warto go przeczytać
Z czasem przybyło mi nauki. W gimnazjum zawalano nas przygotowaniami do egzaminu gimnazjalnego. Wieczorami kładłam się cała w strachu czy dostanę się do wyśnionego liceum, do klasy o profilu dziennikarskim. Bałam się jak diabli, ale za każdym razem przed oczami pojawiała mi się twarz pani Wiesi. Obiecywałam sobie, że pójdę, lecz ciągle odkładałam obietnice. Miesiąc później wreszcie się udało.
Skruszona, lecz pełna energii i wyładowana siatkami, zapukałam do jej drzwi.
Długo się nie otwierały, choć dzwoniłam.
Wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta po pięćdziesiątce. Obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem i zaczęła się we mnie bacznie wpatrywać. Wbrew wszystkiemu, nie czułam strachu. Gdyby chodziło o inną osobę, to pewnie zaraz bym uciekła. Ale wtedy tego nie odczuwałam. Popatrzyłam jej w oczy i doznałam ogromnego szoku. Ciemne, lśniące oczy jak u pani Wiesi. Czy... Od razu nasunęły mi się podejrzenia, że to może być jej córka. Owa Iza.
- Dzień dobry, czy jest pani Wiesia? - wypaliłam na jednym oddechu, wciąż oszołomiona swoim odkryciem.
- Pani Wiesia? Ach, mama... - wyszeptała kobieta i nagle z jej oczu polały się łzy.
Wybuchnęła tak wielkim płaczem, że nie wiedziałam co robić. Nie mam doświadczenia w pocieszaniu. Pani Wiesia je miała...
,,Ale dlaczego ona płacze?'' - zastanawiałam się.
Wreszcie kobieta uspokoiła się na tyle, aby zaprosić mnie do mieszkania i wreszcie wyjaśnić sprawę.
- Czy ty jesteś Julcia? - spytała cicho.
- Tak.
- A więc to o tobie mówiła moja mama. Bo widzisz, ja jestem Iza, jej córka. Wspomniała mi, że opowiedziała ci wszystko o sobie. Żałuję, że tutaj nie byłam... Teraz już nic nie zrobię. Nic...- łzy lały się po policzkach.
- Co się stało? Czy pani Wiesia jest chora? - spytałam zaniepokojona.
- Gorzej! - pani Iza wybuchnęła kolejnym potokiem łez. - Dwa dni temu... miała wylew... Nic się nie dało... nie dało się zrobić... Boże! To takie...takie niesprawiedliwe - mówiła pani Iza między łzami.
- Wylew? - wyszeptałam i poczułam się jakby ktoś uderzył mnie mocno w głowę.
- Właśnie tak - szepnęła, znowu się uspokajając. Przynajmniej się starała, choć wiedziałam, że walczy ze sobą.
- Boże... Była na coś chora? Może jakaś choroba spowodowała...
- Nie. Po prostu wylew - mruknęła pani Iza. - Umarła, chociaż ją ratowali. Miała tylko siedemdziesiąt dziewięć lat. To dość mało.
- Mówiła coś przed śmiercią?
- Nie wiem. Była na sali operacyjnej. Była nieprzytomna... Nie wiem. Wiem tylko, że ją zawiodłam. Zawiodłam ogromnie.
- Nie wierzę w to. Zawsze mówiła o pani i pani bracie z szacunkiem. Naprawdę. Wiedziała, że macie pracę i nie możecie tak często przyjeżdżać.
- Arek przyjedzie jutro z zagranicy. On bardziej... on bardziej okazywał jej, że ją kocha. Pisał, dzwonił. A ja, chociaż byłam w Polsce, to rzadko ją odwiedzałam.
- Przyjechać z Gdańska do Krakowa to nie lada wyczyn.
- Ale Arek przynajmniej dzwonił! A z zagranicy wydaje się na to fortunę. Boże, byłam taka głupia! Poświęcałam się tej durnej szkole, robiłam korepetycje... A o własnej matce zapomniałam. Kiedy umarł ojciec, byłam przy nim. Zdążyłam się pożegnać. A teraz co? Nie zdążyłam!
- Ale... ona wiedziała, że pani ją kocha. Że nie łatwo wyrwać się z codzienności i przyjechać.
- Wystarczyłby jeden telefon - biadała pani Iza.
- Proszę tak nie mówić! - zawołałam bliska rozpaczy. Ona była tak inna od pani Wiesi. Pani Wiesia starała się nie rozpaczać, była spokojna. A pani Iza nie tłumiła emocji, ale atakowała nimi całe otoczenie.
- Byłabym zapomniała. Mama zostawiła coś dla ciebie - zerwała się nagle kobieta.
Zdziwiłam się. Rozumiem, dla dzieci: Izy i Arka. Ale dla mnie? Małej, pulchnej Julki? To wręcz niemożliwość. Ciekawość mnie zżerała.
- Ona już od dawna przygotowywała się na śmierć. Mówiła tylko Arkowi, rozmawiałam z nim. Twierdził, że parę miesięcy temu spisała testament i przygotowała to dla ciebie. Więc długo się znałyście.
- Prawie rok - stwierdziłam smutno.
Moje serce wreszcie zaczął rozrywać potok żalu. Przedtem był przytłumiony przez szok. Teraz dopadł mojej duszy i chciał z niej uczynić wiórki kokosowe.
Podała mi kopertę i wyszła z pokoju, abym mogła zapoznać się z jej zawartością.
Nie była płaska. W środku był jakiś przedmiot. Drżącymi rękoma otworzyłam kopertę i wydobyłam szmaragdowe pudełeczko. Chwilę mocowałam się z zaciskiem, lecz potem moim oczom ukazało się piękno. W środku, na czarnej poduszeczce, spoczywał piękny, malutki naszyjnik. Calutki złoty, z malutkim emblematem z wyrytą niezapominajką. Obok zostało trochę miejsca na napis.
Niezapominajka... - pomyślałam i ostrożnie założyłam naszyjnik.
Dopiero wtedy odczułam brzemię tej sytuacji.
Z oczu polały się tabuny łez. Dłonie, wręcz całe ciało, drżało i miałam ochotę zwymiotować.
Poczułam, że straciłam bliską osobę.
Po prostu pokochałam panią Wiesię.
Nigdy nie miałam babci, bo zginęła przed moimi narodzinami.
Pani Wiesia była dla mnie babcią, która poprowadziła mnie nową drogą.
Wiedziałam, że jej śmierć wyryje się w moim sercu i będzie ciągle trwać.
Brzemię przeszłości...
***
Dwa miesiące potem zaczęły się wakacje. Po raz pierwszy mogłam zamknąć się w domu, nic nie robić i rozmyślać. Chciałam myśleć o moim życiu, o historiach, o całym życiu pani Wiesi... Przez chwilę historia była naszą wspólną. Łuska stanęła na naszej drodze i ponownie odrodziła się w mojej Łusi. Tak to rozumiałam.
Trzeciego czy czwartego dnia wakacji, do mojego pokoju wpadła przyjaciółka i zażądała, abym z nią wyjechała. Stwierdziła, że dziwnie się zachowuję i potrzebuję odpoczynku. Miałybyśmy jechać do Mszany Dolnej...
Już miałam odmówić, kiedy przypomniałam sobie jak pani Wiesia mówiła o niektórych dniach spędzanych w Mszanie Dolnej, która była całkiem niedaleko...
Zgodziłam się jechać. Czułam, że tam odnajdę nową siebie i zrozumiem.
Pojechałam.
Oglądałam małe miasteczko, w którym nie było chyba żadnego muzeum. Po prostu biegałyśmy po mieście lub wyjeżdżałyśmy w pobliskie wsie. I kiedyś, przejeżdżając przez Mszanę Górną, zauważyłam drogowskaz ,,Lubomierz'' i już wiedziałam, że coś mnie tu przygnało. Wymusiłam na cioci mojej przyjaciółki, aby tam pojechać na piknik. Już po pół godzinie oglądałam zapierające dech w piersiach widoki.
Rzeczywiście, było pięknie. Cudowne zagajniki albo gęste lasy pełne dzikich zwierząt. W oddali góry... Wiele pól na których rolnicy uprawiali zboże czy jakieś warzywa. Między tym wszystkim dobrzy, spokojni ludzie.
Wspaniały świat z zupełnie innymi zmartwieniami. Stwierdziłam, że muszę się przejść i tak chodziłam. Od chodzenia po drogach, bolały mnie nogi, lecz wytrwale szłam. Nagle trafiłam na pewną górę. Piękny widok, gdzieś z daleka widać było Ćwilin.
Owiał mnie zimny, porywisty wiatr. Dawał ulgę ciału i duszy. A ja wreszcie zrozumiałam.
Pani Wiesia nade mną czuwała. Była ze mną ciągle i martwiła się o moje życie. Postanowiła mnie tu przywieść i pokazać, abym się nie martwiła. Jednocześnie chciała ukazać mi piękno swego dzieciństwa.
Usiadłam na suchej trawie i wyobrażałam sobie wojnę. Czołgi przejeżdżające przez te łąki, przerażonych ludzi, żołnierzy i małe dzieci, a także nieżyjącą Nusię. Kornela, Halinkę, Bogusia, Gienię, panią Wiesię, Helenkę i Zosię. Rodziców i starców. Ludzi z krwi i kości.
Pokochałam ten świat. Wiedziałam, że tutaj nic złego mi się nie przydarzy. A przynajmniej nic z tego, co by mnie załamało.
Tam też postanowiłam oddać cześć Pani Wiesi i przekazać tą historię w postaci opowiadania o niej.
Ten wiatr okazał się zbawcą.
Rok później owiewał mnie ponownie i dawał nowe siły. Za rok będzie coraz silniejszy, aż zupełnie wypali ból, a pozostawi wspomnienia.
Ocena: 4.5
Liczba komentarzy: 2
Data dodania: 10.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 5084 | Artykuły: 233 | Recenzje: 119 | Proza: 774 | Wywiady: 48 | Komentarze: 28110 | Użytkownicy: 2435
Online(20): 17 gości i 3 zarejestrowanych:
muzyczneserce, Pawlak, Ironiczna