warto go przeczytać
(z serii "Poeto-mężczyznowski Uśmiech")
Prolog
"Gdzieś w drodze do życia powiał boczny wiatr
dałem mu się porwać, nie wiedziałem gdzie
obiecywał wielkie góry, a jestem na dnie" – R.R
Wieje wiatr. Tak delikatnie, jakby obawiał się, że może zbudzić mnie z przyjemnego półsnu, w którym jej oczy tak pięknie błyszczą. Ma zieloną sukienkę i długi żółty szal owinięty wokół szyi. Jest boso i tańczy na trawie w parku. Cały czas się śmieje, zerkając na mnie spod słomkowego kapelusza...
Wieje wiatr, mocniejszy i rozwiewa jej śliczne, czarne, zaraz za ramiona włosy. Przystaje i uśmiecha się do mnie pobłażliwie. "Kuba, Kuba, to głębokie zamyślenie chyba nigdy nie zniknie z twojego czoła. Przestań się martwić... Chodź, zatańcz w końcu ze mną."
Wieje wiatr. Wstaję, otrzepuję się, a kiedy podnoszę wzrok jej już nie ma. "Ania, Ania, dlaczego musisz zawsze uciekać..." Uśmiecham się smutno i wracam do domu. Szybki prysznic, a potem autobusem do szpitala.
Rozdział 1
Trzydzieści lat, brunet, lekko zarośnięty. Przez czas wytarte dżinsy i czarny podkoszulek, zmarszczone co kilka sekund czoło, zdystansowany, niepoprawny, zgłupiały, pseudo poeta.
To na początek, byście mogli mieć o mnie jako takie wyobrażenie. Sam nie lubię minimalizmu. Jasne, jasne, wyobraźnia, te sprawy, ale trzeba czytelnika jakoś naprowadzić, by, powiedzmy taki ja, Kuba, nie był kogoś, bo jest przecież autora... czyli w tym wypadku mój. Mam Kubę, czyli mnie samego... Mniejsza o to. Wyjaśnienie innym razem.
Ciężko się pisze o trzeciej nad ranem wśród tego szpitalnego zapachu. Kiedyś lubiłem szpitale, kojarzyły mi się zawsze z powrotem do zdrowia. Dziwne, że raz czy dwa pomyślałem o śmierci. Ale nigdy nie myślałem o szpitalu jako o miejscu, do spędzania większości swojego czasu. Nie chodzi mi tu o pielęgniarki i lekarzy drogich. Tylko bliskich, pacjentów. Wszyscy jakoś byli zdrowi w mojej rodzinie. Mama Basia, ciągle zabiegana kucharka, pieczołowicie dbająca o swoje dzieci i wnuki. Jeśli chodzi o wnuki, to ja się jeszcze dzieci nie doczekałem. Na dobrą sprawę, nawet się nie ożeniłem. Tata Janek, zapracowany, ale zawsze, jakimś dziwnym trafem, znajdujący czas dla rodziny mechanik samochodowy. Siostra Gośka, śliczna studentka, łamiąca serca kolegów z uczelni, a raz, też nawet i wykładowcy. I kolejna, już ostatnia, Izka. Mamuśka, przepadająca za swoim mężem, bliźniakami i pracą, udało się dziewczynie, nie ma co.
Tak więc, najbliższa rodzina nieźle się trzymała i nadal trzyma. Boże uchylili drzwi i ten zapach sterylności wlał się ze zdwojoną siłą. Mówiłem, że lubiłem szpitale? Tak. Jednak mówią, że jak stanie się coś złego, coś czego nie oczekujemy i niszczy to nasze życie, to coś, co nawet kochaliśmy, zostaje przez nas znienawidzone. Ja zacząłem nienawidzić szpitale. Przez ten zapach, przez to, że muszę tu tyle siedzieć, przez to, że jest. Tak zwyczajnie, jak na ten czas.
Siedzę teraz na niewygodnej kanapie i na kolanie próbuję ułożyć jakoś wygodnie notatnik. Nikłe światło lampki na małym stoliku też niezbyt mi pomaga. Młoda dziewczyna w białym fartuchu kręci się przy drzwiach, bacznie mnie obserwując. Ach tak, pamiętam. Jak wczoraj wchodziłem od pokoju akurat wychodziła z jakąś strzykawką, po zastrzyku. Uśmiechnęła się lekko, jakby przepraszała mnie za to, co się stało, ze współczuciem. Ja już współczucie mam głęboko i jeśli ktoś chce się bawić w te klocki, to ja dziękuję. Dlaczego w ogóle ja to piszę? Dobre pytanie.
Gośka wczoraj do mnie przyszła i wręczyła zeszyt. "Zrób coś ze sobą." Znalazła się wielka pani psycholog. Chciała wejść i startować mi z wykładem, ale zabrałem notatnik i zamknąłem jej drzwi przed nosem. Rzuciłem go na stół, a potem pod wpływem impulsu wziąłem do szpitala. Tak więc, Gosiu, piszę teraz, i co mi z tego?
Młoda pielęgniareczka przełamuje się w końcu i podchodzi do mnie.
- Pisze pan pamiętnik?
- Nie nazwałbym tak tego.
- Słyszałam, że dobrze robi przepisanie uczuć na papier. – kontynuuje, jakby w ogóle mnie nie usłyszała – A pan, słyszałam, że jeszcze poeta. Wiersze pan pisze.
- Pisanie wierszy nie wskazuje na to, że jestem poetą, pani...
- Ada.
- Pani Ado zatem. Poetami nie są setki, tysiące, miliony piszących wiersze. Wszystko zależy od tego, czy to, co ktoś stworzy, ktokolwiek inny uzna za ważne. Więc ja...
- Jest pan więc poetą.
- A co pani może wiedzieć... – uśmiecham się krzywo.
Machnięcie ręki, włożenie dłoni do kieszeni w fartuchu, kiwnięcie na palcach przód, tył i słowa, słowa, słowa.
- Ja myślę, że pan poetą jest. Jestem bardzo ciekawska, i ja wiem, to bardzo intymna sprawa była, ale nie mogłam się powstrzymać. I... przeczytałam ten wiersz, który pan zostawił na szafce przy łóżku. I ja myślę, że to ważne jest to co pan stworzył.
- Nie miała pani prawa.
- Ja wiem... Przepraszam. – uśmiecha się właśnie tak, przepraszająco, i odchodzi.
Głupia dziewczyna. Znalazła się wielka romantyczka... Wścibska do tego.
Kuba, beznadziejny poeta, którego wiersze kocha Ania. Aniu, Aniu otwórz oczy i spójrz na te słowa, które do Ciebie piszę. I tu mam odpowiedź na dręczące mnie z początku pytanie. Piszę dla Ani. Będę jej czytał na głos. Jak i moją poezję dla niej.
Gośka, coś w tym jest jednak...
Pięknie, długopis mi spadł i poturlał się pod samą recepcję. A mi się tak nie chce wstawać... Wygrzebałem jakiś zapasowy, ale i tak sen siada mi na powiekach. Poeta... nie, zwykły, potrzebujący wypłakania się na kartkę człowiek, który kocha. Cóż, koniec.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 6
Data dodania: 20.08.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(18): 14 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus