warto go przeczytać
Pseudonim: Tolek Banan
Gwiazdy skrzyły się błękitem, a ja pędziłem z zawrotną prędkością spadania z ławki w wielkim, kosmicznym tunelu. Zderzenie z materią nie było bolesne, ale całkiem szybko uświadomiło mi, gdzie właściwie się znajduję. Powróciłem na deski - żółte i za wąskie dla mojego rozciągniętego przez grawitację ciała. Nie wiem, ile minęło czasu, ale po jego absurdalnie nienamacalnym upływie, uderzyła mnie myśl. Z początku bezkształtna, powoli zaczęła się formować, dając w końcu swój odległy obraz: "Obok mnie usiadła moja przyszłość". Ospale odwróciłem zielonkawy łeb w prawo i przez przymknięte oczy zobaczyłem żula. Żul wyglądał, jak to mają w zwyczaju żule, brudnie i śmierdział alkoholem. Do mojej zeszmaconej świadomości urywkowo docierały demony jego smutnej egzystencji: "Wczoraj", "Dołek", "Pały" i oczywiście "Poratuj". To ostatnie zmusiło mnie do odruchowej odpowiedzi, choć nie jestem pewien czy wydobyłem z siebie jakikolwiek dźwięk. Chwilę jeszcze myślałem nad tym, co ja tu właściwie robię, a potem, w geście raczej spontanicznym i nieprzemyślanym, postanowiłem zostać detektywem. Moje dochodzenie jednak nie przyniosło wielkich wyników, a papierosy jak zaginęły, tak nie zostały odnalezione, ale i tak pozostał szary, nierzucający się w oczy prochowiec. Kolejną scenę moja, chora psychika kręciła w szkole, po niewiadomym upływie czasu i przestrzeni, skąd jednak szybko uciekłem, gdy tylko dotarło do mnie, że nie wypada rozmawiać z nauczycielami w tym stanie, bo mogliby nie docenić mojej głębi. I tym sposobem wylądowałem gdzieś na trawie (dosłownie i w przenośni), a krawężnik rozciągnął moje członki między śmietnikiem, a latarnią. Zastanawiałem się nad zawodem jaki jest mi przeznaczony, a los nieustannie mi o nim przypomina, ale wcześniej nie brałem pod uwagę latarni. Wreszcie dotarłem do swojego własnego łóżka.
Nad ranem jakaś znajoma z twarzy istota obudziła mnie oznajmiając, że już południe, a ja zachodziłem w głowę, o co jej właściwie chodzi, jednak podejrzewając, że to może być moja własna matka, wygrzebałem się niechętnie z łóżka i powlokłem do kuchni, by po raz tysięczny otworzyć i zamknąć lodówkę nie wyciągając z niej nic po drodze.
Nie wiem, kiedy dokładnie zrozumiałem, że moje życie nie ma sensu. Ta myśl docierała do mnie powoli i stopniowo, aż pewnego dnia obudziłem się chory. Chora, oczywiście, była moja dusza. Chory był mój umysł. Ciało dołączyłem z pewnym opóźnieniem. Wiem, że gdy uświadomiłem to sobie przestałem istnieć, zostałem rozbity na miliony małych, bezbronnych kawałków, z których każdy marzył o śmierci, a jednocześnie, nie posiadając kończyn, musiał gnić żywy i przytomny, w pewnym stopniu odbierający nawet bodźce z zewnątrz. Przez świadomość własnej marności zmarniałem i zamknąłem się w sobie, zyskując jednocześnie wielu wyimaginowanych przyjaciół, pozbawionych wprawdzie różnych części ciała i dobrych względem mnie zamiarów, ale dysponujących za to całą masą wolnego czasu. Zwłaszcza nocami. Tak umarłem. I opiszę to, co spotkało mnie po śmierci. To, co spotkało mnie gdy odzyskałem chęci do życia.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 23.03.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(19): 15 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus