warto go przeczytać
Moja matka nigdy mi nie ufała. Przypuszczam, że gdy tylko się urodziłem, stłamszona przez depresję poporodową dojrzała u mnie trzecie oko i z tym przeświadczeniem, iż jej syn jest kawałem mutanta postanowiła mną gardzić. Nie czułem jej wsparcia, nie czułem miłości. Smutne rzeczy gadam, czyż nie? Nie staram się zwrócić na siebie uwagi, nie liczę na litość. Wiem jaki jestem i wiem, że tacy jak ja też mają rację bytu, tylko trochę mniejszą. Mniej zauważalną. W mojej głowie tańczy wąż. Wije się, trąca wszelkie zamysły. Czasami blokuje empatię i wzburza, prowokuje zawiść. Kawał ze mnie szui. Tym wężem jest skrajna samotność, wygodna jak ławki w kościele gotyckim. Charakterystyczna jak opalenizna zimą.
Moja matka jest piękną kobietą, ale nudną w tym pięknie. Nie potrafi go utrzymać. Jak długo możesz patrzeć na obraz Caravaggio w muzeum? Wiecznie? Wątpię. Ona w środku jest pusta, zburzyłem jej plany na "samorealizację", cokolwiek miała na myśli mówiąc o tym. Jest płytka. I nierozgarnięta jak mucha, która sra gdzie popadnie. Cholerne stworzenie. Gdy przygotowywałem się do pierwszej komunii, uczyli nas szacunku do rodziców. "Bóg patrzy, czy kochacie swoich rodziców, czy ich szanujecie, czy pomagacie.". Prychnąłem wtedy na tyle głośno, że ten dziwny odgłos obiegł wszystkie pary znudzonych uszu. Czemu ja muszę zwracać na siebie uwagę w tak fenomenalnie durny sposób? Nie wiem, ale już wtedy zadałem sobie to pytanie, kiedy ksiądz kazał podejść mi do ambony na tym żałosnym spotkaniu opierającym się na słowach bez znaczenia.
- Sylasie.
- No?
- "No"?! a cóż to ma znaczyć?
- Co dokładnie? Moje pytanie, czy moja reakcja? - odpowiedziałem hardo. Samotność hartuje, kurde, czy wiecie jak bardzo?
- I to, i to - przyjrzałem mu się wtedy. Miał takie krzaczaste brwi, sterczące przedziwnie. I fenomenalnie marszczył czoło. I był tak kurewsko sztuczny, że marzyłem, by się wymiotowaniem nie skompromitować.
- Bo chciałbym, aby Bóg patrzył na to, czy rodzice kochają swoje dzieci. Zasada wzajemności, proszę księdza.
Poczułem ciszę, nikt nie oddychał, nikt nie westchnął. Rozbrzmiały dzwony zwiastujące zbliżającą się mszę. Odebrałem to po swojemu. Lucyfer zabawił się w dywersję i tym dźwiękiem przybił mi 'piątkę', mówiąc 'święte słowa'.
Moja wyobraźnia była namiastką tego, co się stało później. W domu miałem piekło. Matka stała się mrocznym katem. Szarpała mną, biła po twarzy, rzuciła, popchnęła. Ciąg surrealistycznych gestów, które nie miały znaczenia. Myślałem wtedy o faworkach pana Kazia. Pyszna sprawa te faworki - moja dziecięca ucieczka przed bólem.
Nudzę was, no wiem, ale widzicie, coś trzeba o sobie powiedzieć, byście mieli dowody głębsze, a nie tylko powierzchowne na to, że jestem inny. Że robię co robię. Wrócę do Leny, przecież o niej pamiętam, przecież pamiętam wszystko. Przecież o życiu tak łatwo się nie zapomina.
Podsumowując - nie kochałem matki, nie szanowałem jej, gdy miałem 14 lat dźgnąłem ją nożem, bo...nie ma to jak dobry powód. Ha, ha, ha. Uwierzyliście? W sumie dobrze (respekt, te sprawy), ale ostrych narzędzi nie tykam, więc zabiłem ją w sobie mentalnie. I teraz wyobraźcie sobie jak mnie musi to boleć - wskrzeszać osobę, która rujnowała struktury serca, która wbijała paznokcie w tkanki, która paliła źrenice. Boli mnie ta narzucona samemu sobie konieczność, boli mnie...moja niekonsekwencja. Pieprzę jak potłuczony? Tak sądzicie? To nieistotne. Mam to gdzieś.
O ojcu nie opowiem, nie wyduszę z siebie, ani słowa. Bronił mnie milczeniem. Opuścił po cichu. Heh...miałem nie mówić, no tak. Bo...hm...ja nie mówię o osobach, które szanuję. Generalnie o każdym mówię źle, ale robię im dobrze za to. Nie wnikam w ich życie i wy nie starajcie się poznać mnie za bardzo. Nie ma sensu, istniałem zawsze tylko dla samego siebie.
Kiedyś miałem takie małe marzenie - zostać wokalistą zespołu rockowego. Typem dresa nie byłem, ale jeśli mam być szczery to moja matka starała się w podstawówce takowego ze mnie uczynić. Już wtedy szelest ortalionu doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Nie zapomnę tych ściągaczy na kostkach i nie zapomnę jak usiadłem na gwoździu, który kamuflażował się na moim krześle w sali lekcyjnej. Kręciłem się zawsze podczas zajęć, jakieś podświadome ADHD, słowo daję, ludzie śmiali się, że mam owsiki. Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę powoli się podniosłem z mym codziennym zamiarem usunięcia się z pola rażenia kpin pustych, klasowych orangutanów. Zmroził mnie szyderczy śmiech tych ograniczonych debilów, ale tylko na moment. Z miną pokerzysty wyszedłem z sali i udałem się w stronę sklepiku szkolnego. Usłyszałem za sobą śmiech obcych mi ludzi. Zastanowiło mnie to.
- Ej, koleś, masz dziurę na dupie - klepnął mnie jakiś drągal i spojrzał współczująco.
Skupiłem się na tej uwadze i poczułem pewien przepływ powietrza. Pomyślałem - wentylacja pierwsza klasa - pomacałem się mało dyskretnie po podwoziu i żesz kuźwa - dziura średnicy 10 centymetrów szpeciła mój stylowy strój. To był moment przełomowy. Nowe postanowienie - nigdy więcej dresików. Krótkich włosów. Rozdziawionej gęby nad głupotą ludzką. Wszystko miałem gdzieś. O czym to mówiłem? Echhhhh...no, tak. Zespół.
Jak przypuszczacie (i słusznie) i to okazało się moją życiową porażką....zresztą, czy życiową? Wymyślili, że jest to, co być powinno i ta zasada dla naiwnych i pasywnych mnie uspokaja. Ale nie przeszkadzało mi to w próbowaniu i urozmaicaniu własnego życia buntem i przekorą. Czasami bardziej liczy się sama próba spełniania. Uczyłem się siebie. Uczyłem się, że większość ludzi to kawał trędowatych umysłowo skurwieli. Robią to, co kochają i zapominają, że inni też chcą realizować pragnienia. Smutno się robi człekowi, pieprzy smutny i nie może ich zgubić w rozbitym szkle. Zostawić za sobą lukrowany obrazek i zmazać wodą. Na cholerę ci scenariusz w życiu. Suflerzy. Światło. Po kiego? To nieistotne i tak obrócisz się za siebie i zaśniesz w rowie. Sam. Jak ja.
To był naprawdę ważny moment w życiu - błądzenie, dobijanie się do drzwi garaży osób, które wiedziałem, że grają, albo szukają kogoś do ekipy. I nie zniechęcały mnie okrzyki: " Koleś, to nie jest gothic band "...cóż, chyba nikt im o tym jeszcze nie powiedział. IM - nie mi. IM!!!. o, żesz....nie patrzcie tak na mnie, słyszycie?! Proszę...ja...nie...chcę...waszych...litościwych...spojrzeń!!! Przestańcie patrzeć, przestańcie być tacy pokorni. Nienawidzę świata, nienawidzę tego, co mnie tworzy...to nie jest prawdziwe, ona...jedyna...zrozumcie bez spojrzeń...nie pomyślałem, że to złudzenie ze mnie kpi, że siada na ramieniu i szepcze, że mieszam gówno z mózgiem. Ja nie chcę patrzeć...
Lena! Do diabła z tobą...
...
Lena. Ile ona ode mnie wymagała, ta 'życiowa szansa'.
Wyj, maleńka, wyj. Nie zasłużyłaś na to, ja wiem, ale czy zło nie bawi się nami bezinteresownie? Ono współpracuje z cierpieniem, słowo daje. Chwyciło i ciebie za fraki. I was chwyci. A mnie nie, bo ja mam za dużo w głowie. Lena, ty szujo. Lena...to nie moja wina, rozumiesz?! Byłem w symbiozie z chodnikiem, mogłem tylko patrzeć. Cieszyć się, że cię widzę. To musiała być sztuka - twe alabastrowe ciało liżące brutalnie czerwoną blachę. To musiało być coś. Twoje zaciśnięte oczy szukające pomocy...pytające. Takie bezbronne, już mną nie gardzące. Twoje usta, z których ubywały nanosekundy, które pluły kurzem dróg - niepoznanych. Nie wiesz, co czułem, nie wiesz. Krzyk przychodzi później, w środku serce dławi się własną krwią. Stajesz się galaretą, człowieku, amebą, czymkolwiek, co nie jest warte uwagi w szczytowym momencie cudzego wypadku. Lena, przyznam ci się do czegoś...nie płakałem, ani razu. Nawet nie krzyczałem, rozumiesz, nie? Ja to znam z opowiadań, ja wszystko znam z obserwacji. Co się śmiejecie plugawe stwory? Pyski na kłódkę i słuchać mnie. Słuchać uważnie, bo cichnie.
Dedykuję owo opowiadanie całkowicie i z uśmiechem Dawidowi. Bez Niego by nie powstawało.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 3
Data dodania: 13.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 5085 | Artykuły: 233 | Recenzje: 119 | Proza: 774 | Wywiady: 48 | Komentarze: 28118 | Użytkownicy: 2435
Online(18): 14 gości i 4 zarejestrowanych:
anyway, utopistka, Pawlak, exother