warto go przeczytać
Czym jest ekologia? Wielu kojarzy się ona z takimi pojęciami jak globalne ocieplenie”, ochrona środowiska”, zanieczyszczenia” itd.. Myślenie, że praca ekologów polega wyłącznie na apelach dotyczących ograniczenia emisji dwutlenku węgla lub manifestacji przeciwko budowie elektrowni atomowych jest błędne, ponieważ są to – z definicji – naukowcy zajmujący się środowiskiem, a nie tylko w.w. i podobnymi im zagadnieniami. Niestety, widocznie sami ekolodzy dbają o podtrzymanie tych stereotypów. W dodatku nie wszystkie ich prognozy dotyczące środowiska są prawdziwe, ani też nie wszystkie ich działania są środowisku potrzebne. Powiem więcej: wielu z nich ciągle okłamuje społeczeństwa narodów na całym świecie, i to z wielką skutecznością. To właśnie przez nich powstało wiele mitów o szkodliwej działalności ludzkości wobec Ziemi. I – niestety – większość ludzi w te kłamstwa uwierzyło.
Parę liczb
Pierwsza sprawa: emisja dwutlenku węgla przez człowieka oraz jego zgubny wpływ na środowisko w kontekście wzmożenia efektu cieplarnianego, co prowadzi do globalnego ocieplenia i topnienia lodowców. Ile jest w tym prawdy? Przede wszystkim ludzie, którzy bezmyślnie powtarzają po innych, że człowiek oraz fabryki, samochody, elektrownie, wypalane przezeń lasy itp. wydzielają tak wielkie ilości dwutlenku węgla, iż wywołuje to katastrofalny w skutkach efekt szklarniowy, nie zdają sobie sprawy, że te wszystkie "szkodliwe" dla środowiska osiągnięcia cywilizacji i techniki wydzielają w przybliżeniu 4 tego gazu w skali całej atmosfery! Człowiek wcale nie emituje tyle tego tzw. gazu cieplarnianego”, żeby w jakikolwiek sposób zaszkodzić Matce Ziemi. Więcej od tych wstrętnych fabryk i samochodów szkodzą chociażby... owady, które bezwstydnie niszczą naszą planetę, ponieważ ich oddychanie jest źródłem 12 dwutlenku węgla w atmosferze! A więc sama przyroda (wszystkie zwierzęta, rośliny, grzyby, bakterie, wulkany itd.) wytwarzają około 96 dwutlenku węgla obecnego w atmosferze. Warto również zaznaczyć, iż gaz ten stanowi 0,0385 wszystkich gazów w atmosferze ziemskiej, to znaczy, że człowiek wszystkimi działaniami prowadzącymi do emisji CO2 jest źródłem 0,0154 zmian w składzie atmosfery. Czy można zaszkodzić przyrodzie tak znikomymi ilościami tego zgubnego” gazu? Jeśli ktoś powie, że tak, to znaczy, że atmosfera naszej planety jest tak wysoce niestabilna i podatna na wszelkie wpływy, że to prawdziwy cud, iż do tej pory obyło się bez żadnej masowej zagłady. Nie róbmy z siebie durniów – tak małe ilości CO2 (w skali całej atmosfery) są zupełnie nieszkodliwe dla naszej planety. I co z tego, że przybywa wciąż fabryk, elektrowni i samochodów? Przecież przybywa też roślin i zwierząt oraz – oczywiście – ludzi, a więc, skoro przyroda od miliardów lat radziła sobie z produkowanym przez nią samą dwutlenkiem węgla, to poradzi sobie i teraz, gdy jego emisja jest tylko odrobinę większa przez działalność człowieka.

Jedyna rzetelna statystyka (w formie rysunku, ale wciąż statystyka), jaką mi się udało znaleźć w internecie. Sprzed dwóch lat, to prawda, ale i tak wynika z niej, że człowiek przyczynia się do emisji około 4 dwutlenku węgla w skali atmosfery. Wątpię, by do tego czasu liczba ta diametralnie wzrosła.
Druga sprawa to efekt cieplarniany (zwany też szklarniowym). Tak, to jest prawda, taki efekt faktycznie występuje na Ziemi. Z tym że podnosi jej domyślną” niską temperaturę o ok. 20-34 stopni Celcjusza oraz zapobiega wzrostowi temperatury do 100 stopni Celcjusza, co byłoby absolutnie możliwe bez mechanizmu stabilizującego temperaturę naszej planety, jakim owy efekt jest (w razie zaniku efektu cieplarnianego temperatura na Ziemi znacznie by się wahała w zależności od natężenia promieni słonecznych oświetlających naszą planetę związanych ze zmianą pór dnia i roku). To znaczy, że bez niego byłoby zbyt zimno lub zbyt gorąco, by w ogóle mówić o życiu. Innymi słowy, jest to zupełnie naturalne, co więcej, niezwykle korzystne dla życia na naszej planecie zjawisko. Natomiast informacje o jego zbyt wysokim natężeniu są mocno przesadzone. Jeśli lodowce faktycznie miałyby stopnieć, temperatura musiałaby się podnieć bardzo mocno. Tak samo z masowymi suszami i wymieraniem gatunków. Raczej nam to nie grozi ze względu na wzrost emisji CO2, ponieważ – powtarzam – nie jesteśmy w stanie zwiększyć go na tyle, by zagrozić w jakikolwiek sposób atmosferze. Jeśli nawet będziemy mieli na sumieniu globalny wzrost temperatury, to będzie on stanowczy zbyt mały, by był w jakikolwiek sposób szkodliwy. W tym momencie warto też dodać, że znacznie większy wpływ niż dwutlenek węgla na efekt szklarniowy ma... para wodna. Zwykła, unosząca się w powietrzu woda. Stanowi ona 0,4 wszystkich gazów w atmosferze, jest więc jej znacznie więcej niż CO2. Paradoksalnie więc, próba zgaszenia płonącego lasu może mieć większy wpływ na efekt cieplarniany niż pozwolenie na jego doszczętne spłonięcie (notabene, rośliny – w tym drzewa – nocą również przeprowadzają proces oddychania, którego wyniku chyba każdy się domyśla).
Jeśli zaś chodzi o same zmiany temperatury, nie muszą one mieć przecież związku z efektem cieplarnianym. Czy epoki lodowcowe wywołał nagły zanik dwutlenku węgla w atmosferze? Czy świat w czasach Wikingów był silnie skażony, skoro – gdy dopłynęli do Grenlandii – była ona wówczas zielona? (Grønland w językach staroskandynawskich tłumaczy się na zielona ziemia”.) Przecież w historii naszej planety klimat zmieniał się wielokrotnie, bez względu na zawartość jakichkolwiek gazów w atmosferze. Znacznie większy wpływ niż szkodliwa” dla przyrody działalność człowieka ma aktywność słoneczna oraz zmiany cyrkulacji oceanów (były to zresztą prawdopodobne przyczyny epoki lodowcowej). Ich znaczenie jest ogromne – to właśnie są największe źródła globalnych zmian klimatycznych, a nie jakieś minimalnie większe stężenie jakichś gazów w atmosferze. Co więcej, nawet ostatnimi czasy zauważalne są wahania temperatury nie tylko w górę, ale też i w dół. Nie można więc jednoznacznie powiedzieć, że temperatura Ziemi cały czas rośnie, bo jest to zwyczajnie nieprawda.
Co się tyczy dziury ozonowej: to kolejny mit. Głównym winowajcą jest tu gaz zwany freonem. Nieścisłości widać jednak gołym okiem: po pierwsze, jego emisja jest mniejsza nawet od emisji dwutlenku węgla przez człowieka. Po drugie, jakimś sposobem największe dziury występują nad obszarami podbiegunowymi. Czyżby tam gromadził się cały freon? Trzeba przecież wziąć pod uwagę, że ozon jest wytwarzany przez naturę głównie podczas wyładowań elektrycznych. A jako że burz nad Antarktydą raczej się nie obserwuje, tam też jest tak wielka dziura ozonowa. Wątpliwe jest, by miała jakikolwiek związek z minimalną (w skali atmosfery) emisją freonu. Po trzecie, również katastrofalne” skutki tak szumnie nagłaśnianego zaniku ozonu są mocno naciągane. Jak możemy przeczytać w The Healing Sun: Sunlight and Health in the 21st Century:
Nie było żadnego wzrostu zachorowań na raka skóry i choroby oczu, zaburzeń systemu immunologicznego czy szkód w środowisku, które można by przypisać wzrostowi promieniowania ultrafioletowego. Największym miastem Ameryki Południowej położonym w pobliżu antarktycznej dziury ozonowej jest Punta Arenas w południowym Chile. Wbrew przeciwnym doniesieniom w Punta Arenas nie wystąpiły żadne problemy zdrowotne związane z dziurą ozonową, zaś pomiary promieniowania ultrafioletowego wykazują, że jakikolwiek jego przyrost jest zbyt mały, aby mieć znaczący wpływ na zdrowie.”

Jedyna statystyka dotycząca emisji freonów jaką wygrzebałem z tego ekologicznego zwału nic nie znaczących wykresów. Widać na nim jednak, że emisja tych gazów jest bardzo, bardzo mała.
Po czwarte, zanik ozonu może mieć zupełnie naturalne źródła, związane np. ze zmianą aktywności słonecznej lub klimatu ziemskiego (i tak zazwyczaj wychodzi na jedno). Zagadkowe jest wciąż, że dziura ozonowa najszybciej poszerza się właśnie w obszarach polarnych, a i ten proces odbywa się stanowczo zbyt szybko, biorąc pod uwagę faktyczną emisję freonów do atmosfery – to wszystko przemawia zatem za naturalnym wytłumaczeniem tego zjawiska.
Mając na uwadze te informacje można dojść do słusznego wniosku, iż ci wołający o zmniejszenie emisji dwutlenku węgla oraz freonów ekolodzy robią z nas idiotów. Człowiek tak naprawdę ma znikomy wpływ na efekt cieplarniany czy poszerzanie dziury ozonowej, nie jest więc w stanie zrobić niczego, co zmieniłoby obecny stan rzeczy – nie potrafimy więc w żaden sposób zmniejszyć ani zwiększyć temperaturę na Ziemi. Możemy więc wypalić do cna całe nasze zasoby węgla oraz jeździć samochodami na okrągło – wątpię, byśmy zwiększyli w ten sposób temperaturę na naszej planecie choćby o parę stopni. Moglibyśmy również zniszczyć wszystkie zapasy freonów i nigdy więcej ich nie emitować do atmosfery – nie sądzę, by dziura ozonowa zaczęła się przez to zmniejszać.
Podobnie ma się sprawa z kwaśnymi deszczami – przyroda choćby poprzez wulkany wydziela bardzo dużo siarki do atmosfery, choć akurat tutaj ekolodzy – zamiast stale marudzić – wzięliby się do jakichś działań, które ograniczyłyby jej emisję przez człowieka. Głównym źródłem problemu jest tutaj bowiem spalanie węgla brunatnego – przede wszystkim w elektrowniach. Tutaj ktoś wyraźnie nie spełnia swojego zadania. Zamiast podejmować konkretne działania, dzięki którym kwaśne deszcze przestałyby być problemem, nie mówi się o nich w ogóle, a stosuje się raczej ekologiczne” limity wydzielania spalin, natomiast nie podejmuje się jakichkolwiek prób likwidacji ich źródeł.
Gdy nie wiadomo, o co chodzi...
Wydaje mi się, że znaczna część ekologów to darmozjady, którzy celowo nie starają się załatwić faktycznych problemów dotyczących zanieczyszczenia środowiska. Znacznie bardziej opłacało się im przecież wymyślić nowe problemy (typu globalne ocieplenie), rozdmuchać już istniejące oraz zastosować nieefektowne i zbędne metody walki z nimi, cały czas powtarzając, że zanieczyszczenie jest tak ogromne, że ciężko je będzie pokonać, a to wszystko przy aprobacie niedoedukowanych ludzi myślących stereotypami, których światopogląd jest w 99 zależny od tego, co przekażą im media. Wygląda to jak teoria spiskowa, ale zastanówcie się – może jednak jest w tym jakiś sens? Wszak efekt cieplarniany to typowe mydlenie ludziom oczu, a w dodatku takie mydlenie, za które ktoś tym ekologom płaci. Dalej: czy kary finansowe za zbyt dużą emisję CO2 przez zakłady przemysłowe nie są trochę podejrzane? Ktoś zarabia przecież na tych karach, a więc komuś powinno zależeć na tym, by zawsze był ktoś, kto nie zdoła po prostu zmniejszyć ilości wydzielanych do atmosfery gazów cieplarnianych, mających i tak znikomy wpływ na środowisko. A jeśli nawet wszystkie zakłady przemysłowe przestrzegałyby limitów, czy rozwiązałoby to problem? Wszak dwutlenek węgla wciąż byłby emitowany – czy ktoś nie pomyślał o tym, by problem, zamiast wciąż redukować, po prostu usunąć? Jest to przecież możliwe – zastosowanie elektrowni atomowych na miejsce węglowych oraz ogrzewania elektrycznego zamiast systemów na węgiel i gaz rozwiązałyby ten problem”. Jednak przy omawianiu takich rozwiązań zawsze pojawia się jakieś ale”. Tak naprawdę to szukanie dziury w całym, ponieważ gdyby problemy zostały rozwiązane, ktoś odpowiadający za ich rozwiązywanie straciłby pracę. W interesie tego kogoś leży więc, by utrzymywać obecną sytuację, odrzucając i krytykując pomysły mogące ją zmienić. I tak na przykład, elektrownie atomowe uważane są przez ekologów za zbyt niebezpieczne, by je budować. Jako argument służy tu Czarnobyl. Cóż, ciekawi mnie, czy ktokolwiek wziął pod uwagę to, że reaktor elektrowni w Czarnobylu miał poważną wadę konstrukcyjną (zastosowano pręty kontrolne z grafitowymi końcówkami, które – przy zbyt szybkim ich opuszczaniu – nie zatrzymywały, ale wręcz przyspieszały reakcję łańcuchową), przyczyną katastrofy był bardzo niebezpieczny i nieudolnie przeprowadzony eksperyment, który był w dodatku bardzo źle zaplanowany. Nie powinno więc zdumiewać, że reaktor wybuchł, przeciwnie – zadziwiające było to, że wytrzymał tak długo z takimi wadami. Argument ten jest więc zupełnie bezwartościowy, i ekolodzy właściwie nie mają żadnych podstaw, by sprzeciwiać się budowie kolejnych, bezpiecznych już elektrowni jądrowych (które mają zupełnie inne rozwiązanie dotyczące moderatorów). Co ciekawe, do tej pory wybuchł tylko jeden generator atomowy, i to właśnie w Czarnobylu.
Dlaczego więc widać taki sprzeciw wobec energii atomowej? Nie wydziela się przy jej produkcji żaden szkodliwy gaz, odpady nie jest trudno usunąć (a co za problem w zalaniu ich betonem i wyrzuceniu do morza albo – w niedalekiej przyszłości - wystrzeleniu w kosmos [co jest chyba znacznie bezpieczniejsze i oszczędniejsze dla naszej planety]?), a w dodatku wytwarza się jej bardzo dużo przy stosunkowo niewielkim zużyciu uranu. No właśnie – to jest zbyt piękne, by ekologom się opłacało. Elektrownie węglowe można by wtedy spokojnie zlikwidować, co przecież obrońcom środowiska się nie opłaca (nie mówiąc już o właścicielach wspomnianych elektrowni). Nie - problem” zostałby zbyt szybko zlikwidowany, kary za emisję CO2 nie miałyby praktycznie racji bytu, w dodatku nie byłoby potrzeba aż tylu ekologów, słowem – zbyt wielu ludzi by na tym straciło. Nie oszukujmy się – ludzie na wysokich stanowiskach są najczęściej zachłanni i przekupni, nie uważam więc, by teza, iż zarówno ekolodzy jak i politycy nakładający limity emisji CO2 są ze sobą w zmowie, nie miała w sobie prawdy. Tak przecież – niestety – działają rządy krajów, jak również twory takie jak UE (która praktykuje jakby fanatyczną religię poprawności politycznej, a teorie ekologów są – niestety – politycznie poprawne).
Tak samo działo się w sprawie freonów i dziury ozonowej. Jak podaje Wikipedia: Niektórzy naukowcy twierdzili, że niszczenie ozonu mogą powodować ogólne zmiany zachodzące w klimacie Ziemi. W tym samym czasie wygasły patenty koncernów produkujących freony, a chemicy z kilku koncernów opracowali skuteczne zamienniki freonów, które zostały opatentowane. Wywołało to komentarze medialne, sugerujące powiązania naukowców oskarżających freony z koncernami chemicznymi usiłującymi sprzedać swoje nowe produkty”.
Ciekawe, prawda?
Nie dajmy się oszukać
Nie zamierzam nawet sugerować, że ekologia jako taka jest nauką złą, a wszyscy ekolodzy są oszustami, żerującymi na naszej naiwności. Jednak nie oszukujmy się: to właśnie przedstawiciele badaczy tej gałęzi nauki – wespół z organizacjami wspierającymi podobno środowisko i politykami – rozpowszechniają te wszystkie mity dotyczące stanu naszej planety. Nie przeczę też, że zbędne zaśmiecanie Ziemi jest naganne moralnie, a środowisko trzeba szanować (jednak i w tym wypadku niektórzy osiągają coś w rodzaju fanatyzmu). Chodzi mi tylko o to, by ci naukowcy byli rzetelni i nie okłamywali nas. Bo efekt cieplarniany, czekająca nas zguba płynąca ze strony dziury ozonowej czy globalny wpływ człowieka poprzez emisję gazów cieplarnianych jest nie dość że kłamliwy, to jeszcze ociera się o manię wielkości (w tym znaczeniu, że człowiek jest w stanie zachwiać równowagą tak ogromnego systemu, jakim jest środowisko naszej planety).
Niestety, fanatyczna propaganda proekologiczna jest wszechobecna. Jakiś czas temu w szkole wypełnialiśmy ankiety, w których wszystkie pytania (i większość odpowiedzi!) sugerowały wsparcie dla ekologicznego trybu życia. Nie popadajmy w przesadę – żadna skrajność nie jest dobra.
Dlatego nie wierzmy we wszystko, co nam powiedzą. Przede wszystkim należy wszystko dokładnie analizować, a nie wierzyć w globalne ocieplenie, bo wszyscy wiedzą, że istnieje”. Jest to bowiem myślenie bardzo płytkie i dowodzące naszej skłonności podążania za tłumem – również pod względem poglądów.
Źródła: http://pl.wikipedia.org, http://www.teberia.pl/news.php?id=9657
Ocena: 6
Liczba komentarzy: 4
Data dodania: 09.05.2009r.
Statystyki: Wiersze: 7818 | Artykuły: 263 | Recenzje: 234 | Proza: 1586 | Wywiady: 50 | Komentarze: 46229 | Użytkownicy: 3555
Online(32): 31 gości i 1 zarejestrowanych:
exother