Zaloguj się lub zarejestruj
aby móc skorzystać z wszystkich dobroci tego serwisu...


Regulamin

warto go przeczytać

Logowanie użytkownika
Nie pamietasz hasła?
Nie masz konta? Zarejestruj się!
rejestracja
dowiedz się więcej
czym jest wpmt
Pseudonim: Dawied
Imię: Dawid
Skąd: Ślepa wiara nie wiadomo w co
O sobie: Skończyła się zabawa!
Napisanych prac:
- wiersze: 131
- recenzje: 3
- wywiady: 3
- proza: 79

Średnia ocen: 5.1
Użytkownik uzyskał: 667 komentarzy

Najlepiej oceniane prace:
"Brązowy" 22.01.2012
"Wymyśliłam się" 31.12.2011
"Kłamca cz. 6" 04.01.2010
"Kłamca cz. 5" 03.01.2010
"Wieczne miasto odc.5" 19.08.2009

Inne prace tego autora:
"Marlen cz. 3" 05.01.2009
"Listy " 21.12.2008
"I nie będziesz miał..." 25.12.2010
"Marlen cz. 5" 17.01.2009
"Uwierzcie cz.5" 25.04.2009

Najlepiej oceniona proza (30 dni):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna - 6
"Carmel - I etap..." - subtelny demon - 6
"Jedyne Miasto - I etap..." - Ell003 - 6
"Przejście - I etap..." - Mii - 5.5
"Gdzie jest hidżab!? - I..." - Fał - 5.5

Najnowsza proza (wszystkie):
"Nieumarły kwiat - I etap..." - Ironiczna
"Prolog - Krwawy rytuał...." - van Hellsing
"Potwór - I etap..." - Srebrna
"Bajka o jabłku - I etap..." - Khelben
"Przejście - I etap..." - Mii
"Uwodzeni - I etap Wyzwania..." - van Hellsing
"Bezimienna - I etap -..." - Katarzyna Łaskawa
"Kornelia, "Wyzwanie..." - Astralka
"Igraszka - I etap..." - Poziomka.
"Ćma - prolog" - Miao?

40 mln dobrych uczynków cz. 9

Znoszone skarpetki Judyty pięknie pachniały najnowszym Lenorem. Skarpetki doszły pocztą. Michał topił się w ślinie.

Powróćmy na chwilę do poranka, ucieknijmy od morderczej Sani i skupmy się na wyrafinowanej i jakże ekscytującej grze Świeczki. (Może ktoś przypomni narratorowi na czym skończył?).
Dworzec główny w Krakowie wydał się Sani nadzwyczaj... czysty. Miała wątpliwą przyjemność zwiedzić Warszawski Centralny (prawdziwym dnem jest jednak Zachodni, ale o tym wie już cała Europa) i zdecydowanie nie było co porównywać. Względnie zadbane perony, bez budek – reliktów przeszłości, straszących wybitymi szybami i nudnymi graffiti, tunel nie śmierdzący moczem, w którym tłum ludzi zatrzymuje się przed straganami ze starymi książkami czy przy kioskach z napojami i czerstwymi bułkami i wreszcie dziwne poczucie bezpieczeństwa i tradycji, sprawiające że Ag z Justyną były zachwycone.
Świeczka tego dworca nie lubił, był dla niego zbyt czysty, jakby to wcale nie była ostoja ukochanego PKP. Poganiał dziewczyny, gdy te zatrzymywały się oglądać barwne okłady Pratcheta, czy szare obwoluty Biblioteki Narodowej. Niosący Światło zainteresował się tylko raz i to obszernym tomiszczem Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata" i choć Ag z Justice Big Big dywagowały nad kupnem, to właśnie Lucjan Fer skusił się na wydanie kilku złotówek, które podsumował zdaniem:
- Zawsze, gdy widzę historię mistrza Wolanda muszę ją kupić – uśmiechnął się w taki sposób, że Justyna omal nie klękła z wrażenia, a Ag... oglądała widokówkę z Krakowa i nie miała prawa widzieć tego cudu.
Trzeba dodać, że dokładnie z wybiciem północy brzęczące monety, którymi zapłacił Lucyfer zmieniły się w olbrzymie karaluchy. W mediach, cały tydzień trąbiono o nagłej mutacji i poszukiwano przyczyn, które złowieszczo miały zwiastować koniec świata. Nieszczęsny sprzedawca zarobił krocie, sprzedając pamiątkowe zdjęcia olbrzymich stawonogów.
Plac przed Galerią Krakowską rankiem, wydawał się spokojny niczym sala wykładowa po trzydziestu minutach przeskakiwania kolejnych slajdów (gdybyście, tak jak autor, dziesiąty raz podchodzili do egzaminu ze staropolki, wiedzielibyście dlaczego tak chętnie wracali do tego porównania), jak płaskie dachy bloków i letnie bezchmurne niebo. Kilku ludzi przemykało szybkim krokiem, mocno trzymając swoje teczki i nesesery. Przy drzwiach centrum handlowego zaczynał się kształtować mały tłum. Ktoś wyszedł zapalić, ktoś inny wbiegł, pędząc na tramwaj ukryty w podziemiach budynku i wciąż nowe osoby wkraczały w wir promocji, obniżek i wyprzedaży.
Ag chciała się skusić, Justyna marzyła o łóżku i prysznicu, a Świeczka zastanawiał się, czemu księżyc wciąż tak wyraźnie widnieje na niebieskim niebie.
- Drogie panie, zostajecie w końcu na zakupach, czy raczej wezwać wam jakąś taksówkę?
- Zostajemy na zakupach, Lucjanie, więc możesz iść – wypaliła Ag.
- Ag! - Justice zirytowała się – jak możesz. Na zakupy możemy przyjść koło południa, a teraz wykorzystajmy jeszcze Lucjana, żeby pomógł nam zanieść bagaże.
- Drogie panie – uśmiechnął się szelmowsko. – z przyjemnością zostanę pań tragarzem.
- Idziemy piechotą?
- Oczywiście – dziewczyny przytuliły się, a Świeczka, nieco rozczarowany dźwignął dwie torby, pod którymi ugiąłby się, gdyby nie jego diabelska moc.
- Może jednak taksówka? – próbował użyć swego czaru i nawet miał przygotowane nieziemskie komplement.
- Nie! – dziewczyny krzyknęły zgodnie i wybuchły śmiechem.
- Jesteście bezczelnymi złodziejkami – okradłyście gwiazdy z ich piękna. Jesteście córkami Salomona, ale i z pustki wokół potraficie stworzyć piękno. Anioły niegodne wiązać wam sznurówek, bo one są jasnością, którą mrok tak łatwo zgasić potrafi, a wy jesteście pięknem i mądrością – Świeczka wymyślał w głowie kolejne komplementy, żeby ukryć swoje zirytowanie. Oto wielki Świeczka robi za bagażowego jakimś – ludziom – dodał na głos.
- Mówiłeś coś Lucjanie?
- Daleko?
- Jakieś czterdzieści minut piechotą – Ag wykrzywiła usta w perfidny uśmiech i dodała: – Dasz radę, czy może mamy Ci pomóc?
- Je suis les dames de – Świeczka rozpromienił się i dodał: – nie pierwszy raz znoszę kaprysy pań. Dżentelmenowi marudzić nie wypada – westchnął.
- … - Justice spojrzała na Ag.
- Eh – Ag westchnęła i panie odebrały jedną z toreb podróżnych Niosącemu Światło i każda złapała za parciany pasek. – jeszcze byś nam padł i dłużej byśmy musiały cię znosić.
- Nie słuchaj jej Lucjan – Justice Big Big surowym wzrokiem skarciła przyjaciółkę.
- Nie umiem, gdy ktoś tak surowe sądy o mnie wydaje – zatrzymał się, zrobił minę numer 321, idealnie oddającą nastrój zdenerwowanego młodego dżentelmena i dodał: – Nie powinienem dać się obrażać panience – upuścił torby – nawet tak uroczej. Cóżem winien jest, kiedy mi Justynka się podoba? Serce wie, że pora odejść, ale nie odchodzi trzymane żarem jej oczu.
- Jesteś śmieszny – zawyła Ag.
- Przestań! - warknęła Justice Big Big, mając już dość tego teatrzyku. – Ciągle go obrażasz jakby to był jakiś twój kolega. Tak cię boli, że mogę mu się podobać?
- Justynko – westchnęła przyjaciółka, próbując ją przytulić.
- Odsuń się – warknęła całkowicie nie w swoim stylu.
- Co się z Tobą dzieje?
- Jest szczera i otwarta! - Świeczka dolał oliwy do ognia. – ona też ma dość twojego egoizmu Ag!
- Nie wtrącaj...
- A właśnie, że ma się wtrącać. Miało być szalenie i hedonistycznie, a ty swoim przemądrzałym tonem wszystko niszczysz. I co z tego, że jest podejrzanym nieznajomym i być może chce mnie zgwałcić? – nastała cisza i w końcu Justice krzyknęła piskliwym głosem: – a może ja chcę żeby mnie zgwałcił?!
- Może chce – uśmiechnął się szelmowsko Lucjan Fer.
- Justyna nie widzisz, że to on tak na nas działa?
- Widzę jedynie, jak sączysz jad, o który cię nie posądzałam...
Ag spochmurniała. Wyprostowała się i nic nie mówiąc, wzięła torbę od Świeczki. Ruszyła w tył ulicą Floriańską, niknąc w tłumie turystów. Odwróciła się jeszcze i patrzyła wprost w nienawistne spojrzenie Justyny.
- Nie wiedziałam, że może być taką żmiją – zawyła wciąż wściekła Justice Big Big.
- Teraz już będziesz wiedzieć – szepnął Świeczka i ruszył w kierunku Krakowskiego rynku, trzymając pod rękę omamioną Justice Big Big.
Ag znikła nagle, kończyny przyległy do ciała, które zwinęło się i upadło na Krakowski bruk. Oszołomiona próbowała biec, ale nie miała już nóg ani rąk. Niezgrabnie, intuicyjnie zaczęła kręcić się na boki. Czuła jak skóra ją piecze, jak nie może unieść sztywnej głowy. Świat przestał mienić się kolorami do tej pory jej znanymi. Język wydał się dłuższy i jeszcze bardziej nieposłuszny. Pełzła pchana instynktem. Przemykała między butami, modląc się, by dotarła do jakiegoś schronienia. Słońce wędrowało między olbrzymimi posągami, wkradało się do chłodnego chodnika i odbijało, pozostawiając odrobinę ciepła, którego nagle tak bardzo łaknęła.
Dotarła do wąskiej szczeliny w grubych murach kamienicy panicznie dysząc, nie miała pojęcia co robić.
- Kurwa, kurwa, ja pierdolę jestem wężem – płakała z przerażenia i beznadziei.
Spróbowała złapać głębszy wdech, ale płuca wydały się jakieś słabe i niegotowe na łapczywe pochłanianie powietrza. Chciała się uspokoić, ale beznadziejność sytuacji była wszechobecna i zbyt trudna na jej barki. W samym centrum jednego z największych miast Polski, gdzie miliony turystów wydeptują kolejne pokolenia płyt chodnikowych, była całkiem sama bez pomysłu na to, jak sobie poradzić w tej sytuacji.
- Przeklęty Lucjan Fer!
Zawahała się przez chwilę, zdając sobie sprawę, że oto jest w Krakowie, którego całkowicie nie znała i który wydawał się równie orientalny jak Pekin.
- Może tutaj zamiany w węże to taka atrakcja turystyczna? - myślała irracjonalnie, próbując się pocieszać. – Podobno dla turystów i ich pieniędzy zrobi się tutaj wszystko...
Szybko jednak wrodzony pragmatyzm wziął nad nią górę. Kolejne zdarzenia układały się w zgrabną całość, w której to była celem wielkiego spisku Fera. Kim u diabła on był? Jakiś czarnoksiężnikiem? Żałowała, że opuściła Justynę, ale coraz jaśniejsze stawał się dla niej fakt, że to wszystko było uknute. Przecież nigdy się nikogo tak nie czepiała, przecież Justice Big Big zawsze była opanowana i nieco naiwnie podatna na jej wpływ.
Wiedziała, jak tylko zobaczyła te złowrogie oczy, że będą problemy. Była pewna, że przystojny dżentelmen w Polsce przyniesie tylko kłopoty, ale czemuż na Boga musiały akurat ją spotkać? Gdyby istnieli aniołowie stróżowie, coś by poradzili na ewidentne zakusy szatana. Tu już nie mogło być mowy o żadnej nauce. Przecież w kilka sekund stała się wężem i to na dodatek wężem, który był świadom swego człowieczeństwa!
- Pewnie już nigdy nie kupię tych okropnych widokówek – zawyła przeciągle, ale z jej gardła wydobył się tylko złowrogi syk.
Zmęczona długa podróżą, swoim żalem, złością i przerażeniem, Ag bardzo szybko zasnęła.
Wypada wspomnieć, że aniołowie stróżowie oczywiście zajęliby się tą sprawą. Wierzmy, że to ten podły dzień nieporozumień i ostrej boskiej ironii był przyczyną masowej niedyspozycji służb niebiańskich, które musiały skupić się na usunięciu szkód po nieściągniętym księżycu.
Zostawmy śpiącą Ag, która w tej sytuacji staje się nudna i nieciekawa (a propos czy w ogóle cokolwiek można nazwać ciekawym w tej historii? Banał i rutyna eh, że też się nie wstydzę tego pisać) i powróćmy do Justice, która ze Świeczką dotarła na ulicę Wysockiego, w dzielnicy Azory. Mimo całego zamieszania na ulicach, związanego z nietypowym zachowaniem naszych najbliższych ciał niebieskich, Justice wpatrzona w Świeczkę, jak w obrazek, w ogóle nie interesowała się paniką w mieście i śmiało deklamowała kolejne wiersze.
- Tego oto wiersza, Justyno znać na pewno nie będziesz – rzucił Świeczka, gdy dotarli do złotej furtki małego domu, w którym dziewczyny wynajmowały pokój.

"Czas zaklęty jest w opadłych liściach
Martwych tkankach trawionych dusz
Gwiazdy – niemej czerni wiatr
kocim ruchem jasnej pętli.
Ślepi czterech myśli zamiast krat
robaki i wilki – cały świat"

Świeczka, jak na najwybitniejszego kusiciela świata przystało, każdemu słowu nadawał neony czułości i wrażliwości. Każdy byłby pod wpływem jego słów, zachwycając się nawet najdrobniejszym akcentem, który nadawał wierszowi kłamliwej szczerości i oszukańczej głębi. Jakby umiał zamknąć w tych słowach duszę, która nie istniała.
- Znam to – prychnęła wesolutka Justyna, gdy wreszcie słowa wiersza rozprysły się falą we wszechświecie. – nie lubię tego autora. Parę wierszy napisał i jest popularny tylko w popkulturze dzieciaków z piaskownicy, bawiących się w poezję.
- Dla mnie jest fenomenalny – powiedział poważnie i szczerze Lucjan Fer. – Wiesz, że w domu obok został zabity?
- Niemożliwe – Justyna roześmiała się, uznając to za dość kiepski żart
- Naprawdę, sama zobacz numer domu.
- … - numer się zgadzał, a patrząc na poważną twarz wszędobylskiego towarzysza, sama zaczęła mieć wątpliwości. Znała biografię prawie na pamięć, urzeczona historią głupiutkiego romantyka, który okazał się "dobrym" autorem dopiero po swej śmierci. Współczesny "Baczyński" widniejące zaraz obok nekrologu zabrzmiało w jej głowie.

"milczeli mimowolnie
bo po co igrać bez zamysłu
spijali z sinych warg
zgwałcone za dnia słowa..."

- A to znasz? - zapytała zalotnie córka Adama Malinowskiego, dawniej znanego uwodziciela i podrywacza.
- Nie – westchnął Świeczka.
Niosący Światło uważał się za jedną z najbardziej oczytanych istot na świecie, uwielbiał ziemskie dzieła, a że jego doba liczyła się nieco inaczej, to miał prócz chęci również czas na poznawanie sztuki i literatury, nie zawsze tylko tej cenionej, częściej nawet lubował się w tej wyklętej, zmiażdżonej niesprawiedliwą krytyką.
Justyna podskoczyła i z nieukrywaną radością z pokonania swego towarzysza, powiedziała:
- Ha! I co, głupio panu, panie wszechwiedzący? – zakręciła się dumna i kontynuowała. – To wiersz tej zabójczyni, która wykończyła autora twojego wiersza – odwróciła się w kierunku sąsiedniego domu i dodał. – Właśnie tam.
- Niemożliwe – oburzył się Świeczka, któremu udzieliła się młodzieńcza energia dziewczyny – Znam prawie wszystkie jej wiersze!
- Tak wiem, że jest znana, ale ten wiersz znają tylko w internecie. Po zbrodni na swym ukochanym, nigdy nie pozwoliła go opublikować – Justyna ściszyła głos jakby mówienie o tych wydarzeniach miało przynieść pecha.
- Widzisz – Świeczka wyprostował się i przybrał pozę mentora i opiekuna szaleńczo wpatrzonego w oczy swej towarzyszki – dlatego to Ty będziesz gotować. Ja za przesolone spaghetti bym cię nigdy nie skrzywdził o luba ma – pchnął furtkę i zaprosił ją do środka.
- No, ja myślę, że nawet jakbym przesoliła cokolwiek innego, byś mi nic nie zrobił.
- Oczywiście – uśmiechnął się i dodał – z wyjątkiem czerwonego barszczyku. Jak go przesolisz, zabiję cię.
- Jasne – Justice wybuchła śmiechem, nie zdając sobie w ogóle sprawy z tego, że Lucjan Fer mówił całkowicie poważnie.
I tak oto kobieta i Lucyfer, wierny sługa piekielny, podrywacz i niespełniona miłość anielicy Sani, wkroczyli do pokoju na poddaszu. Pomyślcie, co może się dziać w pokoju na poddaszu? Tak, drodzy czytelnicy macie rację...

A wydawało się nam, że tak łatwo będzie ukraść tą kasę. Bo cóż mogło nam stanąć na drodze w tej pieprzonej willi guru? Nie, Bóg mnie musi uwielbiać, przecież mógłbym choć troszkę mnie wspomóc, ale oczywiście najlepiej obserwować Świeczkę, a mnie rzucić na pastwę jakiś hinduskich bzdur, w samo centrum szalonego wszechświata, na pieprzoną ziemię.
Byłam zirytowana i Artur miał szczęście, że nic się nie odzywał. Na dodatek pieprznięty Bachus zniknął, a miał tylko obczaić plan budynku i drogę do sejfu. Nie! Nie! To być nie może, że zawsze musi mnie taki pech dosięgać. Kiedy myślisz, że jesteś na prostej, wszystko musi się zmienić jak za ruchem czarodziejskiej różdżki. Rozumiem, że ludziom jest to pisane, ale na wszystkie chóry anielskie, jestem aniołem i powinnam mieć z tego tytułu jakieś prawa. Jak tylko skończę z tym klientem, idę na długi urlop zdrowotny. Czuję, że czyściec zamiast mi pomóc, wywołał tylko znerwicowanie.
Powinnam zacząć po kolei opowiadać co poszło nie tak. Dlatego pora wyjaśnić, co Guru szykował dla Michała. Pewnie już nie pamiętacie, że po monologu chłopaka a propos śmierdzących stóp, wezwał on swojego ochroniarza i wydał szczegółowe instrukcje. Miało być podgrzanie atmosfery, ale jak zwykle Fiskus made in Poland wszystko popsuł i tylko narobił kłopotu. Sanuelamaletakalrateitsa Kelerratella jest jednak słowna i powiem wam, że cudownym lekiem dla seksoholika miała być woda toaletowa z wydrukowanym napisałem: "Upachniacz stóp Guru", czarną czcionką dwunastką, dla oszczędności rzecz jasna, na białym papierze. Trzeba przyznać, że Polacy są solidni więc nie kupili jakiegoś tam kleju, tylko oryginalną kropelkę, a mieli do wyboru jeszcze Super Glu. Eh... ludzie.
Kolejnym krokiem w naszej drodze do sejfu były szerokie drzwi, w których znikł Wasyl. Na świeżym powietrzu ochrona musiała być szczelniejsza, dlatego pchanie się do domu z innej strony nie miało większego sensu.
- Idziemy? - zapytał Artur.
- Mamy inne wyjście? - odpowiedziałam pytaniem.
- Pośpieszcie się – Bachus wywinął fikołka w powietrzu – przygoda czeka – i ruszył przodem.
Nikt nie spodziewał się tego co na nas czekało...

- Co to za porządki, kochanie, że Guru tak nas potraktował!?
- Nie martw się Pam, już mu się dobiorę do tyłka! - ryknął postawny czarnoskóry mężczyzna – żaden rasista nie będzie nie tolerował takiego czarnucha, jak ja!
- Uwielbiam jak się złościsz – kobieta zapiszczała, chwiejąc się na wysokich obcasach – jesteś taki potężny i stanowczy – ledwo nadążała za swym ukochanym. – Pomogę ci sprać tego całego guru. Moja partia już się tym zajmie.
- Liczyłem na to. Może nie dobierzemy się do jego wymalowanego samoopalaczem dupska, ale uprzykrzymy mu życie. Jutro nasze gazety napiszą co trzeba, a kancelaria dogada się z prokuratorem, żeby wszczął śledztwo.
- Poinformuj CBA, żeby zobaczyli jakich klientów tam ma.
- Wiem. Pisałem już nawet SMS do kancelarii prezydenta, żeby paru członków gromu na jedną akcję cofnął do sił specjalnych policji.
- Uwielbiam twoją przebiegłość.
- A ja twoje piersi – uśmiechnął się, otworzył drzwi starej syrenki i podając swoją dłoń, ułatwił wejście żonie.
- Dziękuję – odpowiedziała kobieta zaraz po tym, jak udało mu się za dziesiątym uderzeniem zamknąć drzwi.
- Ech, a prosiłem, żeby je naprawili.
- Nie martw się kochanie, jutro go oddam, jak pojedziesz na spotkanie do banku centralnego.
- To jutro? Cholera całkiem zapomniałem – uderzył w kierownicę pięścią. – może przeniosę to na pojutrze?
- Nie, kochanie, pojutrze jesteśmy umówieni na wizytę w celach przed kamerami. Wiesz, że to dopiero miesiąc od rozprawy...
- Co ja bym bez ciebie począł....
I tak odjechali do swych domów jedni z klientów guru, który wcale żadnym guru nie był.



        Dedykacja: Justynce

Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1    
Data dodania: 29.04.2010r.

1     

Groszek 01 05 2010 (12:08:13)

Użytkownik ocenił pracę na 5

Początek mnie rozbawił, aczkolwiek w pierwszym akapicie dwa razy użyłeś słowa "skarpetki" obok siebie i to trochę popsuło tą wizję :D Jednak to nie takie ważne przecież. Liczy się treść. A jaka jest ona właśnie? Ciekawa, zjawiskowo lekka i naprawdę zabawna. Z przymrużeniem oka opisujesz to, jak Niosący Światło podrywa Justynę i jak to się w rezultacie kończy. Dziewczyna nie może się mu oprzeć, omamia ją, a jej przyjaciółkę, która stara się temu zapobiec - unieszkodliwia. Momentami jest niepoważnie, ale w końcu, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, czytelnik zaczyna się naprawdę obawiać o Justynę, a przynajmniej ja tak to odczułam. W zasadzie nie tylko jej coś się nie udało (aczkolwiek ona nie wie o tym, że to co robi może się dla niej źle skończyć), Artur i Sani również mają problemy. Nie wiadomo jeszcze jak się to zakończy w ich wypadku, celowo urwałeś wątek, żeby zaciekawić czytelnika, będę czekać na rozwój wydarzeń :) Koniec bardzo zagadkowy, podsyca ten szczególny nastrój. Trafiłeś do mnie i tą częścią.


Musisz się zalogować aby móc pisać komentarze.

Znak Fabryka Słów Media Rodzina Iskry Purpose Akcent Jaguar W.A.B. Telbit Piąty Peron WSQN E-tekst /></a> 
<a href=Piórem Feniksa Edupedia Audiobook

Statystyki: Wiersze: 7839 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1643 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46484 | Użytkownicy: 3565
Online(13): 10 gości i 3 zarejestrowanych: exother, Cudak666, Jassmine

Dekalog | Historia | Redakcja | Regulamin rekrutacji
Nasze społeczności: Nasza-klasa | Facebook | Nasze serwisy: Portal | Forum | Mapa | Kanały RSS: Prace | Nowości | Wydarzenia
Współpraca: Portal literacki | Copyright © 2008 - 2010, portal literacki wpmt.pl