warto go przeczytać
Kilka razy zbierałem się do napisania tego, co stało się po tym, jak moje słońce chwyciło mnie mocno za rękę. Siadałem, pochylałem się nad notatnikiem i dudniłem długopisem o blat stołu. Głuchy dźwięk ślizgał się po kartkach, wtapiał we wcześniej napisane słowa. Pod powiekami przesuwały obrazy, a ja nadal... nie potrafiłem.
Lekarz przyszedł do mnie wtedy z wynikami badań. Nie dokończył mi o nich mówić, ale nie musiał. Ja już wiedziałem. Wiedziałem i tuląc ją do siebie krzyczałem głośno w sufit. Potem płakałem. A na końcu szeptałem jej prosto do ucha słowa miłości. Nie słuchała... Wbijała mi jedynie paznokcie w ramiona i powtarzała cały czas jedno i to samo. Cały czas... jedno i to samo.
Siedzimy na ławce w parku. Późna jesień kładzie się liśćmi na alejach, a my ramię przy ramieniu, nie patrząc na chłód, obserwujemy przechodzących ludzi. Ania wygląda prześlicznie. Brązowy płaszcz, zielony szal, włosy jak zawsze wiją się nieposłusznie wokół twarzy, a oczy błyszczą radośnie skrytym uśmiechem. Po długiej chwili milczenia przenosi wzrok z matki, niosącej niemowlaka w ramionach, na mnie i patrząc zadziornie, wskazuje notatnik leżący obok.
- Już miesiąc się spotykamy, a ty nadal skrywasz jego tajemnicę.
- Moja droga, przecież wiesz, że nikt nie wie, co się tam kryje.
- Tylko, że ostatnio słyszałam, że niby jestem najdroższa. To chyba zobowiązuje, co? – Jej uśmiech ogrzewa mi serce. I tak wpatrzony w zielone roziskrzone krople, zatapiam się w pierwszym wspomnieniu z jej udziałem.
Zachodziło wtedy słońce i z wdziękiem kładło się ostatnimi promieniami na jej czarnych pasmach i ślicznie wykrojonych, czekoladowych ustach. To jej pierwsze tajemnicze spojrzenie spod ciemnych rzęs. Ten błysk... kochania... Jak ja to z początku pisałem? Ach tak, to ona do mnie przyszła, ona uwierzyła, pierwsza się uśmiechnęła. To ona mnie pierwsza pokochała. Dopiero teraz z biegiem czasu, z pomyśleniem nad tym dłużej, napisaniem tego, to dostrzegam. Przeniknęła spojrzeniem i nastawiła się na otwartą miłość do mnie. A ja głupiec, trzymałem ją w niepewności i co chwile robiłem krok w tył, w obawie przed odrzuceniem. Bo ryzyko zawsze się kryje, że wcześniej czy później, można stracić ukochaną osobę. Tylko, że, jak się kocha, to głupie zaślepione serce wypacza tą myśl. Ja po jakimś czasie też zacząłem ją odrzucać od siebie. Zakochałem się najpierw w zielonozłotych oczach, potem w czekoladowym uśmiechu. Rozkochała mnie w swoim czarze, a potem dała mi się poznać. Takich zaszczytów nie dostaje się codziennie. Ja z początku nim pogardziłem.
- To jak będzie, kochanie?
Otrząsam się z hipnotyzmu jej zielonych oczu i z uśmiechem sięgam po notatnik. Mała wiedźma...
- Pokażę ci go wieczorem. A na razie chodźmy, robi się zimno.
- Ej ej, dałeś mi nadzieję. Już myślałam, że... - wpijam się w jej usta i biorąc ją za rękę, pociągam do góry.
- Wiem. Chodźmy już. Iza na nas czeka.
- Iza, Iza! Ja chcę... - znów ją całuję, tym razem dłużej i delikatniej.
- Kochanie, wieczorem.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Wtuleni w siebie siedzimy na przysuniętej pod balkon kanapie i w ciemnościach wpatrujemy się w roziskrzone gwiazdy. Ania podtrzymując lampkę wina, poprawia się na poduszkach.
- Są piękne. Uwielbiam na nie patrzeć.
- A ja...
- Uwielbiasz patrzeć na mnie? – z uśmiechem przekręca głowę, by na mnie spojrzeć. – Typowe...
Śmieję się i całuję ją w czubek nosa.
- Jesteś nieznośna.
- A ty tak często się śmiejesz ostatnio.
- Bo...
- Masz mnie? – śmiejąc, wyrywa się, chcąc uniknąć uderzenia poduszką i z klapnięciem upada na podłogę. – Chyba wylałam wino.
- Kobieto... co ja z tobą mam.
Zaświecam światło i z czułością patrzę, jak usilnie próbuje zaczepić niesforne włosy za ucho, rozglądając się za plamą po winie na dywanie.
Wielki kłamca życia przepadł jakieś dwa tygodnie temu. W tak krótkim czasie...? Taak. A jak szybko zniknęła zimność. Czarnowłosa jest chyba naprawdę wiedźmą.
- I co? Wylane?
- Nie, całe szczęście.
Znów przygaszam światło i siadam już obok niej na kanapie. Zielonooka, rozmarzona przygląda się niebu. Te jej piękne tęczówki... takie wyraziste.
- Kocham... - wymyka mi się, a gdy Ania przenosi na mnie wzrok, nie potrafię dokończyć. Głos grzęźnie mi w gardle i pozostają jedynie uchylone, spragnione słów, usta. A ona tylko patrzy, a potem uśmiecha się delikatnie i głaszcze mnie po policzku.
- Pomilczmy trochę, niebieskooki.
Uśmiecham się i pochylam nad nią. A ona prosto w moje rozchylone usta szepcze:
- Albo... pamiętasz, jak rozmawialiśmy o wietrze? Wtedy, jak wyszliśmy z kawiarni? Już wtedy ja... Kocham cię. I nie obchodzi mnie, że może jeszcze wcześnie na takie słowa i że to bardzo zobowiązuje i teraz, jak nigdy się przed tobą odkrywam, ale ja... - uśmiechając się szeroko, przerywam jej, dotykają ust.
Życiowe szczęście. Rozsadzające cię od środka, aż czujesz, że zaraz nie wytrzymasz i musisz krzyczeć. Szczęście... A więc to tak smakuje.
Pochylam się, jak najniżej mogę nad notatnikiem, aż dotykając głową kartek i trzęsę się od duszonego płaczu. Moja zielonooka... Moja jedyna, taka śliczna. Kochająca wiatr, obserwowanie ludzi, gwiazd... czarnowłosa. Przepiękna. Taka ciepła, rozgrzewająca intensywnością spojrzenia. Moja jedyna...
Krztuszę się łzami, a dźwięk ten przerywa jedynie upadek liter. Uderzają głośno, a potem turlają się, zatrzymując przy stopach Ady, która stoi krok dalej. Unoszę głowę i podnoszę długopis z podłogi. Blondyneczka z przerażeniem się we mnie wpatruje. Głupia dziewczyna. Nie widziała płaczącego, kochającego pseudo poety?
Łapię się za głowę i wbijam wzrok w ostatnie słowa w notatniku. Naiwne łzy opadają wolno na kartki. "Aniu, kochanie... śpij. Zamknij oczy i nie budź się kochanie. Nie wstawaj, słyszysz?! Słyszysz do cholery?!" Znów podnoszę głowę i oddychając głęboko, chwytam pewnie długopis. Ada wyciąga rękę, ale jedno moje spojrzenie i szybko ją cofa.
- Kuba...
- Nic... nie mów – wykrztuszam i znów patrzę na kolana.
Czas zakończyć tą farsę z notatnikiem. Napisać 'koniec' i spalić go w kominku, którego płomienie jasno otoczą blaskiem zaróżowione policzki czarnowłosej. Usiądziemy na dywanie, wtuleni i będę jej mówił, jak pięknie płoną moje słowa. A potem delikatnie ucałuję jej rozciętą wargę i zetrę łzę, która zatrzęsie się na brodzie.
Te zielone oczy... piękne zielone krople w morzu niewinności. Moje, jedyne, zielonozłote... oczy.
Koniec?
Krzyczała. Głośno krzyczała. Jakby krzykiem chciała przywrócić, to co jej odebrano. A potem jedynie słychać było jej płacz. Lament niósł się wysoko, płynął po suficie, opadał na parapet i drżał, przytulony do okien, policzkowanych wichurą. Wiał wiatr. Wył, wkradając się w szczeliny i połykał każdy najmniejszy podźwięk ciszy. Wiał i wiał coraz głośniej. Nie dawał spokoju, wdzierał się wszędzie, szalał, pragnął ofiar. Wył i wył... A ona płakała. Niewidzący wzrok wbijała w nieprzystępne wichrowe okna i szlochała już bezgłośnie.
- Czy... czy wieje wiatr?
- Tak skarbie. Przeraźliwie.
- Powiedz, żeby przestał...
- Ale...
- Powiedz mu!
Wiał i wiał, a ja zacząłem płakać razem z nią. Oboje wznosiliśmy krzyk ponad nas. Niósł się wysoko, po suficie, opadał na parapet i drżał. Wył i wył. A czarnowłosa przytulona do mojego policzka wyszeptała mi do ucha gorąco tylko jedno. A szept ten uniósł się wysoko po suficie, opadł na parapet... i zadrżał.
- Nienawidzę wiatru...
KONIEC
Dedykacja: Pewnie zbytnio się nie zdziwi, jak zadedykuję mu calutki "Boczny wiatr" – Dawidowi Ch. (dla innych Chłoście, dla mnie... Chwastowi, patrz jak się złożyło;p)
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 22.01.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(17): 13 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus