warto go przeczytać
Siedziała zawsze na tym samym miejscu – obok mostu, na pniaku po wielkim dębie, ściętym kilkanaście lat temu po tym, jak spłonął po trafieniu pioruna. Wyganiała ją stamtąd jedynie ostra zima lub ulewny deszcz, ale gdy tylko pogoda poprawiała się, natychmiast pojawiała się nie wiadomo skąd, wyciągała z pokrowca starą, odrapaną gitarę i niezbyt mocnym, choć czystym głosem zaczynała śpiewać. Jej widownią zwykle były ptaki i koty, ludzie z rzadka przechodzili akurat tym fragmentem drogi. Wszyscy w miasteczku znali Bardkę, choć nikt nie wiedział jak ma na imię, ani gdzie mieszka. Przywykli do niej, jak przyzwyczaja się do zapachów lub do odgłosu przejeżdżających pod domem pociągów.
Gdy po tegorocznej zimie nie powróciła na pierwsze roztopy, każdy przechodząc obok jej pniaka, tym razem pustego, mimowolnie szczelniej otulał się płaszczem i niespokojnym wzrokiem omiatał ostre granie gór wznoszących się po obu stronach doliny, nie mogąc odnaleźć źródeł niepokoju powoli pączkującego we wnętrzu serca.
Można by to wszystko przewidzieć i zapobiec. Nie trzeba było do tego wyrafinowanej matematyki, rozwiązania układu tysięcy równań różniczkowych (choć ono na pewno też wskazałoby taki rozwój wypadków, jaki miał miejsce). Każdy sam z siebie doskonale wiedział, że prędzej czy później musi się to wydarzyć. Ale ludzie, jak to ludzie, uparcie i z niezrozumiałych względów szczerze przekonani byli, że nastąpi nie za ich życia, że ktoś inny powinien zrobić coś, by temu zaradzić. Nie akurat oni. Nie teraz.
W październiku, gdy wszędzie na potęgę trąbiono o, nadchodzącej ciężkiej i obfitej w śnieg, zimie, po której ma nastąpić pełna opadów wiosna, burmistrz zajęty był organizacją obchodów 250-lecia nadania praw miejskich i nie było czasu, by zajmować się niemal stuletnim problemem. Potem, wiadomo, święta, święta i kac po Nowym Roku. Nikt nawet nie zorientował się kiedy przyszedł koniec lutego, śnieg w górach zaczął topnieć, deszcz padać, a stara i fatalnie utrzymywana zapora - pękać.
Ocknęli się, kiedy było już za późno. W nocy huknęła pierwsza wyrwa w koronie tamy. Komuś wybiło szambo, ktoś inny odkrył, że ma zalaną piwnicę. W małym miasteczku wystarczyła niecała godzina, by wybuchła całkowita panika.
Szary, spowity mgłą świt ujawnił obraz jak z ostatniej wojny: kolumna ludzi z tobołami na plecach, z ręcznymi wózkami, a nawet wozami zaprzęgniętymi do koni ze stadniny, zupełnie nieprzystosowanych do bycia siłą pociągową, powoli przedzierała się przez głębokie błoto w kierunku wyjścia doliny. Padała lekka późnozimowa mżawka. Góry, w lecie pięknie się złocące o zachodzie słońca i przyciągające spragnionych kontaktu z dziką naturą turystów, teraz zdawały się patrzeć ponuro i mruczeć pod nosem „wszyscy zginiecie”.
Kilku śmiałków usiłowało wyjechać traktorami. Jeden ześliznął się z drogi i wpadł do wezbranej rzeki, drugi rozbił się o drzewo, reszta ugrzęzła w błocie. O tej porze roku drogi zawsze były tak rozmoknięte, że o jeździe samochodem można było zapomnieć. Kolejny problem, którego nigdy nie było czasu rozwiązać.
Przy wyjeździe z miasta, tuż przed pierwszym mostem, który jeszcze opierał się rozjuszonej wodzie, na pniaku siedziała jak gdyby nigdy nic Bardka i patrząc ponad głowami przechodzących tuż obok niej uciekinierów, śpiewała cicho:
Nasz dom nawiedziła woda
z dnia na dzień późną nocą wdarła się w sny
Nasz dom nawiedziła woda
zadzwoniła pozdrowiła wpadła do drzwi
Mówię jej że to zbyt późna pora
dla poborcy i egzekutora
Dodaję grzecznie: Pani władza
proszę nam teraz nie przeszkadzać
Zawsze mając ją za niespełna rozumu, przechodzili obok bez słowa, kiwając tylko głowami z politowaniem lub współczuciem. Nie czas przecież na śpiewy, trzeba ratować dobytek, dorobek życia, ładować na plecy i uciekać. Ale ona tylko śpiewała, uśmiechając się, kiedy jej wzrok spotkał się z oczami kogoś innego.
Nikt nie powiedział jej „uciekaj” ani „wskakuj na wóz”. Nikt też nie pytał, gdzie była. Dopiero mały chłopiec, idący gdzieś w końcu kolumny podbiegł do niej i zaaferowany zakrzyknął:
- Nie ucieka pani?!
Uśmiechnęła się do niego promiennie.
- Nie – odpowiedziała spokojnym głosem i wskazała na jednoosobowy dmuchany ponton, ukryty za krzakami - Już uciekłam.
- A rzeczy, zabawki? - spojrzał do tyłu na swoją matkę, ugiętą pod ciężarem wielkiego worka z uratowanymi z domu przedmiotami.
- Wszystko co chciałabym zachować, mam przy sobie - uśmiechnęła się znów, poklepując pudło gitary. Po chwili milczenia schowała ją do pokrowca, który wrzuciła do pontonu. - Idź już, dogoń rodziców, bo zostało niewiele czasu.
Chwilę później potężny huk, jak gdyby eksplodował skład materiałów wybuchowych, wstrząsnął zboczami gór. Zapora poddała nierówną walkę i kilometry sześcienne wody z rykiem ruszyły wąskim przejściem wciśniętym pomiędzy wysokie góry, tratując po drodze wszystko z dokładnością buldożera. W ciągu pół godziny dolina wypełniła się wodą na wysokość czterech metrów i wszystko się uspokoiło. Zapadła ciężka i duszna cisza. I tylko żółty dmuchany ponton na środku tafli brudnej wody odcinał się od burej szarości wszystkiego dookoła.
A ona mlčela
stála a hleděla
ani ryba ani rak
prostě jen tak
jenom tak
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 10
Data dodania: 01.01.2012r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(21): 17 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus