warto go przeczytać
Pseudonim: Tolek Banan
Słońce wrzało w mojej głowie, gdy wciągałem na siebie podarte jeansy. To nie był najprzyjemniejszy poranek. Spojrzałem na zegarek - siódma, och, ile jeszcze razy muszę wstać ze świadomością, że marnuję sobie życie? Szkoła potrafi zdołować. Pod bramą gimnazjum byłem o ósmej, a oni już tam stali - P. i M. śmiejąc się głośno i zaczepiając dziewczyny z młodszych klas. Podszedłem wolno, przywitaliśmy się i bez słowa ruszyliśmy w stronę szkolnych trybun, gdzie usiedliśmy i czekaliśmy aż rozpocznie się kolejny, nic nie wnoszący, rok nauki i kolejny zmieniający wszystko rok naszej przyjaźni. Zielone mury szkoły na przemian zachodziły ciemnymi chmurami i tryskały snopami iskier, w naszych głowach tkwiła jedna tylko myśl - "co przyniesie ten rok?".
Trzy miesiące później wróciłem do domu. Śmierdząc papierosami, które były wtedy młodym jeszcze (dla mnie) nałogiem, otworzyłem drzwi w dobrym humorze. I oczywiście, jak zawsze, moja rodzina musiała wszystko spieprzyć. Byli milczący, ponurzy i nieobecni.
- Cholera jasna, moglibyście choć raz ucieszyć się, że wracam. Rzygać mi się od was chce.
Mama podeszła do mnie, przytuliła się.
- Dziadek nie żyje.
Te słowa dotarły do mnie po kilku sekundach wraz z myślą "jestem śmieciem". Objąłem ją ramieniem, po czym zamknąłem się w swoim pokoju. Usiadłem przy biurku i zacząłem się kiwać jakbym miał chorobę sierocą. "Czemu nie płaczesz, kurwa, zacznij płakać".
Następnego dnia matka przyszła do szkoły. W oczach miała łzy, ale musiała przyjść. Nauczyciele powiedzieli, że albo przejdę na nauczanie pozaszkolne, albo mnie wyrzucą, bo nie potrafią sobie ze mną poradzić. W innej sytuacji bardzo by mnie to podbudowało, ale wtedy czułem się żałosny. Nienawidziłem siebie za wszystko. Do domu wróciłem późnym wieczorem. Naprawdę nie chciałem żyć i pocieszałem się tylko, że teraz będzie z górki. Och, jak bardzo się myliłem. W domu wciąż panował grobowy nastrój... to chyba odpowiednie określenie. Mama wzięła mnie do kuchni.
-Tolek, Sara ma cukrzycę.
Nie rozumiałem. Nie wiedziałem, co ta siedzące metr ode mnie, obca kobieta mówi. Zamknąłem się w pokoju. Czułem się dziwnie. Sufit zaczął opadać, a ściany giąć w pół. Sypał się tynk, a ja słyszałem tylko głuche, odległe szuranie butów, tak okrutne i bezlitosne w przywoływaniu do rzeczywistości. Światło zaczęło migać i nagle ściany puściły, sufit zwalił się na mnie, a ja zacząłem płakać. Błagałem bym to był ja. Nic nie wiedziałem o tej chorobie, poza jednym - jest nieuleczalna. Nienawidzę nieuleczalnych chorób. Przerażają mnie. Przeraża mnie bezsilność i ograniczenia. Długo płakałem. "Moja mała siostrzyczka".
Miesiąc później leżałem zarzygany w śniegu. Jabol odbierał mi wszystko, co miałem, a było tego niewiele. Wielka, ciemnozielona butelka wciskała moją twarz w lodowaty puch. I znów płakałem.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 24.03.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(17): 13 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus