warto go przeczytać
- Zajekurwabiście! - rzucił niedopalony papieros i odwrócił się pomału.
- No no no, tak niewiele i ominęło by nas to spotkanie – Danny głos miał miękki, jak kondon, ale w tej sytuacji nie wiele to zmieniało.
- Spokojnie, nie będę nic próbował, a Ty postaraj się nie odstrzelić mi głowy, nie lubię jej tracić – gapił się na złowrogiego colta, który nie poradnie drżał w rękach chłopaka.
- O nie... - przeciągnął i splunął – za miło by było – uśmiechnął się i dodał – usiądź. - Pogadamy sobie, przy odrobinie szczęścia nie wsadzę ci sześciu kul w dupsko, żeby rozerwały ci jaja.
- Za dużo chłopcze filmów amerykańskich oglądasz – na ustach zagościł szelmowski uśmiech, wąs zadygotał tajemniczo i oczy się rozpromieniły – nie jesteś mordercą Danny.
- Usiądź – podniósł nieznacznie głos i wlepił zakrwawione oczy w swego przeciwnika.
- I co ty chcesz zrobić? Odjebało ci? Zostaw to...
- Siadaj kurwo!!! - ryknął, ręce przestały się trząść i wycelował.
Na huk wystrzału, odpowiedziało ujadanie psów, które zagłuszyło krzyk. Okna rozbłysły światłem, a zza firanek można było dostrzec zlęknione twarze. Noc znów ucichła, jakby nic, nigdy nie zburzyło jej spokoju. Królowała nad mrokiem gwieździstym niebem, niezasnutym nawet jedną chmurą.
- Widzisz księżyc? Za dwa dni pełnia. Wielki jest, nie?
... - przełknął ślinę, a z czoła na wargi zsunęła się kropla potu – przestrzeliłeś mi kolano... - dyszał ciężko.
- Celowałem w serce – rzucił Danny złowrogo i przykucnął.
- Zwariowałeś – oczy zdradzały jego przerażenie, ale udawał twardego – lada moment zjawi się policja, ludzie na pewno już po nich zadzwonili.
- Nie dożyjesz Ben – politowanie mieszało się z kipiącą zewsząd złością.
Ben leżał na zimnym, mokrym asfalcie, gdzie krótka uliczka łączyła się ze ślepą przecznicą. Jakieś trzydzieści lat wcześniej, w tym samym miejscu jego ojciec, o ironio losu, został zastrzelony na służbie przez drobnego dilera. Syn policjanta – tak długo wpajano mu to, że chyba nawet samo przeznaczenie w to uwierzyło.
Ciemna, skórzana marynarka skrywała berettę, ale jakoś nie miał ochoty jeszcze ryzykować. Dzieciak był za słaby, żeby tak po prostu z zimną krwią go rozwalić. Musiał jedynie grać na czas i wierzyć w swoje szczęście. Zastanawiał się, jak młody był w stanie przewidzieć jego ruch. Fakt faktem, grał z nim już od kilku dni, ale nie spodziewał się, że dawny kolega z podwórka będzie taki dobry.
- Skąd wiedziałeś? – zapytał.
- Najpierw mnie rozjuszyłeś, odbierając prawie wszystko. Tylko ona mi została i wiedziałem, że się o nią upomnisz. Czekałem cierpliwie i o to jesteś.
- Wiesz, że ona może jeszcze żyć... - próba wzbudzenia nadziei mogła go odwieść od tego szaleństwa, a już na pewno dałaby czas.
- Człowieku, lepiej żeby nie dożyła tego co się wydarzy.
- To twoja matka... - zaczął rozpaczliwie.
- Moja matka? Ja nie mam matki – wykrzywił usta w grymasie, który można było nazwać uśmiechem – Danny miał matkę, ale on już nie żyje. Zabiłeś go pierwszego dnia.
- Dzieciaku! To nie jest takie proste, myślisz, że strzelisz mi w głowę i nagle wszystko stanie się oczywiste? Nie skurwysynie, nie przywrócisz im życia. Myślisz, że zemsta jest tego warta? Biegnij ratować matkę, a sprawiedliwość zostaw Bogu. Możesz jeszcze żyć. Ja już wziąłem to co chciałem i odejdę!
- Boga nie ma – roześmiał się histerycznie – Jesteśmy tylko my, tu i teraz. Od śmierci dzieli cię tylko jedno pytanie. Dlaczego?
- Dlaczego? Powiedzieć ci dlaczego cienki fiutku? Bo mi się tak podobało. Bo uwielbiam karmić się ludzkim cierpieniem. Przeżywam orgazm, gdy odbieram innym szczęście, gdy mogę zniszczyć to, czego podobno zniszczyć się nie da. Mam wtedy władzę. Nawet teraz, gdy widzę w co cię zmieniłem, staje mi i mało nie eksploduje w ekstazie. O to ci chodziło? Tego chciałeś? I co lżej ci? Strzelaj patałachu!
- Ben – szepnął i spojrzał w niebieskie oczy mordercy – przecież na lodowisko mnie zabierałeś. Kochałem cię stary, byłeś mi jak brat.
- Z tą miłością, to jest tak – zastanowił się i zaśmiał sam do siebie – że twoja laska też mi ją wyznawała – spojrzał na kolano – gdy mi obciągała. Tobie też tak genialnie ssała? - roześmiał się.
- Ben... - Dannemu nawet jeden mięsień nie drgnął – po co taki człowiek, jak ty, żyje? Po co taki człowiek żyje? Po co?
- Żeby mógł żyć ktoś taki jak ty – szepnął Ben, gotując się na sięgnięcie po pistolet.
Danny podniósł się. Wycelował starego colta, kupionego za ostatnie pieniądze od miejscowego handlarza i pociągnął za spust. Huk pomieszał się z wyjącymi coraz bliżej syrenami. Danny zastanowił się przez ułamek sekundy, ile mu życia zostało. Minuta, może dwie, żeby dokończyć sprawę, a potem... Nie wiedział co będzie potem. Zabije Bena i nic więcej go nie obchodziło.
Ben dostał w brzuch i ledwo dyszał. Nie sięgnie po pistolet, za długo zwlekał. Pogotowie pewnie nie zdąży przyjechać. Zresztą, jakie miało to znaczenie, skoro zdeterminowany Danny szedł do niego wolnym krokiem.
- Wiesz, nie sądziłem, że dasz radę. Studencik, idealista z zasadami i zawsze najwyższą średnią stał się pospolitym mordercą. Szkoda, że nie dożyję czasów, jak będziesz robił za więzienną ciotkę, dilującą prochami.
Uderzenia butów o bruk niosły się, jak strzały. Trochę przypominały tykanie bomby, gdy do wybuchu zostało kilka sekund. Każdy krok złowieszczo przerywał wycie syren. Wokół niebiesko czerwonymi barwami robiło się jaśniej.
Dann pomyślał o matce i jej słowach: "Jestem z ciebie dumna. Wiem, że niełatwo było stąd wyjść, ale tobie się udało i jestem pewna, że przed tobą długie i dobre życie".
- Głupia – szepnął do siebie.
W głowie zadudnił głos Suzy: "Będziemy na zawsze razem choćby czas miał nas rozdzielić w tym świecie. Kocham cię, Dan"
- Ja ciebie też – powiedział prawie na głos.
Dla Bena to był wyścig z czasem. Musiał jakoś powstrzymać Dannego, musiał zyskać przewagę. Choćby ułamki sekund. Policja była tuż tuż.
- Danny, nie jesteś popierdolonym zabójcą. Nie zrobisz tego – rozpaczliwie zaczął czołgać się w tył.
- A właśnie, że zrobię – Danny uśmiechnął się, niczym małe dziecko widzące tort.
- Mam pieniądze, możemy się dogadać – jeszcze pięć kroków.
- Nie! - westchnął – nie możemy.
- Błagam cię - złapał w ostatnim akcie rozpaczy spodnie Dannego.
Policjanci wpadli zza rogu, celując w nich. Obaj się roześmiali.
- To chyba pat – szepnął Ben.
- Ręce do góry, ale już! - krzyczeli wokół, robiąc wielki chaos – Rzućcie broń! Na ziemie!
- Nikomu nie musi się cokolwiek stać – dodała jakaś policjantka i Danny nawet zdołał stwierdzić, że jest naprawdę śliczna.
- Nie sądzę - rzekł Danny i w ułamku sekund zdołał przystawić mu pistolet do czoła – Wypierdalaj! - i pociągnął za spust.
Huk ogłuszył Dannego, a ciało Bena jakoś inaczej osunęło się na ziemię. Wokół słyszał krzyki i groźby. Miał to w nosie. Rzucił broń i padł na kolana. Wykrzyczał imię swojej ukochanej i czekał na strzały. Odezwał się pistolet. Ból przeszył go na wskroś i nim stracił przytomność pomyślał: "A więc to tak boli".
Umarł w więzieniu nieszczęśliwy.
Ocena: 4.8
Liczba komentarzy: 5
Data dodania: 02.01.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(23): 19 gości i 4 zarejestrowanych:
exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus