Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt

„Dekada wzwyż. Fragmenty widziane oczami nastolatki” c. d.

*****

Sonia wróciła. – Tak jak powraca na przykład rzucony w przestrzeń wszechświata bumerang…
Nie na zawsze niestety. - Tylko na jeden jedyny dzień.
I jedynie - albo aż - na moje własne urodziny.
Czy lubi tak wracać?
Pewnie tak…
Nie pytałam jej jednak nigdy o to, choć wróciła do nas w ten sposób już kilka razy…
Bo może to niegrzecznie. A poza tym i tak to jest po prostu widać…
Jest w jej twarzy i oczach - wtedy radość, a czasem jakby zamyślenie.
Teraz jej buty znów schły na balkonie. – Znowu!
Zupełnie jak dawniej…
Hip! Hip! Hurra! Hurra!! Hurra!
Hip! Hip! Hurrra!!!
Przez jeden dzień było znowu tak – jakby drugi raz tutaj z nami zamieszkała.
Między jedną, a drugą imprezą urodzinową, zapytała mnie nawet, dlaczego nie słychać jest dzisiaj pociągów.
Przecież zawsze było…

Na swój nużący sposób usypiały one wszystkich ludzi.
Usypiały zwierzęta.
Usypiały nasze maskotki.
Usypiały nas…
A tym razem miałyśmy dla siebie niestety tylko kilka godzin.
Zanim przyszła głucha noc. – I w pewnym sensie - zanim znowu przyszło jej stąd wyjechać…

Sonia powiedziała mi wtedy na osobności, że jej życie jest ciągłą podróżą.
Wyprawą z walizkami pod pachą, które są dla niej wciąż za duże i za ciężkie.
Zupełnie jak szkolny plecak dla małej, siedmioletniej dziewczynki, która od poniedziałku do piątku grzecznie maszeruje z nim do szkoły…
Jest monotonną podróżą. – Tak jak stukot kół, który za każdym razem wieczorami ją tu u nas usypiał.
Który wprawiał nas w błogi, w zasadzie, niepowtarzalny w żaden sposób nastrój.

Ponoć życie jest wędrówką. – Ja przynajmniej tak kiedyś gdzieś już czytałam…
Powiedziałam o tym więc mojej dorosłej przyjaciółce po to, żeby ją pocieszyć. - Chociaż ona pewnie i tak wiedziała już o tym dużo wcześniej.
Przyjaciele jednak często powtarzają nam głośno nasze własne zdanie i może dlatego wciąż jeszcze nimi są…
Zaraz potem pomyślałam jednak, że życie tej dziewczyny jest nią dosłownie.
A moim skromnym zdaniem zdaje się wręcz czasem skupiać w sobie wędrówki z żyć kilku osób i multum wydarzeń z wielu pojedynczych istnień.
Zupełnie tak jak szkiełko, które w piękny, słoneczny dzień skupia w sobie promienie słoneczne do jednego ogniska i odbija je w przestrzeń już większą, rażącą bardzo w oczy, wiązką…
Jest jak jedna wielka, zbyt skomplikowana nawet dla najwytrwalszych, telenowela brazylijska.
A czasem nawet jak nierealistyczny sen po pełnym wrażeń dniu, który zaskakuje nas w nocy swoją nielogiczną konstrukcją…
Dlatego właśnie zawsze lubię jej słuchać. - Jest taka ciekawa i kompletnie „odjechana”…

Tamtego dnia jednak Sonia miała chwilę oddechu w tej pogoni za czymś tam na tych swoich zbyt ciężkich walizkach.
Bo wtedy świętowałyśmy moje siedemnaste urodziny. I tylko właśnie dlatego.

Znowu wypiłyśmy wybuchowy napój z bąbelkami, ale bez alkoholu. – Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy świętowałyśmy te jej dwudzieste siódme…

Zajadałyśmy się czekoladkami, wsuwałyśmy moją sałatkę i ciastka.
Robiłyśmy w ten sposób doświadczenia na ludziach…
A inaczej mówiąc, wypróbowałyśmy moje „nowonabyte” kulinarne możliwości!
Opowiadałyśmy sobie wszystko z „powszednich bzdur” jak leci. – Ja, Sonia, reszta moich współlokatorek i kilka koleżanek z mojej klasy.
Żartowałyśmy i w tej wesołej atmosferze oglądałyśmy moje prezenty.
Ja osobiście cieszyłam się ostentacyjnie z każdego z nich. – I na szczęście również uradowałam się z każdego z nich całkiem szczerze, bo podarunki te podobały mi się bardzo.
Koleżanki w końcu wyszły.

Sonia siedziała na kanapie.
A właściwie leżała na niej z głową w dół, opierając się przy tym zabawnie o ścianę niczym małpka z zoo.
Przypomniało mi to tym bardziej te stare, dobre czasy, kiedy mieszkała tu razem z nami.
Ja natomiast pozmywałam naczynia i odczułam pewną ulgę, że znalazłam jednak trochę czasu na to, żeby pouczyć się jeszcze choć trochę przed sprawdzianem, który miałam mieć następnego dnia…
Moja była współlokatorka nuciła coś pod nosem. A te aktualne natomiast - rozpierzchły się były już tymczasem gdzieś po kątach.
Miałam jednak w tym momencie jakieś dziwne przeczucie, że mimo wszystko to nie jest jeszcze koniec tego uroczego wieczoru.
I, jak się później okazało, „coś” w tym było, ponieważ lada chwila usłyszałam znienacka, rozlegający się po całym domu niczym gong, dzwonek…
Miałam zajęte ręce, poprosiłam więc grzecznie Sonię, żeby otworzyła drzwi.

A jak się zaraz okazało – zepsułam zupełnie w ten sposób sobie i moim gościom całą niespodziankę…

Moja była współlokatorka powiedziała zmieszanym głosem w tym momencie, że to chyba ktoś do mnie.
A zaraz później była wyraźnie niezadowolona, że to jednak nie ja otworzyłam te drzwi…
Ją oblał rumieniec, a mnie puls automatycznie urósł do dwustu uderzeń na głupią minutę.
To były moje koleżanki z kursu żeglarskiego…
Pojawiło się ich kilkanaście. - Wszystkie ode mnie o kilka lat starsze.
Najczęściej - studentki.
Byłam tak zaskoczona ich pojawieniem się, że na ich widok jakby uszło ze mnie powietrze.
Zupełnie tak, jak z przebitego podczas szalonej zabawy przez małego urwisa barwnego balonika…

I całkiem tak samo, jak kiedyś dawniej z Soni po całym dniu pracy w tamtym przedszkolu.
Czemu ja akurat wcale, ale to wcale się nigdy nie dziwiłam.
Kto normalny w końcu, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, znosiłby tyle godzin jakieś dziecięce wrzaski...?
Teraz Sonia w dalszym ciągu pracuje w przedszkolu, ale wiele kilometrów stąd. – Tak, jak już chciał głupi według mnie los…

I sama nie wiem tak do końca, jak jej się tam, w tym nowym miejscu, układa…
Sporadyczne rozmowy przez telefon i GG to nie to samo w końcu, co codzienny kontakt z kimś nam bliskim.
Staramy się jednak mimo to rozmawiać ze sobą tak często, jak to tylko jest możliwe.
Czasami marzę sobie nawet, że może kiedyś Sonia naprawdę tutaj wróci i wiem, że ona również o tym czasem myśli. - Chociaż nigdy się do tego otwarcie nie przyznaje…
A głośno mówi tylko, że istnieją plusy i minusy każdej sytuacji…
Ciężko jednak stwierdzić, czy ten skomplikowany manewr jest w ogóle jeszcze możliwy. - A jeśli nawet tak, to kiedy będzie wykonalny…

Druga impreza, czyli przyjecie - niespodzianka była wprost bombowa!
Chciałam nawet w skrytości mojego serca, żeby przeciągnęła się choćby i do rana…
No bo po co mi ta cała nauka dzisiaj - w taki piękny dzień...?
Kiedy było już po wszystkim, a my padłyśmy jak muchy, Sonia wyznała mi, że ona nie miała nawet takiej hucznej osiemnastki - jak ja siedemnastkę.
A był to przecież okres, kiedy rezerwowało się „miejsce” i z okazji osiemnastych urodzin robiło się wielką imprezę w restauracji…
Sama nie wiedziałam czy ona sama wspomina to swoje przyjęcie dobrze czy źle…
A raczej podejrzewałam, że na ogół nie wspomina go wcale.
Przynajmniej teraz, po tych kilku latach, które oddzieliły tamten dzień od jej dorosłego życia grubą kreską. - Jak jakaś głęboka przepaść oddziela rozbitka od pozornie bezpiecznej skarpy, z jakiej podziwia on widoki gdzieś w oddali…
Do mojej własnej osiemnastki jeszcze daleko, ale po tamtej zabawie urodzinowej rozochociłam się i zaczęłam ją planować na całego.
Mam nadzieję, że „uda mi się” ona co najmniej tak dobrze, jak moje tegoroczne urodziny i jak moja pierwsza praca, o której tamtego dnia wszystkim opowiadałam…
Widziałam wtedy, że Sonia cieszyła się moim „pracowniczym” sukcesem chyba bardziej niż ja. - Jej oczy bowiem śmiały się radośnie jak oczy małej dziewczynki, która przekonała właśnie rodziców do zakupu swojej wymarzonej zabawki…
Był to więc jak dla nas obydwu – podwójny sukces i podwójna radość…

Był już późny wieczór. Wykąpałyśmy się szybko wszystkie i czas było już iść spać.
A stukotu pociągów w dalszym ciągu niestety nie było słychać…
Ale nikt już nic na ten temat nie mówił.
Sonia właśnie myła zęby, a ja „ukradkiem”, w całkiem zbędnej tajemnicy przed wszystkimi, wyciągnęłam zeszyt i zaczęłam się uczyć na następny, szkolny dzień.
Pomyślałam w tamtym momencie, że może jednak nie będzie tej „pałki”...
A zresztą!
- Czym ja się przejmuję? – pomyślałam - Przecież urodziny ma się tylko raz do roku!

Następnego dnia rano obudziłyśmy się wszystkie, jak jeden mąż, przed szóstą.
Moja była współlokatorka tak bardzo spieszyła się podczas pakowania, że chciała się, jak to się mówi, zabić, potykając się podczas tej czynności o różne swoje i nasze szpargały…
A ja w tym czasie chodziłam w szlafroku jak niedobudzony lunatyk, próbując ją przy tym jakoś pocieszyć, mówiąc, że na pewno zdąży na ten swój autobus…
Na dworze było jeszcze ciemno i ponuro.
I słychać było ten cały spóźniony, usypiający stukot pociągów. – A do samego świtu było „jakby” daleko…
Przetarłam leniwie oczy. - Sonia była już uśmiechnięta i wesoła, ponieważ właśnie skończyła się pakować i teraz przeglądała się w naszym wielkim lustrze w przedpokoju.
Na jej twarzy widać było wyraźne zmęczenie…

Musiała „jednak” już wracać do siebie. - Obowiązki ją wzywały.
Niestety…
Powiedziała nam przy tym, że przyjedzie do nas już wkrótce.
Być może jeszcze w tym miesiącu. A ja tymczasem starałam się zapamiętać wszystko jak średniowieczny kronikarz, uważnie się tym „rzeczom” przyglądając.
I zapisałam to wszystko później skrzętnie, „naśladując” różnych starszych pisarzy.

Mimetyzm. To taka prymitywna forma stosowana w przyrodzie u młodzieży naszego gatunku… Nic nowego! Banał!
Każdy dorosły to przecież zna!...

A potem - niby już starannie poukładane - włożyłam to wszystko do jednej szuflady i szczelnie „zamknęłam”. – Zupełnie w taki sam sposób, jak „zamknęło się ostatecznie” kolejne nasze pożegnanie.
To właśnie za moją byłą współlokatorką zatrzasnęły się ciężkie drzwi. – Tak jak zakończył się rozdział w mojej książce… I tak naprawdę nie wiem czy i co będzie dalej…
Zapamiętałam tylko, że moja dorosła przyjaciółka uśmiechnęła się „na końcu”. - Lubię jak się tak uśmiecha!
Mam nadzieję, że będzie szczęśliwa tam, gdzie rzucił ją los. I że ten jej śliczny uśmiech będzie zawsze szczery, a nie tylko piękny i pusty, jak „zawodowy grymas” przeszkolonej do bólu stewardessy, która wita nim z obowiązku pasażerów kolejnego już w jej życiorysie samolotu…

I teraz, po tym wszystkim, czekam aż zacznie się nowy dzień. Tak naprawdę! - Ze słońcem i jesienną mgłą. - A nie, tak jak zdążył go już zbudować go kalendarz – z gęstą ciemnością nie do przebicia...



Ocena: 4
Liczba komentarzy: 8    
Data dodania: 02.11.2011r.

1     

Lokata 29 02 2012 (18:53:05)

Dziękuję za komentarze :) To taka eksperymentalna forma opowiadania hmmmm... Eksperymentalna językowo i jeśli chodzi o przekaz emocji :)

Lokata 29 02 2012 (18:51:06)

Dziękuję za komentarze :) To taka eksperymentalna forma opowiadania hmmmm... Eksperymentalna językowo i jeśli chodzi o przekaz emocji :)

Dawied 26 02 2012 (01:35:07)

Pierwsza część zdecydowanie lepsza. Pomysł ten sam, ale brakło czegoś hm ciekawego w przemyśleniach bohaterki, jakiś ogólnych spostrzeżeń, tajemnicy, intrygi czy zwykłych emocji. Na pewno styl jest ciekawy, a forma w jakiej opowiadasz tą historię nadaje jej kolorytu.

konstsantynopolitanczykiewiczowna 26 02 2012 (00:06:22)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Mnie się podobał Twój tekst. Przeczytałem tylko dla przyjemności i odniosłem pozytywne wrażenia.
Pozdrawiam:)

ISO 03 12 2011 (16:53:19)

To będzie ocena całości. Początek w każdej prozie jest najważniejszy. Jeśli nie przyciągniesz uwagi po pierwszych zdaniach, mały procent czytelników będzie czytał dalej, nawet jeśli później akcja się rozwija. Twój początek nie należy do najlepszych. Masz trochę rozjechane myśli. Piszesz o jednym, później, jakby od niechcenia o drugim. Brakuje mi większej płynności w przejściach. Nużysz czytelnika bardzo szybko. Czytając dalej z utęsknieniem wyczekuje jakieś akcji. Żeby twoje opowiadanie było ciekawe schemat powinien być w przybliżeniu taki: Opis przemyśleń i uczuć bohaterki, akcja jako przykład potwierdzający opis, ponownie opis, akcja itd. Co do formy, ciekawy eksperyment, ale niestety nieudany. Widać, że masz potencjał, ale wciąż szukasz siebie i się nadal uczysz. Taka moja rada. Pisząc prozę pomyśl, jakby wyglądał film na podstawie twojej twórczości i czy sama byś na niego poszła. Ale nie martw się, każdy zaczynał kiepsko. Jednak praktyka uczyniła z nich mistrzów :]

Lokata 03 12 2011 (17:06:13)
Dziękuję za opinię. Postaram się to przemyśleć. W zasadzie nie miałam zamiaru tworzyć żadnej akcji, tylko sentymentalny klimat. To z moich własnych moje ulubione opowiadanie. Dzięki wielkie za rady :)

Lokata 02 11 2011 (20:41:34)

Proponuję czytać od początku, czyli od pierwszej części. Wtedy wiadomo dlaczego Sonia jest dla narratorki "niesamowita". Nie jest to proza do szufladkowania i już. Nie jest też proza akcji, ale refleksji. Tak jak poezja. Może się nie podobać, ale sposób krytykowania też nie musi. Słowo na cztery litery od "d" przeważnie się kropkuje i od tego zaczęłabym swoje dygresje. Nie będę ich jednak kończyć, bo nie o to tutaj chodzi. Życzę wiele inspiracji i pozdrawiam.

Vår 02 11 2011 (16:22:49)

Użytkownik ocenił pracę na 3

witaj. zobaczyłam twoją pracę - taką długaśną i powiedziałam sobie - ok, zrobię to. poza tym, trochę buntu jeszcze nikomu nie zaszkodziło - a co ocenię od końca poczekalnie. do pracy jednak.

masz przedziwny styl pisania. gubię się w nim, nie potrafię go nigdzie zakwalifikować. czasami to jest dobre - tutaj nie bardzo. mówisz, nie kończysz. gdzieś przytaczasz wypowiedzi. potem znów się cofasz w czasie. za przeproszeniem - ni kupy ni dupy się nie trzyma.

po przeczytaniu pierwszych 'fragmentów' mam jedną refleksję. używasz zbyt dużej ilości słów. po co gadać i wciskać słowa do zdań? czasami są ona zupełnie zbędne. och, i jeszcze jedno - kiedy starasz się na siłę sprawić, żeby zdania brzmiały pięknie, to odnosisz odwrotny skutek. są one przeładowane i ciężko się je czyta. lepiej napisać coś prosto i dosadnie.

mrugam zaskoczona i nie mam pojęcia co czytam. cała masa dygresji i odniesień przykrywa fabułę grubą warstwą. czasem całkowicie pod tą warstwą niknie, a czasami nie mogę się do niej dokopać. co za dużo to niezdrowo.

czyta się to wszystko, jakbyś to opowiadała. nie wiem, nie lubię takiej prozy. nie kiedy nie ma genialnego i przygniatającego do podłogi pomysłu. pokazałaś mi zwykły dzień i jakąś niesamowitą Sonię, która nie wiem dlaczego jest niesamowita. trochę jałowa historia.

znalazłam kilka literówek i urwanych przecinków.

podsumowując: mi osobiście czytało się nudno i bez fajerwerków. ot, historia jakich miliony. wybijał mnie z rytmu twój styl - przerzucanie niemal każdego wersu do kolejnej linii. nie jestem zachwycona i z trudem akceptuje. z minusem, bo wiem, ze stać cię na więcej. pozdrawiam i życzę inspiracji.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46484 | Użytkownicy: 3565
Online(13): 10 gości i 3 zarejestrowanych: exother, Cudak666, Jassmine

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl