warto go przeczytać
Nasze życie przepełnione jest tajemnicami. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dzielimy nasz świat z duchami. Bez celu snują się po ziemi strasząc i nawiedzając. Duchy to w prostym wytłumaczeniu zagubione dusze ludzi, którzy nie dostali się do nieba. Zdarza się również, że człowiek opuścił ciało metodą oobe i nie udało mu się powrócić do świata żywych. Wiele dusz krąży po Blackwood Village i nie wszyscy je widzą. Blackwood Village to małe miasteczko, lekko zacofane w rozwoju, w którym jest tylko jeden sklep spożywczy. Nie mieszka w nim więcej niż pięćset osób. Nie jest to lubiana miejscowość. Ze względu na wstrząsające wydarzenia, została usunięta z map Ameryki Północnej.
Zapowiadał się kolejny bezlitosny dzień. Za oknem było szaro i zimno, na dodatek wiał wiatr. Na uschniętym dębie stojącym tuż przy oknie do mojej sypialni siedział czarny kruk. Badawczo mi się przyglądał czarnymi, lśniącymi oczami. Po chwili odleciał jakby zobaczył potwora.
Z ściany wyszła dziewczyna o kruczoczarnych włosach i ciemnych oczach. Miała miły wyraz twarzy i bardzo sympatyczny, ujmujący uśmiech. Odziana była w długą, białą, aksamitną suknię. Cała jej postać w całości była przeźroczysta. Niespodziewanie do mych uszu dotarło brzmienie melodii organów kościelnych. Muzyka grozy, niczym wyjęta z horroru. Melodia ta budziła we mnie strach i dreszcze na karku.
Samanta wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, jedną ręką oparła się o stare krzesło. Z tego, co pamiętam, ma ona jakieś sześćset lat. Pomimo wielu lat jest wspaniałą przyjaciółką.
- Znów kazałaś Michaelowi grać na tych organach? - spytałam siadając na łóżku.
Wsłuchała się w melodię.
- Nie, a czemu pytasz? - spytała mrużąc oczy i podnosząc jedną brew.
- Ostatnio zauważyłam, że gdy się pojawiasz towarzyszy ci ta potworna muzyka.- skrzyżowałam ręce na piersi.
- Przypadek.- machnęła ręką.
- Czyżby? - spytałam podejrzliwie.
- Ach, dobra, po prostu lubię taki nastrój.- uśmiechnęła się głupawo.
- Wiedziałam.- podeszłam do szafy z ubraniami.
- Jakie mamy plany na dziś?- spytała przeglądając jedną z moich ulubionych książek.
- Nie wiem, może powałęsamy się po okolicy? - zaproponowałam.
- Nie znudziło ci się to?
- Nie, czemu pytasz? - spojrzałam na nią z ukosa.
- Tak tylko.- wzruszyła ramionami.
Schodząc na dół, schody skrzypiały z każdym moim krokiem. Z daleka usłyszałam brzęk uderzanych o siebie garnków, babcia już coś kuchciła. W całym domu było czuć zapach pieczonego ciasta. Samanta szła ze mną. Babcia nie widzi duchów, nie posiada takiego „daru”. Nie lubię się chwalić tym, że widzę duchy, praktycznie nikt o tym nie wie. Kiedyś powiedziałam o tym mojemu przyjacielowi, ale on utopił się w rzece. A właściwie, to duchy mu w tym pomogły. Duchy często mszczą się na ludziach za swój los. Zazdroszczą nam tego, że żyjemy i że mamy to, czego one nie miały. Bywa tak, że zabijają dla zabawy - żeby urozmaicić sobie wieczność. Są zdolne do wszystkiego, tym bardziej, że wiedzą, że nie spotka je za to kara.
- Jak ci się spało, kochanie?- spytała babcia widząc mnie w salonie.
- Dobrze.- uśmiechnęłam się ciepło do staruszki.- Powiedz mi babciu, co tam tak kuchcisz? - weszłam do kuchni.
- Szarlotkę.- spojrzała do piekarnika.- Jeszcze piętnaście minut.
- Będziemy mieć gości? - babcia zawsze piecze szarlotkę, kiedy mamy mieć gości.
- Pani Laura przyjdzie dzisiaj z Michaelem. Mam nadzieję, że zechcesz nam towarzyszyć podczas obiadu?
- Ja…- przyłożyłam dłoń do czoła nie wiedząc, co powiedzieć.
- Znów idziesz do tych swoich przyjaciół?- spytała z niechęcią.
- Nie, ja…- próbowałam wyjaśnić.
- Znikasz na cały dzień, nie wiem gdzie jesteś, co robisz, martwię się o ciebie. Noemi, nie możesz tak robić. Masz być na obiedzie, obowiązkowo.- spojrzała mi w oczy.- Unikasz Michaela już trzy miesiące, mogłabyś się zachować jak szesnastolatka.
- Babciu! - przerwałam jej. - Wiem, że Michael to miły chłopak, ale zrozum to, ja go lubię, ale nic więcej.- spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.- Wybacz babciu, muszę już iść. - ruszyłam pospiesznie w stronę korytarza.
- A śniadanie? - spytała.
- Nie jestem głodna.
Pośpiesznie opuściłam dom. Odetchnęłam z ulgą. Nigdy nie lubiłam rozmawiać o Michaelu i pani Laurze. Za wszelką cenę próbują mnie z nim połączyć, jakby nie miały już nic do roboty na starość. Owszem, Michael to miły chłopak i bardzo utalentowany muzycznie, ale sęk tkwi w tym, że nie zamierzam mieć na razie chłopaka, gdyż mam na to jeszcze sporo czasu.
Stojąc na schodach jeszcze raz spojrzałam na stare drzwi. Odwracając się niemal krzyknęłam z przerażenia. Krok przede mną stał stary mężczyzna z siekierą w ręku. Patrzył na mnie wilczym wzrokiem. Oczywiście w całości był przeźroczysty. Zgromił mnie spojrzeniem swych ciemnych oczu, po czym przeniknął przez ścianę prosto do kuchni, w której znajdowała się babcia. Na szczęście ona ich nie widzi- dostałaby zawału gdyby zobaczyła jakiegoś ducha w swoim domu.
Kilka metrów od domu rozciągała się asfaltowa ulica, po której spacerowała przygarbiona staruszka, która również była duchem. Z każdym miesiącem duchów w Blackwood Village jest coraz więcej. Zapuszczone miasteczko, w którym jest masa opuszczonych i starych domów, to dla nich istny raj. Pustych domów jest naprawdę sporo, gdyż co roku wyjeżdża stąd kilka rodzin. Mnie jednak podoba się to miasteczko i dość mocno się do niego przywiązałam. Nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu. Poza tym mam tu swoich starych przyjaciół.
Tuż przy domu babci był dom pani Laury. Dzięki temu odwiedzały się nawet kilka razy dziennie. Dom pani Laury, był również zaniedbany jak dom babci. Najprawdopodobniej mogą już sobie liczyć osiemdziesiąt lat. Podeszłam do zasłoniętego okna, zza którego dobiegała przeraźliwa muzyka. Michael to prawdziwy artysta, uwielbia grać na swoich starych organach i fortepianie. Gdyby mieszkał w bardziej rozwiniętym miasteczku mógłby rozwijać swoją pasję, lecz niestety tkwi tutaj razem ze mną. Zapukałam do okna, lecz ten mnie nie usłyszał. Miałam wrażenie, że muzyka stała się jeszcze głośniejsza.
- Zostaw, tak jest fajnie.- powiedziała Samanta wsłuchując się w melodie.
Pokręciłam przecząco głową. Wiedziałam, że nie ma najmniejszego sensu wdawać się z nią w dyskusję, bo i tak postawi na swoim. Była uparta jak osioł i bardzo zdeterminowana, i nigdy nie odpuszczała jeżeli jej bardzo na czymś zależało.
Mocno zapukałam do okna, można powiedzieć, że wręcz w niej walnęłam z całej siły. Muzyka ucichła. Chwilę później zasłony odsunęły się, a za oknem stanął uśmiechnięty Michael. Przeczesał dłonią swoją kręconą czuprynę i otworzył okno na oścież.
- Cześć.- uśmiechnął się.
- Przyszłam cię tylko poprosić, żebyś przestał grać.- oparłam się o dom.
- A co, nie podoba ci się?- spytał podejrzliwie.
- Podoba, ale niedługo taką muzyką wypłoszysz resztę ludzi z miasteczka. Nie dość, że duchy…- urwałam.
- Powiedziałaś duchy?- zaśmiał się rozbawiony.- Chyba nie wierzysz w te wszystkie okoliczne plotki i legendy?
- Oczywiście, że nie wierzę.- zapewniłam.- Czemu codziennie wczesnym rankiem grasz tę muzykę grozy?- spytałam zaciekawiona, gdyż przecież on nie widzi duchów i dlatego Samanta nie mogła go o to poprosić.
- Nie wiem.- wzruszył ramionami.- Mam wrażenie, że ktoś tego pragnie i po prostu siadam i gram.
- Aha.- mruknęłam.
- Wybierasz się gdzieś?
- Skąd taki pomysł?
- Codziennie gdzieś rano wychodzisz. Pomyślałem sobie, że moglibyśmy pójść razem.- wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem.
- Nie możemy pójść razem.- pokręciłam przecząco głową.
- Dlaczego?
- Jestem umówiona z przyjaciółmi.- spojrzałam na niego z ukosa.
- Nie możesz mnie im przedstawić? Czemu nikt ich nigdy nie widział? Czemu to zawsze ty ich odwiedzasz, a oni ciebie nie? Może oni w cale nie istnieją?- zaśmiał się.
- Daruj sobie.- ruszyłam w stronę ulicy.
- Czekaj!- wyskoczył przez okno i dogonił mnie.
- Śpieszę się.- powiedziałam nie patrząc na niego.
- Chcę pójść z tobą.
- Ale ja z tobą nie. Wracaj do domu i graj sobie na tych swoich organach.
- Coś przed nami ukrywasz. Powiedz mi, i tak prędzej czy później wszyscy się dowiedzą.
- Daj mi spokój. Nie mam czasu na gadanie z tobą. I zrozum to - spojrzałam na niego- nigdy nie będziemy razem. Nawet jeśli moja babcia miałaby stać na rzęsach, ja i tak cie nie pokocham. Nic do ciebie nie czuje, więc daruj sobie odwiedziny i jakiekolwiek zaloty.
- Ale ty…- zaczął.
- Żeby pokochać trzeba czasu, zapamiętaj to sobie. A teraz muszę już iść.- zostawiłam go w tyle.
Przeszłam na drugą stronę ulicy i pośpiesznie weszłam do lasu. Już w nim będąc, obejrzałam się za siebie by spojrzeć na Michaela: stał ze spuszczoną głową, podrapał się po niej i wrócił do domu.
Odetchnęłam z ulgą.
- Ale mu wygarnęłaś.- zaśmiała się Samanta.
- Przestań. Wkurza mnie już.- ruszyłam wydeptaną przez zwierzęta ścieżką.
- Michael to miły chłopak, co ci się w nim nie podoba?
- Nie wiem, po prostu nie pasujemy do siebie.- wzruszyłam ramionami.
- Nie pasujemy do siebie.- powiedziała naśladując mój ton głosu.- Wszyscy dobrze wiemy, że kocha cię od piętnastego roku życia.
- Skończmy temat. Nie mam ochoty o nim gadać.
- Okej, a gdzie idziemy?
- Nad rzekę.
Samanta wzdrygnęła się i zatrzymała.
- Czemu nie idziesz?- i w tedy sobie przypomniałam.- Nie będziemy wchodzić do wody.- zapewniłam.
- Wiesz, że nie lubię tam chodzić.- skrzyżowała ręce na piersi.
- Wiem, ale za to później pójdziemy na wzgórze.- uśmiechnęłam się do niej na zachętę.
- Jak na wzgórze, to idę.- klasnęła w dłonie.
Samanta zakończyła swój żywot topiąc się w rzece. Nigdy nie chciała mi o tym mówić. Tę informacje wyciągałam od niej latami… Bawiła się z przyjaciółmi nad rzeką, miała w tedy siedemnaście lat. Nigdy nie przepadała za dużymi rzekami, więc nigdy do nich nie wchodziła. W pewnym momencie jeden z chłopaków postanowił wyciąć jej kawał i wraz ze swoim kolegą wrzucili ją na środek rzeki. Nie wiedzieli, że nie potrafi pływać. Kiedy zaczęła się topić - uciekli. Nie pomogli jej - po prostu zwiali. Wiedzieli, że zginie, jeżeli jej nie pomogą, nie wezwali nawet pomocy. Jeszcze tego samego wieczoru rodzice Samanty zaczęli jej szukać. Lecz kiedy ją znaleźli, było już za późno. Nie wiem jak oni mogli tak zrobić. Nie zniosłabym myśli, że to przeze mnie ktoś stracił życie. Od tamtej pory Samanta nie znosi chodzić nad rzekę. Jeżeli już tam chodzi, to trzyma się z dala od wody. Jednakże gdy w grę wchodzi wzgórze, na którym jest opuszczony dom - jej ulubione miejsce - skłonna jest nawet usiąść na brzegu.
Po kilkunastu minutach dotarłyśmy nad rzekę. Była rwąca i szeroka, i przede wszystkim wystarczająco głęboka, aby można było się w niej utopić.
Wdrapałam się na drzewo, którego konary uginały się nad taflą wody. Usiadłam na jednej z gałęzi i wpatrzyłam się w swe odpicie: brązowe włosy po ramiona, które nieco się zakręciły od wilgoci, wyrozumiały wyraz twarzy i piwno-zielone oczy. Nic się nie zmieniło od wczorajszego wieczoru. Urodą to ja nie grzeszę - tak to można ująć.
Ocena: 4
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 04.02.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(19): 15 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus