Pseudonim: Dawied
O sobie: ...
Napisanych prac:
- wiersze: 154
- proza: 94
- publicystyka: 11

Średnia ocen: 5.2
Użytkownik uzyskał: 828 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Uwierzcie cz.1" 22.03.2009
"Uwierzcie cz.5" 25.04.2009
"Uwierzcie cz.6" 02.05.2009
"Uwierzcie cz.9" 18.05.2009
"Wieczne miasto odc.2" 20.07.2009

Inne prace tego autora:
"Marlen cz. 9" 18.02.2009
"Marlen cz. 7" 01.02.2009
"Kłamca cz. 9" 24.02.2010
"Wieczne miasto odc.1" 16.07.2009
"Wieczne miasto odc.4" 13.08.2009


Najnowsza proza (wszystkie):
"Buntownik" - mistylady
"Uderzyłam go... cz.1" - Pokoras
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"Raz, dwa, trzy - Baćka..." - Edward Horsztyński
"Przygody, dnia jednego,..." - Falcor
"Trójblondowe piwo" - ArcturV
"Głosy Cieni - Rozdział 4..." - moriaty h.ayne
"O tym, jak powstały..." - nic
"Przed siebie" - Unwritten96
"List do K. cz. III" - Nieważne

Alex i pytanie o sens życia

Alex nie pamiętał kiedy ten szalony pomysł zrodził w głowie. To było tak dawno temu, w czasach, gdy nie miało to jeszcze większego znaczenia. Kto w przedszkolu chciałby poznać odpowiedź na takie pytanie? Niedorzeczne i chore, a jednak już wtedy maleńki chłopczyk z kędzierzawymi loczkami zastanawiał się nad tym. Później doszedł do wniosku, że to mistyczny znak z góry, tam od Boga, pieczęć, która przed narodzinami już musiała pulsować. Przez lata wyśmiewali jego poszukiwania i eksperymenty. Logicznym tropem zaczął od swego umysłu. Badał go solidnie, ale każda odpowiedź w jego mniemaniu wydawała się zbyt błaha. Na studiach stwierdził, że sam sobie nie poradzi. Dlatego wraz z przyjaciółmi wyruszył w świat ankietować. Tygodnie mozolnego zbierania wyników z najróżniejszych grup społecznych, miesiące opracowywania danych (po drodze wydalenie z uczelni i zalecenie badań psychiatrycznych) i jaki rezultat? Pstry, bo na czele listy znalazły się: słodycze, seks, miłość, zabawa, seks oralny, lizaki, szybka jazda, szybkie samochody itd. Alex w tamtych dniach prawie się poddał. To nie miało najmniejszego sensu. Wyniki nie dały się racjonalnie zinterpretować, a coś w duszy podpowiadało, że to nie to, że cel jest gdzieś indziej. W takiej sytuacji każdy by się załamał i albo strzelił w łeb albo zwariował. Wyjścia innego nie było, nie miała prawo być. Gdyby było, musiała by upaść logika, a ona bezbłędnie świadczyła, że odpowiedź na pytanie istnieje, a skoro istnieje, to przecież nieosiągalność celu, do którego jest się stworzonym, to zwyczajna porażka. Nasz bohater nie łamał się łatwo i nie długo się przejmował tymczasowymi problemami. Pomysł w skoczył do głowy w parku. Wiosna, świeże powietrze pachnące życiem, ciepłe słońce dryfujące pomiędzy obłokami i pośród tego kipiąca zewsząd złość, skryta w malutkim człowieczku z kędzierzawymi loczkami. Paster miał drożdże, Newton jabłko z drzewa, a Darwin pewnie w zoo oglądał małpy, Albert od względności musowo męczył się z popsutym zegarkiem, a Alex natomiast miał drobny, podobno dla losów świata nic nie znaczący, kamień, który wygrzewał się w słońcu na betonowej alejce. Takie okruchy, kiedyś potężnych skał, się kopie i tak też ten został kopnięty przez bohatera. Poderwał się jak szybowiec do lotu, przemknął między dwiema pół boginiami i uderzył w pomnik jakiś powstańców. W głowie Alexa zapaliła się czerwona lampka z napisem geniusz. Jak opętany pobiegł do miejsca pamięci, do historii, która żywo przed nim stanęła, która płonęła i nie gasła niosąc echa doświadczeń. Potrącił dwie dziewczyny nie zwracając uwagi na ich wdzięki. O nie, zbyt pochłonięty był na nowo poszukiwaniem odpowiedzi. Złapał kamień i krzyczał. Ba! Wrzeszczał podskakując. Jaki jest sens życia? Pytanie zadawane od stuleci, więc ktoś wcześniej musiał już poszukiwać odpowiedzi i tego kogoś on, Alex Free odnajdzie, a jak nie jego, to jego wnioski i basta. Najpierw jednak, za zakłócanie porządku, wylądował w areszcie, po wielu testach na różnego typu środki odurzające. Kamień, którego celem i sensem było mu pomóc, trzymał w kieszeni. Zdał sobie sprawę, że zna częściowo już prawdę o celu nieżycia, ale nie miał czasu na głębsze rozważania. Serce biło żywiołowo w klatce piersiowej – tylko po co? Mało kto o tym wie, ale Krakowska biblioteka jagiellońska, posiada olbrzymie ukryte zbiory dokumentów, akt, dzienników, kronik, które zbierała na przestrzeni wieków. Zawarta w niej wiedza, często do dziś w pewnych kręgach uważana za zakazaną, była obrazem kultury światowej, sięgającej wczesnych kronik Babilońskich, które w tajemnicy Kazimierz Wielki sprowadzał od zainteresowanych możnych w całej Europie. Przed wiekami bibliotekarze i część profesorów Akademii złożyła przysięgę strzeżenia tej wiedzy przed światem, dla dobra podstawowych dogmatów moralnych, wiary i niezachwianej potęgi umysłu ludzkiego. Przez setki lat nikomu spoza kręgu nie udało się tam dostać. Alex jednak nie specjalnie się tym przejmował. Szczęście sprzyja lepszym i bez wątpienia, na pewno chciało poznać sekret życia, dlatego postawiło na drodze poszukiwacza Alic. Córka wybitnego rektora UJ, wielkiego strażnika sekretu biblioteki lubiła pić i kochała się chwalić. I tak oto, w prozaiczny sposób, bohater dowiedział się o największej światowej tajemnicy. Było to w czasach początków studiów. Wtedy uznał to za brednie, a teraz musiał wierzyć, bo było to jedyne, ostatnie wyjście. Przekonać ją, żeby pomogła trudno nie było. - Pomożesz albo ojciec się dowie, co rozpowiadasz – rzekł hardo Alex – mam to nagrane, jak zapewne pamiętasz – uśmiechnął się – i wiesz, że dla odpowiedzi o sens życia dużo jestem gotów zrobić. - Wiem – szepnęła, zdając sobie doskonale sprawę z fatalnego położenia. Tajna skrytka największych krakowskich umysłów mieściła się w katakumbach pod Colegium Novum na ulicy Gołębiej i rozciągała się aż pod Gmach na alei Mickiewicza. Wejście znajdowało się w pokoju rektora, ale na wszelki wypadek przygotowane było tajne wejście kanałami, którego położenie znała Alice. Pozostawało jeszcze pytanie o zabezpieczenia i klucz. Alex nie chciał ryzykować wpadki, która mogłaby wszystko zniweczyć, a miał zaufanych ludzi, którzy byliby gotowi mu pomóc. Nie wahał się ani chwili by wykorzystać wsparcie. W duchu wiedział, że robi to nie chętnie - dzielenie się glorią poszukiwań, przychodziło mu wybitnie trudno. Dan, Sam, Eric i Sue byli jego przyjaciółmi od czasów szkolnych. Razem spędzili lata podstawówki, wspólnie wybrali gimnazjum i jak jeden umysł napisali egzamin końcowy. Później wylądowali w niezłym liceum, przejmując wraz z pierwszymi dniami w szkole władzę w klasie, a później nawet w szkole. Mózgiem był Alex, ale najbardziej nieobliczalny i szalony, wciąż poszukujący odpowiedzi na sens życia, zostawał w cieniu. Byli lubiani i podziwiani za swoją bezkompromisowość, wiedzę i wspólne dążenie do celu. Szaleńcze i śmiałe pomysły imponowały reszcie. Maturę za wszystkich rozwiązała Sue, a studia wybrał Sam, bo jego była kolej. Razem wyruszyli na krucjatę z ankietami w ręku, ale tylko Alexowi zamknęły się drzwi do uczelni. Pewien sukcesu nie przejął się tym specjalnie i pochłonięty pracą znikł na tygodnie w swoim mieszkaniu, ale jego przyjaciele cierpliwie czekali, wiedzieli, że odnalezienie odpowiedzi na fundamentalne prawdy teraz i ich drogą było. Po co żyjemy?”, pochłania, wciąga i pożera. Chcemy wiedzieć, żeby czasem nie minąć celu. Dan nauczył się fachu po ojcu złodzieju, a Eric, spec od komputerów, przygotował zabawki na ewentualne niespodzianki. Sue śledziła przez tydzień rektora, oceniając jego zachowanie, szukając czegoś interesującego. Alice miała go odciąć od spraw zawodowych udawaną depresją i chęcią spędzenia razem czasu. Jakby coś poszło nie tak, najważniejsze było zdezorientować przeciwnika i wprowadzić zamieszanie w jego szyki. Bez głowy państwo się rozpada. Sam, po tym jak wytrzeźwiał, załatwił auto dostawcze, stroje służby drogowej i poszedł pić dalej. Alexowi pytanie o sens kotłowało się w głowie jak nigdy wcześniej. Czuł, że jest cholernie blisko. Obserwował nocami wypatrzoną uliczkę, dzięki pewnemu znajomemu uzyskał plany kanalizacji, wytyczył trasę i mierzył czas co do ułamka sekundy. Wiedział, że powodzenie będzie zależało od sprawnej organizacji. Mieli trzy, może cztery godziny na przewertowanie olbrzymiej biblioteki i byliby bez szans, gdyby nie as w rękawie. Sue była geniuszem i dzięki temu mogli logicznie skupić się na dziełach i najbardziej prawdopodobnych autorach. Siódmego dnia stanęli u bram, które Bóg zatrzasnął przed ludzkością i byli pewni, że dziś znajdą klucz do miejsca, gdzie wyryta jest odpowiedź o sens życia. Od 20.12 przebrani za robotników Alex, Sue, Eric i Dan krzątali się w wąskiej przecznicy ulicy Gołębiej. Rozbili nad włazem mały namiot, który Sue wykradła dziadkowi. Ciemne kolory moro nadawały nieco profesjonalizmu. Rozwinęli wokół taśmy, gruz podwędzony z jakieś budowy rozsypali po ulicy. Specjalista od najnowszej techniki stłukł za którymś podejściem dwie lampy, nieznośnie oświetlające miejsce przestępstwa. Na dół zeszli przed północą, kiedy to pojawił się skacowany Sam, który miał stać na czujce i wszystkiego pilnować. Nawet nocą, krakowski rynek potrafi być żywy, niespokojny. Latarki mieli najlepsze, niezamakające, o silnym halogenowym świetle i żeby takie wypożyczyć, Eric musiał solidnie się postarać. Cóż przecież znaczy kilkaset złoty, gdy chodzi o największą tajemnicę wszechświata. Cóż znaczy tarzanie się w ściekach, gdy się pozna wszystko, co poznać warto. -"Po co się żyje” być może leży w ściekach i dlatego tak niewielu na końcu to odnajduje – pomyślał Alex i śmielej ruszył za mapą. Dan nad zamkiem męczył się kilkanaście sekund. Jak widać, na systemie zabezpieczeń odbiła się obniżka pensji profesorów. Alex po raz pierwszy w życiu pobłogosławił rząd. Drzwi skrzypnęły, a Eric wprowadził sondę z kamerą i chyba z milionem różnych czujników. Cała konstrukcja była jego pomysłu i pewnie dostałby za nią niezłą kasę, ale niepewne źródła finansowania sprawiły, że ledwo zdołał wywinąć się fiskusowi, o sławie musiał zapomnieć. Kamery były trzy, ale przy wejściu awaryjnym pozostała tylko jedna, dwie kolejne śledziły główne wejście. Po czwartej pozostał jedynie wbity w ceglany mur uchwyt. Kryzys i oszczędności musiały objąć nawet starodawny zakon. Alexowi trudno było pojąć, jak można doprowadzić do takiego niedbalstwa. Czujniki ruchu gęsto rozstawiono po pomieszczeniu. Mierząc potencjał elektryczny w sali, na komputerze w ułamku sekund został przetworzony obraz wszelkich przewodów i czujników. Eric był zawiedziony. Ilość zabezpieczeń kończyła się w tym miejscu, a przewody były ukryte słabo i miernie zabezpieczone. - Alex, przecież to są jakieś kpiny. - Dobre Eric, nie czas na to. Rób swoje. - Tak jest. Palce wędrowały po klawiszach komputera z zawrotną prędkością. Najpierw zakłócić sygnał, później, błyskawicznie podpiąć się do obwodu i zacząć własną emisję. Przekalibrować czujniki, jeszcze enter i voila, druga była wolna. Nie wielu specjalistów od elektroniki było lepszych od niego. W Polsce jeden taki talent się trafił, ale długo się nie utrzymał – kobieta go rzuciła, a to zabija sens. Na świecie Eric znał jednego lepszego znawcę tematu. Swego czasu rywalizowali internetowo o posadę doradcy prezydenta USA i przegrał minimalnie o 3 sekundy wolniej, łamiąc szyfr do tajnych kartotek CIA. Przegraną powetował sobie kopiując kilka cennych informacji. Zostały im trzy godziny. Później nie mogli już ryzykować swojej obecności na tym terenie. Nie chodziło nawet o więzienie za włamanie. Nie chcieli, nie powinni i nie mogli odkryć tej tajemnicy, bo świat by ją zniszczył, przebadał i zamienił w naukowy, nic nie znaczący bełkot. Każdy wiedział co miał robić, jak robić i po co. Pomieszczenie było olbrzymie. Katalogi posegregowane kategoriami i alfabetycznie. Pierwsza szła Sue i decydowała, które katalogi należało przeszukać. O Bogu – nie, tajemnicze machiny – nie, smoki i potwory – nie, O ruchach gwiazd – nie( Sue zatrzymała się co prawda na chwilę, gdy zobaczyła łac tytuł Słońce w centrum wszechświata z VIIIw.), kamień filozoficzny – nie, magia – zawahała się i w końcu pozwoliła zająć się tym działem Danowi, filozofie dawne – Eric, filozofie ważniejsze – Alex, a sama mimo wielkiej chęci przejrzenia historii prawdziwej, sięgnęła po dział pytania i odpowiedzi. Na dalsze zwiedzanie długich korytarzy czasu nie było, dlatego modląc się gorąco ruszyli do pracy. Czas pędził nieubłaganie, a oni kartkowali kolejne tomy szukając kluczowych słów, które przygotowali wcześniej. Mieszanka językowa, była olbrzymia i tego się spodziewali, ale na pełne przygotowanie czasu nie było. Grekę, Łacinę, Aramejski, Serbski znała Sue, ale nawet to mogło być za mało. Czas płynął z minuty na minutę coraz szybciej. Alex patrząc na bezradne miny swoich przyjaciół przyśpieszał, starał się nadrobić ich niemoc i przekonać, że nie zmarnowali czasu na ten szaleńczy pomysł. Choć znajdywał tony przydatnych informacji, których mózg ogarnąć nie mógł, to ani przez chwilę nie poczuł, że się zbliża. Sens życia pojawił się o 3.12, osiemnaście minut przed końcem misji. - Alex mam, chyba mam – krzyknęła Sue, a wszyscy jak zjawy znaleźli zaraz obok niej – zobacz – na książce staropolskim drukiem widniał napis; Eliksir sensu życia – czyli po co żyjemy” - To nasz, to Polak odkrył sekret życia – podekscytowana Sue praktycznie piszczała. - Na Boga! - Alex uniósł głos – mamy sens – zaczęli się śmiać i cieszyć. - Dobra – Dan, syn złodzieja rzekł – chodźcie, będziemy cieszyć się jak uda się zwiać. - Masz racje, chodźmy – Alex ukrył szczelnie radość. Na górze Sam smacznie chrapał. Zadowoleni z siebie pozwolili sobie na mały żart i wystraszyli czujnego strażnika. Chłopak podskoczył, a oni w ogólnie panującej radości zaczęli szybko się zwijać. Poszukiwania sensu życia okazały się nad wyraz proste. Na razie. "Michał Korbski, wielki myśliciel odnowionego Królestwa Korony Polskiej i Litewskiego Księstwa Koronnego ku chwale wieku XVI i na cześć i prośbę Miłościwie Panującego oddaje odpowiedź o sens życia.” - Jak to nie ma? - zapytał przerażony Alex po tym, jak Sue skończyła czytać – Musi być – rozpaczliwie chciał łapać za księgę, a reszcie opadły głowy w wielkiej żałobie. - Nie ma odpowiedzi Alex – szepnęła Sue po raz kolejny i dodała – ale jest miejsce, ukrycia czegoś co autor nazwał recepturą odnalezienia sensu – Sue rozpromieniła się i krzyknęła – Lecimy do Katmandu, lecę rezerwować bilety. - … - Alexa zatkało, cel był bardzo blisko. - Gdzie to kuźwa jest? – szepnął Dan - Co tam Polak robił w XVIw? - zastanowił się Sam. - Dowiemy się na miejscu – hardo rzucił Alex – teraz już nie ma odwrotu. A zaczęło się dla niego tak dobrze. Nobel. Wielka rzecz, a później? Później, biedny zagubiony prezydent został strącony w niebyt przez głupi, nieświatły lud, niegotowy na reformy i postęp, który zaproponował. Dobrze, że miał jeszcze na górze paru znajomych. Odebrali mu sens życia, ale on go odnajdzie, odnajdzie i będzie znów potężny. Wszystkie ślady prowadziły do Katmandu. Kto by powiedział, że w takim malutkim, głupiutkim kraju znajdować się będzie największa tajemnica wszechświata? Były prezydent USA nie był w stanie do tej pory uwierzyć, że na takim zadupie jest sens wszystkiego. Nawet teraz, gdy samolot za kilka godzin wyląduje w olbrzymim mieście położonym w górskiej dolinie, największych szczytów świata, nie dowierzał. Dziesięć godzin z groszami byli w powietrzu. Dotarli wczesnym rankiem, ale lotnisko już żyło. Zamówili taksówkę, kierowca mówił po angielsku i wydawał się nawet sympatyczny. Z niedowierzaniem, wciąż wpatrywali się w olbrzymie śnieżne szczyty na horyzoncie. Powietrze było rzadsze, ale mimo tego i zmęczenia z wielkim zainteresowaniem pochłaniali krajobraz miasta. Nowe budynki, podobne do tych typowo europejskich, komponowały się z miejscową architekturą. Posągi buddy, dziwne świątynie, hinduskie postacie, tworzyły ciekawą mieszankę. Alexa ten nowy świat trochę przerażał, no bo jak odnaleźć tu najpilniej strzeżoną tajemnicę świata, jak samemu jest się szalenie zagubionym. - Jaki sens ma ta podróż – zapytał w myślach i na neuronach zatańczyła błyskawiczna odpowiedź, która go ucieszyła – odnaleźć sens. Sue, szalenie oczarowana nowym miejscem, nie dawała odetchnąć kierowcy, zalewając go ciągłymi pytaniami. Szalenie podekscytowana opowiadała po Polsku wszystkiego czego się dowiedziała i zgodnie ze swoją naturą komentowała każdy fakt, często kierując się do Erica, który nie do końca był dla niej tylko przyjacielem. Oczywiście jej wiedza nieraz przerastała nawet samego mieszkańca Nepalu, ale usprawiedliwiła się stwierdzeniem, że kocha czytać i kontynuowała swój popis. Dan, zastanawiał się za to, czy nikt ich nie zgarnie za jazdę w szóstkę, malutkim, starym mercedesikiem. I na dodatek od Sama strasznie śmierdziało wódką. Hotelik był obskurny. Na nic lepszego nie było ich stać, a ze składki i tak już nie wiele zostało. Bagaży dużo nie mieli, bo i nie chcieli zabawić dłużej. Droga była opisana bardzo szczegółowo, z elementem krajobrazu, który nie mógł ulec tak szybko wyraźnym zmianom, więc odnalezienie skrytki nie miało prawa im zająć zbyt wiele czasu. - Ej, patrzcie – krzyknął Sam, a wszyscy odwrócili się w kierunku, w którym wskazywał – - To chyba ten prezydent od Nobla. - Nikogo nie widzę – stwierdził Eric. - Ja też nie – dodał Alex – Sam, ogranicz picie. - Mówię wam, że to był on. Pokoje zajęli dwa. Eric oczywiście z Sue, choć oficjalnie był to wynik losowania. Reszta miała drugie lokum, nieco większe. Mierny standard miał marginalne znaczenie – zmęczeni poszli spać. Wieczorem wyskoczyli do miejscowego baru. Świetny nastrój ich nie opuszczał, a po kilku drinkach znów powrócili do wspomnień. Bawili się świetnie, jak rzadko ostatnio. Miejscowi zafascynowani nimi i oni ze swoimi opowieściami, razem w obcym kraju, bardzo blisko końca swej podróży. Każdy z nich odczuwał podekscytowanie, podniecenie i zniecierpliwienie, ale takie, która słodko wzmaga apetyt, które każe głupkowato uśmiechać się do siebie, takie które często daje więcej szczęścia niż samo osiągnięcie celu. Koło północy pomału zaczęli się zbierać do hotelu. Sue wtuliła się śmiało w ramiona w Erica, a ten ją objął jak nigdy. Dan całą drogę śpiewał, a Sam narąbany, zaginął z małoletnią prostytutką, ale Alex nie miał zamiaru się przejmować. Kto jak kto, ale ten wciąż narąbany skurczybyk umiał sobie radzić. O świcie, ze szczegółową mapą, którą przygotowała Sue na podstawie znalezionych w bibliotece notatek , ruszyli na najpiękniejszą wyprawę w ich życiu. Najdroższy sprzęt, dwunastu najemników uzbrojonych po zęby, szalony informatyk i sobowtór Harrisona Forda z Indiany Jones - czy coś mogło nie udać się z taką ekipą? Były prezydent, laureat Nobla nie miał wątpliwości, że tak. Zawsze coś w jego planach się psuje, a przecież ideę ma szczytną. Być szczęśliwym. Przecież to nie jego wina, że szczęście chciał osiągnąć podbijając świat, że pragnął władzy absolutnej. To przez to nie dobre dzieciństwo, przynajmniej tak twierdziła była żona. Mapę wyliczył komputer na podstawie zebranych danych i skomplikowanych przekształceń matematycznych, opartych na logarytmach opracowanych przez najwybitniejszych myślicieli, których kupił za swojej prezydentury. - Oby tylko KGB znów nie chciało się w to wmieszać – rzucił zamyślony na głos. - Panie prezydencie, ale KGB już od lat nie ma – szepnął zwariowany informatyk. - A co ty możesz o tym wiedzieć. – zdenerwowana była głowa państwa, a obecnie jego ekskrement, ruszył szybciej w górę, zostawiając za sobą zdezorientowanego nastolatka. Kupili przewodnik, pytali się ludzi, ale nikt nie był w stanie im pomóc. Miało być pięknie, a wszystko się psuje w pierwszym etapie. Kiedy wyczytali, że trzeba stanąć u szczytu góry która dosięga nieba, gdzie południowy stok opada do bram miasta, byli pewni, że znajdą ją bez problemu. Niestety, góry były wokół, a bramy trzy i na dodatek żadna nie pasowała. Sue klęła w duszy na siebie, głupia mogła przecież lepiej przygotować dane historyczne, znaleźć stare mapy i zapiski. Eric przeczesywał internet, ale łącze satelitarne nawalało. - Cholera! Kto nie pozostawia śladu po starej bramie – krzyczał wściekły Alex. - Uspokój się – szepnął pijany Sam – głowa mnie boli. - Nie prowokuj – rzucił złowrogo Alex. - Zajmę się tym – pokiwał głową i poszedł bez większych wyjaśnień. Świt szybko zmienił się w przedpołudnie, a oni bez rezultatów, pytając się miejscowych, tkwili nieopodal jakiegoś parku. Kłócili się, wciąż z nadzieją wpatrując się w góry, ale los nie przybliżał ich do odnalezienia sensu. Alex w końcu nie wytrzymał i cisnął przeklętym kamieniem, który doprowadził go do durnego pomysłu nie poddawania się. - Cholera! - westchnął, a cały animusz gdzieś uszedł – Nie ma sensu tu tkwić, wracajmy do hotelu. Może uda się jeszcze dziś załatwić bilety na najbliższy lot. - Poddajesz się? – szepnął z niedowierzaniem Dan – nie wierzę... - A co mamy zrobić? Ta głupia brama może nie istnieć od wieków. Może źle to tłumaczymy, a może to jakiś symbol i co? Jak mamy go odnaleźć w tym obcym świecie? - Jak zwykle – szepnął Sam, który wracał z plikiem kartek – dzięki mnie – wyciągnął z kieszeni jakiś kamień i dodał – mógłbyś we mnie tym nie rzucać? - Sam? -szepnęła Sue. - Proszę – Sam podał plik kartek – to z kronik bibliotecznych. Jest tam ta głupia brama... - Kocham Cię - Alex objął go i wycałował – ale skąd? - A ja ciebie nie, geju. Dziewczyna, z którą wczorajszej nocy tak świetnie się bawiłem jest bibliotekarką, akurat mieszka tuż obok, więc poszedłem szukać. Idź po piwo i ruszajmy po ten wasz sens. - To tuż obok – szepnęła Sue – Byliśmy cały czas bardzo blisko – rozpromieniła się. Alex schował z powrotem kamień, który ochrzcił kamieniem przeznaczenia i hardo ruszył przed siebie. Wierzył, że szukając sensu, nie można obracać się za siebie i rozpamiętywać zdarzeń. Głowa w górę i uparcie przed siebie. Cel był bardzo blisko. Ruszyli niewielkim wzniesieniem. Parkowa alejka wyłożona kamieniami doprowadziła ich wprost do do drewnianej, mocno już zniszczonej, symbolicznej bramy w postaci starych drzwi, wbitych bez celu w środku olbrzymiego parku. Ludzi mijali je jakby ich nie było, całkowicie odrzucali możliwość ich istnienia. - Czary? - szepnął Dan - Nie! - sprzeciwił się Sam, pociągając z piersiówki – Ludzka ignorancja. - Jak myślicie, będzie tajny zakon szczerzący tego sekretu? - Nie mam słów - zgodnie pokiwali głową. - No co? W Indianie Jonesie zawsze był – rzucił naburmuszony Dan, ale nikt go już nie słuchał. U podnóża góry znaleźli się po kilku godzinach. Marsz był długi i wymagający. Kolejnym etapem miała być wędrówka wzdłuż potoku, dlatego, aby zebrać siły zdecydowali się na postój. Wieczór zbliżał się szybko, ale nie chcieli za żadną cenę odpuścić. Sue przewidywała, że podróż do celu zajmie im około dwóch do trzech godzin. Alex zdecydował, że będą nocować na miejscu i wrócą rankiem. Zgodnie z opisem, który w każdej wolnej chwili czytała Sue, wynikało, że tajemnica czeka na nich w rozległej pieczarze. Autor rozpisywał się nad nią rozlegle. Prawdopodobnie jakieś źródła hydrotermalne ogrzewały to miejsce, a zjawiska wietrzenia musiały wykreować nietypowe formy skalne. Eric nie chciał mówić tego głośno, ale bał się, że takie warunki zniszczą recepturę. Modlił się, żeby pan Korbski dobrze o nią zadbał. Potok okazał się dość wartki. Szli w górę gubiącym się pod wodą wąskim szlakiem. Śliskie kamienie i nagłe głębie wymagały ciągłej czujności. Na dodatek strumyk był lodowaty. Eric na początku próbował się nawet bawić w dzielnego obrońcę dam i brał Sue na ramiona, ale nogi pod silnym prądem się ugięły i wylądowali razem w wodzie. Później ten pomysł nie miał większego sensu. Alex próbował wciąż wyobrazić sobie jak ten sens będzie wyglądał. Uruchamiał abstrakcyjne myślenie, ale nic naprawdę godnego uwagi w jego mniemaniu, nie przychodziło do głowy. A jeżeli to czynienie dobra, a może sensem jest zło. Miłość? - nie. Na pewno nie, ona jest zbyt pospolita i błaha. W końcu dotarli do stromego rumowiska. Zgodnie z instrukcjami skręcili w wąską przełęcz, a później nieco ukrytą doliną dotarli do stromego podejścia. Mapa prowadziła ich bezbłędnie. Wspinaczka była trudna. Kamienie co chwila się obsypywały, niosąc ze sobą bohaterów. Ostatni szedł jak zwykle Sam. Nagle prawie u szczytu, przewrócił się i na ruchliwym podłożem zaczął zjeżdżać kalecząc sobie twarz, ręce i resztę ciała. Alex rzucił się błyskawicznie, żeby złapać przyjaciela, ale zdołał jedynie musnąć mankiet jego koszuli. Sam nigdy nie panikował. Wrodzony flegmatyzm i zimna krew sprawiały, że umiał radzić sobie w najgorszych chwilach. Jednocześnie alkoholizm był silniejszy. Zamiast próbować się złapać, zdołał cisnąć piersiówką pod stopy zdezorientowanego Alexa. Pierwszy ruszył się Dan. Zbiegł szybko na dół i dzięki wrodzonej sprawności nawet przez ułamek sekundy nie stracił równowagi. Na dole leżał bez życia jego obolały przyjaciel. Przewrócił go na plecy i zaczął wsłuchiwać się w jego niepewny oddech. - Słyszeliście? - Ktoś tam jest... - Przyprowadź ich. Niech zobaczą jak znów staje się najpotężniejszym człowiekiem na ziemi. - Co z nim? - krzyknął Alex – zawrócić po niego, czy najpierw spróbować zdobyć sens? - bił się w myślach i stał nieruchomo. - Nic mu nie będzie – powiedział po chwili Dan – Stracił przytomność i ma mnóstwo siniaków, ale za chwilę powinien dojść do siebie. - Dzięki Ci Boże – szepnęła Sue. - Alex co robimy? - zapytał Eric. - Gdyby to było coś poważniejszego, przez tego pieprzonego alkoholika musielibyśmy zawrócić po pomoc. Dzięki, że nic mu nie jest. Osobiści bym go zatłukł. - No, no – za pleców dobiegł nieznany głos – kogo mu tu mamy? - zapytał po angielsku i dodał – banda dzieciaków bawiąca się w poszukiwaczy przygód. Rick idź po tych z dołu, a wy chodźcie za mną. Pan prezydent czeka – radosny uśmiech dziwnie komponował się z nieprzyjaznym spojrzeniem AK 47. - Pan prezydent? - szepnęła Sue do Alexa. - Przynajmniej pokaże nam cel naszej wędrówki – Alex roześmiał się gorzko. - Miło było was poznać – roześmiał się Eric. - Poczekajcie z tymi pożegnaniami... Były prezydent uniósł przygotowany eliksir, wygłosił patetyczną mowę i rozlał go pod swe stopy. - Ale mnie łeb boli – szepnął Sam – masz moją piersiówkę? - Trzymaj – szepnął Alex, patrząc na to co miało się wydarzyć. Dym wzniósł się aż pod kopułę groty i nagle ich oczom ukazał się wielki tron, a u jego podnóża stała ziemia. Alex zaniemówił i coś w nim pękło. - Nie możliwe, nie możliwe, żeby sensem życia była tylko pusta i głupia władza. Przecież to wszystko nie tak miało być – padł na kolana szepcząc – zginę ja i moi przyjaciela... na darmo – w sali echo szaleńczego śmiechu prezydenta rozniosło się po skałach, rezonans wzmocnił drgania – co ja zrobiłem. Boże nie miałem prawa ryzykować ich życia. - Alex otrząśnij się – na jego ramieniu rękę trzymał Eric – musimy się stąd wydostać, przez ten jego piskliwy śmiech wszystko zaraz runie. Później zaczniesz martwić się całą tą głupotą. Teraz są ważniejsze sprawy – nasze życie. - Nie miałem prawa ryzykować, nigdy nie miałem prawa żądać, żebyście za mną szli. - Nie bądź głupi – szepnęła Sue – Sami chcieliśmy iść. Pamiętasz? Zawsze razem – uśmiechnęła się. - Mam pomysł – rzucił Dan i bez zastanowienia przepchnął się przed strażników, mimo gróźb bronią, krzyknął – To nie koniec! Znam sposób, żeby sprawić, aby sens stał się czynem! Znam sposób. Śmiech ucichł, ale ściany groty dalej wibrowały. Szalony informatyk i banda najemników z przestrachem patrzyli na to wszystko. Prezydent stał z szaleńczym spojrzeniem i uśmiechał się, nie zwracając uwagi na otoczenie. Pierwsze kamienie zaczęły się osypywać. - Jak? - szepnął. - Panie prezydencie, jaskinia – szepnął szalony informatyk. - Zamknij się! - krzyk wzmógł działanie fal. - To jest starodawna księga magii, którą ukradłem z tajnej biblioteki... - Jagiellońska – szepnęła była głowa państwa. - Dokładnie – Dan porozumiewawczą kiwnął Samowi. Strażnicy zaczęli uciekać w popłochu. Ziemia drżała, a okruchy skalne padały co rusz u ich stóp. Alex nie dziwił się ani przez chwilę – Dan był synem złodzieja. W duchu dziękował za to, bo któż inny mógł wymyślić coś równie szalonego i nieprzewidywalnego. Eric złapał mocno Sue za rękę i spojrzał głęboko w jej oczy. - Daj mi ją – prezydent celował z niewielkiego rewolweru do Dana. - Dobrze panie prezydencie. Tutaj ją kładę, ale puści nas pan wolno? - Oczywiście, później jak będę miał władzę zajmę się wami. Sprytni jesteście, możecie mi się jeszcze przydać. - To będzie zaszczyt służyć najwspanialszemu imperatorowi – Dan chytrze się uśmiechnął i położył księgę na ziemi, Sue nie mogła uwierzyć, że taki skarb wpadnie w ręce wariata. - Ej, Dan – krzyknął Sam – wódka mi się skończyła – uśmiechnął się, patrząc na przyjaciela, wykonał popisowy numer i z całych sił cisnął piersiówką w zbliżającego się prezydenta. Laureat Nobla dostał w głowę, chwycił się za twarz. Z rozbitego nosa ciekła krew, a ból, którego nienawidził, odbierał siły. - W nogi – wrzasnął Alex. Kilka pocisków powędrowało w ich stronę, ale żaden nie trafił. Wybiegli z groty wąskim korytarzem. Za nimi ściany łamały się pod ciężkim stropem i tunel nikł w tumanach kurzu. Podmuch wręcz wyrzucił ich z jaskini. Prezydent zginął, mimo tego, że odkrył swój sens życia. - Dan – Sue z całych sił okładała przyjaciela swoimi malutkimi rączkami – jak mogłeś pozwolić, żeby księga przepadła. - Nie denerwuj się kochana – rzucił zawadiacko Dan – zrobiłem ksero – pościł do niej oko. - Wariat – uśmiechnęła się i mocno go przytuliła. - Alex, nie martw się – szepnął Sam – chcesz łyka – kolejną piersiówkę trzymał w ręku. - Chętnie – Alex uśmiechnął się, pociągnął i zapytał – miało to sens? - Największy... - To gdzie teraz ruszamy? - zapytał Dan – Jaka nowa przygoda na nas czeka? - Okaże się – Eric uśmiechnął się – ale po moim i Sue ślubie... - Co? - krzyknął Dan – czemu ja o niczym nie wiedziałem? - Boś głupi – Sue posłała mu kuksańca. Później Alex z przyjaciółmi musieli uciekać przed wściekłym rektorem uniwersytetu, poszukiwali eliksiru miłości, walczyli z tajną organizacją niszczącą książki i świetnie się bawili na weselu Erica i Sue, ale to już inna historia... Wpatrywali się w księżyc całą noc. Byli szczęśliwi. Bladym blaskiem spłynęła jasna droga W serca wlała ciszę, która jak kamień twardym i zimnym spokojem nadaje krótkie drgania słodkiej fali – szczęścia.



Płeć: mężczyzna
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 4    
Data dodania: 05.02.2010r.

1     

Zuanshie Użytkownik wpmt 06 02 2010 (13:24:32)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Dostałeś bardzo ładny, ciekawy komentarz od Dwiśki, w którym ujęła dosadnie błędy, jak i mocne strony tegoż opowiadania. Cóż ja mogę rzec od siebie? Powalający styl i język, wiesz jak trafić w serce czytelnika. Najbardziej w Twoich pracach cenię lekkość i płynność, która nie męczy czytelnika- wręcz przeciwnie ma on chęć napawać się i wgłębiać w tekst. Zaletą jest także dobrze prowadzona akcja za co Ci pokłony. Nie nudzisz czytelnika, nie ma zbędnego lania wody- jest akcja. Podobają mi się opisy- zresztą jak zawsze, gdzie nie mam problemów z odtworzeniem ich- są takie realne. Dobrze prowadzone dialogi. Nie będę przynudzać, a ocena z dużym plusem.

Dawied Użytkownik wpmt 05 02 2010 (23:28:25)

eksrement - kupa, gówno, odchody

Dawied Użytkownik wpmt 05 02 2010 (23:22:16)

Ciężko mi się odnieść do zarzutów o szyk i zbędne literki bo musiałbym się w konspekt wypowiedzi wgłębić. Co do latarek wodoodpornych i niezamakających - wydaje mi się, że nie jest to błąd. Co do nazwy królestwa i tytuł tego dzieła jest tak samo fikcyjna jak Michał jakiś tam i eliksir w Katmandu. Myślałem, że to na tyle irracjonalne, że nikt nie będzie się oto czepiał. Chciałem żeby cało opowiadanie sprawiało wrażenie dynamicznego i szybkiego. Dzięki za komentarz ;)

Zerowa Użytkownik 05 02 2010 (23:08:23)

Użytkownik ocenił pracę na 5

W pierwszym zdaniu brakuje mi ”się”. ”Wskoczył” to poprawna forma, więc razem… (mam na myśli zdanie ” Pomysł w skoczył do głowy w parku.”). ”…a Alex natomiast…” jak na mój gust albo ”a” jest tutaj nie potrzebne, albo ”natomiast”. ”Krakowska biblioteka jagiellońska” – wszystko powinno być napisane wielkimi literami. Alic”? Przypadkiem nie chodzi o Alice? Albo o jakieś inne imię? Tak w ogóle, to wprowadzanie obco-brzmiących imion w polskie realia drażni. ”Było to w czasach początków studiów.” – zdanie nie podoba mi się samo w sobie, ale jeśli już, to brakuje tam informacji o czyje studia chodzi. Zebrało się kilka literówek… We fragmencie ”… odnalezienie odpowiedzi na fundamentalne prawdy teraz i ich drogą było” jest zły szyk wyrazów. Właśnie, szyk… czytam dalej i niemal na każdym kroku znajduję ten sam problem. Mam nadzieję, że nie obrazisz się, ale poprzestawiałam trochę wyrazów, oczywiście nie zmieniając sensu. Ewentualnie mam u siebie wysłany przez Ciebie oryginał. Przezorny zawsze ubezpieczony… ” Niezamakające” – ciekawe :D. Proponowałabym ”wodoodporne”. Moje wątpliwości budzą nazwy: Królestwo Korony Polskiej i Litewskie Księstwo Koronne. Po sprawdzeniu dochodzę do wniosków, że istniały Księstwo Litewskie jak i Korona Królestwa Polskiego (co do ostatniej, to XVI w. jest błędem rzeczowym, na razie nie mam czasu na zagłębianie się w temat). Z tekstem gryzą się takie wyrażenia jak: ”jak rzadko ostatnio” czy ”objął ją jak nigdy” (drugie ze względu na bliskie sąsiedztwo z poprzednim wyrażeniem). Co znaczy słowo ” ekskrement”? Ten moment w górach, tuż po zsunięciu się z urwiska Sama – tu akcja toczy się trochę za szybko. Zero niepewności, brak czasu na zastanowienie (przynajmniej bohaterów)… Byłabym gotowa poświęcić jeszcze jeden wieczór, gdybyś zdobył się na rozwinięcie punktu kulminacyjnego. W tej formie, opowiadanie jest zbudowane nieproporcjonalnie, przynajmniej takie jest moje zdanie. Rozwijasz akcję powoli i sumiennie (starasz się dbać o detale, to trzeba przyznać), ale w najciekawszym momencie przyspieszasz. I mam wrażenie, jakby coś mnie ominęło albo mi umknęło. Zakończenie mnie zawiodło (”Później Alex z przyjaciółmi musieli…”). Pisane na szybko, byleby to jakoś zakończyć”. Mimo tego mojego marudzenia i tak postawię piątkę. To opowiadanie sprawiło, że poczułam się jak w kinie – na jednym z ciekawych filmów przygodowych, które tak lubię. Czekam n ekranizację:).


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Radwan Piąty Peron WSQN Replika E-tekst Piórem Feniksa Edupedia Audiobook Złote myśli

Statystyki: Wiersze: 9700 | Proza: 2330 | Publicystyka: 723 | Komentarze: 68312 | Użytkownicy: 12452
Online(27): 27 gości i 0 zarejestrowanych: