warto go przeczytać
Siedziała na parapecie z podkulonymi nogami i patrzyła na białe płatki otulające ziemię. Spadały tak subtelnie, wolno i chwiejnie, jakby były odurzone zimnym powietrzem. Mimo że styczniowe wieczory nie należały do ciepłych, to jednak teraz ogień z pieca delikatnie muskał jej przybrudzone węglem stopy. Było zimowo, dokładnie tak, jak jest w Boże Narodzenie. Nagle za oknem pojawiło się dwóch mężczyzn w zielonych mundurach. Stanęli obok starych świerków i gdyby nie ich czerwone od mrozu twarze, Anna wcale by ich nie zauważyła. Paweł stanął na progu domu z kubikiem drewna pod pachą. Czekał, choć tak naprawdę wiedział, czego ci dwaj będą chcieli.
- Wasza godność? – zapytali.
- Paweł Michałowicz. – odpowiedział, a oni podali mu zwitek papieru i nie odwracając się za siebie, odeszli do swych koni.
Paweł schował pismo do kieszeni lnianych spodni i wrócił do domu z kubikiem drewna pod pachą i dorzucał do pieca, dokładnie tak, jak to robił wczoraj, przedwczoraj i w każdy inny, mroźny dzień.
- Czego chcieli? – spytała Anna.
Milczał. Przymknął jedynie zmęczone oczy, a podając żonie pismo schował twarz w silnych dłoniach. Kobieta czytała, słowo po słowie, coraz wolniej i ciężej. Gdy skończyła patrzyła na niego zimna i zastygła w bezruchu, jakby w sekundzie skamieniała. Tylko niebieskie oczy robiły się coraz bardziej szkliste. Później płakała cały dzień, szykując lniany mundur na wojnę. Szykując Pawła na wojnę. Płacz sprawiał, że była coraz cięższa i słabsza, tak wyczerpana, że nie potrafiła przekroczyć progu domu, aby odprowadzić męża.
Niedługo po wyjeździe Pawła, poprosiła sąsiada, Michała Kotre, o prowadzenie i zarządzanie tartakiem. Sama nie dawała sobie rady z pracą, z każdym wschodem i zachodem, ze sobą, z życiem, ze wszystkim. Była tak blada od płaczu, że w lustrze widziała starą kobietę. Jej oczy już nie błyszczały tak jak kiedyś, usta były sine i popękane, a czarne włosy jeszcze bardziej podkreślały jej białą jak porcelana cerę. Wieczorami brała gorącą kąpiel, kładła się do łóżka i mimo kocy, poduszek i pościeli, nie mogła się rozgrzać. Brakowało jej silnych rąk Pawła, ciepłych i kochających. On wróci, musi wrócić. Jeszcze na jesień. Ale Paweł nie wrócił ani w ten listopad, ani we trzy następne.
Wojna dawała się światu we znaki. Płonęły lasy, wioski i miasta, ginęli ludzie. Może to egoistyczne, ale Anna nie zwracała na to uwagi. Liczył się tylko powrót męża. W końcu przyzwyczaiła się do jego nieobecności, jednak ciągle czekała, aż wróci. Prasowała jego koszule, przygotowywała obiad dla dwóch osób, nalewała gorącej wody do miski, żeby kiedy już wróci, mógł się ogolić. Tęskniła za nim, ale już nie tak jak kiedyś. Teraz wstawała o świcie, sadziła i podlewała kwiaty w ogrodzie, pilnowała pracy w tartaku. Musiała zatrudnić więcej ludzi do pracy, bo wielu dawnych nie wracało z wojny. Zgodnie z jej prośbą, Kotra zajmował się tartakiem, poganiał mężczyzn, krzyczał, liczył – robił wszystko, co trzeba. Pewnego dnia pielęgnując kwiaty w ogrodzie, zauważyła grupę młodych półnagich mężczyzn tnących pnie drzew przed warsztatem. Pot podkreślał ich szczupłą, ale dobrze zbudowaną sylwetkę, sklejał ciemne włosy. Ich torsy budziły w Annie niepokój, ale i pożądanie. Kiedyś, rozmawiając w tartaku z Michałem, zauważyła jednego z nich. Nie liczył więcej niż osiemnaście lat. Miał ciemne, kręcone włosy i śniadą karnację. Anna spojrzała w jego oczy – piękne brązowe oczy, przykryte wachlarzem czarnych jak smoła rzęs. Znalazła pretekst by zostać jeszcze na chwilę w warsztacie i obserwować ciemnookiego chłopca. Widziała kolejny raz jego spocone ciało, patrzyła jak pracuje każdy mięsień, każda cząstka nieznajomego. Od tej pory często obserwowała Rafała – bo tak miał na imię.
Nadeszła jesień. Robiło się coraz chłodniej i szarzej, a Paweł dalej nie wracał do domu. Martwiła się o niego, ale nieraz wydawało się jej, że zamiast niego, w sercu ma kogoś innego. Pewnego dnia, poprosiła Rafała, żeby przychodził do niej rąbać drewno na opał. Później zostawał u niej na obiad, rozmawiali, jakby zawstydzeni swoją obecnością. Anna patrzyła jak dopija resztki kompotu. Starała się traktować go obojętnie, ale czarne, splątane włosy, ciemne oczy i usta sprawiały, że pragnęła go jeszcze bardziej. Minął listopad, a wraz z pierwszymi dniami grudnia pojawił się też pierwszy śnieg. Rafał przychodził coraz częściej. Przed każdym jego przyjściem stała przed lustrem, upinała włosy, ubierała najładniejsze sukienki. Zawsze zostawał na obiad.
- Upiekłam ci chleba. – powiedziała. Skinął głową i uśmiechnął się.
- Rafał?
- Tak? – podniósł na nią wzrok.
- Czy przychodzisz do mnie, aby tylko narąbać drewna?
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 11.02.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(14): 12 gości i 2 zarejestrowanych:
exother, Mii