Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: lawenda
Imię: Magdalena
Skąd: Szczecin - Stargard Szczec.
O sobie: "Chcę wiedzieć na przykład dlaczego istnieje piękno, dlaczego natura upiera się przy tym, by je wymyślać i jakie jest powiązanie pomiędzy żywiołem burzy z piorunami a odczuciami, jakie w nas wywołują. Jeśli bóg nie istnieje, jeśli te rzeczy nie są połączone w jeden metaforyczny system- dlaczego zatem zachowują dla nas taką moc symboliczną?" Wampir Lestat
Napisanych prac:
- wiersze: 3
- proza: 3

Średnia ocen: 4.3
Użytkownik uzyskał: 48 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Bajka o śmierci" 06.07.2009
"Spieszmy się kochać..." 06.07.2009
"Kaliber rozwaga" 09.07.2009
"mój" 30.01.2012
"Anna (2)" 07.07.2009

Inne prace tego autora:
"Anna (2)" 07.07.2009
"Spieszmy się kochać..." 06.07.2009
"Do obitej mordy" 07.07.2009
"Kaliber rozwaga" 09.07.2009
"Bajka o śmierci" 06.07.2009

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka
"Igraszka - I etap..." - Poziomka.
"Ćma - prolog" - Miao?

Bajka o śmierci

Aurora … kwiecień 2008

Tamtego dnia nad miasto niespodziewanie nadciągnęły szare chmury, a niebo przybrało ciemny, ołowiany kolor. Płakałam w poduszkę. Konwalie w niebieskim flakoniku dawno zwiędły, ale nie miałam serca ich wyrzucić. Nie wiedziałam dlaczego rozdziera mnie tak straszny niepokój. Mała nie poruszyła się od kilkunastu godzin. Ledwo usnęłam. Czy mogłam przegapić jakikolwiek ruch we śnie? Nie, to niemożliwe. Kiedy tak bardzo kogoś kochasz i wyczekujesz znaku, że wszystko z nim w porządku niemożliwym jest, by po prostu to przespać. Chwytasz się każdej małej nadziei, każdej drobnej wymówki, byleby nie przyjąć do wiadomości, że coś mogłoby pójść nie tak. Krople deszczu głucho, rytmicznie uderzały w parapet. Wyciągnęłam komórkę z mojej żółtej, lnianej torebki. Z klatki schodowej płynął zapach gotowanych śliwek. Pamiętam go jakby to było wczoraj i do dziś nienawidzę.
- Mamo… i nic. Od dwunastu godzin. Zjadłam chyba tonę czekolady.
- Daj spokój- uspokajała mnie- ty wiecznie robiłaś mi takie numery. Już płakałam ze strachu, biegłam do lekarza i okazywało się, że jesteś po prostu leniwa. Chyba ma to po tobie.
Niemal czułam przez telefon jak się uśmiecha.
- Nie, coś jest nie tak- płacz ściskał mi gardło.- Myślałam, że jak najem się czekolady, to dostanie energii i zacznie kopać, ale nie kopnęła ani razu od wczoraj.
Świadomość, że mojej córce może coś być sprawiała, że krew odpływała mi z twarzy i dłoni, miękły kolana, przyspieszało serce. Cały dzień śpiewałam jej kołysanki, mówiłam z twarzą przystawioną do brzucha, ale ona nie odpowiadała. Jakby jej tam nie było. Jakby mój wielki brzuch był tylko cielesnym defektem. Całkowicie straciłam z nią duchowy kontakt.
Doskonale ją znałam. Wiedziałam kiedy jest szczęśliwa, kiedy ma ochotę na bajkę, kiedy na sen, kiedy nie jest z czegoś zadowolona, kiedy podoba jej się jakaś piosenka. Nie raz zmuszała mnie do jedzenia czegoś, czego bez jej obecności nigdy bym nie przełknęła. Nie mówię tu o czymś w stylu: "Ja w ciąży połykałam czekoladę za jednym zamachem, po czym zagryzałam ją kiszonym ogórkiem albo kiszoną kapustą." Jednego dnia czułam, że muszę zjeść surowy seler, a już kolejnego rozpływałam się jedząc gotowaną, niczym nie przyprawioną rybę. Wiedziała czego potrzebuje, by zdrowo rosnąć i dawała mi o tym znać w jakiś nie zrozumiały dla mnie sposób.

* * *

Tymczasem nasza więź wygasła. Czułam to. Od wczoraj.
Ojciec Gabriela był tamtego dnia w kiepskim nastroju. Trzaskał drzwiami, warczał, podnosił głos i co kilka minut odpalał kolejnego papierosa. Za każdym razem, gdy zamykał za sobą drzwi od balkonu, miałam wrażenie, że wraca stamtąd coraz bardziej szary na twarzy. Gabriel też nie czuł się zbyt dobrze. Był przygnębiony, niespokojny, wiedziałam, że coś go męczy. Miałam dość tej atmosfery. Kilka godzin wcześniej wyszłam ze szpitala.




Spędziłam 3 dni na patologii ciąży z podwyższonym ciśnieniem. Każdej nocy zasypiałam z coraz większym napięciem.
- Może już jutro, kiedy wrócisz ze szkoły i mnie odwiedzisz, podam ci do rąk naszą córkę. Bo przyjdziesz prawda?
- Tak Dziubku.
- I myślisz, że w końcu coś się ruszy?
Nie byłam zachwycona ostatnimi dniami ciąży. Trzeci trymestr przeszłam wyjątkowo dobrze. Byłam pełna życia, zgęstniały mi włosy, moja cera była nieskazitelna. Wstawałam i kładłam się spać o ustalonej porze. Jednak tydzień przed terminem zaczęły dokuczać mi bóle w krzyżu, potworna zgaga i ciągłe wizyty w toalecie. Aurora zaczynała być najbardziej aktywna dopiero po północy, więc ciężko było mi zasnąć z jej wierzgającymi nóżkami w moim brzuchu.
Nauczyciele poszli mi na rękę. Mogłam zrobić sobie wakacje już dwa miesiące wcześniej niż inni. Aurora miała urodzić się w środku kwietnia. Kiedy zaszłam w ciążę był środek lata. Zbliżała się matura. "To był najważniejszy rok, a ja akurat w tamtym momencie musiałam dorobić się bachora". Bolały mnie słowa mojej matki. Wiedziałam, że mnie potępia.
Lipcowe szaleństwo z Gabrielem u boku zakończyły dwie różowe kreseczki. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Moje nogi zmiękły, do oczu napłynęły mi łzy. Tamtego wieczoru spaliłam chyba z czterdzieści papierosów, a noc spędziłam na wymiotowaniu do jednorazówki w swoim pokoju. Rano obudził mnie gwizd zajeżdżającego na dworzec pociągu. Stację mieliśmy niemal tuż pod oknem.
Jednak trzy dni spędzone w szpitalu nie sprawiły, że poczułam się lepiej. Położne uspokajały mnie, że dziecko wie, kiedy nadchodzi "ten czas". Mimo to, ja czułam, że "ten czas" powinien już nastąpić. Najwidoczniej Aurora z całej siły starała się zrobić mi na złość. Podobnie zachowywała się wtedy, gdy zaliczaliśmy kolejną wizytę u ginekologa i próbę poznania płci naszego maleństwa. Maleństwo jednak nie wyrażało chęci współpracy i podczas każdego badania zręcznie odwracało się do nas pupą.
Kilka godzin przed wypisem byłam zmuszona poddać się bolesnemu badaniu. Zaciskałam zęby z bólu. Lekarz zapewnił, że wszystko jest w porządku. Uśmiechał się z niedowierzaniem na widok jej długich nóg.
- To po mamusi. Będzie modelką.
- Nie… Aurora będzie tancerką i zdobędzie cały świat.
Aurora jednak nie zamierzała mi się jeszcze pokazać. Kilka minut po badaniu stałam ubrana nad szpitalnym łóżkiem i pakowałam ostatnie rzeczy z szuflady do niebieskiej torby, której większość zajmowała wyprawka dla małej. Teraz byłam zmuszona taszczyć to z powrotem do domu, by później znów się z tym męczyć, gdy w końcu moja córka postanowi rozpocząć swoje życie.
Pożegnałam się ze wszystkimi kobietami z mojej Sali. Jedna z nich jechała właśnie na cesarkę.
- Już dzisiaj będę miała synka.
- Aurora chyba na razie się nie spieszy, a to już dwa dni po terminie.
- Ona sama wie najlepiej. Zobaczysz, jeszcze będziesz chciała, żeby wróciła do brzucha. Kiedyś, gdy zacznie pyskować i zażąda nowej pary butów, na które nie będzie cię stać.
Przyznałam jej rację. Lubiłam ją. Była kilka lat starsza, ale rozumiała. Rozumiała jak bardzo boję się zostać matką, jak bardzo bałam się, że coś pójdzie nie tak, jak boję się tego bólu i szoku, kiedy podadzą mi do rąk małego człowieczka, któremu sama dałam życie. Nie mieściło mi się to w głowie.
Chciałam jeszcze chwilę z nią porozmawiać, ale już po chwili zniknęła za zakrętem szpitalnego korytarza wieziona na wózku inwalidzkim przez położną. Za kilka godzin miała zostać matką. Pomyślałam, że Aurora zdecydowanie ma mój charakter i z trochę lepszym nastrojem ruszyłam w stronę wyjścia.
W domu ległam na łóżko i zasnęłam niemal natychmiast. Mała nie pozwoliła mi spać długo. Obudziła mnie silnymi kopniakami. Zawyłam z bólu, kiedy trafiła okolice krzyża. Byłam rozdrażniona. Słońce wpadające przez brzoskwiniową firankę raziło mnie w oczy. To był dziesiąty kwietnia. Dzień słoneczny tak samo, jak rok temu, kiedy spotkałam Gabriela na ulicy. Powietrze pachniało identycznie.
W słońcu wszystko ma inny zapach. Ludzie, ulice, nagrzany bruk i szklane drzwi sklepów, pnie kwitnących drzew, bladoróżowe osiedle identycznych bloków i miękka ziemia nad brzegiem rzeki... nawet powietrze, wszystko to pachnie słońcem.
- Tato...
Wiedziałam, że mój przyszły teść od rana jest w fatalnym nastroju. Odgrzał mi naleśniki z gorącą czekoladą i spoglądał na mnie z niepokojem znad gazety.
- Chciałabym pojechać z Gabrielem na sushi.
Poprawił okulary.
- Tylko, że przydałby nam się samochód.
Ostrożnie się uśmiechnęłam.
- Dostał prawo jazdy dopiero pięć dni temu- powiedział rzeczowo, jakby to przesądzało sprawę.
- Będę go pilnować. Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Potrzebuję twojej pomocy- dodałam wiedząc, że to na niego zadziała, po czym posłałam mu najbardziej promienny uśmiech na jaki było mnie stać.
Kilkanaście minut później drżąc ze strachu Gabriel wjeżdżał na główną ulicę.
- Nie wierzę, że go przekonałaś.
Wiedziałam, że jest szczęśliwy. Jego uśmiech sprawiał, że czułam się wspaniale. Widziałam jego zdenerwowanie, ale wiedziałam też, że za wszelką cenę chce udowodnić ojcu swoje umiejętności prowadzenia samochodu. Jakimś cudem dojechaliśmy na parking.
Właśnie tam. Na trzecim piętrze centrum handlowego, w japońskiej knajpie, poczułam ją po raz ostatni. Przełykałam właśnie kolejny kawałek ryby. Szaro- szkarłatne ładne ściany ozdobione złotymi wzorami, przypatrujące mi się kelnerki, wciskający w siebie kawałki imbiru Gabriel, pnące się wysoko w górę bambusy, słońce za oknem w kolorze dojrzałej mandarynki i stukot damskich obcasów na korytarzu. Niezbyt godne tego miejsce. Zbyt... proste. Nie ma się nad czym rozwodzić. Po prostu ona postanowiła, a ja nie miałam nic do powiedzenia. Nie miałam nawet pojęcia.
- Dziubku, najadłaś się?- zapytał Gabriel znad kierownicy. Czuł się zdecydowanie pewniej podczas drogi powrotnej.
- Tak. Było pyszne. Dziękuję.
- Chciałabyś pojechać do pradziadków na cmentarz? Zapalimy znicza.
- Przecież nie lubisz cmentarzy.
- No...- zająknął się.- Po prostu pomyślałem, że masz ochotę, ale...
- Ach tak!- zaśmiałam się.- Chcesz jeszcze pojeździć.
Kiwnął głową. Zbyt dobrze go znałam. Natychmiast udałam, że właśnie o tym samym pomyślałam.
Groby były nieco zaniedbane. W ciąży brakowało mi sił, by nadążyć z utrzymaniem tego wszystkiego w ciągłym porządku. Babcia była coraz słabsza, dziadek prawie nie wychodził z domu, poza tym po wylewie i paraliżu nie potrafił nawet sam założyć piżamy.
Nie sprzątałam. Zapaliliśmy po małym zniczu. Chwilę pomilczeliśmy. Gabriel odszedł kilka metrów dalej i odpalił papierosa. Kiedy skończył, ruszyliśmy z powrotem.
- Pójdźmy do Ani- rzuciłam nagle.
Ania umarła kilka lat temu. Miałabym teraz siedmioletnią kuzynkę. Moja ciocia długo nie mogła się pozbierać. A tak długo czekała na drugie dziecko. Ania udusiła się pępowiną dzień przed terminem porodu. Kiedy tylko o tym pomyślałam, przebiegały mnie dreszcze, bo sama nosiłam w sobie taką małą istotkę, która nie mogła powiedzieć czy przypadkiem coś nie zaciska jej się na szyi. Często miewałam z tego powodu koszmary. Budziłam się z płaczem, po czym ciasno przywierałam do zaspanego Gabriela, który następnego dnia niczego nie pamiętał.
Stanęliśmy nad maleńkim, siwym grobem. Na płycie więdły już margaretki. Postawiłam biały znicz przed pomnikiem i właśnie wtedy pomyślałam : "TO".
"TO" zapamiętam na zawsze. "TO" sprawiło, że nie mogłam spać. "TO" sprawiło, że do dziś mam poczucie winy. "TO" będzie myślą, którą zapamiętam do końca życia.
Wiatr poruszył drobnymi listkami smukłej brzozy. Gabriel odpalał kolejnego papierosa kawałek ode mnie. Z dala brzdęknął rozbijany znicz. Powietrze na chwilę zapachniało kwitnącą topolą.
"Aniu, pamiętam o tobie. Wszyscy tęsknimy. Opiekuj się z góry moim aniołkiem".
Skąd przyszła ta myśl? Chyba nigdy się nie dowiem. Bezwiednie prosiłam o coś, co miało się stać. Może już się wydarzyło. Może właśnie wtedy, może właśnie w tamtym momencie jej już nie było.


* * *

- Jeżeli przez kolejną godzinę się nie poruszy, pojedziemy do szpitala.
Ryknęłam przeciągłym szlochem.
- Przestań panikować ty wariatko! Zobaczysz, że jest zwyczajnie leniwa. Poza tym przed samym porodem dziecko zaczyna być mało aktywne. Myślę, że powinnaś nastawić się na szybki powrót do szpitala.
Znów prawie poczułam jak mama się uśmiecha. Teraz, kiedy sama miałam zostać matką, potrafiłam myśleć jak ona, zrozumieć kilka spraw. No i była kobietą, która mogła mnie uspokoić, powiedzieć czego mogę się spodziewać, jak mam sobie poradzić z tym co ma nadejść. Na chwilę poczułam ulgę.
Musiałam jeszcze skończyć referat z historii. To była ostatnia rzecz z jaką zalegałam w szkole, a zależało mi na ocenie. Wydrukowałam ostatnie strony, spięłam wszystko w koszulki i zabierałam się za wiązanie butów. Sprawiało mi to ogromną trudność, bo mała była wysoka, więc zajmowała w moim brzuchu sporo miejsca. Wrzuciłam referat do torby i wybiegłam na autobus.
Wpadłam na Gabriela na parterze. Burknęłam ozięble : "cześć" i lekko go odepchnęłam.
- Co się stało Dalaja?
Sama nie wiem czemu... po prostu się rozpłakałam. Wtuliłam się w jego wiosenną kurtkę. Jego broda łaskotała mnie w skroń. Pamiętam tamto przyjemne uczucie, kiedy czułam ten zapach bliskości, bezpieczeństwa i łaskoczącą w skroń brodę.
- Co się dzieje? Powiedz mi!
Nie powiedziałam. Czułam, że coś jest nie tak, ale tłumaczenie mu czegokolwiek było zbyt trudne. Jakby moje słowa miały ostatecznie potwierdzić, że z Aurorą dzieje się coś złego. Wyrwałam się z jego ciasnego uścisku i spod tego okropnego, zmartwionego wzroku, by po chwili łkać w niebieską apaszkę w zatłoczonym autobusie.
Stęskniłam się za szkołą, ale na jej widok wcale nie poczułam się lepiej. Odnalazłam nauczycielkę historii, bezceremonialnie rzuciłam mój referat na jej biurko i wśród wytrzeszczonych oczu uczniów opuściłam salę.
Przed wyjściem spotkałam Agatę. Nigdy nie miałyśmy dobrego kontaktu. Czasem skoczyłyśmy razem na papierosa gdzieś za krzaki. Kilka razy dała mi odpisać zadanie domowe i to wszystko.
- Wszystko dobrze?
- Nie! Nie jest dobrze!- krzyknęłam i zalałam się łzami.
Biegłam przed siebie. Biegłam przed siebie. Biegłam przed siebie. To trwało wieczność. Biegłam przed siebie, a z oczu sączyły mi się łzy. Biegłam przed siebie i w myślach błagałam ją, żeby mi tego nie robiła. Było już po trzynastej. Aurora nie dawała najlżejszego znaku życia.
Wbiegłam do tramwaju roztrzęsiona. Jakiś mężczyzna ustąpił mi miejsca, ale ja stałam oparta o szybę i nie mogłam złapać tchu. Płakałam.
Kilka minut później znalazłam się w parku. Pod tym samym drzewem, pod którym po raz pierwszy podałam Gabrielowi rękę. Usiadłam na wilgotnej trawie. Pagórki zalewała fala soczystej, kwiecistej żółci. Powietrze pachniało słońcem. Położyłam dłoń na brzuchu.
"Aurora, kocham cię. Proszę, kopnij mamusię. To nie jest śmieszne!"
Aurora nie kopnęła.
Nie wiem jak znalazłam się w szpitalu. Wydaje mi się, że z parku zabrała mnie mama. Babcia zaciskała pięści na krześle w poczekalni. Wiedziałam, że coś przede mną ukrywa. Korytarz śmierdział tym specyficznym szpitalnym smrodem, którego tak bardzo nienawidzę. Wściekło zielone ściany tylko mnie rozdrażniały. Mama wydawała się być spokojna. Podczas, gdy ja krążyłam w kółko, ona tłumaczyła położnej dlaczego należy mnie zbadać. Spoglądały na mnie w ten dziwny, niepokojący sposób, kiedy cały świat próbuje coś przed tobą ukryć, bo uważa, że akurat ty nie powinieneś o niczym wiedzieć. Położna skinęła głową i gestem zaprosiła mnie do gabinetu z miną dobrej cioci, która za chwilę wręczy mi "cukierka".
I znów zostałam podłączona do aparatury, która przez cały pobyt w szpitalu wystukiwała tętno mojej córki. Wzdrygnęłam się, ale posłusznie leżałam bez słowa czekając na jakikolwiek dźwięk. Za chwilę magiczne urządzonko powinno zapewnić mnie, że za bardzo panikuję, a Aurora zwyczajnie rozleniwiła się przed porodem. Magiczne urządzonko milczało i milczało. Na twarz mamy wstąpił ten okropny uśmiech pod tytułem: "no nie, to niemożliwe, przecież zaraz będzie dobrze". Ale ja wiedziałam, że nie będzie. Moje oczy robiły się coraz większe. Oczy położnej coraz bardziej się przymykały. Dotykała urządzeniem mojego brzucha i wytężała słuch, jakby to miało w czymś pomóc. Cisza. Przygryzałam wargi. Czułam, że odpływa ze mnie krew. Nie, tak nie mogło być, bo to niemożliwe. To się zdarza innym, ale nie mi. O tym słyszy się w gazetach i od wścibskiej sąsiadki... że komuś umiera dziecko, a potem jest pogrzeb i mnóstwo niepotrzebnych tam ludzi, którzy przychodzą by popatrzeć. Jest też zawodzący ksiądz i tłum ludzi, którzy śmieją twierdzić, że rozumieją. Później nie pamięta już nikt poza matką i ojcem.
Magiczne urządzonko cichutko zastukało. Moja córeczka żyła, ale coś wyraźnie było nie tak. Tętno było jakieś ciche, przygaszone i zdecydowanie zbyt wolne. I wtedy w jednej chwili stało się kilka rzeczy. Mama wybuchnęła płaczem, położna ze świstem wypuściła z ust powietrze i otarła czoło, a ja poczułam jak ze szczęścia coraz mocniej wali mi serce. Ona żyła... była tam. Mój świat nie runął. Ogromna bryła lodu zalegająca w moim żołądku od rana, jakby stopniała. Niemal słyszałam huk bicia własnego serca. Spojrzałam przez okno na stalowe niebo i wtedy naprawdę usłyszałam własne serce. Magiczne urządzonko- pomyślałam. Magiczne urządzonko wybijało moje własne tętno.
- To nie jej tętno! Czy pani nie czuje? Trafiła pani na moją żyłę!
Położna wykrzywiła twarz w dziwnym grymasie niepokoju. Przyłożyła dwa palce do mojego nadgarstka i w nieznośnej ciszy przerywanej tylko nasilającym się, cichym stukotem magicznego urządzenia nasłuchiwała... nasłuchiwała i nie powiedziała ani słowa.
Szłyśmy korytarzem. Później chyba wjeżdżałyśmy gdzieś windą.
- Proszę podwinąć sweterek- uśmiechnął się ginekolog.
Kolejna osoba, która udaje, że wszystko jest w porządku. Tym razem z miną dobrego wujaszka, który za chwilę wręczy mi "cukierka". Przyłożył do mojego brzucha zimny ultrasonograf. Syknęłam. Moja skóra była tak napięta, że lekki dotyk odczuwałam jak bolesne ukłucie.
Sala była ciemna i nieprzyjazna. Mama stała tuż przy drzwiach wciśnięta między framugę, a ścianę. Wydawało mi się, że przez cały ten czas wstrzymuje oddech i chyba faktycznie tak było. Leżałam na zimnej kozetce i wpatrywałam się w sufit. Nade mną zawisły głowy trzech ginekologów. Kobieta i dwóch mężczyzn. Kobieta miała lekko zakrzywiony nos i prostokątne okulary. Wpatrywała się w monitor i znacząco cmokała. Cmokanie powoli przeradzało się w westchnienia, aż w końcu westchnienia przerodziły się w rozdzierającą, gęstą ciszę. Czwarty ginekolog siedział tuż przy mnie. Wpatrywał się w monitor. On też milczał.
Gabriel, gdzie jesteś? Tak bardzo chciałam, by był teraz obok i trzymał mnie za rękę.

* * *

Znów byłam w domu. W jego domu. Teraz już naszym. Naszym i naszego dziecka. Malowałam białe, olchowe łóżeczko na kolor młodej, różowej magnolii. Klęczałam z brzuchem tuż przy podłodze. Gabriel dla śmiechu opryskał mnie farbą. Wściekła i jednocześnie rozbawiona miotałam w niego złośliwymi uwagami. Wtedy podbiegł i przeciągnął pędzelkiem po moim policzku. Podczas gdy ja z trudem podnosiłam się z podłogi, on zdążył już dobiec do łazienki i przekręcić zamek w drzwiach. Kiedy już udało mi się dźwignąć z kolan, znów na nie opadłam dusząc się ze śmiechu.

* * *

Mama chyba naprawdę przestała oddychać. Widziałam jak powoli miękną jej kolana. Tak bardzo chciałam, żeby się uśmiechnęła i powiedziała, że wszystko jest dobrze, a ci ludzie tylko niepotrzebnie mnie straszą.
- Kiedy wyszła pani ze szpitala?- zapytał głębokim basem tłusty, nieprzyjemny lekarz. Ponownie uraczył mnie miną dobrego wujaszka.
- Wczoraj. Powiedzieli, że wszystko jest w porządku.
- Nie rozumiem...
Ja też nie rozumiałam. Poczułam nieodpartą chęć położenia dłoni na brzuchu, jakbym chciała obronić Aurorę... sama nie wiem przed czym. Miałam wrażenie, że jeśli tylko jej dotknę i osłonię... może myślałam, że to nie pozwoli dotrzeć do niej prawdzie. Nadal nie rozumiałam. W całym pomieszczeniu widać było tylko jaskrawy monitor ultrasonografu i lekko oświetlone twarze ginekologów. Mama zgubiła mi się gdzieś w gęstniejącym cieniu. Bałam się.
Boże, Gabriel! Pomóż mi. Obroń mnie.


* * *

Widziałam nas. Razem. Gabriel wciskał w siebie ostatni kawałek urodzinowego tortu swojej mamy. Siedziałam obok i z nudów pstrykałam pilotem przeskakując kolejne kanały. Ziewnęłam i oznajmiłam, że kładę się do łóżka.
- Dziubku momencik. Zjem i pościelę ci łóżko.
Przysunęłam się do niego. Martwiłam się. Brakiem pieniędzy, tym skąd nagle weźmiemy wózek i ubranka.
- Jutro znów muszę wydać czterdzieści złotych na witaminy. Poza tym powinnam za parę dni iść na USG. Może w końcu dowiemy się czy to chłopczyk czy dziewczynka. O ile przestanie być takie uparte- żachnęłam się.
- Co za różnica. To nasza dzidzia. A czy będzie nas wykańczała bieganiem na dyskoteki, czy rozbijaniem mojego samochodu, co to za różnica.
Uśmiechnęłam się, ale zaraz potem zaczęłam płakać.
- No coś ty! Co się stało? Przynieść ci czekoladę?
Gabriel uważał, że na płacz najlepsza jest czekolada. Warknęłam coś i odwróciłam głowę. Miałam dosyć jego cholernego optymizmu.
- Daj mi spokój! Zacznij myśleć jak ojciec! Jak ją utrzymamy, skoro już teraz brakuje nam pieniędzy?! Pewnie będziemy musieli oddać ją do adopcji!
- O czym ty mówisz? Jak możesz? Ojciec dostał nowe zlecenie! To chwilowe.
Wyładowywałam swoje zmartwienia na nim. Za każdym razem. Może właśnie dlatego to wszystko, nasza miłość teraz umiera. Dbał o mnie. Przez te 9 miesięcy nie sprawił mi żadnej przykrości.
Ryknęłam donośnym płaczem i położyłam się na plecach. Gabriel ostrożnie mnie objął.
- Nie dotykaj mnie!
Pamiętam. Sąsiadka kłóciła się za ścianą ze swoim mężem, któremu nigdy nie powiedziałam "dzień dobry". W radiu leciała piosenka, której tytułu nigdy nie udało mi się zapamiętać. Na biurku leżał obraz, którego nigdy nie udało mi się skończyć. Tamtej chłodnej soboty moje dziecko kopnęło po raz pierwszy. W ciągu sekundy wyraz mojej twarzy całkowicie się zmienił. Tysiące razy zastanawiałam się, jak to się odczuwa, kiedy pierwszy raz czuje się w sobie swoje maleństwo. Bałam się, że nie będę wiedziała, że to już właśnie ta chwila, ale wiedziałam doskonale. Gabriel spojrzał na mnie badawczo. Uśmiechnęłam się. Pociągając nosem i wycierając łzy rękawem piżamy w renifery, położyłam jego dłoń na moim brzuchu. Był taki przestraszony.
- No, a teraz jeszcze raz dla tatusia- szepnęłam.
- Kurcze! Dalaja! Dziubku, to cudowne!
- Co?
- Zostanę tatą! Ja dopiero teraz rozumiem... zostanę tatą!
Roześmiałam się. Śmiałam się tak głośno, że z sąsiedniego pokoju przybiegli jego rodzice. Stanęli w drzwiach spoglądając na mnie jak na wariatkę, której nie należy okazywać, że jest psychicznie chora.
- Mamo, nasza dzidzia zrobiła ci urodzinowy prezent- wydusił, po czym dołączył do mojego wariackiego śmiechu.- No nie patrz tak! Chodź tu i dotknij! To moje dziecko. Czujesz? Czuję, że to będzie piłkarz- dodał z dumą i cmoknął mnie w czoło.

* * *

Palce całkiem mi zdrętwiały. Czekałam na cokolwiek. Cokolwiek jednak nie nadchodziło. Spoglądali to na mnie, to na monitor. Niemal słyszałam ich pracujące, mądre, wykształcone głowy.
- No... - zaczął tłusty dobry "wujaszek"- w ogóle nie ma tętna.
Czerń. Nie zrozumiałam. Zapanowało głuche, okropne milczenie. Mama nie zareagowała, więc chyba... chyba to nie oznacza, że... co to za brednie?! To znaczy, że ultrasonograf czegoś nie wychwytuje?
Dobry "wujaszek" w białym fartuchu uniósł swój podwójny podbródek.
- Jest martwe- dodał, jakby oznajmiał, że jutro prawdopodobnie uda się na krykieta.
Mama wydała z siebie ten straszny dźwięk, którego nie potrafię nazwać i w kilka sekund później znalazła się tuż obok mocno ściskając mnie za rękę. Szlochała tak głośno, że zagłuszała podniesiony głos dyskutujących lekarzy. Wbijała paznokcie w moją skórę. Wygięłam się na kozetce w spazmie... sama nie wiem... przerażenia. Jakbym chciała spaść gdzieś w dół, byle dalej stamtąd.
- Nie... nie...- szepnęłam i wygięłam kręgosłup jeszcze bardziej.
Zarzuciłam głowę do tyłu. Oddychałam głośniej niż płakała moja mama. Powtarzałam w kółko to pieprzone: "nie", jakby było zaklęciem. Jej nie ma... była tam, w moim brzuchu, tuż przede mną. Była tam martwa. Zaczerpnęłam jeszcze raz powietrza, nie mogłam opanować oddechu. Za chwile rozerwie mi płuca- pomyślałam. Moje dziecko... to niemożliwe. Aurora!
I wtedy zapadła ciemność. Pamiętam tylko, że coś kapało mi na twarz. Łzy mojej matki.
- Jestem tu córeczko! Jestem z tobą! Boże! Jestem tu! Kocham cię!
Kiedy po raz ostatni mi to mówiła, tuliła mnie- piętnastoletnią, przemarzniętą przestraszoną idiotkę na dworcu w Warszawie. Uciekłam wtedy z domu i miałam już nigdy nie wrócić. Na przedramieniu miałam grubą warstwę bandaża. Blizny po głupiej próbie zwrócenia na siebie uwagi jeszcze piekły. Mama miała na sobie pachnącą nowością, beżową skórę i miękki, szmaragdowy szalik. Czułam się wtedy jak mała dziewczynka. Tuliła mnie w otoczeniu bezdomnych meneli dopijających ostatnią flaszkę na betonowej podłodze. A ja wiedziałam, że mamusia zawsze mnie obroni. I kiedy tak się w nią wtulałam, miałam pewność, że jak zwykle wszystko skończy się wesołym, nudnym "i żyli długo i szczęśliwie".
Tym razem nudne "I żyli długo i szczęśliwie" nie istniało. Nie istniało nic.
Moja babcia wierzyła w Boga. Odkąd skończyłam dwa latka, każdego wieczora, po wieczorynce sadzała mnie sobie na kolanach i uczyła mnie modlitwy. Od zawsze i zawsze wpajała mi, że mój anioł stróż ma magiczną moc, która sprawi, że będę bezpieczna. Z biegiem lat i łez wylanych nad grobem Aurory nauczyłam się czegoś o wiele ważniejszego niż magiczna moc skrzydlatego aniołka stróża. Nauczyłam się i nigdy tego nie zapomnę... że czasami anioł stróż zostaje znokautowany na bezlitosnym ringu, który wcale nie działa tak jak powinien. Nie ma tam pana sędziego w pasiastej koszulce, który krzyknie "stop", gdy aniołek padnie bez sił na deski. Pan sędzia nie zarządzi kilkuminutowej przerwy i nie da aniołkowi szans na otrzepanie jego idiotycznych skrzydełek i podniesienie się do dalszej walki. Widocznie pan sędzia i w tym przypadku postanowił przeprowadzić walkę bardzo nie fair. A jakiś aniołek stróż nie był widocznie dość prawdziwy, by ochronić moją córkę i pozwolić jej żyć. Odebrał jej szansę. Odebrał mi jej pierwszy płacz, pierwsze słowo, pierwszy krok, pierwsze stłuczone kolano, pierwszego chłopaka, pierwsze wagary, pierwsze wykrzyczane w buncie wieku słowa i pierwszą laurkę na dzień mamy. Babciny aniołek stróż nie pomógł. Moja córka umarła. Czy rozumiesz to słowo? Umarła. Już nie istnieje, choć przecież jej ciało ciągle spoczywa w moim brzuchu, pod sercem, które w jednym momencie pękło na zawsze.


* * *

Znów prasujemy razem śpioszki. Później układamy je kolorystycznie w szafie. Po chwili dochodzimy do wniosku, że lepiej ułożyć je rozmiarowo. Dzieci przecież tak szybko rosną. Kilka dni i nasza dzidzia będzie już potrafiła rozróżniać kształty. Kilka miesięcy i ja będę uczyć ją słowa : "mama", a Gabriel : "tata". To niesamowite.
Po obiedzie kupujemy razem śliczny, różowy kaftanik na chłodniejsze dni. Gabriel usilnie stara się przetłumaczyć mi, że bycie małą dziewczynką nie oznacza obowiązku noszenia różowych ubranek.
- To co? Mam jej wybrać coś czarnego? Zwariowałeś?
- Dziubku, mówię tylko, że nasza dzidzia powinna wyglądać jakoś... wyjątkowo.
- No więc co proponujesz?- zdenerwowałam się.
- No...- Gabriel przyłożył pięść do podbródka, po czym podrapał się po głowie. – Ja najchętniej od razu kupiłbym jej gitarę. Moja córka będzie w tym naprawdę dobra, nie sądzisz?
Zaśmiałam się i niemal opadły mi ręce.
- Tak, niech ci będzie. Nasza córcia będzie gitarzystką.
- I będę odganiał od niej każdego faceta!- zapewnił mnie z poważną miną.
- Tak, nasza córka będzie najszczęśliwsza na świecie z takim szurniętym ojcem- szepnęłam mu do ucha i pocałowałam go w policzek, po czym spakowałam do koszyka fiołkowy kaftanik.
- Nie- zaprzeczył. – To my będziemy najszczęśliwszymi rodzicami na świecie dzięki naszej gitarzystce.

***
Ocknęłam się. Ginekolog mierzył mi tętno. Mama dzwoniła. Wiedziałam, że dzwoni do babci. Nie mogłam złapać tchu.
- Proszę. Proszę pani spokojnie. Jest pani młoda, będzie pani miała inne dzieci.

***

Poród trwał dwanaście godzin i był nie do zniesienia. Zarzekałam się, że nie będę krzyczeć, ale krzyczałam. Płakałam jak małe dziecko. Z każdym kolejnym skurczem miałam nadzieję, że to już granica bólu, że nie może on być większy i z każdym kolejnym skurczem uświadamiałam sobie, że się mylę. Z każdym kolejnym skurczem coraz mocniej ściskałam rękę Gabriela. Z każdym kolejnym skurczem coraz bardziej zaciskałam zęby. Z każdym kolejnym skurczem nie mogłam uwierzyć w to, że moje wysiłki i tak idą na marne, bo nie usłyszę jej płaczu.
Męka porodu była niczym tak samo jak ból fizyczny. Mogłabym go znosić co weekend, byleby tylko Aurora żyła. Po niedzielnym obiedzie kłaść się na kanapie i przez dwanaście godzin wyć i zagryzać zęby, wbijać paznokcie w dłoń do samej krwi, wyginać kręgosłup i kark byleby tylko za ścianą moja córka układała klocki, po kryjomu wcinała ciastka i siedziała za blisko telewizora. Mogłabym znosić to wszystko byleby tylko nie pamiętać tamtej chwili, kiedy położna i moja matka zaprowadziły mnie- słaniającą się z rozpaczy do dwuosobowej zielonej sali.
- Dalaja...
Powtarzała to w kółko. Chyba sama nie wiedziała co najlepiej powiedzieć. Pewnie tak samo jak ja uważała, że standardowe, podnoszące na duchu, miłe i sympatyczne: "Zobaczysz, będzie dobrze" jest zbyt idiotyczne w takiej chwili. Głaskała mnie po dłoni i pociągała głośno nosem. Była bezradna. Załamana. Pełna poczucia winy.
- To przez ten wózek, który kupiłam! Używany! Dla moje wnuczki! Przez to, że kazałam Ci usunąć ciążę...
Chlipała i wygadywała coraz większe bzdury. A ja? Ja milczałam. Nie miałam już nawet siły płakać. Wpatrywałam się tępym wzrokiem w martwy punkt i... nie wiem. Po prostu nagle zaległa głucha cisza.
Siedziałyśmy tak jakieś pół godziny. Zastanawiałam się, czy zadzwoniła do Gabriela. Miałam nadzieję, że nie. Nie chciałam, żeby wiedział. To głupie, ale chyba wyobrażałam sobie, że o niczym mu nie powiem, bo on tego nie zniesie.
-Jak tam kochanie? Gdzie masz brzuszek? Gdzie masz dzidziusia?
- Ach! Dzidziusia? A no nie mam!
- Acha, w porządku. Masz ochotę na jajecznicę?
Wszystko to było ponad moje siły. Powrót do życia i zwykłego biegu rzeczy był nie do przyjęcia. Za oknem słońce zataczało okrąg. Po raz kolejny, jak każdego dnia. Zwyczajnie i tak naturalnie. Nie mieściło mi się to w głowie. To było niedorzeczne.
- Powiedziałaś Gabrielowi?
- Tak. Zadzwoniłam do niego godzinę temu.
- Co powiedział?
- Nic. Płakał.
Wyglądałam jak blednący cień. Wypowiadałam słowa bez emocji. Moje oczy nie zdradzały kompletnie nic. Miałam po prostu nadzieję, że coś się stanie. Myślałam o zakażeniu, o jakiejś nagłej dolegliwości, o czymkolwiek co pozwoliłoby mi uniknąć tego wszystkiego: spotkania z Gabrielem, bólu przez następne dwanaście godzin i bólu przez kolejne kilka lat. Bałam się domu, w którym czekał odremontowany przez nas pokoik, wyprasowane ubranka i odmalowane łóżeczko. No i pluszowy pies z oklapniętymi uszami i prążkowanym szalikiem. Dla niej. A ja wrócę z niczym.
Nie byłam świadoma tego, że upływa czas.
- Przyszedł.
- Nie! Nie wpuszczaj go tutaj! Nie chcę go widzieć!
To było jednak nieuniknione. Gabriel pojawił się w drzwiach. Stał tam przez chwilę nie wiedząc jak się zachować. A później to. Ta chwila, która była zbyt bolesna, by się wydarzyć. Gorsza niż ginekolog oznajmiający mi: "E tam, jest pani młoda. Będzie pani miała inne dzieci" z miną dobrego wujaszka. Gorsza niż świadomość, że w moim brzuchu spoczywa moja martwa córka. Gabriel nagle znalazł się przy moim łóżku i złapał mnie za rękę. Później przytulił swój policzek do mojego. Robił tak odkąd pamiętam. Kiedy upaćkałam się lodami z bitą śmietaną, stłukłam kolano, zmokłam, bo znów zapomniałam parasolki czy przypaliłam rybę. Nasze łzy się zmieszały, a jego broda znów połaskotała mnie w twarz. Ten duży, brodaty facet o twardym, stalowym spojrzeniu była na skraju swych sił. Klęczał przy mnie i miałam wrażenie, że już się nie podniesie. Chciał pogłaskać moją dłoń i przypadkiem dotknął odznaczającego się pod kołdrą brzucha.
- Czy ona... czy ona ciągle tam jest?
Z miną posągu kiwnęłam głową.
Położył na niej głowę. Przytulił swoją zalaną łzami twarz do jej twarzy. Byłam tego pewna. Byłam pewna, że właśnie wtedy Gabriel i jego córka przytulali do siebie swoje policzki.
- Ja... chcę naszą dzidzię- załkał i przymknął oczy.
Wybuchłam płaczem. Dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo jest mi potrzebny. Płacz i Gabriel.
Nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne. Bolało. Byłam już prawie nieprzytomna. Położne prawie nie zwracały na mnie uwagi. Tutaj dzieci umierały hurtowo. Były tylko kolejnymi ciałami owiniętymi w białą tkaninę i wypełnianymi kartotekami, a ja byłam tylko gówniarą, która przypadkiem "wpadła" i przypadkiem straciła dziecko. Nie było w tym nic zaskakującego i godnego uwagi. Nie mogłam w to uwierzyć.
Mijały godziny. Jakoś około północy zostałam przeniesiona na salę porodową. Walczyłam z położnymi, żeby dały mi coś na ból. Bezskutecznie. Gabriel był obok przez cały ten czas. Podawał mi wodę, zwilżał usta, pomagał doczłapać się do toalety i wysłuchiwał wrzasków. Był. Po prostu był. Nie miałam pojęcia jak to odczuwa. Jak znosi to, że rodzę mu dziecko tylko po to, by mógł być na jego pogrzebie.
Niewiele pamiętam. Poza bólem nie czułam prawie nic. Z jednej strony mi to pomagało. Nie miałam czasu myśleć o niczym innym.
Gabriel musiał wyjść tuż przed rozpoczęciem się akcji porodowej. Ledwo przytomna spoglądałam jak znika za drzwiami. Wszędzie była biel. Wszędzie był ból.
Płakałam jak mała dziewczynka, która złamała rękę. Wołałam... sama nie wiem kogo. Prosiłam o pomoc, choć wiedziałam, że nie mogę na nią liczyć. Byłam sama ze sobą.
- NO! Nie drzyj się dziewucho tylko przyj!
Położna niemal rzuciła ją na moje piersi. Wszystko zalało się krwią. Machinalnie zamknęłam oczy i wstrzymałam oddech. Odchyliłam głowę. Zbyt bałam się tego widoku. Bałam się, że zobaczę sinego trupa. Tego nigdy bym nie zniosła. Zbyt wiele razy widziałam oczyma wyobraźni jak tulę ją w różowym rożku, jak uczę ją stawiać pierwszy krok, jak jej rumiana buzia znika za burzą loków.
- Niech pani to zabierze!- warknął lekarz.
Położna rzuciła mi pogardliwe spojrzenie i zabrała Aurorę na blaszany stół. Położyła ją na zimnej stali i zaczęła mierzyć. Scena jak z filmu. Brakowało tylko płaczu dziecka, mdlejącego ojca i szalejącej z radości przyszłej babci. Zamiast tego było rażące, białe światło, zielone ściany, zimny lekarz i moja twarz odwrócona od własnego dziecka.
Przełknęłam ślinę i przekręciłam głowę w tamtą stronę. Aurora leżała na wadze. Była zawinięta w biały ręczniczek. Spróbowałam szerzej otworzyć oczy. Moje powieki był prawie całkowicie sklejone. Po twarzy ściekał mi pot.
- Przepraszam...
- Co?
- Czy może mi pan podać moje dziecko?
- Głośniej dziewczyno!
- Chcę przytulić moją córkę.
Była lekka. Prawie nie odczuwałam jej ciężaru. Jej miękkie ciałko spoczęło znów na mojej piersi. Położna zdążyła już ją umyć. Miała zaciśnięte powieki, długie, gęste, czarne rzęsy, czarne, kręcone włoski i śliczne wiśniowe usta. Jej buzia była blada. Cicha. Zaczęłam płakać.
Żegnałam się z nią. Wiedziałam, że widzę ją po raz pierwszy i ostatni. Wiedziałam, że nie nauczę jej grać w piłkę ani w kosza. Wiedziałam, że zaraz mi ją zabiorą i włożą do zimnej lodówki. Wiedziałam, że spotkam ją znów dopiero wtedy, gdy jej urnę jacyś mężczyźni w białych rękawiczkach i idiotycznych garniturach będą zakopywali pod ziemią obok innych białych krzyży.
Żegnałam się z Aurorą w rażącym, nieprzyjemnym świetle, w zgrzycie przesuwanych aparatur, w błahych rozmowach położnych w gumowych rękawiczkach. Ja i ona. Pośród całego tego chłodu byłyśmy wielką tęsknotą i bólem. Matka żegnająca dziecko.
- Dobra, musi pani mi ją oddać- rzuciła lekko najstarsza położna.
Najchętniej zabrałabym ją do sali i przytulałabym ją do końca świata.
- Kocham Cię- szepnęłam.
Pocałowałam jej lekko zmarszczone czółko, a później niemal wyrwano mi ją z rąk. Zaraz potem straciłam przytomność. Kiedy w końcu się ocknęłam zrozumiałam, że jeszcze jestem pod wpływem narkozy. Nie wiedziałam nawet gdzie jestem, nie rozumiałam rozmów lekarzy nad moją głową. Zobaczyłam tylko jego...
Gabriel stał w korytarzu. Zapłakany i przerażony. Poczułam na jego widok rozlewające się po całym ciele ciepło i falę miłości. Jedyne z czego zdawałam sobie sprawę to jego obecność. Kiedy wózek, na którym wiozła mnie pielęgniarka przejeżdżał obok niego powiedziałam tylko: miała czarne włoski i była śliczna. Uśmiechnęłam się i to miał być mój ostatni uśmiech na kolejne parę miesięcy. Zaraz potem przymknęłam oczy i zasnęłam z wyczerpania.



        Dedykacja: dla tej, która już odeszła

Ocena: 6
Liczba komentarzy: 18    
Data dodania: 06.07.2009r.

1 2     

czeska142 15 03 2011 (22:09:34)

Użytkownik ocenił pracę na 6

niesamowita.

minetta1409 01 03 2010 (19:51:39)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Brak mi słów, aby wyrazicz, co czuje po przeczytaniu tego opowiadania. Pierwszy raz cos tak mnie wzruszyło.

Kamil M. Jaszczak 24 02 2010 (23:07:18)

Użytkownik ocenił pracę na 6

No cóż, ja nie dodam nic ponadto, co zostało już powiedziane.

Lilka 04 08 2009 (12:25:40)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Zwykle mam tak, ze im więcej pozytywnych komentarzy, tym bardziej się zrażam do pracy. Z tym na początku było tak samo. Ale kiedy troszkę o tym pomyślałam, zmieniłam zdanie. Nie wywołałaś u mnie łez, ale nikomu na portalu nie udało się jeszcze tego osiągnąć ;] piękny styl.

Sanai 24 07 2009 (23:10:50)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Smutne i poruszające, ale prawdziwe... Niewiele jest osób, które potrafią wzbudzić w ludziach takie emocje słowem pisanym. Dziś już niewiele osób docenia takie dzieła. Bardzo, bardzo mi się podobało!

BlackQueen 16 07 2009 (11:27:51)

Zgadzam się z poprzednikami. Niesamowite.

aubrey 14 07 2009 (00:56:20)

Nie wiem czy wypada mi komentować opowiadanie, to, co zawarłaś w nim. Wiesz, Magdo, po raz pierwszy nie potrafiłem płakać, choć mnie ta historia wzruszyła jak mało która. Staram się skleić coś sensownego z moich słów. Jest to pierwsze opowiadanie, którego nie umiem ocenić, nie dlatego, że jest z nim coś złego, ale dlatego, że żaden komentarz, żadne słowa nie wyrażą tego, co się dzieje w moim wnętrzu. Aurora stała się częścią mego życia. Tak samo jak Myszka czy bohaterka Słońce ma dziewięć promieni. Nie dodam nic więcej, a sześć to za mało by objąć Twoją historię.

cudzy 14 07 2009 (00:12:59)

BRAK MI SŁÓW!

cudzy 14 07 2009 (00:12:05)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Kurde... Wzruszyłem się. :( Sześć bez dwóch zdań. Nie mam zastrzeżeń.

Dawied 11 07 2009 (19:00:50)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Fajnie napisanie, przyjemnie się czytało, wykonania bardzo dobre(choć w jednym momencie chyba trochę się przy gapiłaś i wyszło sztucznie) sam pomysł i kompozycja ciekawa. Podoba mi się to, że nie próbujesz w sposób sztuczny grać na emocjach, wychodzi to wszystko naturalnie. Mnie to nie poruszyło aż tak bardzo jak przedmówców, trochę dla mnie za gładkie, zbyt poważne i takie zbyt przewidywalne. Trzeba jednak docenić twój warsztat i za to 6, mam nadzieję, że następnym pracami udowodnisz swoje umiejętności

Zuzan. 09 07 2009 (18:49:23)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Przez Twoją pracę boję się teraz życia. Czytając nie widziałam liter, widziałam obrazy. Zostaną one pewnie w mojej pamięci do końca. Koszmary będą mi się śniły po nocy. Przepiękne opowiadanie. Trafia do serca, można nawet powiedzieć, że trafia serce zadając mu ból. Coś się we mnie skręcało... daję 6.

wyimaginowany 08 07 2009 (17:23:08)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Twoje opowiadanie obudziło we mnie ukryte pokłady emocji i wrażliwości. Jestem w szoku. Nigdy się nie wzruszam. Piękny język. Przyjemnie się czyta i nie ma się wrażenia, że cokolwiek już jest przemaglowane.

m. r. vesper 07 07 2009 (22:22:28)

Użytkownik ocenił pracę na 6

ładnie. Bardzo dobry styl i dopracowana forma. wszystko wręcz precyzyjnie. emocjonalnie, podeszłaś do tematu z odpowiednim nastawieniem. nie wzruszyło mnie, ale chyba powinno, więc daję 6 ;P

takalama 06 07 2009 (23:22:31)

Użytkownik ocenił pracę na 6

kurcze, chętnie bym dał tylko ocenę, ale nie mogę. opowiadanie nie wywołało u mnie łez. nigdy się nie wzruszam czytając, ani oglądając coś pięknego w swoim temacie i stylu. to opowiadanie przyprawiło mnie o smutek, było mi przykro, i to tak jakbym odczuła to rzeczywiście, jakby stało się to naprawdę. i pewnie, gdyby nie świadomość, że to opowiadanie, a nie nius na jakiejś stronce, popłakałabym się. chociaż nie wiem, czy to nie jest na faktach autentycznych..a każdym razie..nie mam słów.

Kredka 06 07 2009 (22:13:05)

Ach, no i pytanie: czy to Twoje osobiste przeżycia? Piszesz tak, jakby ten rozwój wypadków był Ci bardzo bliski.

Kredka 06 07 2009 (20:52:47)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Na forum już pisałam, że płakałam. Opowiadanie pisane życiem. Naprawdę niewiele tekstów mnie wzrusza, ten zrobił to bez problemu.

Sofie 06 07 2009 (19:58:57)

Użytkownik ocenił pracę na 6

Ja mialam gorzej. Czytajac opowiadanie, siedzialam i rozmawialam z ukochanym. Moj nastroj znienia sie juz od kilku dni, az w koncu posmutnialam do konca. To zaczelo we mnie siedziec. I gdy Igor powiedzial "ale masz zmienne humorki! Czy ty aby nie jestes w ciazy?", ryknelam bezsilna. Szlochalam w jrgo ramionach pol godziny, po prostu nie moglam dluzej.. Moze dlatego, ze zadzialalo to na moja psychike kobieca, ze przypomnialam sobie o swoich problemach... Ze tak, jak ta wlasnie bohaterka moge nie donosic ciazy a nawet w nia nie zajsc... To bylo straszne. Bezsilne. Mialam do konca nadzieje... a jednak, zabilas je. Teraz... teraz nawet nie chce czekac na kolejne dni. Nie chce wyczekiwac tego, czego wyczekuje. Nadzieja zgasla.

Ilveran 06 07 2009 (19:07:45)

Jeśli przeraża Cię długość i czytasz mój komentarz, w celu dowiedzenia sie czy warto, to daj sobie spokój. Jedziesz do góry i czytasz to opowiadanie. Tak, jest długie. Ale piękne. Tak. PIĘKNE. A teraz do autorki: Ryczałąm od połowy. I to nie było tylko kilka łez spływających po policzku, to był spazmatyczny płacz, w bezsilności. Bardzo ładny styl, bez błędów, te radosne wcięcia z przeszłosci, jeszcze bardziej budują smutny klimat. Rzadko się wzruszam, naprawdę trudno napisać coś co wzbudzi we mnie takie emocje. A Ty... Napisałaś życie, i to bardzo dobrze. Brawo. Dziękuję Ci Magdo.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(23): 19 gości i 4 zarejestrowanych: exother, Kamil M. Jaszczak, Mii, Kirus

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl