warto go przeczytać
Pseudonim: Pearlessence
Rozdział pierwszy
Ale tak się nie stało
- Skye! Zejdź na dół i zjedz śniadanie. Ja niestety muszę lecieć do pracy. Zobaczymy się za tydzień, gdy już wrócisz z Afryki. Papa, kochanie! – pożegnała mnie mama z dołu. Chwilę po wypowiedzianych słowach usłyszałam brzęk kluczy i trzaskanie drzwiami, potem przekręcanie klucza w zamku. Po tym zapadła śmiertelna cisza.
Przetarłam oczy i westchnęłam. Tego dnia ja razem z moją drugo-licealną klasą wybieraliśmy się na tygodniową wycieczkę do Afryki, a konkretniej do Egiptu. Wszyscy byli jednak tak bardzo zachwyceni zwiedzaniem maleńkiej części tego kontynentu, że mówiliśmy, że jedziemy do Afryki, nie mówiliśmy, gdzie konkretnie. Brzmiało to bardziej ciekawie i wzbudzało zazdrość u innych osób, na przykład u mojej młodszej siostry, Lilianne. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jest o mnie zazdrosna. Nie jestem z tego dumna, wręcz przeciwnie – martwię się o nią, ponieważ ma niską samoocenę, miała już do czynienia z próbami samobójczymi. Mówi, że to wszystko przez to, że jest brzydka.
- Coś ty, zwariowałaś? – mówiłam wtedy. – Lil, jesteś piękną nastolatką! Musisz się zaakceptować.
Lilianne miała już coś powiedzieć, ale weszłam jej w słowo.
- Nie mów mi, że wcale tak nie jest, bo jest. Nikt w naszej szkole nie ma tak błyszczących, czekoladowych włosów i tak jasnych, szaro-niebieskich oczu, jak ty!
Siostra znów chciała coś powiedzieć, ale jej przerwałam.
- Nie, nie, nie. Ja nie mam, więc przestań się kaleczyć i próbować zabić, bo jeśli zdecydujesz się w końcu na długi żywot, możesz nie znaleźć żadnego Romea, który Cię pokocha taką, jaką jesteś, i zostaniesz starą panną z trzydziestoma kotami, która zrobi ołtarzyk dla jakiegoś młodego księcia popu i będzie udawała, że jeden z jej kotów to ten książę!
Zazwyczaj w tym miejscu Lilianne dawała za wygraną i szła do pokoju. Gdy przyszłam do rodziców z informacją, że moja klasa jedzie do Afryki, Lil wpadła w szał.
- Co?! Mamo, wy się zgadzacie?! – wrzeszczała.
- Lil, kochanie, dlaczego mielibyśmy się nie zgodzić? Twoja siostra zwiedzi kawałek świata, bo tutaj, w Ameryce Północnej, zwiedziła już każdy zakątek – stwierdziła mama.
- Ale mamo! Ona ma wszystko, a ja nic! Rozumiecie? NIC!!! – dokładnie przeliterowała słowo „nic”, odetchnęła i dalej wrzeszczała. – Nie wytrzymam tego! Wynoszę się stąd!
Razem z rodzicami zdziwiliśmy się, bo nie wiedzieliśmy, o co dokładnie Lilianne chodzi. W nocy, około pierwszej, usłyszałam trzask drzwi od pokoju Lil. Zerwałam się z łóżka i po cichu wyszłam na korytarz i zauważyłam swoją młodszą, czternastoletnią siostrę, która była ubrana w długą spódnicę do ziemi w kwiaty, białą bluzkę na ramiączka i skórzane sandały. Miała jeszcze czekoladową torbę ze skóry, włosy miała spięte w kucyka.
- Lilianne, co ci odbiło? Gdzie ty idziesz? Jest środek nocy! – szepnęłam zdezorientowana.
Siostra podskoczyła przerażona, odwróciła się i zobaczyłam, że ma ślady po łzach na policzkach. Mimo to, miała strasznie mocny makijaż. Klasyczny „smooky eye” był zrobiony tak mocno, że myślałam, że makijaż zrobiła markerem. Policzki były ukryte pod grubą warstwą różowego pudru, a usta były idealnie pomalowane mocną, intensywną czerwoną szminką. Miała przecież czternaście lat, a wyglądała na co najmniej dziewiętnaście. Czyli wyglądała świetnie, chociaż miała tonę tapety.
Westchnęła z irytacją i pokręciła głową.
- Skylar, Skylar, Skylar. Moja kochana Skye… - szepnęła.
Spojrzałam na nią pytająco, podnosząc brew. Lilianne pokręciła lekko głową i znów westchnęła.
- Nie wytrzymam tutaj, czy ty nie jesteś w stanie tego pojąć? Jesteś dzieckiem specjalnej troski, że nie rozumiesz, że jestem dla rodziców nie zauważalna i że tylko ty się dla nich liczysz, bo niedługo piszesz maturę i jesteś ode mnie starsza o trzy lata? Idę. Wyjeżdżam. Proszę, nie szukajcie mnie. Wyjeżdżam na kilka dni. Powiedz rodzicom… właściwie to nie wiem co. Improwizuj, jak zawsze zresztą – spojrzała na mnie wyzywająco, a ja odpowiedziałam jej ostrym wzrokiem i podniesioną brwią. Przestała na mnie patrzeć z uniesioną głową, opuściła ją i spojrzała na podłogę z desperacją. – Przepraszam, Skye. Będę do ciebie pisać…
- E-maile? Smsy? – przerwałam.
- Nie, listy. Zwykłe listy. Postaram się codziennie jakiś wysłać. Zobaczymy się niedługo. Do zobaczenia…
Odwróciła się i zaczęła schodzić na dół, ale złapałam ją za nadgarstek i zmusiłam, żeby spojrzała mi w oczy. Stałyśmy tak dłuższą chwilę, w końcu powiedziałam:
- Lilianne, powiedz mi przynajmniej, gdzie jedziesz.
- Skye… Nie daleko. Nie szukajcie mnie. Wrócę, zanim się zorientujecie, że mnie nie ma – uwolniła się z mojego uścisku i odwróciła się w kierunku schodów. Spojrzała na mnie i powiedziała: - Skylar, nie martw się. Napiszę ci wszystko w liście, obiecuję. Do widzenia siostrzyczko. Powiedz rodzicom, żeby się o mnie nie martwili.
Zmusiła się do przelotnego uśmiechu i zeszła na dół. Otworzyła drzwi i zniknęła, nie wiadomo gdzie. Rano powiedziałam rodzicom wszystko, co się działo w nocy. Nie wierzyli własnym uszom. Mama się załamała, a tata zdenerwował. Uzgodnili zgodnie, żeby zadzwonić na policję, jednak zabroniłam im tego.
- Nie, nie dzwońcie. Dzisiaj ma przyjść list od niej, obiecała. Nie wiem gdzie pojechała, powiedziała, że nie daleko. Spokojnie, nie denerwujcie się! Wszystko się wyjaśni…
- Skylar Woodsen! Twoja siostra pojechała sobie nie wiadomo gdzie, a ty mówisz, żebyśmy się nie martwili? Twoja matka niedługo dostanie zawału, nie dość, że Lilianne popada w depresję, to jeszcze ucieka, jakbyśmy ją bili czy co innego!
Chciałam coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi się otworzyły i po cichu weszła Lilianne do kuchni. Jej nocny makijaż wyglądał inaczej, właściwie już go nie było, zostały tylko marne ślady. Szminkę miała na policzku, rozmazaną, a na ustach nic. Smooky eye z powiek przeszedł na skronie, a różowego pudru nie było. Oczy jej błyszczały i tańczyły. Włosy miała potargane, tym razem rozpuszczone. Spódnica była nisko na biodrach, do tego miała ją prawie tył na przód. Ramiączko bluzki zsunęło się na ramię, natomiast sama bluzka była pomięta i wygnieciona. Mimo to, mama, ze śladami po łzach na policzkach, zerwała się z krzesła i pobiegła uściskać swoją młodszą córkę. Po chwili dołączył się do nich tata. Gdy się od siebie odsunęli, ja podeszłam do siostry, złapałam ją za łokieć i pociągnęłam ją na bok.
- Lilianne, gdzieś ty była? Wyglądasz jakbyś była bezdomna! – szepnęłam.
Żachnęła się i powiedziała, że jej nie rozumiem. Właściwie wrzeszczała. Że nikt jej nie rozumie, że jest bezużyteczna. Od tamtej pory minął około miesiąc, a Lilianne chodzi na spotkania do terapeuty. Jest z nią lepiej, ale nadal jest zazdrosna o byle co.
Przekręciłam się na drugi bok i zerknęłam na zegar. Szósta cztery. Ziewnęłam i wygrzebałam się z łóżka. Natasha razem z Dylanem i Sophie mieli przyjechać po mnie o siódmej, żebyśmy o ósmej byli na lotnisku.
Z Natashą poznałam się w pierwszej licealnej. Od tej pory przyjaźnimy się i poznajemy z każdą sekundą. Dylana znam odkąd skończyłam dziesięć lat. Przyszedł razem z Sophie na moje urodziny i dał mi lalkę Barbie, która była księżniczką. Pamiętam, że w tamtych latach miałam manię na księżniczki i różowy kolor, zresztą jak prawie każda dziewczynka w tym wieku. Mój pokój był różowy w tapetę z księżniczkami Disneya – Kopciuszkiem i Śpiącą Królewną. Moje łóżko było z baldachimem, na suficie nad głową miałam ilustrację przedstawiającą Kopciuszka i Królewicza tańczącego walca. Pamiętam, że sama narysowałam ten obrazek w drugiej klasie i rodzicom tak się spodobało, że poradzili mi przykleić tę ilustrację nad głową i posłuchałam ich.
Od tamtej pory miałam tę ilustrację zawsze nad głową. Nadal mam. Ale nie na suficie łóżka z baldachimem. Aktualnie mam zwykłe, sosnowe łóżko, a na suficie przyklejona jest ta ilustracja. Nadal podziwiam ten obrazek. Nie jestem jakąś zarozumiałą artystką, tym bardziej się zdziwiłam, że narysowałam ten rysunek gdy miałam osiem lat. On był naprawdę ładny.
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Sophie. Obie miałyśmy wtedy cztery lata. Nasze mamy znały się z kółka rodzicielskiego w naszym przedszkolu, na które obie chodziły. Pewnego wieczoru mama oznajmiła, że muszę z nią iść na to spotkanie.
- Ale mamo, ja nie chcę! – powiedziałam wtedy.
- Kochanie, prowadząca powiedziała, żeby rodzice przyprowadzili swoje dzieci. Nie martw się, poznasz nowe koleżanki! – zachęciła mnie z uśmiechem i zgodziłam się.
Tego wieczoru zauważyłam ciemną blondynkę z zielonymi oczami, bawiącą się lalkami w kącie. Była ubrana w dżinsową spódniczkę i żółte podkolanówki. Na nogach miała śliczne zielone baletki. Miała białą bluzkę, a na to zielono-żółty sweterek. Zawstydziłam się, ponieważ ja byłam w długiej spódnicy, t-shircie z motylem i napisem „Zostań ze mną na zawsze” w kolorze fioletowym i na to miałam czarny sweterek. Miałam małe adidasy i wysokiego kucyka.
Mimo to, zebrałam się na odwagę i podeszłam do nieznajomej. Odchrząknęłam i dziewczynka spojrzała na mnie. Miała śliczną twarz. Chwilę nie wiedziałam co powiedzieć, ale w końcu wydusiłam z siebie:
- Masz fajne buty.
Dziewczynka uśmiechnęła się.
- A ty fajną bluzkę – zrewanżowała się.
Po chwili zaczęłyśmy się śmiać.
- Jestem Sophie – powiedziała blondynka.
- A ja Skye – odpowiedziałam uśmiechnięta.
Podałyśmy sobie dłonie i nie wiedziałyśmy co powiedzieć. Po chwili zapytałam cicho:
- Zostaniemy... przyjaciółkami?
Sophie długo nie podnosiła głowy, więc myślałam, że odpowiedź jest przecząca. Już chciałam podnieść się i odejść, ale podniosła głowę z błyszczącymi oczami i uśmiechnęła się. Po chwili przytuliła mnie.
- Oczywiście!
Od tamtej pory jesteśmy jakby nierozłączne. Przy naszym drugim spotkaniu wymieniłyśmy się częścią garderoby, bez zgody naszych mam. Ona oddała mi swoje zielone baletki, a ja jej swoją fioletową bluzkę z motylem. Gdy mama w końcu zorientowała się, że nie ma mojej bluzki z motylem, a ja za to mam zielone baletki z kokardką, mama zapytała się, co się stało. Odpowiedziałam, że wymieniłam się z Sophie. Mama się przestraszyła i zadzwoniła do pani Percy z informacją o wymianie części garderoby ich córek. Mama Sophie zaczęła się śmiać i zgodziła się, żeby już tak zostało, a ja, razem z Sophie odetchnęłyśmy z ulgą.
Zeszłam do kuchni i zobaczyłam Lilianne przy kuchni, która smażyła naleśniki z czekoladowym syropem (mniam!). Spojrzałam na nią wytrzeszczając oczy. Myślałam, że nadal śnię. Rzadkością było spotkać Lilianne przy kuchni, która smaży naleśniki z czekoladą i szykuje sok!
Odchrząknęłam. Lilianne podskoczyła.
- Och, Skye, ale mnie wystraszyłaś! – stwierdziła z uśmiechem.
- Echem, przepraszam. Nie chciałam – powiedziałam powoli.
Lilianne znów się uśmiechnęła.
- Za ile jedziesz na lotnisko?
Podeszłam do lodówki, otworzyłam ją i zajrzałam do środka. Jabłka, banany, sok pomarańczowy, coca cola, sałatka owocowa, żeberka z ostatniego obiadu, śledzie… Nie miałam w czym wybierać. Ze skrzywionymi ustami podeszłam do szafki. Otworzyłam ją i znalazłam to, co chciałam. Jabłkowe musli, pełnoziarniste ciastka i truskawkową wodę razem z miską i łyżką wyłożyłam na stół.
- Hmm. O siódmej mają przyjechać Natasha, Dylan i Sophie po mnie, a potem jedziemy na lotnisko – zerknęłam na zegarek. Szósta dziesięć. Miałam całe pięćdziesiąt minut na zjedzenie śniadania i na wyszykowanie się. Usiadłam przy stole i otworzyłam musli. Zaczęłam wsypywać je do miski.
- Skye! – usłyszałam siostrę.
- Słucham? Coś się stało? – zdziwiłam się.
- Nie zjesz naleśników? – zapytała zawiedziona. Ja za to spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Myślałam, że ona smaży je dla siebie, nie miałam pojęcia że smaży je dla mnie. Nigdy nie robiła dla siebie śniadania, zawsze robiła je mama, a co mówić dla kogoś!
- Eeee… Tak, oczywiście zjem – błyskawicznie odsunęłam musli, ciastka i wodę. W takim razie wezmę je na podróż samolotem – pomyślałam.
Po tych słowach Lilianne się rozpromieniła. Spojrzałam w okno i zaczęłam myśleć o dzisiejszej podróży. Byłam strasznie podekscytowana. Zwiedziłam całą Amerykę Północną, zobaczyłam wszystkie wielkie zabytki i miejsca warte podziwu. Rzadko jednak wyjeżdżałam poza Stany. Raz byłam w Wielkiej Brytanii i raz w Rio de Janeiro. A tak to zawsze siedziałam w Stanach.
- Proszę – usłyszałam.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam przed sobą talerz z trzema naleśnikami polanych czekoladą i bitą śmietaną, obok stała szklanka z sokiem pomarańczowym. Skinęłam głową i spojrzałam na siostrę. Siadała naprzeciwko mnie z takim samym daniem jaki przyszykowała dla mnie. Nasze spojrzenia na ułamek sekundy spotkały się ze sobą, ale potem obie opuściłyśmy wzrok. Odchrząknęłam i rzuciłam „smacznego”.
- Dzięki. Mam nadzieję że będą ci smakować – powiedziała siostra.
Gdybym miała oceniać jej danie, dałabym jej piątkę z plusem. Naleśniki były po prostu wyśmienite. Podziękowałam i poszłam na górę, aby się odświeżyć. Gdy weszłam do pokoju zegar wskazywał szóstą trzydzieści. W porządku miałam jeszcze trochę czasu. Poszłam do łazienki się odświeżyć, a po dziesięciu minutach weszłam owinięta w ręcznik do pokoju i otworzyłam szafę. Jako że był środek maja, trzydzieści stopni w słońcu, zdecydowałam się na zwiewną błękitną spódnicę w jasnoróżowe kwiaty przed kolano, białą bluzkę na ramiączka ściąganą gumkę pod biustem i sznurowane sandały za kostkę. Włosy ściągnęłam w wysoki kucyk, byłam bez makijażu. Gdy byłam już gotowa, usłyszałam mój telefon. Spojrzałam na ekran i zobaczyłam „Natasha”. Odebrałam.
- Już jesteśmy – zakomunikowała.
- W porządku za chwilę zejdę – odpowiedziałam.
Założyłam torbę na ramię i zniosłam walizki na dół. Do swojej, wypchanej już, podręcznej torby na ramię wrzuciłam musli, ciastka oraz wodę. Już miałam otworzyć drzwi, kiedy usłyszałam kroki za sobą.
- Nie żegnasz się? – zapytała Lilianne.
Odwróciłam się. Muszę się przyznać, że w pośpiechu zapomniałam o swojej młodsze siostrze. Tak wiem, to było niemiłe, ale jej się nie przyznałam. Wtedy miałabym przerąbane na całego.
- Tak oczywiście, że się żegnam. Miałam właśnie do ciebie iść – stwierdziłam i uśmiechnęłam się. Siostra odwzajemniła uśmiech. Przytuliła się do mnie.
- Trzymaj się tam. Dzwoń do nas, jakby coś się działo – powiedziała.
Podniosłam brew patrząc na nią. Nie wierzyłam własnym uszom. Lilianne zachowywała się całkiem jak nasza mama. Mimo to uścisnęłam ją mocniej. Stałyśmy tak chwilę, w kompletnej ciszy, kiedy usłyszałyśmy strasznie głośny klakson i wrzask Sophie:
- Skylar, ruszaj się! Chcesz się spóźnić?
Zaśmiałam się i ucałowałam siostrę w policzek. Pomachałam jej i powiedziałam:
- Do zobaczenia za tydzień, ucałuj rodziców. Pa.
I wyszłam. Miałam wrócić za tydzień. Miałyśmy się wtedy zobaczyć znowu. Ale tak się nie stało.
Rozdział drugi
Przerażeni. Kompletna cisza
Zamknęłam drzwi bagażnika. Zerknęłam na dom. W oknie kuchennym stała Lilianne i machała mi z delikatnym uśmiechem na twarzy. Odmachałam jej. Spojrzałam na zegarek, szósta pięćdziesiąt siedem. Westchnęłam. Za godzinę i trzy minuty miałam siedzieć w samolocie lecącym z Nowego Jorku do Egiptu. Nie mogłam się doczekać, kiedy znajdę się w samolocie, bo wtedy nie będę mogła się doczekać lądowania w Kairze.
Z zamyślenia wyrwała mnie Sophie, która szturchnęła mnie ramieniem i stwierdziła, że jeśli w końcu nie wsiądę do samochodu, ona zaciągnie mnie tam siłą. Zaśmiałam się i zajęłam miejsce. Zapięłam pasy.
- Miło cię w końcu widzieć – odezwała się Natasha, kręcąc głową z kpiącym uśmieszkiem.
Skinęłam głową i mruknęłam „nawzajem, koleżanko”.
Dylan kopnął mnie w fotel. Przyzwyczaiłam się do tego odruchu, gdy jechaliśmy samochodem gdziekolwiek. Dylan zawsze miał przy sobie iPoda. Przeważnie słuchał zespołów z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli Queen, ABBA, Modern Talking, Rolling Stones, Beatlesi… Rzadko zdarzało mu się słuchać popowych kawałków, które non stop puszczają we wszystkich stacjach radiowych. Jeśli miałby wybierać w innym stylu muzyki, wybrałby dance hall lub rock.
Z tego co zauważyłam, miał błękitny t-shirt z napisem „Muzyka mimo wszystko” (jego ulubiona bluzka) i spodnie do kolan w kratkę, do tego zwykłe, czarne trampki.
Sophie, jak się tego spodziewałam, miała ze sobą masę gazet dla nastolatek. Właśnie czytała najnowsze wydanie Seventeen z Emmą Roberts na okładce. Bodajże czytała wywiad z nią, ale głowy nie dam. Przyjrzałam jej się w lusterku. Miała rozpuszczone włosy, oczy podkreśliła eyelinerem. Założyła krótkie białe szorty, czerwoną bluzkę bez ramiączek i czerwone trampki Converse za kostkę. Wyglądała ślicznie, jak zawsze zresztą.
Potem mój wzrok padł na Natashę. Prowadziła samochód, bo tylko ona dotychczas miała z nas prawo jazdy. Włączała radio na stację Kiss FM. Włosy spięła w wysokiego, rozwalonego koczka na głowie, grzywkę spięła wsuwkami, a całość podparła zwykłą białą opaską. Podobnie jak ja, była totalnie bez makijażu. Włożyła luźną, zwiewną, białą bluzkę z odsłoniętymi ramionami i zwiewną spódnicę w kolorowe liście. Do tego włożyła zwykłe japonki na nogi. Na nosie miała nasunięte okulary przeciwsłoneczne z białymi oprawkami od Naomi Cambell.
Oparłam czoło o szybę i zasnęłam. Śniła mi się Lilianne, która jakimś cudem była z nami w Egipcie. Rządziła się i rozstawiała wszystkich po kątach, a ze mnie zrobiła służącą.
Z tego koszmaru wyrwała mnie Natasha, która gwałtownie zahamowała z piskiem opon.
- Pobudka, śpiąca królewno! Jesteśmy na miejscu – oznajmiła Sophie.
Szybko przetarłam oczy i wygrzebałam się z samochodu, chwytając moją podręczną torbę. Wyciągnęłam wodę jabłkową i pociągnęłam łyk, po czym schowałam ją z powrotem do torby. Wyciągnęłam z bagażnika swoje walizki i razem z Sophie i Dylanem skierowaliśmy się do wejścia na lotnisko. Natasha odstawiła swój samochód na parking.
Przeszliśmy przez rozsuwane drzwi lotniska i automatycznie uderzył w nas nagły powiew klimatyzacji. Przez nią wyskoczyły mi na całym ciele ciarki. Mimo to, zauważyliśmy panią Evans i pana Andersona, opiekunów naszej wycieczki. Podeszliśmy do nich, a po chwili dołączyła do nas Natasha.
Nauczyciele wręczyli nam bilety, a my poszliśmy odstawić bagaże na taśmę. Następnie skierowaliśmy się do odprawy. Po pięciu minutach szukaliśmy swoich miejsc w samolocie. W końcu je znaleźliśmy. Na nieszczęście, ja z Sophie siedziałyśmy za Amandą, młodszą koleżanką z klasy. Powinna chodzić do pierwszej licealnej, ale podobno jest tak „inteligentna i mądra, powyżej normy”, że poszła od razu do drugiej licealnej. Jest strasznie piskliwa i wybuchowa, do tego przemądrzała i gadatliwa. Cały czas odwracała się do nas i wrzeszczała „O jeju! Nie mogę uwierzyć, że jedziemy do Egiptu! Nigdy nie byłam tam, a wy? Tam jest z pewnością fascynujący świat, taki inny. Czytałam gdzieś, że…”. Nie zaznałyśmy spokoju, tym bardziej że za nami siedziały jakieś dzieciaki, może siedmiolatki, które cały czas nas kopały i wrzeszczały.
Wydawało mi się, że tak już będzie do końca podróży, ale na szczęście tak nie było. Dylan zamienił się ze mną miejscami, twierdząc, że kopanie siedmiolatków i wrzaski Amandy nie będą mu przeszkadzały.
- Na pewno? Nie musisz się przesiadać, dam radę – powiedziałam do niego podnosząc się.
On tylko się uśmiechnął, mówiąc, że on ma iPoda z głośną muzyką, która odcina go od rzeczywistości, więc ani Amanda, ani te dzieci nie będą mu przeszkadzać. Z wątpliwościami się przesiadłam. Po chwili odwróciłam się i spojrzałam na Sophie. Miałam przeczucie, że to ona chciałaby się przesiąść, żeby Amanda i dzieciaki jej nie przeszkadzały, ale ona o dziwo spała. Znam ją od dawna i wiele razy z nią wyjeżdżałam w różne miejsca, ale ona nigdy nie spała w podróży. Zazwyczaj albo czytała swoje gazety, albo smsowała z kimś, albo wchodziła na portale społecznościowe, na przykład na Facebook’a, na swoim czerwonym laptopie. Ale tym razem spała.
Wzruszyłam ramionami i usiadłam na poprzednim miejsc Dylana, obok Natashy. Czytała jakąś książkę. Nie widziałam tytułu, okładki ani autora, ale gdy spojrzałam na stronę, którą aktualnie czytała, w oczy rzuciło mi się zdanie: „Nie wchodź tam! Zły duch Lancelota może cię zabić”. Wywnioskowałam, że to jakiś horror związany z legendami z czasów panowania króla Artura.
Odchrząknęłam. Natasha odwróciła głowę, oczy jej błyszczały. Miała podniesione brwi i błagalną minę. Wiedziałam, że wyrwałam ją ze świata książki. Po chwili jednak ocknęła się i miała normalny wyraz twarzy, z uśmiechem.
- O, Skye, cześć. Przesiadłaś się? – zapytała.
Skinęłam głową.
- Dylan się ze mną zamienił – oznajmiłam.
Mruknęła „w porządku” i powróciła do czytania. Ja natomiast wyciągnęłam swoją mp4 i włączyłam ją. Usłyszałam pierwsze melodie utworu Eminema „Cleanin’ out my closet”. Odkąd pamiętam, zawsze fascynowałam się jego muzyką. Nigdy nie lubiłam rapu, szczególnie takiego prawdziwego i gniewnego, jednak kiedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę „Without me”, zainteresowałam się jego twórczością.
Tydzień później miałam już pierwszą płytę Eminema. Przesłuchałam ją i stałam się jego fanką. Do tej pory mam jego wszystkie płyty i piosenki. Byłam kilka razy na jego koncercie, udało mi się zdobyć jego autograf. Bodajże miałam wtedy czternaście lat, byłam w wieku Lilianne.
Poza Eminemem nie słucham nikogo z raperów i hip-hopowców. Cenię, podobnie jak Dylan, starsze zespoły. Gustuję również w muzyce zespołu Hurts i wykonawcy Bruno Marsa.
Gdy „Cleanin’ out my closet” dobiegło końca, dobiegły mnie dźwięki piosenki „We will rock you” zespołu Queen. Przy tej piosence usnęłam.
Nic mi się nie śniło. Kompletnie nic, jedynie widziałam pustkowie. Ciemność przed oczami. Ze snu wyrwał mnie głos stewardessy proszący o zapięcie pasów, gdyż za chwilę lądujemy w Kairze.
Przetarłam oczy i rozejrzałam się. Amanda gadała strasznie głośno przez telefon, a Claire, która siedziała obok niej, spała. Podobnie jak ona spały siedmiolatki. Sophie już nie spała, pisała coś na Facebook’u, natomiast Dylan, jak zwykle, słuchał muzyki i patrzył w okno. Natasha nadal czytała. Gdy się przesiadałam, była na początku, a teraz już kończyła książkę. No, całkiem szybko jej to poszło.
Przeciągnęłam się. Za chwilę miałam wyjść na lotnisko w Kairze. To miało się stać dokładnie za chwilę. Ale nagle poczułam mocne szarpnięcie. Samolot zaczął spadać, leciał dziobem w dół. Zamknęłam oczy i zacisnęłam palce na oparciach tak mocno, że zbladły. Z głośników słychać było głos kapitana: „Czerwony alarm!”.
Nagle samolot uderzył dziobem w ziemię, a ja podskoczyłam. Potem zaczął jechać „na brzuchu”, aż w coś uderzył. Znowu. To była palma. Drzewo się zachwiało i uderzyło w sufit, a z kolei sufit został kompletnie rozwalony.
Byłam pokryta cała białym pyłem i wtedy zrozumiałam, że rozbiliśmy się, nie wiedziałam, gdzie, ale tak było. Rozejrzałam się wkoło. Wszyscy byli przerażeni. Mimo to, panowała kompletna cisza. Zakładam, że wszyscy mieli w głowach pytanie: „Co teraz?”.
Ocena: 3
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 03.05.2011r.
Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46484 | Użytkownicy: 3565
Online(9): 6 gości i 3 zarejestrowanych:
exother, Jassmine, Mii