Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: MGryglicki
Imię: Maciek
Skąd: Lubartów
O sobie: Emeryt.
Napisanych prac:
- nowości: 25
- wiersze: 4
- recenzje: 24
- artykuły: 6
- wywiady: 1
- proza: 20

Średnia ocen: 4.7
Użytkownik uzyskał: 252 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Greg (Opowiadanie Czwarte -..." 08.09.2009
"Oblężenie" 25.12.2008
"Harry Potter vs. World of..." 26.10.2008
"Noc" 14.08.2010
"Strumień świadomości (1)" 10.12.2010

Inne prace tego autora:
"Alchemik (1d)" 13.10.2008
"Alchemik (1c)" 13.10.2008
"Alchemik (1b)" 13.10.2008
"Greg (Opowiadanie Pierwsze)" 25.12.2008
"Alchemik (1a)" 13.10.2008

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka
"Igraszka - I etap..." - Poziomka.
"Ćma - prolog" - Miao?

Alchemik (2b)

Zamek Anar-Ker.

- ... i wybieramy się na zamek.
Z pewnością Vilern mógł opisać to lepiej, bardziej poetycko i tak dalej, ale była jedna przeszkoda – rozleniwiony dobrym piwem i jedzeniem, które zamówił jako obiad w międzyczasie Idlavid, samozwańczy bard wolał zająć się posiłkiem.
- Lepiej bym to opowiedział. – rzekł po chwili Leoxard.
- Nie wątpię. – powiedział Boreas. – Bełkocząc z ustami pełnymi jedzenia i piwa...
- Oj tam, ale on to tak jakoś krótko zrobił. – uśmiechnął się krasnolud.
- No fakt, na barda to się on nie nadaje. – powiedział Sirius, a żeby złagodzić efekt dodał. – Ale żeby być dobrym trubadurem, należy ponoć mieć wrodzony talent a ponadto przejść odpowiednią szkołę. – brodaci potaknęli. Wrócili z zapałem do jedzenia. Po chwili banita dodał. – Nie wiecie może, jak ten zamek nazywał się przed nazwaniem go Anar-Ker?
- Nie. – odpowiedział Idlavid. – Nikt nie wie.
- Może tylko najstarsi z krasnoludów, Czcigodni i ich pomocnicy. Ale do nich żaden z nas nie ma dojścia... – Dodał Leoxard.
- No tak. – powiedział Sirius. Zmilczał fakt znajomości z Doranem.
Po obiedzie poszli do stajni. Pachołek oddał Siriusowi Revenę. Leoxard przygotował do drogi jucznego osła. Boreas z Vilernem poszli po zakupy. Idlavid się nudził, polerując na ławce przed karczmą ostrze dwuręcznego topora. Po chwili dołączył do niego Leoxard, również polerując broń – młot. Boreas z Vilernem wrócili po kilkunastu minutach i zapakowali towary do juków. Sirius również podjechał pod karczmę, mała torba u siodła jego klaczy była wypełniona w całości prowiantem. Za łękiem kołysał się koc.
Kiedy mieli wyjeżdżać, zaczął padać deszcz. Kap-kap, bił w juki, zbroje i bronie. Pochowali się pod płaszczami. Krople, spadające z nieba, zacierały kontury obrazu, sprawiały, że stawał się on szary, niewyraźny i zamglony. Widok przygnębiał, wojacy automatycznie się pogarbili. Szli lub jechali wąską dróżką w lesie. Po godzinie lub dwóch przestało kropić, z szarości zaczęły się wyłaniać żywsze kolory, zieleń i brąz dominowały w wiosennym lesie. Podczas dnia popasali dwukrotnie. Zbliżał się wieczór.
W oddali zobaczyli monumentalne ruiny krasnoludzkiego zamku. Suche kamienie, z jakich zbudowano zamek, porosłe mchem i rozrzucone dookoła niego, tworzyły wrażenie skalnego rumowiska. Zaczęli się na nie wspinać. Idlavid pomagał Siriusowi prowadzić Revenę. Doszli do skraju rumowiska, znaleźli niszę w murze zamkowym.
- Chyba tutaj zanocujemy? - spytał Sirius
- Kto pierwszy obejmie wartę? – krasnoludy niemo zgodziły się na propozycję banity.
- Ja mogę. – zaproponował Leoxard. – I tak pewnie nie zasnę. – dodał.
- Dobrze. Zajmijmy się więc organizacją obozowiska. – rzekł Vilern.
Miejsce na ognisko wydzielili mniejszymi kamieniami mniej więcej w połowie niszy. W jej głębi znajdowały się miejsca do spania. Zasiedli dookoła ogniska, broń mając w pogotowiu na kolanach lub obok. Po pewnym czasie pospali się, a Leoxard zasiadł w wysuniętym miejscu z kuszą na kolanach i wlepiał oczy się w mrok.
Siriusa zbudziły zduszone krzyki. Spojrzał na Leoxarda. Krasnolud był blady z przerażenia, czoło zrosił mu pot. Po chwili banita zrozumiał, dlaczego.
Dookoła odbywały się dzikie orgie duchów i demonów, szuranie i stuk kości o siebie przyprawiało o dreszcze. Z mroku dobiegało dziwne mlaskanie, chichoty, stąpanie. Szybko spakowali się i nie zapalając pochodni, przeszli wraz z końmi do bramy zamku. Zaraz za sobą usłyszeli dzikie wrzaski i chichoty, zaczęły ścigać ich jakieś dziwne, czerwone, zielone i żółte, niewyraźne, zamazane kształty. Dopadli jakiegoś większego korytarza, końskie rżenie mieszało się z przekleństwami i jakimś dziwnym, wibrującym dźwiękiem, towarzyszącym szybowaniu kształtów ku nim.
Ledwo wciągnęli konia i osła do głębokiego, ciemnego korytarza, towarzyszyły temu głośne sprzeciwy zwierząt. Koniec końców weszli do niego. Prowadził nieco w dół. Na początku tunelu lśniły ów zamazane sylwetki.
Udali się w jego głąb, jedynym odgłosem towarzyszącym ich zejściu były mocne uderzenia podkutych stalą kopyt. Korytarz zakręcał w lewo, po chwili stromo schodził w dół. Jeszcze kilka kroków i znaleźli się w przedsionku komnaty. Podeszli kawałek dalej. Komnata okazała się dużą salą w kształcie litery L”. Dłuższy korytarz był przedsionkiem. Było to wąskie, niskie przejście, prowadzące do dużej sali, znajdującej się na zakręcie.
W pomieszczeniu, o dziwo, było jasno. Dziwne mikstury, umieszczone w kolbach z przezroczystego szkła, dawały upiorne, białe światło. Rozejrzeli się wewnątrz.
W rogu stał wygaszony, ogromny piec. Obok niego leżało potężne kowadło. Kilka kroków dalej był stół, długi na kilka metrów i podtrzymywany przez nogi w kilku miejscach. Na nim stało kilkaset kolb, metry szklanych rurek, kilkanaście podgrzewaczy na alkohol. Na regałach znajdowały się próbówki z najróżniejszymi ingrediencjami. Ścianę prostopadłą do tej z alembikiem zajmował ogromny regał z gotowymi miksturami. Rozeszli się w różne strony.
Sirius podszedł do zniszczonej katedry. Znalazł tam to, czego szukał. Wśród drzazg i kawałków skóry dojrzał purpurową okładkę książki. Podniósł ją i przeczytał z garbu tytuł: ”Dzieje alchemika Haramona, krasnoluda”. Otworzył ją szybko i zaczął przebiegać tekst w poszukiwaniu jakiegokolwiek imienia. Wtem do jednego miejsca przywołał ich z odległego kąta Idlavid. Podbiegli do niego, stał niemalże poza zasięgiem światła. Pochylał się nad jakimś kształtem. Sirius podszedł. Nie widział nic, więc wziął lampę i wrócił. Stali nad kościotrupem.
Za życia osoba ta z pewnością była krasnoludem, wojownikiem. Obok jednej jego dłoni leżał topór, na pewno nie krasnoludzki. Resztki tarczy walały się dookoła jego drugiej ręki. Na szyi wisiał mu złoty amulet. Sirius widział pożądanie w oczach Leoxarda, kiedy brodacz patrzył na błyskotkę, krasnolud miał jednak za wiele honoru, aby po nią sięgnąć.
- Co z nim zrobimy? – spytał banita.
- Pochowamy – odpowiedział słowem Leoxard.
- Jak? – zaskoczony był nawet Vilern.
- Wykujemy mu grób. – odrzekł Idlavid.
- Wam dwóm chyba nie da rady – rzekł Sirius. – wyperswadować, że istoty, które go zabiły, wciąż tu mogą być?
- Nie. – odpowiedział zwięźle Idlavid.
- To kujcie. – powiedział obojętnie Sirius. – Ja nie przyłożę ręki do własnej zguby.
Kuli więc. W tym czasie Sirius czytał księgę. Jak się okazało, pochodziła ona sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Wskazywały na to ostatnie zapiski.
Jest już 1432 rok. Opuścił mię i mą pracownie ostatni mój czeladnik, imieniem Dagrim. Coraz bardziej niepokoiliśmy się odgłosami, dochodzącymi z góry, jednakże ich sprawcy nie odważyli się przyjść, póki jesteśmy obaj. Teraz, kiedy Dagrim odszedł klapą w piwnicach i tajemnym przejściem, obawiam się ataku w każdej chwili. Życie moje jest zagrożone, ale na zawsze już zostanie związane z tym laboratorium. Mam 176 lat i nie boje się śmierci.”
Miecz z Księżycowej Stali powierzyłem Dagrimowi. Do walki, jaka niebawem nastąpi, użyję mithrilowego toporu. Nie założę zbroi, tak jak to czyniłem dziewięćdziesiąt lat temu. Jestem stary i słabszy niż kiedyś, ale nie oznacza to, że nie umiem walczyć. Zażyłem ostatnie dwa eliksiry na wzmocnienie ciała. Nadciągają od strony przedsionka.
Wciąż bezsenne noce, są coraz bliżej, metr po metrze, pokonują magię mych amuletów. Metr po metrze.

Ostatnia moja walka odbędzie się jutro, dnia 18 lipca roku 1432. Mam dość oczekiwania. Wyjdę im naprzeciw!”

Krasnoludy kuły grobowiec. Głuchy stukot kilofów, znalezionych obok, rozbrzmiewał chyba w całym zamku. Nagle jednak przez jednostajny huk przebił się jeszcze inny odgłos. Jakby jednostajne, głuche dudnienie. Po chwili dołączył do niego nieczysty głos rogu. Sirius zaklął, schował studiowaną księgę do torby. Wyciągnął kuszę, napiął ją i nałożył bełt. Krasnoludy odłożyły kilofy, powoli chwyciły broń. Vilern kuszę, Leoxard młot, Idlavid dwuręczny topór, Boreas jako jedyny używał miecza. O niezwykle szerokim ostrzu, tępym sztychu, zdobiony w środku jelca rubinem, miecz wyglądał na dwuręczny, mimo to brodacz w lewej dłoni ściskał tarczę zdobioną ornamentem przedstawiającym młot w otoczeniu ognia. Był to symbol gildii kowali.
Sirius nie stał bezczynnie, zaczął obmacywać podłogę w poszukiwaniu zejścia. Za zakrętem zobaczył łunę krwawego światła pochodni. Panicznie zaczął rozglądać się za dźwignią, kłódką, czymkolwiek, co znaczyłoby miejsce, w którym była klapa. Zobaczył pierwsze sylwetki, strzelił nad głową towarzyszy, trafił jednego z napastników. Po chwili uświadomił sobie, z czym ma walczyć. Orkowie! Banici wystrzegali się ich jak ognia, ze względu na okrutne opowieści, jakie krążyły o tych humanoidach. Miał teraz jedyną, niepowtarzalną okazję przyjrzeć im się uważniej przed śmiercią. Zrobił to więc z dziwną rozkoszą. Lepszy diabeł, którego się zna.
Miał więc przed sobą około dwumetrowego wzrostu istoty, były barczyste, długie ramiona sięgały do połowy ud. Na sobie miały naznaczona piętnem czasu zbroje kolcze. W rękach dzierżyły krzywe szable, młoty, jeden z nich, najroślejszy, miał w dłoni topór, wykonany z świetlistego materiału. Sirius nie potrzebował oglądać wygrawerowanego imienia Haramona, by odgadnąć, że to mithrilowe dzieło, o którym pisał alchemik w swej księdze. Banita zaczął jeszcze bardziej panicznie szukać klapy bądź dźwigni. Wszystko na nic. Zaklął, nabił kuszę, strzelił po raz drugi.
Bełt przeszedł przez pierś większego z orków, padający stwór zaryczał gardłowym, dudniącym głosem. Padał nienaturalnie powoli, jakby czas na mgnienie oka zwolnił. Głuche uderzenie ciała o posadzkę było sygnałem do natarcia dla obu stron. Starli się z krzykiem, jęk stali o stal świdrował uszy na wylot. Pod młotem Leoxarda tarcze rozłupywały się jak skorupki orzecha, topór Idlavida czynił nie mniejszy szkody, odrąbując ręce i zabijając dwa orki. Vilern strzelił na powitanie z kuszy prosto w głowę jednego z roślejszych humanoidów. Boreas, wysokiej klasy szermierz, parował i zadawał ciosy z mistrzowską precyzją. Sirius zaczepił kuszę za pas, ściągnął z pleców miecz i, wciąż szukając klapy, czekał na potencjalnego przeciwnika.
Pojawił się taki szybko. Był to średnio wielki ork. W ręce miał miecz, na głowie stary hełm, ubrany był w skóry. Starli się w szczęku stali pocierającej o stal i w deszczu iskier. Sirius ledwie odskoczył przed atakiem, ork rzucił się na niego całym ciężarem. Banita usłyszał trzask łamanego drewna. W ostatnim odruchu przewrócił pod siebie przeciwnika. Spadli w ciemność – była to ostatnia rzecz, jaką banita zapamiętał.
Doszedł do siebie szybko, na górze wciąż słyszał odgłosy walki. Pomacał potylicę, poczuł pod dłonią strużkę krwi. Wychylił głowę i zobaczył padającego Vilerna, Leoxarda z odrąbaną ręką. Tylko Boreas nie miał żadnej rany, Idlavid zaś zdawał się kuleć. Zawołał ich do środka. Leoxard poświęcił się dla przyjaciół i odpędzając orków, puścił ich do przejścia. Z początku wzdragali się przed ucieczką z pola bitwy, szczególnie Boreas, ale ostatecznie wygrały prośby Siriusa i wyraźny rozkaz Leoxarda.
Banita musiał biec zgięty wpół, korytarz był dostosowany do potrzeb krasnoludów. to jednak była okoliczność sprzyjająca – orkowie nie wejdą w tak niskie przejście. Biegli tak w totalnej ciemności, potykając się i klnąc, przez dobrą godzinę.
Wyszli na powierzchnie w ciemnym lesie. Boreas wziął miecz i ściął szybko kilka drzew, zawalili nimi korytarz. Następnie Sirius założył prosty opatrunek na ranę Idlavida. Siedzieli spokojnie, posilając się resztkami Siriusowego prowiantu – swojego nie wzięli z powodu zamętu w walce. Powoli przeżuwając kęsy suszonego mięsa banita przeglądał księgę Haramona.
Nagle poczuli głuche uderzenia w ziemię. Już mieli uciekać, kiedy zorientowali się, że to koń.
Nigdy nie dowiedzieli się, jakim cudem Revena ich odnalazła. Wciąż miała na grzbiecie juki, co zwiększało znacznie ich szansę na dotarcie do miasta. W tym bagażu bowiem mieściły się wszystkie zapasy, a było tego na dwa dni drogi, przy oszczędnym gospodarowaniu nimi. Sirius ucieszył się jak nigdy, że wciąż będzie miał przy sobie klacz, która była mu wierną przyjaciółką przez cztery lata. Zdjął z niej siodło i kantar, pozwolił jej swobodnie się paść.
- Co robimy teraz? – spytał nagle Idlavid.
- W sumie to nie pozostaje nam nic innego, jak wynieść się stąd. – odrzekł Sirius.
- Nie wyniosę się stąd wcześniej, nim pomszczę przyjaciół. – orzekł z patosem Boreas.
- Przystań więc do mnie, a obiecuje, że posmakujesz zemsty tak, jak powinno się jej smakować: na zimno.
- Co ty na to, Idlavidzie? – spytał krasnolud.
- Nie. Sam pomszczę przyjaciół. – odpowiedział z pogardą. Wywiązała się ostra kłótnia, w wyniku której Idlavid natychmiast opuścił obóz. Zabrał ze sobą wodę, trzecią część prowiantu i kusztykając, ruszył w drogę.
- Szlag. – powiedział Sirius. – Zostaniesz ze mną, Boreasie? Nie ukrywam, że miłe będzie mi towarzystwo tak wspaniałego wojaka.
- Tylko dlatego zostanę, że liczę na zemstę na orkach, które zabiły Vilerna i Leoxarda.
- Otrzymasz ją w stosownym czasie. Słuchaj – zaczął banita. – patrząc na to z innej strony, oceniając, nie jesteśmy, póki co, w stanie pomścić naszych przyjaciół do końca. Możemy najwyżej wybić część orków w zasadzce jakiejś. Jest więcej niż pewne, że będą nas szukać. Możemy więc dać się częściowo wytropić, po czym naprowadzić ich na chociażby wilcze doły.
- Niezbyt honorowo... – zaczął Boreas.
- Ale! – przerwał mu banita. – Znam sposób, abyśmy mogli posiąść potężną broń. Dość potężną, aby pokonać orki we dwóch. Księżycowa Stal. Znasz to?
- Oczywiście. Każdy krasnolud to zna. Masz na myśli...
- Taak. Mam materiał, z którego można uzyskać Księżycową Stal. I znam imię osoby, która powinna umieć taki miecz zrobić.
- Niemożliwe!
- A jednak. Koleś nazywa się Dagrim i teraz pewnie ma już ze sto i trzydzieści wiosen. No i oczywiście jest krasnoludem. Proponuję więc zrobić tak...

Jak powiedział, tak zrobili.



Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 02.01.2009r.

1     

kana 03 01 2009 (09:10:14)

Bardzo, bardzo dobrze. Akceptuje.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46485 | Użytkownicy: 3565
Online(8): 5 gości i 3 zarejestrowanych: exother, Jassmine, Mii

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl