warto go przeczytać
- Masz naprawdę udawać zdenerwowanego – podniosłam głos, uwierzcie ciężko było się z nim dogadać.
- Ale nie mam sił – szepnął.
- Co mnie to obchodzi? Jak zawalisz, będziesz musiał iść i na zmywaku dorobić! - wszyscy ludzie płci męskiej boją się zmywania naczyń.
- A może Ty to załatwisz? - rzucił błagalnie.
- Nie! Dobra, przygotuj się, idzie – szepnęłam i znikłam.
- Nic nie słyszę – i w tym samym momencie rozbrzmiało pukanie.
Gdyby tak ludzie bardziej ufali Opatrzności Bożej, byłoby im lżej. Może gdzieś w tym kodzie jednak Pan się pomylił i nie mają pojęcia o prawdziwej wierze. Jestem aniołem, udowodniłam już to, a jednak wątpi w moje słowa. Czasami ta praca mnie przytłacza. Mam nadzieję, że chociaż szczur się nie zbuntuje i narobi obsłudze niezłych kłopotów. To nie grzech z mojej strony mili państwo, to próba. Nikomu źle nie życzę i swoją wolą wyśpiewuję modlitwy o miłosierdzie i łaskę... mimo to, byłoby zabawnie obserwować jak się z nim męczą.
Zmieniając konspekt artystyczny moich wypowiedzi, należałoby wspomnieć parę słów o chłopcu z obsługi. Nie chodzi o to, że udaję grzeczną duszyczkę, która przejmuje się jakimiś ludźmi innymi niż klient. Popełniłam błąd pozwalając sobie w swej opowiastce na tak frywolne zachowanie na samym wstępie, pośpiech i pomijanie istotnych wątków pobocznych, co mogłoby rzucić negatywne światło na misterny plan zbawienia. Teraz, waszym kosztem robaczki, przyjdzie mi ratować klasyczne kanony piękna. Bóg nie chciałby, żebym wyzbyła się typowej formy i nagle rzuciła w diabelski nurt relacjonowania byle jak.
A teraz drodzy czytelnicy, za mną, za moim głosem ku drobnemu mężczyźnie o fizjonomii chłopca, ze sterczącą spod żelu czupryną, do jego zagubionych zielonych oczu i zmarszczonego czoła. Stańmy może razem obok niego, a porównanie zostawmy podmuchom wiatru. Przyjrzyjmy się delikatnym dłoniom i niedbale obciętym paznokciom. Panie oceńcie smukłe palce, a ja będę snuć dalej tą opowieść.
Adam Żwirski, lat 22 z hakiem, student studiów niestacjonarnych na kierunku hotelarstwo, zagubiony w życiu, idealista i marzyciel bez grosza przy duszy. Pierwszy dzień w pracy i od razu został rzucony na głęboką wodę, a liczył, że będzie łatwiej na wstępie, tym bardziej jak kierownikiem jest mama dziewczyny. Zaczęło się już z rana nieciekawie. Najpierw przez swoje wręcz pedantyczne zabiegi doprowadzenia włosów do porządku spóźnił się na autobus, a biegnąc na kolejny, wywrócił fikołka. W ostatniej chwili ręką zdołał zamortyzować spotkanie twarzy z asfaltem i skończyło się na przytarciu nowiutkich spodni. Przeklął – w archiwum wszystko jest zapisane i krzycząc, że to diabli nadali, ruszył dalej. Tylko współczuć takiego anioła stróża, który oglądając się za kwiatkami podkłada nogi swojemu klientowi. I ktoś kiedyś śmiał powiedzieć, że przynoszę wstyd wydziałowi stróżów.
Adam wbiegł zdyszany do hotelu i zameldował się zgodnie z instrukcjami u zastępcy dyrektora. Starszy człowiek z zasadami i nienagannymi manierami, brzydko mówiąc, opieprzył dość konkretnie biedaka. Wskazał mu szatnie, pośpieszał, gdy się przebierał i w końcu ganiał go ze sprawunkami w tą i z powrotem, ciągle narzekając, że chłopak robi to za wolno. Oczywiście podsłuchujemy ludzi i dzięki koleżance z centrali, mogę powiedzieć, że w skrytości był bardzo zadowolony ze swego nowego podopiecznego.
Nasz bohater trzecioplanowy koło południa ledwo już żył i jak na złość po raz pierwszy wysłali go do niezadowolonego klienta, i to całkiem samego. Mogę tylko się domyślać, że anioł stróż zamiast mieszać w planach tych złych (nie mówię o lewicy), tym z dołu (mowa o szatanie, głąby), którzy ewidentnie piętrzyli trudności przed chłopakiem, pewnie motyle oglądał. Tak, my aniołowie powinniśmy krytycznie podchodzić do pracy całego resortu. Nie oszukujmy się - z roku na rok poziom stróżów spada, a nowe pokolenia zastępów są coraz bardziej ciapowate.
Adam po wyjściu, uzna, że to za trudne. Rozczarowany usiądzie, na schodach przeciwpożarowych – to pewne, nieodwracalne. I tam zmierzą się siły nieba i piekła o jego duszę. Być może zobaczy piękną nieznajomą. Zwykłą dziewczynę, która wyszła zapalić z dala od tego całego szalonego zgiełku, gdzie nawet mury pokoju pędzą nie wiadomo dokąd i po co. Od słowa do słowa przypadnie mu do gustu. Niezgrabne uśmiechy wzbudzą sympatię albo miłość. Zostawi go bez numeru telefonu czy adresu, ale z pocałunkiem, który zmąci myśli. Adam odejdzie niespokojny, szalony, trochę śmieszny, stracony, a ona zamieni się w czarnego kota i pogna ku swemu panu, by na tym teatralnym balu robić wielki supeł niedomówień.
Co powinien zrobić jego stróż? Nie przeląc się ironicznego mroku, groteskowego zła, które podstępnie omota uśmiechem, życzliwością. Brzęczącą piosenką spłynąć do głowy, przypominając, że Bóg już dał klientowi oparcie i łaskę, swą opiekę, radę. Ciemności nawet aniołowie się boją. Mogłabym się wmieszać drodzy państwo, udowadniając, że każda zdobyta dusza to cud, ale wiek i doświadczenie nauczyło mnie, że to tylko nudna rutyna.
Artur zaczyna krzyczeć i całkiem ładnie mu to wychodzi, dlatego jemu trzeba poświęcić uwagę, upamiętniając zryw dzikiej bestii, zamkniętej pod tym robakowatym i nędznym kostiumem idioty.
- Przepraszam bardzo, ale nie po to płacę tysiące euro za najlepszy apartament, żebym moim stałem gościem był jakiś śmierdzący szczur – Artur gdy krzyczał miał całkiem seksowny głos.
- Przepraszam, ale ja... nie wiem... - Adam za to jąkał się niesamowicie, a że to wszystko strasznie mnie bawiło, to stawiając na filmowy montaż, nurkowałam obok, śledząc ich sylwetki z różnych perspektyw.
- Czego pan nie wie? - zezłościł się jeszcze bardziej Artur i wymachując rękami wrzeszczał – Co za skandal, to nie do pomyślenia! - uspokoił się nieco i dodał – Zawiadomię sanepid!
- Ale proszę pana – Chłopak zzieleniał i przełknął ślinę – Na pewno nie trzeba... jak...
- Nie trzeba? Sugeruje mi pan, że plaga szczurów w waszym hotelu wymaga "nie trzeba”? Oburzające, zapewniam, że osobiście się postaram, żeby pana zwolniono – Ależ on wczuł się w rolę, nawet jestem trochę z niego dumna. Całkiem nieźle, oczywiście jak na robaka.
- Nie widzę żadnego szczura! – ryknął Adam, a ja aż w sufit uderzyłam głową i to wcale nie przez alkohol...
- Zaraz panu pokażę – Artur złapał go i zaciągnął do kuchni, gdzie nasz mały gryzoń pałaszował kanapkę i przepijał resztkami mojego drinka.
- Aaaa! - Chłopak o mały włos się nie przewrócił z wrażenia – To szczur!
- No co pan nie powie – szczurek chwiejnym krokiem przechadzał się po kancie blatu, zachwiał się i spadł na podłogę.
- Zabił się? - szepnął Adam i jakby w odpowiedzi na to pytanie, zwierzak podniósł się, otrzepał i pognał wprost w uchylone drzwi.
- Łap go pan, bo ucieknie – pognali obaj i bezrozumnie, nie mieszcząc się między kredensem, a ścianką upadli na podłogę.
- Szef mnie zabije, a przecież to mój pierwszy dzień – zaczął szlochać chłopak.
- Noooo, nie będzie tak źle – Artur zastanowił się– to mały szczur – dodał miękkim głosem, pełnym współczucia i smutku.
Chłopak w końcu otrząsnął się i zbiegł po szefa. We dwoje długo dyskutowali z Arturem, negocjując cenę. Dobro i zło jest łatwiejszym wyborem, gdy stawia się na sprawiedliwość. Dlatego niczym wiosenny wietrzyk opadłam do ucha klienta i szorstko (nie mogę go rozpieszczać), powiedziałam:
- Zgódź się pół na pół!
Artur aż podskoczył zdziwiony moim głosem w swojej głowie i chyba chciał nawet protestować, ale mając już otwarte usta, zrezygnował. Rozsądnie, jeszcze tego brakowało, żeby za wariata go uznali. Chociaż, we współczesnym świecie, jeżeli nie strzelasz, wariatem możesz być.
Już spałam znudzona interesami panów, gdy trzaśnięcie drzwiami wyrwało mnie z błogiego marzenia o spacerach po amazońskiej dżungli. Wiem, że mówiłam, że nie powinnam się wtrącać sprawy innych stróżów i pilnować tylko swojego klienta, ale kłamałam. Dlatego bez słowa pozwoliłam odsapnąć Arturowi, robiąc popisową pauzę, która miała pozwolić mu podjąć jakieś decyzję. Nie mogę ciągle go za rączkę prowadzać i przymuszać, bo nim na dobre rozpocznę pracę, znów wyląduje na przymusowym urlopie. W końcu dla ubarwienia sytuacji (najważniejsze, żeby z pracy czerpać jak najwięcej radości) spłynęłam kroplami morskiej piany jako Wenus. Z wrażenia klient aż usiadł, a ja każdym ruchem podkreślałam swoje przymioty. Uwielbiam być ofiarą ludzkich spojrzeń. Takie dzikie i naiwne oczy... niewiele jest rzeczy równie interesujących w waszej egzystencji. Nachyliłam się nad Arturem i podniosłam mu zwiewnie podbródek. Nie za ciekawie wyglądał śliniąc się. Ależ mu się oczka świeciły pod kuszącym czarem moich piersi. W końcu wyjąkał:
- Sa... ni, czy aniołowie mogą... no wiesz... z ludźmi?
- Mogą – westchnęłam i dodałam – ale prędzej niebo rozsypie się w pył niż mnie dotkniesz.
- Aha – Artur spuścił głowę, a ja widząc, że nic nie zrobi w sprawie Adama, postanowiłam mu pomóc.
- Pójdziesz go przeprosić?
- Kogo? - zapytał oburzony.
- Księdza Mateusza – pacnęłam go w ucho, mimo tego, że stałam od niego już dobre kilka metrów. Taka sztuczka – No tego chłopaka, matole.
- Ale za co? Zrobiłem jak kazałaś...
- Ale teraz już chyba nie musisz robić z siebie pajaca i możesz go przeprosić! - podniosłam głos.
- Nie! - zacisnęłam tylko zęby na jego hardy ton.
- A właśnie, że tak – zagroziłam pięścią i dodałam nieco spokojniej – To jego pierwszy dzień, widziałeś jaki był przestraszony?
- Nic mnie to nie obchodzi! - Ależ uparty typ, nie dawał za wygraną.
- Zapomniałeś? Dobre uczynki robaku!
- Oddam kasę i tyle – spojrzał w niebo – w umowie, Boże, nic nie było o pieprzonym samarytaninie.
Wzięłam go za fraki, podniosłam i z całą złością powiedziałam:
- Za chwilę, będziesz sto lat wędrował po pustyni samarytaninie, jeżeli nie pójdziesz pogadać z nim.
- Jasne – klient chyba wreszcie się przestraszył.
- Eh, anioły – westchnął i ruszył do wyjścia.
- Będzie na klatce przeciwpożarowej, korytarzem w lewo i przedostatnie drzwi – krzyknęłam za nim – przeproś!
Kiedy on gubił się w gąszczu korytarzy i drzwi, ja, już pod normalną postacią zalewitowałam pod sufitem i leżąc, wróciłam do lektury "Najgłupszego anioła".
W kwestii braku przypadków muszę wspomnieć, że Artur na swej drodze, w wąskim korytarzu, spotkał orkiestrę dętą, która do tej pory wygrywa, chodząc w kółko Anielski orszak. Zwartym szeregiem spychali go do tyłu, a on mimo usilnych prób przeciśnięcia, nie posunął się nawet o metr. Jeszcze trąbka, głupia trąbka fałszowała do tego stopnia, że musiał przytykać uszy. Nabrał w płuca powietrza i nim znów spróbował się dostać na drugą stronę kolumny, powiedział:
- A diabli to nadali – i z rozpędu wbił się w ciżbę jeszcze głębiej.
Pomogłabym, ale muszę się przyznać, że wsłuchana w "This is Neverland" nie bardzo miałam ochotę zawracać sobie głowę jakimś rzępoleniem. Było tak błogo, a ludzie muszą sobie radzić, zawsze go za rączkę nie będę prowadzać.
Oberwał saksofonem po głowie, bębniarz wbił mu pałeczkę w oko, a trębacz podstawił nogę. Pewnie by go stratowali, ale niczym w bajkach (resort propagandy w niebie i w piekle też) dzielny szczurek wystraszył orkiestrę zombie i zataczając się uratował klienta z opresji. Cały wasz gatunek jest zbyt niezdarny na taką dominację jaką wam zapewniamy. Gdy Artur prawie zdeptał maleńkiego, pijanego bohatera, byłam pewna, że przyłącze się do fali protestów przeciw pomocy ludziom. Gdybyście wyginęli wszystko byłoby takie proste. Ojcze, Panie nie gniewaj się na swego słabego sługę, który myślami pragnie tylko Twojej chwały.
Orkiestra w końcu zamilkła, niknąc za rogiem hotelowego korytarza. Klient się otrzepał, poprawił włosy, głęboko odetchnął i mimo drżenia nóg, nieśmiało ruszył do przodu. Mogę się tylko domyślać, a anielskie domysły zwykle są dość trafne (jesteście banalnie prości), że biedny Artur był całkowicie zagubiony. Powtarzał sobie uparcie: "Co to do cholery było?”. Rozważył kwestię chronicznego nadużywania środków odurzających, ale szybko ją odrzucił – przecież niemożliwe, żeby miał aż tak realne halucynacje. Poznałby na pewno, że to sen. Szukając racjonalnych wyjaśnień stwierdził, że to także kwestia sił nadprzyrodzonych, które chcą zmusić go do szaleństwa.
"Nie dam się" – pomyślał nieco spanikowany, wchodząc we wskazane przeze mnie drzwi.
Był pewien, że orkiestra mogła go nie słyszeć, ale przecież jakie są szanse, że jej członkowie są niewidomi i na dodatek nic nie czują. Teoretycznie uznał, że jest to możliwe, ale jeszcze mniej prawdopodobne niż zagrywki aniołów.
Nagle przefrunął koło niego barwny motyl, a za nim pachnący podmuch.
- Czy to nie było Channel 5? – zastanowił się przez chwilę, ale zlekceważył to i wyszedł na klatkę schodową przez wąskie okno.
Dygresyjnie, dzięki wszechwiedzy Pana, można powiedzieć, że trębacz już wieczorem wiedział, że to nie będzie dobry dzień. Szatan odwiedził go we śnie. Miał długie rogi i czerwone ferrari. Bartek, tak miał na imię właściciel nieszczęsnego instrumentu, uznał, że jak na zło wcielone był całkiem kiepsko ubrany. Dziura w marynarce, buty rozerwane, a krawat poplamiony i nawet metka "Armani made in Italy" nie zatarła kiepskiego wrażenia. Widły za to miał markowe i nowe z Fishkarsa.
- Och, mój drogi Bartku, przyjacielu – diabeł nie owijając w bawełnę, przywitał się i nisko ukłonił.
Potem Bartek nie wiele pamiętał, ale był pewny, że pędził ferrari za szybko i czuł się wolny. Na koniec szatan zapewnił, że pojawi się rano i zadba o szczęście chłopaka.
Rodzina kosztuje, kochanka kosztuje, a kryzys pogłębia biedę i nawet nie ma co się dziwić ludziom. Tak, mówi to anioł, który ma takie problemy w głębokim... a w nosie z tą poprawnością, anioł który ma wszystko w dupie. Bartek pracował w mięsnym, ciął mięso. Kiedy żonę zdradził już nie pamiętał, ale namiętnych pocałunków Hani wyzbyć się nie mógł. Troszkę zawyżał ceny, czasami i staruszkę udało się okantować, ale od razu piekło za to? Kto to widział. We współczesnym świecie takie rzeczy. Armagedon. Robaki, robaki, ależ jesteście puści.
Kolega po fachu z tej drugiej strony barykady, przedstawił się jako właściciel koncernu sprzedającego trąbki. Kusić przyszedł z samego rana. Uznał, że instrument Bartka jest niezwykle pociągający i chce go odkupić. Mężczyzna już miał się burzyć, już miał dociekać. Nawet swoją kobietę do sypialni odesłał, ale gdy zobaczył piękną walizkę zielonych banknotów, otworzył tylko usta i bez wahania i pytań oddał trąbkę.
- Nie, pomyliłem się, ta trąbka mi nie pasuje – powiedział przekornie diabeł.
- Spadaj pan stąd! Pieniędzy nie oddam – wrzasnął Bartek, a gdy z pokoju syna dobiegły dźwięki w stylu schizofrenia "auau!”, krzyknął – smarkaczu wyłącz tą kocią muzykę, ale już.
- Twoja wola Barteczku – uśmiechnął się szatan, podskoczył uderzając piętami i odszedł.
I zaczęło się na próbie. Chciał tylko dmuchnąć i nagle wszyscy wokół piszczeli i krzyczeli i było cholernie gorąco. Próbował krzyczeć i zrywać się z łańcucha, ale nie drgnął. Trąbka fałszowała niemiłosiernie, żałośnie, okrutnie. Ach, ależ ona jego uszy raniła, jak duszę na wskroś przewiercała. Chciał krzykiem ją zagłuszyć i tak do śmierci w białym pokoju będzie krzyczeć.
Tylko co to jest to kochanie i ta miłość, jak ją zbadać, zmierzyć, czym nadać pewności. Mieni się jak ulotny wiatr i niespokojna chmura, która zasnuwa błękitne niebo. I można by rzec po co tak ludzie nachalnie ręce do niej wyciągają, po co zagarnąć ją chcą. Niebo nie jest dla ludzi.
Cóż aniołowie stróżowie robili? Wcale w karty nie grali, ani za panienkami się nie oglądali. Spali. Zmęczenie na służbie każdego może ogarnąć, tym bardziej jak gagatek diabeł się przed nimi ukłonił i powiedział:
- Ależ panowie, mili moi drodzy, zaśnijcie na chwilę, ja wam przypilnuję już tego szkraba – skłonił się nisko.
- Kim ty u diabła jesteś? - szepnął najmłodszy. Wbrew pozorom diabła nawet aniołowie nieczęsto widują.
- Ach, wtopa z mojej strony. Pozwolicie, że się przedstawię – zdjął z głowy cylinder, którego nie było – Jestem wiernym błaznem, który przed królem złotym przybywa – przybliżył się do ucha najmłodszego i szepnął – można by rzec przed bucem starym, ale etykieta, zawsze etykieta.
- I duch - wrzasnął duch ni z gruchy, ni z pietruchy (nie pytajcie skąd tam duch).
I diabeł siadł, a oni zasnęli zmęczeni czuwaniem.
Przepraszam za lakoniczne sprawozdanie, ale czasu nie ma, czasu nie ma, bo klient już czeka, już czeka, a bałagan w zapiskach jak w średniowieczu.
Gorące powietrze buchnęło Arturowi w twarz. Z dala od hotelowej wentylacji, musiał zdjąć marynarkę, rozpiąć koszulę. Słońce przez chwilę go oślepiło, ale przysłaniając twarz widział jasność.
- Anioł - szepnął bezgłośnie
Oczy szybko się przyzwyczaiły. Urokliwe błękitne niebo z leniwymi obłokami na chwilę przykuło wzrok. Adam siedział tuż obok, gapiąc się na gościa, który tak obrzydził mu dzień. Miał już wstać i odejść, ale Artur w porę wrócił do rzeczywistości i odezwał się pierwszy:
- Przepraszam – szepnął.
- … - Adam zrobił śmieszny grymas, okazując zdziwienie.
- Nawrzeszczałem na ciebie, a to chyba twój pierwszy dzień. Głupio.
"Pedał?" - pomyślał Adam, ale dalej głupkowato lampił się w swojego rozmówcę.
- Chodź, kupisz mi kawę, bo mam diabelne długi – Artur podał mu rękę.
- Ja... - szepnął wahając się, ale w końcu przemógł się i podał swoją dłoń.
- Uczysz się jeszcze gdzieś? – zagaił Artur, wprowadzając chłopaka do środka.
- Tak... - zaczął Adam swoją opowieść, a trzeba wiedzieć, że jak się do kogoś przekonał, potrafił gadać bez przerwy.
Po schodach z góry zszedł czarny kot i przeciągle zamiauczał. Nagle wiatr zerwał się podrywając w przestrzeń pył. Na plecach przechodniów pojawiły się ciarki.
Mężczyźni, udali się do kuchni, gdzie Adam załatwił kawę i zaczęli sobie rozmawiać jak starzy znajomi o sporcie, dziewczynach, polityce. Taki mały cud, a troszkę podglądając ich przez mały lufcik w rzeczywistości coraz bardziej przekonywałam się do tego robaka, mojego klienta. Postanowiłam nie poganiać go. Anioły mają to do siebie, że mogą działać 24 godziny na dobę, więc czasu mieliśmy dość na zrealizowanie przysięgi, a chwila natarcia nosa tym złym, staje się bezcenna. Tym bardziej we współczesnym świecie, gdzie jest tak wiele robaków, a mało ludzi...
Nie jestem zbyt strachliwa, ale gdy Świeczka bijąc brawo zjawił się w pokoju... włos zjeżył mi się na głowie... Jakby wchodząc przez okno, atom po atomie się materializował. Przełknęłam ślinę i udając pewność, stanęłam hardo na podłodze.
- Moja droga Sani – zaczął swoim mięciutki ciepłym głosem.
- Witaj Sani – odezwał się miniaturowy nietoperz. Wprost z głowy wyłaniał się wąski drucik, który wpijał się w ucho mężczyzny. Istota wykrzywiła twarz w szczerym uśmiechu i zerwała się w moim kierunku, chyba doskonale wiedząc, że trzyma ją łańcuch.
- Świeczka – szepnęłam przerażona.
- Wolałbym – westchnął mężczyzna – Niosący światło – i uśmiechnął się przebiegle.
Ocena: 5
Liczba komentarzy: 1
Data dodania: 10.03.2010r.
Statystyki: Wiersze: 5084 | Artykuły: 233 | Recenzje: 119 | Proza: 774 | Wywiady: 48 | Komentarze: 28112 | Użytkownicy: 2435
Online(34): 27 gości i 7 zarejestrowanych:
Ironiczna, koka, anyway, Kredka, Pawlak, exother, muzyczneserce