Błoto św. Jana

Galicja Wschodnia, pierwsza połowa XIX w. W połowie drogi między Lwowem a Haliczem leżała wieś Kurzogródek. Łatwo było jej nie zauważyć, gdyż liczyła ledwo piętnaście pokrytych strzechą chałup. Z daleka jednak było widać dwór, „z drewna, lecz podmurowany”, szlacheckie gniazdo, zamieszkane przez starą, świetną familię ziemiańską. Podobno któryś z ich pradziadów walczył nawet pod Kircholmem i wraz z królem Władysławem brał Moskwę, co do tej pory było mu wypominane przy świątecznym stole. Stara Wojciechowa nie miała przodków ani pod Kircholmem, ani pod Grunwaldem, ani nawet pod Mozgawą. Miała za to siedmioro dzieci w wieku od kilku miesięcy do dziewięciu lat. Mąż jej niedawno umarł, a reszta rodziny od dawna już spoglądała na świat z królestwa niebieskiego. Szkoda tylko, że nie kwapiła się do wstawiennictwa za biedną kobieciną, gdyż już od dawna jej życie było pasmem udręki. Nadchodził przednówek. Stara Wojciechowa siedziała w chałupie, kołysząc swe najmłodsze dziecko, małego Michałka. Wczorajszego dnia pochowała siedmioletnią córeczkę, Marysię, a w zimie – synka Antka. Popłakała wraz z pozostałymi dziećmi nad małymi grobami, westchnęła do Boga za ich dusze, a potem wróciła, skrycie ciesząc się, że mniej będzie do karmienia. A może im lepiej tam, gdzie są, niż przy starej matce? Zresztą, przecież nie ona jedna. Mało ich to zmarło? Do chaty wszedł najstarszy chłopak, Wojtek. Przez ramię miał przerzucony połatany worek, a na nogach – stare buty, podobnie jak imię odziedziczone po ojcu - z tą różnicą, że imię było tylko jego, a buty – całej rodziny. Był cały mokry, jakby właśnie z jeziora wylazł. Ukłonił się matce i wysypał zawartość pakunku na stół z trzema nogami. - Tylko tyle dzisiaj znalazłem – powiedział ponuro, patrząc na pięć zgniłych ziemniaków. Nic nie powiedziała, bo i co miała mówić? Wola boska. Tylko serce jej się krajało. Dwoje już zmarło, ile wytrzymają inne? Na zewnątrz padał deszcz. Rzeczka przepływająca przez pola za wioską wezbrała. Z powały ciekła woda, tworząc na podłodze rozległe kałuże, w których taplała się najmłodsza część potomstwa i łaciata koza Kromka na zimę zaproszona pod dach. Dobre to było zwierzę a rozumne jak człowiek. Niecodzienne imię wzięło się stąd, że kiedyś, gdy chata była opuszczona, sama wlazła i zjadła suchy chleb zza pieca, w tym celu przegryzając uprzednio płócienny worek. Że działo się to czas jesienny, to nikt nie miał jej tego za złe – tym bardziej, że był to bardzo urodzajny rok. Następnego dnia, pierwszy raz od tygodnia, zza chmur wyszło słońce. Oświetliło rozmiękłą ziemię, przemoczone kury i wiecznie chylące się ku ziemi chatki przypominające staruszki wspierające się na kosturach. Przejrzało się w wodzie z kamiennej studni z wyszczerbioną krawędzią i wpadło pierwszymi promieniami do brudnych izb. Wojciechowa włożyła swoją najładniejszą chustkę przed wieloma laty kupioną na targu miejskim przez nieboszczyka męża. Pięknie wyhaftowano na niej kwiaty o czerwonych jak krew płatkach. Wszystkie sąsiadki zazdrościły takiego chłopa, który prezenty do domu zwozi i na wódkę u Moszego nie wydaje jak inni. A on przysiągł własnej matce leżącej na łożu śmierci, że ani kropelki do ust nie weźmie, żeby swojej rodzinie nie zgotować takiego losu, jaki jemu zafundował ojciec – pijak sławny na całą okolicę. Staruszka uśmiechała się lekko i błogosławiła synowskiej głowie, obiecując, że u wszystkich świętych się wstawi, by dodali mu w tym sił. A ona, przyszła żona słuchająca ich słów, była taka szczęśliwa. Wydawało się, że dobre i spokojne życie ją czeka z takim chłopem. A tymczasem zaraza na wieś przyszła i umarł, w tym samym dniu, co Antek… Kobieta uśmiechnęła się do tych lepszych wspomnień, zakołysała jeszcze raz Michałka, ośmioletniej Małgosi przykazała go pilnować, po czym wyszła z chaty, kierując się w stronę lasu. Kromka chciała biec za nią, ale po drodze złapał ją Wojtek z Kubą, wprowadzając z powrotem do izby. Jeszcze tego by brakło, by gdzieś zaginęła. Po drodze Wojciechowa spotkała kumę Jadźkę. Szła zgarbiona, powoli, jakby wracała z bardzo dalekiej podróży. - Niech będzie pochwalony! – zawołała do niej Wojciechowa. Nie usłyszała odpowiedzi. Gdy podeszła bliżej, zobaczyła, że to łzy nie pozwalają Jadźce mówić. – A cóż ta? - Syna mi zabili – załkała, zasłaniając twarz pooranymi zmarszczkami dłońmi. – Kradł podobnież śliwki z pańskiego drzewa. Z krócicy mu prosto w gębę wypalili. Boże, Boże, moje ostatnie dziecko! – zawyła, osuwając się na kolana. Wojciechowej żal się zrobiło kobiety. Przed rokiem miała jeszcze troje i czwarte w drodze. Chłopaki zdrowe, udane, pomocne – a tu przyszła ta straszna zaraza i dwójkę zabrała. Tamto straciła, jak z kołyski wypadło. A teraz ten. Sama została, jak ta sierota, chociaż z mężem. Ale taki to i mąż, bardziej wódce i Moszemu zaślubiony. Westchnęła i wzięła sąsiadkę pod rękę, prowadząc ją do domu. Po drodze Jadźka wykrzykiwała tylko imię boskie i klątwy pod adresem dziedzica, aż ją hamować musiała, by nie bluźniła. Gdy nieszczęśnica została już pod opieką dwóch innych kumoszek, które przybiegły zwabione hałasem, kobieta znów udała się w swoją drogę. Ścieżka była szeroka, rozmokła, więc co chwila zapadała się w błoto. Kilka razy zgubiła nawet but, którego potem gorączkowo szukała wśród pluchy. W końcu doszła do lasu, gdzie było już trochę lepiej. Zmierzała do położonej na polanie chaty. Na ławce przed nią siedziała zasuszona staruszka przebierająca łodygi jakichś roślin. Babka Halina. Najbardziej poważana osoba w całej wiosce. Wszyscy do niej chodzili po rady. Zdaje się, że żyła już ponad sto lat, ale nikt nigdy jej o to nie spytał. Umiała leczyć choroby, odczyniać uroki, robić trucizny i rzucać klątwy. Zapewniało jej to dobre życie we wsi. Teraz podniosła wzrok na niespodziewanego gościa. Wojciechowa przeżegnała się szybko, mając wrażenie, że niebieskie oczy widzą wszystko, choćby było schowane najgłębiej w sercu. - Babko, moje dzieci głodują – powiedziała cicho, podchodząc bliżej. – Poradź, co mam robić. - Dziecino, ja ci już kilka razy mówiłam, że nie wiem – odparła babka, nie przestając przesuwać w rękach łodyg roślin jak paciorki różańca. – Nie ma jagód w lesie, zwierzyna pańska, a kozy nie chcesz zabić. - Jak mogę ją zabić, jak to nasza ostatnia żywicielka? – spytała zrozpaczona matka. - Ja ci powiem – babka pochyliła się i chwyciła ją za ramiona. – Idź pod kapliczkę świętego Jana i módl się tam. A w końcu przyjdzie ci do głowy jakiś pomysł. On jest opiekunem wdów… Wojciechowa posłuchała rady, bo co innego jej pozostało? Poszła. Kapliczka nie była daleko. Wisiała na starym dębie u wyjścia z lasu. W tym miejscu przez obfite deszcze ścieżkę przecinało szerokie, błotne bajoro. Wolała je ominąć. Słyszała jak kilka dni temu pańska karoca ugrzęzła tu aż do połowy wysokości koła. Podobno pan dziedzic strasznie się zdenerwował i prawie zatłukł batem jednego z chłopów, męża młodej Justynki, którzy pomagali im się wydostać. Chłop do dziś leżał jak kłoda na łóżku, majacząc coś w gorączce. Justynka całe dnie błagała Niebo, by nie umierał, bo jak ona sobie sama poradzi? A ledwo przed rokiem ślub wzięli, całą wieś sprosili… a jakie to było wesele! Długo jeszcze mówiło się o nim w chałupach. Połowa chłopów wyszła z łbami porozbijanymi. Zgodnie z radą babki Wojciechowa zaczęła się gorąco modlić, ale nie minęły nawet trzy zdrowaśki, kiedy usłyszała czyjeś kroki. Rozpoznała głos młodej panny dziedziczki Laury, ukochanego oczka w głowie swoich rodziców. Panienka rozmawiała z jakimś mężczyzną. Wojciechowa przechyliła z ciekawością głowę. Nie był to głos jej narzeczonego. Ale jakże to? Przecież jeszcze tydzień temu pan dziedzic tak radośnie przyjmował go we dworze. Podobno był to jedynak jakiejś jeszcze znaczniejszej rodziny, jakiś hrabiów czy nawet książąt. Przynajmniej słyszano tak od Walka, który służył za stajennego. Przyjmowano go wszystkim, co najlepsze, nawet dziwnymi, zagranicznymi specjałami, o których Waluś mówił, że pachną jakby już z lepszego świata przyleciały. Wojciechowa miała okazję widzieć tego magnata – ładny był to młodzieniec. A panna Laura jak szczebiotała przy nim, jak skakała, jak się krygowała! A on takie jej komplementy prawił, tak urodę zachwalał… Z kim ona tak rozmawiała teraz, jeśli nie z nim? Kobieta ostrożnie wycofała się głębiej między drzewa, ściągnęła chustkę, by czerwień kwiatów jej nie zdradziła, przekradła się kilkanaście metrów w stronę słyszanych głosów i wyjrzała przez szczelinę w krzaku jałowca. Laura stała z Pietrkiem, synem Andrzeja Pietruchy, świeć Panie nad jego duszą. Chichotała dokładnie tak samo jak przy narzeczonym. Pietrek nie starał się natomiast upodobnić do konkurenta w krasomówstwie. Zawsze był oszczędny w słowach, za to pierwszy do czynów. I teraz chyba chciał do nich przejść, bo obcałowywał ją po szyi i obłapiał w talii jakby dzień po ślubie byli. Niechybnie położyłby ją na ziemi i zabrał się do rzeczy, gdyby nie jej śmiechy: „Oj, gdyby się tatko dowiedział!”. Gdy się tak śmiała, on jakby przypominał sobie o bożym świecie i hamował trochę w zapędach, bo faktycznie – gdyby się tatko dowiedział… Wojciechowa po cichu wróciła pod kapliczkę, nie wyszła jednak z zarośli. Usiadła na omszałym kamieniu i znów zaczęła modlić się do świętego Jana. Dziedziczka to nie jej problem, jej problemem były w końcu dzieciaki. Gdyby tak choć trochę pieniędzy skapnęło… - Oj, oj, bo buciki pobrudzę! Oho! Oto i nadchodziło narzeczeństwo nieboskie. Laura wygięła różane usteczka w podkówkę i uwiesiła się na szyi Pietrka. Ten mruknął coś pod nosem i wziął ją na ręce, przenosząc jednym skokiem przez błoto. Zachichotała, pytając, czy odprowadzi ją do ścieżki. Zgodził się skwapliwie, łapiąc ją znów i całując mocno. Po chwili zniknęli za drzewami. „Ech, co to się z tymi młodymi dzieje, Boga w sercu nie mają” – pomyślała Wojciechowa, po czym już miała wrócić do modłów, gdy nagle zaświtał jej genialny plan. Spojrzała jeszcze raz w kałużę błota pod kapliczką. Wzięła leżący nieopodal kijek i zmierzyła, ile ma głębokości. Sprawdziła, czy rzucony kamień się zapadnie. Zapadł. Pomyślała jeszcze chwilę, a potem uśmiechnęła, przeżegnała szybko i w te pędy pobiegła do wsi. Wszystkie sąsiadki zebrały się już u Jadźki. Nie płakała już, tylko siedziała i patrzyła dookoła strasznym wzrokiem. Nawet chłop jej, Kazik, wyszedł do karczmy, bo bał się, czy kija nie złapie i nie zacznie zabijać wszystkich dookoła, bo wyglądała, jakby ją złe opętało. Zagadywana nie odpowiadała albo rzucała ciche, straszne klątwy na rodzinę dziedzica, aż niektóre uszy zatykały i myślały, czy by po księdza nie jechać. Wojciechowa weszła cicho i usiadła w kącie, by posłuchać rozmów. A nie były one wesołe – tej umarł mąż, tamtej ojciec lub matka, jeszcze innej dzieciaki. Głód we wsi panował straszny. Komu nie udało się zachować choć trochę zboża, ten musiał prosić o łaskę sąsiadów albo do sąsiednich wsi chodzić. Wojtek chodził przecież aż do miasta, a i w kościele prosił o pomoc. W końcu gdy uznała, że dość już słyszała, klasnęła w dłonie. Wszystkie spojrzały na nią ze zdziwieniem. - Słuchajcie, ja chyba wiem, co by zrobić trzeba było, żeby na dzieciaki trochę grosza zdobyć – oznajmiła. Nadstawiły ciekawie uszu i pochyliły ku sobie. – Wiecie, że panna dziedziczka z andrzejowym Pietrkiem się zadaje? - O tam, to wszystkie wiedzą – zaśmiała się Walkowa, która przez męża zawsze była w dworskich sprawach dobrze poinformowana. – Już chyba pół roku mija, jak się zwąchali. A dziedzice jak te ślepe! Pozostałe się zaśmiały. Wojciechowa przez chwilę dała się zbić z tropu, ale szybko się pozbierała. - No nic, ale że błoto jest pod kapliczką od świętego Jana też wiecie? Przytaknęły, przypominając sobie historię z pańskim powozem. Niektóre spojrzały na siedzącą na uboczu Justynkę, która skrzywiła się i załamała ręce. - No to słuchajcie… * Następnego dnia po wsi i okolicach gruchnęła wieść – Wojciechowej, gdy się modliła, ukazał się sam święty Jan i powiedział, że przez trzy dni rozpoczynającego się właśnie Triduum Paschalnego przez błoto, które jest pod kapliczką i w które wpadło koło pańskiego powozu, będą mogły przejść suchą nogą te panny, które są jeszcze w stanie niewinności. Jeśli zapadną się po kostkę, to będzie znaczyło, że straciły już cnotę. Chłopy z początku niby się śmiały, ale gdy zobaczyły, jak spokojnie przechodzi po owym bajorze najmłodsza córka starego Kaźmierczaka, uwierzyli. Wiadomość o tym szybko dotarła do dworu, w którym akurat bawił przybyły na Wielkanoc narzeczony panny Laury. Równie szybko dotarły plotki o jej rzekomym złym prowadzeniu się. Z początku dziedzic śmiał się z „durnych chłopów”, ale panu amantowi wcale nie było do śmiechu. Gdy już miał odjechać przed czasem, dziedzic zrozumiał, że nie ma żartów i ubłagał go prawie na kolanach, by został. Na to on odparł, że zostanie, ale tylko pod warunkiem, że Laura da dowody swej niewinności, przechodząc przez owo cudowne błoto. Dziedzic zgodził się natychmiast, pewny swej córki. Ona sama z kolei, gdy o tym usłyszała, natychmiast zemdlała. Gdy ją docucono, wybroniła się stwierdzeniem, że to nagłe osłabienie wynikło z szoku, że narzeczony w nią wątpi. On jednak nie był wcale wzruszony tą słabością i wciąż obstawiał przy swoim. Zrozumiała, że znalazła się w sytuacji beznadziejnej. Związek z Pietrkiem skonsumowali już dawno temu. A teraz to nieszczęście! W nocy panienka znów wymknęła się z domu. Tym razem jednak nie szła na schadzkę, a do chaty Wojciechowej. Mały Kuba wystawiony na czatach już z daleka ją dojrzał i poleciał zawiadomić matkę. Ta natychmiast oderwała się od kołyski Michałka i rzuciła na kolana pod krzyżykiem wiszącym na ścianie, udając, że prowadzi gorący dialog z siłami wyższymi. Reszta potomstwa szybko klęknęła obok niej. Nie rozumiały, co prawda, o co chodzi w tej nagłej pobożności, ale rozumiały, że może to skutkować napełnieniem żołądków. Gdy więc panna Laura weszła do izby, zastała widok jak z misterium: kobieta otoczona gromadką dzieci modli się z pełną ufnością i spokojem do Boga, nawiązując z Nim jedyną, mistyczną więź. Sama się przeżegnała i wzruszyła, widząc ten obrazek. Przez chwilę nie śmiała nawet przestąpić progu, nie wiedząc, czy ma prawo postawić stopę na tym uświęconym miejscu. W końcu