco i mam ochotę wygarnąć jej całą moją nienawiść do kobiet, która zbierała się już od dłuższego czasu. Zawsze tak jest... Czułe słówka, przymilne uśmiechy, a potem bierz, jak najwięcej się da, dobrze się zabawiłaś, czas skończyć. Otwieram usta, by już coś powiedzieć, kiedy widzę, jak w jej ślicznych oczach pojawiają się łzy. Skąd...? Uśmiecha się delikatnie i odwraca głowę.
- Ładne masz to zamyślenie na czole...
- Nie rozumiem, Anno.
- Często czegoś nie rozumiemy i musimy się z tym pogodzić.
- Tak Chyba, że ktoś zechce nam to wyjaśnić.
Znów na mnie patrzy, tym razem bardzo poważnie. Wolę już, jak się bezczelnie uśmiecha. Niech nawet ciska we mnie tym swoim łagodnym dla uszu śmiechem, by nie była taka poważna...
- Przykro mi.
- Nadal...
- Wiem. Nie rozumiesz.
- Wyjaśnisz mi?
- A nie lepiej będzie, jak wstaniesz i wyjdziesz? Przecież nie chcesz tu siedzieć, nie chcesz ryzykować.
Milczę, a ona odchyla się od stolika, umykając wzrokiem. Boże... ta kobieta mnie zgubi. Walczę z myślami, to raz "wstając" od stolika, to znów "siadając". Przecież jest taka jak inne, taka jak Karo... Czuję na sobie jej wzrok i znów mu się poddaję. W jednej małej sekundzie czuję, jakby zobaczyła mnie prawdziwego, bez tych wszystkich kłamstw. Bezsilny... Pod wpływem ogarniającego mnie całego rozdarcia zaciskam powieki i wsłuchuję się w swój przyspieszony oddech. Przed oczami mam obraz Karoliny, mojej wielkiej miłości ze studiów i te łzy wylane w ramię Pauliny. Płakałem wtedy, jak dziecko, skulony na łóżku z poduszką w objęciach i wtedy przyszła ona. Położyła się obok mnie, biorąc w ramiona. Te gorące łzy... Ta słabość. Potem już było inaczej, potem zacząłem kłamać i wróciła siła… Te łzy, przez nią.
Otwieram oczy i wbijam spojrzenie w czarnowłosą, siedzącą spokojnie i patrzącą na mnie z powagą. Nie wiem ile mija w tym milczeniu i wpatrywaniu się w siebie, ale biorę w końcu głęboki oddech i lekceważąc krzyk rozsądku mówię, coś o czym przed poznaniem zielonookiej nawet bym nie pomyślał...
- A jeżeli jednak chcę zaryzykować?
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 24.11.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(17): 13 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus