warto go przeczytać
Pseudonim: anyway
Czy ja śnię? Jeśli tak to jest to naprawdę ładny sen. Nieco pusty, głuchy, ale taki przyjemny. Śnię, że lecę. Nic nie widzę, nic nie słyszę. Nie mówię, nie czuję. Wiem natomiast, że pędzę po ciemności, a każdy milimetr jest pieszczotą dla mojego ciała. Uśmiechnąłbym się, ale mnie nie ma. Nie rozumiem. Już nic nie wiem, głupieję, wariuję. W jednej chwili pragnę obudzić się z tego cholernego snu, ruchomego więzienia. Chcę znaleźć Ruki\'ego, wpleść palce w złoto jego włosów, zatopić sie w ustach i całować, całować... Mój otępiały umysł kształtuje się na nowo. Myślę. Wokół mnie rozlewają się błękity. Widzę. Co jeszcze? Słyszę. A może jeszcze coś więcej? Mówię.
- Ruki, Ruki, Ruki...- powtarzam jak mantrę. Właściwie dlaczego mówię? Czy ja czasem nie byłem niemową? Rozumiem coraz mniej. Próbuję spojrzeć na moje ciało, sprawdzić, czy owo uczucie latania nie jest jedynie halucynacją, czy dalej leżę w tym koszmarnym łóżku. Zamiast białej pościeli i metalowej barierki widzę złoto. Mieniące się, drżące, migoczące. Złoto, które znajduje się w miejscu, gdzie powinno być moje ciało. Ruszam lewą dłonią. Z rezultatem. Czuję chłód, spowodowany przecinaniem powietrza, jednak ręki nie widzę. Zwariowałem? A może jakiś lekarz psychopata wypróbowuje na mnie jakiś mowy lek? Taki, który w rzeczywistości jest narkotykiem? I który mnie zabije... Wreszcie zabije. Trzeba mordercy podziękować. Byłoby cudownie... Zaraz, chwila. Dryfuję, jak chmurka, nie widzę swojego ciała i mogę mówić? Czyżbym już nie żył?! Ale jak to?! Tak od razu? Nie powinno być jakiegoś wspaniałego uczucia odrywania duszy od ciała? Takiego oficjalnego przyjęcia do nieba? Boże, a może ja lecę do piekła?! Nie, raczej nie. W końcu tutaj jest złoto, nie szkarłat. Poza tym, byłem grzecznym człowiekiem, miłym i przyjacielskim, i... Tak, to musi być piekło.
Nagle czuję, jakby ktoś mocno uderzył mnie w twarz. Boli. Siła odrzuca moja głowę do tyłu, łącznie z resztą ciała. Upadam wolno, jakbym tonął. I oślepia mnie gwałtownie strumień światła na moich powiekach. Otwieram szeroko oczy, odskakując do tyłu i zataczając się. Światło pali moją twarz, jednak nie jest to nieprzyjemne. Przyjemne zresztą też nie. Oszołomiony, zdaję sobie sprawę, że jasność mnie nie boli, że mogę swobodnie patrzeć, co od razu czynię. Znowu złoto? To zaczyna być nurzące. Co z tego ,że jest pięknie? Słyszę dobiegający do moich uszu cichy chichot.
Jak to możliwe, że wcześniej uważałem ten odgłos za najcudowniejszą rzecz na świecie? Skoro nawet nie znałem jego najprawdziwszego uroku? Ten śmiech pieścił moje uszy, słodka melodyjność zawładnęła moim umysłem. Kocham teraz ten dźwięk, jak nic innego na świecie.
- Szybko ci poszło, Akira- moje serce zaczyna wybijać perkusyjny rytm. Jednak nie jest to takie, jak kiedyś. Jakby lżejsze, bardziej delikatne... Odwracam gwałtownie głowę, wypatrując właściciela głosu. I dostrzegam go, jak siedzi na brudnozłotym krzesełku, figlarnie wymachując nogą. Włosy opadają mu na policzki, onyksowe tęczówki błyszczą czystym szczęściem. Choć może być to tylko odbicie moich własnych.
- Uświadomiłeś sobie, że nie żyjesz dużo szybciej, niż większość ludzi. Zajęło ci to niecały ludzki rok. Przyznam ,że było to szalenie zabawne. Zwłaszcza ta teoria. Co to było? Morderca psychopata? - wybucha perlistym śmiechem, zarzucając nogę na oparcie krzesła. Jego głowa zawisa natomiast w dole, odgarniając mu włosy z twarzy. Wygląda pięknie.
- Dlaczego tak stoisz? Przecież nie żyjesz Jesteśmy na twoim przyjęciu, Akira. Możesz mówić, chodzić, możesz robić wszystko! - jego twarz przybiera dziwny wyraz, coś na kształ czułości, połączonej z fascynacją. A mój biedny umysł próbuje wszystko poskładać w sensowną całość. Jestem oszołomiony, cholernie, nienaturalnie szczęśliwy, szalenie zakochany i martwy. I jak tu myśleć o logice?!
- Nie tak prędko - do moich uszu dobiega niski, obcy pomruk. Ruki nagle gaśnie, a obok niego ląduje drugi anioł. Ma ciemne włosy, przyozdobione mlecznymi pasemkami, czarne, duże oczy i piękną twarz.
- Kai? - pyta słabo mój aniołek, a obok niego z kolejnym świstem, staje Aoi, błyszcząc majestatem. Białe podmuchy przecinają firmament, gdy kolejne gdy kolejne niebiańskie istoty otaczają Ruki\'ego.
- Yune? Reila? - rozgląda się, wyszukując znajomych twarzy. Nikt jednak, prócz Aoi\'a, na niego nie patrzy, Ich spojrzenia utkwione są we mnie. Jestem tak zdumiony i onieśmielony tą natarczywością w ich oczach, że nie mam nawet sił, ani ochoty zastanawiać się, o co tu chodzi. Jak sądzę, zaraz wszystko wyjaśnią. Muszą. Prawda?
- Suzuki Akira, mam nadzieję, iż wybaczysz nam, że uroczystość Twojego Dnia obchodzimy, jednocześnie pełniąc służby zawodowe- wysoka blondynka, Reila, wysuwa się na przód tłumu aniołów. Ma mocny, donośny głos. Jednak wciąż nie mam pojęcia, co się dzieje. Przerastają mnie wrogie spojrzenia, mój Ruki, blady, z przeszklonymi oczami, z ręką Aoi\'a na ramieniu. Chcę się ruszyć, wyrwać z tego straszliwego otępienia, jednak moje stopy stoją w miejscu, a oczy uważnie śledzą Reilę. Muszę zrozumieć.
- Decyzją Boga Ojca, zostałeś Dzieckiem Najczystszym, aniołem. Twoje serce zostało uznane za szlachetne i kochające, a umysł za otwarty. Teraz przystąpimy do Chrztu, przed obliczem samego Stworzyciela, by przypieczętował twą anielskość. - przemawia dalej dziewczyna, na jej wargach błądzi uśmiech.- Odmówmy modlitwę za duszę Suzuki\'ego Akiry...
- Nie!- słyszę swój własny głos, melodyjny i silny. Wszystkie oczy zwracają się ku mnie z wyrazem najszczerszego zdumienia. A mnie już nie obchodzi niebo, mam gdzieś Chrzty i własną śmierć. Chcę tylko wziąć Ruki\'ego w ramiona, scałować łzy z policzków i przywrócić różany odcień jego policzkom. Stanowczym krokiem wmaszerowuję w krąg aniołów. Dostrzegam przy okazji własne ciało. Szokuje mnie jego idealność. Blade, nieskazitelne dłonie, długa, śnieżnobiała tunika, opinająca klatkę piersiową. Wyglądam tak, jak gdy byłem zdrowy. Nie pamiętam już własnej twarzy. Nie miałem okazji na nią patrzeć. Jednak nie jest to teraz ważne... Ważne jest to ,że wplatam palce w złote włosy, tak jedwabiste, jak zawsze sobie wyobrażałem. Przejeżdżam otwartą dłonią po jego porcelanowym policzku, muskam pełne usta, wbijam spojrzenie w te niesamowite oczy i po raz pierwszy, całuję go. Usta ma delikatne, słodkie, jak arbuz, którego woń mnie otacza, gdy trzymam go w ramionach. Oplatam Ruki\'ego w pasie, przyciągając do siebie mocno, pogłębiając jednocześnie pocałunek. Jego wargi są słodkie, słodsze niż w moich najśmielszych wyobrażeniach. I oboje jesteśmy teraz sami, w własnym, zamkniętym świecie. Nie otacza nas już tłum aniołów, jesteśmy tylko my, nasze spragnione usta i dłonie sunące po plecach, przyprawiając o dreszcze. Nasze języki tańczą ze sobą subtelnie, przyspieszając nam oddechy, mieszając je. Jakbyśmy się połączyli. I nie jestem już Akirą, a on nie jest Ruki\'m. Jesteśmy jednym, owładniętym namiętnością ciałem.
Odrywamy się od siebie, by zaczerpnąć powietrza. Jego oczy są roziskrzone, przeszklone. Moje serce wariuje. Otwieramy jednocześnie usta, by coś powiedzieć...
- Odstąpiłeś od aktu Chrztu...- słyszę obcy , przerażony szept. Anioły powróciły. A raczej nie odeszły. To my odeszliśmy.- Nikt jeszcze tego nie zrobił, nigdy. I co teraz?
Kai rozgląda się bezradnie po otaczających go twarzach. Każdy zgromadzony kręci jednak bezradnie głową.
- Akira...- kobiecy głos. Bardzo dobrze mi znany, choć nie słyszałem go od tak dawna, rozpoznaję go bez trudu. Przede mną stoi kruczowłosa, piękna kobieta. Przyciskam do siebie mocniej ciało Ruki\'ego, który głaszcze mnie uspokajająco po włosach.
- Mamo - nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć. A ona? Stoi, uśmiechając się promiennie, wpatrując się we mnie i mojego aniołeczka jak w obrazek.
- Wiedziałam, że go pokochasz - czułość w ciemnych oczach matki wywołuje przyjemny ucisk w moim gardle.- Jednak Akira, jestem tutaj z rozkazu Boga. - poważnieje momentalnie. Kładę dłonie na ramionach Ruki\'ego, skupiając wzrok na nim, a słuch na matce. Mój ukochany robi to samo, w jego oczach dostrzegam błyski niepokoju. Panika zbiera się w moim brzuchu, staram się spokojnie oddychać.
- Ruki, oszukałeś Największego, sprzeciwiłeś się Jego niepodważalnej woli, pozbawiłeś zdrowia istotę ludzką. Wykorzystałeś anielskie fluidy by zabić, kłamałeś, byłeś nieposłuszny. Decyzją Boga, jak i Rady Aniołów zostajesz wygnany z raju, a wypędzony na Ziemię, by odpokutować pomocą i wrócić jako anioł czysty - głos matki sprawia ,że zaczynają trząść mi się ręce. Nie mogę zwyczajnie w to uwierzyć? Jak tak można?! Otwieram z przerażeniem usta, i patrzę na mojego aniołka. Oniemiał. Oczy straciły ten swój niesamowity blask, został przyćmiony przez ból i strach. Zaciska mocno drobne dłonie na moich ramionach, a ja układam twarz w załamaniu jego barku z szyją. Próbuję opanować własne kołoczące serce, zdrętwiałe z trwogi kończyny, jednak czuję tylko gromadzące się w oczach łzy. Mój umysł nawiedza paskudnie egoistyczna myśl: \"znowu ci go odbiorą\". Przeganiam ją jednak, wiem, że to Ruki jest najważniejszy, że jego szczęście jest moim priorytetem, którego pragnę, i do którego dążę. Unoszę głowę, by z powagą spojrzeć na matkę.
- A jeśli owa istota ludzka pragnęła śmierci?- zapytałem, z uwagą rejestrując unoszące się brwi zgromadzonych.
- To nic nie zmienia, Akira. Przykro mi- stwierdza matka ze smutkiem, zalewając moje gardło goryczą.
- Ile będzie trwało wygnanie?- słaby szept Ruki\'ego, sprawia, że przyciągam go do siebie mocniej.
- Aż Bóg cię przyzwie. Aż staniesz się czysty- powtarza cierpliwie matka, przypatrując się nam smutno. Oddycham szybko, zaciskając powieki, by nie wydobyła się żadna łza.
- A ty, Akira... Dokonajmy aktu. Staniesz się wtedy aniołem, Reitą. Tymczasowo jesteś jeszcze grzeszny... - Reila uśmiecha się ciepło, przywołując mnie palcem do siebie. Kręcę stanowczo głową, zaczynając gładzić kark Ruki\'ego.
- Idź, Akira- płaczliwy głos mojego aniołka przy uchu ściska mnie w gardle. Ale ja już podjąłem decyzję. Ostateczną decyzję.
- Nie. Nie pójdę. Pójdę z tobą. Wrócimy razem- mówię ze zdecydowanie, wprawiając tłum w osłupienie. Moja matka jednak uśmiecha się z dumą. Widzę w jej oczach , że dokonałem słusznego wyboru.
- Co ty gadasz?- nierozumne, niemal paniczne spojrzenie Ruki\'ego dodaje mu blasku.
- Zabrzmi to banalnie i żałośnie, ale bez ciebie nie wyobrażam sobie nieba- uśmiecham się, by zamaskować zawstydzenie tą niesamowicie głupią kwestią.
I wtedy znów czuję uderzenie, i opadam, wolno, a światło razi mnie w oczy.
Budzę się w pozycji leżącej, czując przyjemny ciężar na swoim ciele. Moje oczy rejestrują oddalającą się czerń... Nie, Ruki oddala nasze twarze od siebie, jego onyksowe tęczówki były moją ciemnością. Jego leciutkie ciało opiera się na moim, przejeżdża udem po moim biodrze.
- Dziękuję - uśmiecha się jak to on najpiękniej potrafi, przyprawiając moje serce o szaleńcze bicie. Migocą mu oczy, złote włosy rozsypały się na moich policzkach.
- Nie masz za co dziękować. Zrobiłem to, bo cię kocham- mówię swobodnie, wsłuchując się w jego oddech. Ruki zagryza wargi, na jego policzkach zaczynają błyszczać łzy, a usta wyszukują niecierpliwie moich. Całuję go mocno, jakbym próbował sobie uzmysłowić, że naprawdę tutaj jest, ze mną, że już zawsze będziemy razem. Wzdycha, gdy przygryzam jego dolną wargę, przesuwając opuszkami palców po jego szyi, do obojczyka. Oplata mnie zgrabnymi nogami w pasie, oddając z pasją pocałunki.
- Ja też cię kocham, Akira- szepczę mi w usta, a ja zaczynam drżeć z nadmiaru szczęścia, do którego nie jestem przyzwyczajony.
Odrywamy się od siebie przez chwilę. Patrzę na otaczający nas krajobraz. Z zaskoczeniem rejestruję mój szpital, w którym się poznaliśmy, w którym zmarłem. To moja sala, łóżko zasłane, zakurzone szafki i wdzierajace się przez zasłonę promienie słońca. I zaczynam sądzić, że Bóg zesłał nas na Ziemię, byśmy z Ruki\'m zakochali się w sobie jeszcze bardziej, o ile to możliwe. Jak szaleńcy, spragnieni siebie, niczym powietrza. Uśmiecham się do tej myśli.
- Z czego się śmiejesz? - pyta zaciekawiony aniołek, unosząc się na łokciach.
- Myślę o tym, że zawsze chciałem zobaczyć Alaskę. Co ty na to? - pytam, opierając nasze czoła.
- Śnieg?! Tak bardzo chciałbym go zobaczyć! Pamiętam ,że jest piękny i tak wspaniale się mieni! - krzyczy podekscytowany Ruki, uśmiechając się promiennie. Rozczulony, całuję jego wargi.
KONIEC.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 19.09.2010r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(12): 10 gości i 2 zarejestrowanych:
exother, Mii