jednak przypomniała sobie swoją sytuację i odważyła się przemówić: - Niech będzie pochwalony, pani Wojciechowa! - Na wieki wieków – odparła kobieta, nie otwierając oczu. Wyglądała na w pełni skupioną na rozmowie z Opatrznością, ale tak naprawdę wiedziała, że gdyby teraz zobaczyła pannę Laurę, to natychmiast wybuchłaby śmiechem i cały plan by licho wzięło. - Pani… naprawdę ze świętym Janem rozmawiała? – spytała, bawiąc się końcówką ciemnego warkocza. - A tak – odparła Wojciechowa. - I.. to błoto to tak naprawdę? - Naprawdę, może panienka we wsi popytać, jak panienka nie wierzy. - Wierzę, wierzę! – zapewniła, rozglądając się nerwowo. – A… - westchnęła. – Pani wie, że ja w samą Wielkanoc muszę po tym błocie przejść, bo mój narzeczony inaczej mnie odrzuci? - Ano, coś słyszałam – wszyscy już wiedzieli, lokajczyk Felek specjalnie pod drzwiami podsłuchiwał. - A… nie dałaby pani rady… - znów zaczęła się bawić warkoczem. – Czy nie dałby się jakoś święty Jan… przekonać, żeby przez palce patrzył, jak ja przechodzić będę? Wojciechowa odwróciła się w końcu w jej stronę, udając niedowierzanie. - Chcesz świętego przekupić?! – krzyknęła, podnosząc się z klęczek. - Pani Wojciechowa, błagam! – tym razem Laura rzuciła się na kolana. – Jak mój narzeczony się dowie, że ja z Pietrkiem, jak tatko się dowie…! Do klasztoru mnie wyślą, z domu popędzą, wstyd, taki wstyd, Boże, Boże! – zaczęła ryczeć, wtulając głowę w jej szarą spódnicę. Wojciechowa powzdychała, powzdychała, skinęła na dzieciaki, by nie wstawały spod krzyża i w końcu przemówiła: - Dziecko, ja ci mogę spróbować porozmawiać ze świętym Janem… ale dużo wot w kościele trzeba by ofiarować za to, a to tylko ja mogę zrobić… - Ile trzeba dam, pani Wojciechowa, ile trzeba dam, tylko niech się nie zapadnę! – wyła wciąż Laura. Starsza kobieta uśmiechnęła się pod nosem. - Na jutro przywieź najwięcej, jak się da, kosztowności, żeby Pan Bóg widział, że żałujesz swych grzechów – a ja się będę modlić za ciebie. Panienka zgodziła się, ucałowała ją w rękę i pobiegła do dworu. Wojciechowa westchnęła i wróciła do modlących się dzieci. Miała nadzieję, że one wymodlą jej wybaczenie tego planu. Następnego dnia Laura kazała z samego rana zaprząc konie i jechać do swej najlepszej przyjaciółki. A potem do następnej. I jeszcze następnej. Chciała mieć pewność, że uzbiera dość, by kupić sobie odpust u świętego Jana. Każdej koleżance do nóg się kładła, płakała, błagała o poratowanie, obiecywała, że odda, jak tylko będzie mogła. A one, szlachcianki, serca miały czułe – więc ratowały jak mogły. Pod wieczór już uzbierał się wielki garnek wypełniony drogimi klejnotami. Uznała, że tyle musi wystarczyć, nie miała już więcej. Z domu też już nie mogła wziąć, opróżniła jeszcze poprzedniej nocy wszystko, co tylko mogła. Mimo to wracała z drżącym sercem. Zapadł już zmrok i po lasach zaczynały wyć wilki, huczeć sowy i potwory wychodzić z nor… Gdy dojechała wreszcie do Kurzogródka, szybko wyskoczyła z karocy i pobiegła wprost do Wojciechowej. Stangret zgodził się milczeć o tym niespodziewanym przystanku za złoty pierścień, który upatrzył sobie na wierzchu garnka. Odtrąciła stojącą w drzwiach Małgosię i przypadła do kobiety, która znów klęczała pod krzyżem. - Tyle wystarczy? – spytała, pokazując zdobyte skarby. Wojciechowej oczy się zaświeciły – nigdy nie widziała tylu kosztowności na raz. - Wystarczy – powiedziała, biorąc go z jej rąk. – A teraz idź do domu, a ja dobiję targu ze świętym Janem. Laura omal się nie popłakała z ulgi. Równie szybko jak wbiegła – wybiegła, znowu potrącając Małgosię. - Mamo, o co w tym wszystkim chodzi? – spytała mała, podnosząc się z ziemi. - O to, żebyście mogli żyć – odpowiedziała Wojciechowa, żegnając się. * Nadeszła wielkanocna niedziela. Wojciechowej udało się złapać pannę dziedziczkę po drodze z porannej mszy rezurekcyjnej. - Święty Jan powiedział, że Pan Bóg z racji święta Zmartwychwstania oko przymknie – Laurze już łzy w jasnych oczach błysnęły i chciała swą dobrodziejkę uściskać, ale ta jeszcze nie skończyła – ale wytargował tylko małą ścieżkę. Tam, gdzie leży najwięcej liści, ty masz zacząć iść prosto przez błoto i nie zbaczać. Inaczej utoniesz. Zrozumiano? Dziedziczka skinęła główką z wdzięcznością, ale serce wciąż trzepało jej się w piersi jak przerażony ptak. Nastroju nie poprawiał jej fakt, że jej tatko już od tego Wielkiego Piątku chodził zły i cały czas podkręcał wąsa, a narzeczony wcale się nie odzywał, tylko tak jakoś strasznie na nią patrzył, jakby już miał dowód jej niewierności. Ale teraz, myślała, już ja mu pokażę! Ach, Boże miłosierny! O piątej zebrał się cały Kurzogródek i cały dwór. Laura wystroiła się w białą suknię prawie do kostek, we włosy włożyła białą, sztuczną lilię, jeszcze tylko brakowało, jak stwierdziła Jadźka, żeby sobie skrzydła z gęsim pierzem przypięła i aureolkę z robaczków świętojańskich nad głową uwiesiła. Trzewiczki zdjęła, nie chcąc ich ze spodu ubrudzić. O całą resztę się nie bała, bezgranicznie ufając słowom Wojciechowej. W końcu nadszedł czas próby. Dziedziczka stanęła na liściach, leżących dokładnie w połowie długości błotnistego bajora, po czym ostrożnie postąpiła krok naprzód. Nie zapadła się. Stała pewnie. Następny krok – znów się udało! Poczuła wielką lekkość w sercu. Pod stopami czuła pewny, choć wilgotny grunt. Spokojnie przeszła na drugą stronę, a potem szybciutko z szerokim uśmiechem zawróciła. Udało się! Tatko uśmiechnął się wreszcie, a narzeczony rzucił się do przepraszania i zapewniania o swej niezachwianej wierze w niewinność panienki Laury. Ona sama prawie płakała ze szczęścia. Kobiety z Kurzogródka patrzyły na tą scenę z udawaną radością i źle ukrywanym politowaniem. A chłopy zastanawiały się, czy to błoto na pewno jest takie cudowne i czy święty Jan czasem nie oszukał. W nocy pod kapliczką pojawiły się dwie postaci. Jedną z nich była Wojciechowa, a drugą Jadźka. Schyliły się nad błotem i wyciągnęły spod niego sosnową deskę, z jakiej stary Moroń robił trumny. - No, to nam zapłaciła za nasze krzywdy – stwierdziła Wojciechowa, biorąc deskę pod pachę i zmierzając z powrotem do wsi. – Za te jej kosztowności to cała wieś będzie się do żniw mogła żywić albo i jeszcze dłużej. - I bardzo dobrze – stwierdziła Jadźka. – Tylko czy nam Bóg to oszustwo wybaczy? - Dla dzieciaków swoich to wymyśliłam, nie dla siebie – wzruszyła ramionami jej towarzyszka. – A On jest miłosierny. Może zrozumie. Zgodnie z przewidywaniami Wojciechowej nikomu w Kurzogródku nie zabrakło jedzenia aż do następnego przednówka. Chłopy nigdy nie dowiedziały się, że cudowne błoto było tylko podstępem bab. I lepiej, by się nie dowiedziały. Dowiedział się tylko ksiądz w konfesjonale, ale ludzki był pan, zwłaszcza, gdy otrzymał hojną zapomogę na kościół i nie robił problemu z rozgrzeszeniem. Panna Laura wyszła natomiast za swego narzeczonego i zdawać by się mogło, że nic nie jest w stanie ich rozdzielić. Do czasu, gdy powiła dziecko – chłopczyka rudego jak marchew albo trafniej jak Pietrek Pietrucha. Narzeczony czarny, ona też czarniawa – nie było wątpliwości. Skandal wybuchł na trzy powiaty. Ale to już inna historia.



        Dedykacja: Praca na Wyzwanie Prozatorskie! Słowo-klucz: błoto. Płeć bohatera: kobieta.

Płeć: nieznana
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 7    
Data dodania: 29.12.2011r.

1     

Dawied Użytkownik wpmt 22 01 2012 (17:30:07)

Świetny pomysł, styl, język (choć momentami miałem wrażenie, że ciemne baby ze wsi, są za sprytne i zbyt wygadane. Zresztą nie sądzę, by panienka tak kulturalnie zwracała się do głównej bohaterki). Doczepić można się tylko do enterów w połowie wersów. Nie rozumiem czemu miało to służyć, a jeżeli to błąd to mógł ktoś to poprawić.np "- No nic, ale że błoto jest pod kapliczką od świętego Jana też wiecie?
Przytaknęły, przypominając sobie historię z pańskim powozem. Niektóre spojrzały
na siedzącą na uboczu Justynkę, która skrzywiła się i załamała ręce. "


Ell003 Użytkownik wpmt 22 01 2012 (20:11:05)
Tak, to błąd - w oryginale tych enterów nie było. Co do sposobu zwracania się do "baby ze wsi" przez "panienkę" - pamiętaj, że "baba ze wsi" podobno miała kontakty ze sferą wyższą i ta sfera wyższa mogła "panienkę" nieźle pogrążyć, więc lepiej odzywać się grzecznie ;)

Dawied Użytkownik wpmt 22 01 2012 (20:52:30)
Mimo wszystko rozmowa jak równy z równym dla rozpieszczonej panienki z dworu powinna przychodzić z większą trudnością ;0

Mozzie Użytkownik wpmt 30 12 2011 (22:35:46)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Lubię XIX wiek. Już na wstępie masz za to u mnie dużego plusa. A także za to, jak opisujesz te czasy. Nie sypiesz suchymi faktami, wnikasz bardzo głęboko - w życie niższych sfer, ich utrapienia, głód, biedę, epidemie, cierpienie, śmierć. To wszystko było straszne, ale ludzie musieli sobie z tym jakoś radzić. To, co zrobiła Wojciechowa i inne kobiety, było niedobre. Ale czy miała wyjście? Przecież chodziło o przeżycie. Kiedy czytałam Twoją pracę, przypomniał mi się Thomas Hardy, a dokładniej jego powieść "Tessa d'Urberville". Z historią tytułowej bohaterki gorąco polecam się zapoznać, bo jest naprawdę tego warta, natomiast chcę zwrócić uwagę na jedno, bardzo istotne zdanie: "Panie, radziłeś nam obrać lepszą drogę, aniżeliś na to pozwolił". Są w życiu takie sytuacje, kiedy mamy tylko dwa złe wyjścia albo nie mamy żadnego.

Podoba mi się styl, jakim piszesz. Taki lekki, chociaż opowiadasz o czasach niezwykle ciężkich, być może niezrozumiałych dla współczesnego człowieka, jednak idealnie wkomponowany w historię. Wszystko jest żywe, prawdziwe i dograne. Technicznie praca jest idealnie dopracowana. Do tematu podeszłaś bardzo poważnie, myślę, że bez wcześniejszych przygotowań, gromadzenia wiedzy, by się tutaj nie obeszło. Jestem pełna podziwu. Druga praca na portalu i znowu zaskakujesz. Póki co jesteś moją faworytką.

Sześć.

Lokata Użytkownik 29 12 2011 (20:28:13)

Napisałam bodajże "dobrze", w sensie - zgodziłam się na to skasowanie :)

Mozzie Użytkownik wpmt 30 12 2011 (13:06:17)
Czy praca miała być usuwana z prośby autorki? Bo z komentarza Lokaty ciężko coś wywnioskować.

Ell003 Użytkownik wpmt 30 12 2011 (19:05:21)
Tak - za wcześnie kliknęłam "wyślij" i poprosiłam o usunięcie tamtej wersji.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9701 | Proza: 2330 | Publicystyka: 721 | Komentarze: 68306 | Użytkownicy: 12452
Online(16): 16 gości i 0 zarejestrowanych: